Archiwum - lipca 2013

Moje wspomnienie o Robercie Larkowskim

Autor: njnowak | Kategorie: Polityka, Społeczeństwo
Tagi: leszek bubel, nacjonalista, nacjonalizm, polska partia narodowa, ppn, publicysta, publicystyka, robert larkowski
28. lipca 2013 00:10:00

Dziwny początek

Roberta Larkowskiego poznałam w drugiej połowie 2009 roku. Oboje byliśmy wówczas związani z nacjonalistycznym tygodnikiem “Tylko Polska” będącym oficjalnym organem prasowym Polskiej Partii Narodowej. Robert miał wtedy czterdzieści trzy lata, był głównym felietonistą “TP” i wiceprezesem PPN. Ja byłam początkującą, osiemnastoletnią publicystką, wówczas jeszcze prawicową i konserwatywną. Nasza znajomość zaczęła się w dość nietypowych okolicznościach. Otóż lewicowy dziennikarz Jaś Kapela napisał o mnie zjadliwy felieton “Najcnotliwsza w klasie” i zamieścił go w internetowym wydaniu “Krytyki Politycznej”. Niedługo po tym zdarzeniu otrzymałam ważnego e-maila od Leszka Bubla (redaktora naczelnego tygodnika “Tylko Polska”, prezesa Polskiej Partii Narodowej). Chodziło w nim o to, że Robert Larkowski stworzył o mnie pozytywny artykuł, będący odpowiedzią na nieprzychylny tekst Kapeli. Co więcej, felieton Larkowskiego ukazał się na łamach “TP”.

Listy i rozmowy

Poprosiłam pana Leszka, żeby dał mi jakieś namiary na autora, bo chciałabym mu osobiście podziękować. Wkrótce Robert i ja byliśmy już internetowymi znajomymi. Początkowo kontaktowaliśmy się wyłącznie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Mimo różnicy wieku i doświadczenia, doskonale się rozumieliśmy. Listy, które do siebie pisaliśmy, były długie i ciekawe. Po pewnym czasie zaczęłam zachęcać Roberta, żeby założył sobie konto w serwisie społecznościowym Facebook. Mój korespondencyjny przyjaciel uparcie odmawiał. Zupełnie nie był zainteresowany taką formą komunikacji interpersonalnej. Ja jednak bardzo go namawiałam i w końcu Larkowski dał za wygraną. Facebook, w przeciwieństwie do tradycyjnej poczty elektronicznej, stwarzał możliwość rozmowy w czasie rzeczywistym. Od tej pory Robert i ja mogliśmy całymi godzinami dyskutować o naszych wspólnych zainteresowaniach: polityce, filozofii, historii, ideologiach, problemach społecznych itd.

Trudne czasy

Można powiedzieć, że aż do końca 2011 roku Larkowski i ja byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Zaufanymi oraz połączonymi wspólnotą przekonań i zamiłowań. W pierwszej połowie 2012 roku zaczęliśmy się od siebie oddalać. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy był rozpad mojego prawicowo-konserwatywnego światopoglądu. Zawalił się wówczas fundament naszej znajomości, jakim była zbieżność poglądów i dążeń. Robert doceniał to, że nadal jestem patriotką, nacjonalistką, eurosceptyczką i antyglobalistką. Problem polegał na tym, że w pozostałych kwestiach byłam już zdecydowanie lewicowa (zaczęłam się nawet określać mianem Narodowej SocjalDemokratki). Larkowski i ja nie byliśmy już przedstawicielami tej samej opcji politycznej. Co gorsza, w niektórych sprawach staliśmy się przeciwnikami. Nie zakończyliśmy, oczywiście, naszej znajomości, ale rozmawialiśmy coraz rzadziej i coraz krócej. W ostatnich miesiącach życia Roberta miałam z nim naprawdę słaby kontakt. A jednak wiadomość o jego odejściu okazała się dla mnie bardzo bolesnym ciosem.

Robert - romantyk


Larkowski nie bał się śmierci. Był typem romantyka, przekonanego, że najwyższą wartością nie jest życie, tylko zbiór idei, dla których warto poświęcić własną egzystencję. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. W wywiadzie, udzielonym mi przez Roberta w 2010 roku, znalazło się nawet stwierdzenie: “Ze względu na heroiczną śmierć i postawę ideową, otaczam nieomal kultem japońskiego pisarza Yukio Mishimę” (pełny tekst wywiadu jest dostępny w Internecie. Żeby go znaleźć, wystarczy wpisać w Google hasło „Rozmowa z Robertem Larkowskim”). To jedno, proste zdanie przypomina japońską formę poetycką, haiku. Jest bowiem krótkie, lecz zawiera w sobie niesłychanie dużo treści. Robert zawsze mi mówił, że śmierć Mishimy była czymś wielkim, ponieważ miała charakter męczeński i przyczyniła się do narodowego przebudzenia Japończyków. Pisarz zginął w sposób straszliwy, ale jego zgon nie poszedł na marne. Przeciwnie: umożliwił Narodowi Japońskiemu wzniesienie się na moralne wyżyny, a samemu Mishimie przyniósł wieczną chwałę. Fascynacja Larkowskiego orientalnym autorem trochę mnie przerażała, albowiem Yukio Mishima popełnił seppuku/harakiri.

Robert - wojownik

Robert uważał, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie wolno ulegać wrogom. Opowiadał się za postawą spartańską, polegającą na walce do samego końca, nawet mimo braku szans na zwycięstwo. W felietonie zatytułowanym „Uświadomiony bojkot” Larkowski napisał: „Tradycjonalistyczna myśl głosi, że trzeba stać na posterunku i walczyć, pomimo iż bitwa wydaje się materialnie przegrana. To nasz obowiązek i powinność wobec niewidzialnego świata bohaterskich i pracujących ciężko przodków”. Czym dla mojego przyjaciela była Ojczyzna - jedna z najbardziej cenionych przez niego wartości? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w jego tekście „Rozważania o Polsce” (opublikowanym w 2004 roku na łamach czasopisma „Ściśle Tajne”). „Polska jest pojęciem geograficznym i metafizycznym, bo istnieje na poły w świecie materialnym oraz w duszach Polaków” - brzmi pierwsze zdanie artykułu. Jak widać, Larkowski należał do ludzi niezwykle uduchowionych. Nic więc dziwnego, że istotną rolę w jego życiu odgrywała religia.

Robert - myśliciel

Robert był przedsoborowym katolikiem i sekretarzem redakcji bloga GlosTradycji.blogspot.com. Kolegował się ponadto z kontrowersyjnym księdzem Rafałem Trytkiem. Larkowski nie zamykał się jednak na inne systemy filozoficzne i religijne. Wykazywał zainteresowanie szeroko pojętą myślą wschodnią. „To bardzo ciekawe, sam jestem zwolennikiem kołowego postrzegania czasu - wiele cywilizacji już powstało i umarło, umarło i powstało. (…) Czytam Wedy i poznaję dziwne podobieństwa pracywilizacji Ariów z dzisiejszymi ludami Europy, z Polakami włącznie” - wyznał w komentarzu zamieszczonym na stronie NowyEkran.net. Robert chciał wnieść własny wkład nie tylko do polityki, ale także do chrześcijaństwa. W tekście zatytułowanym „Ariokatolicyzm” wysunął postulat stworzenia nowego modelu wiary katolickiej. Tytułowy ariokatolicyzm miał być katolicyzmem pozbawionym elementów judaistycznych. Larkowski stanowczo sprzeciwiał się ekumenizmowi i koncepcji judeochrześcijaństwa. Co z wierzeniami dawnych Słowian? Robert pisał, że nie ma nic przeciwko „umiarkowanym rodzimowiercom bez antykatolickiego fanatyzmu”. Źródło: felieton „Europejska jedność”.

Człowiek kulturalny

Robert Larkowski był działaczem politycznym i publicystą piszącym głównie o polityce. Gdyby jednak ktoś powiedział, że mój przyjaciel nie miał innych zainteresowań, popełniłby ogromny błąd. Robert kochał kulturę polską i zagraniczną, o czym zresztą mówił we wspomnianym wcześniej wywiadzie. Pasjonowały go literatura, poezja, film i muzyka. Jego ulubionym pisarzem był - obok Mishimy - Fiodor Dostojewski. Bliskie mu były przeżycia i rozterki takich twórców, jak Marek Hłasko czy Andrzej Bursa. Najdobitniej świadczy o tym fakt, że nazywał ich swoimi “opiekunami-bohaterami”. Jeśli chodzi o muzykę, Larkowski słuchał najrozmaitszych brzmień: chorałów gregoriańskich, klasyki mistrzów, poezji śpiewanej, marszy wojskowych, cold wave, gothic metalu, viking metalu, martial industrialu, rocka skinheadowskiego, rocka tożsamościowego i pieśni współczesnych bardów. Robert miał dojrzałe, sprecyzowane i zróżnicowane upodobania. Kilka tygodni przed śmiercią poprosił mnie, żebym napisała artykuł o zespole Joy Division. Nie był zadowolony z tego, że tworzyłam teksty o grupach spod znaku New Romantic, zatem wskazał mi interesującą alternatywę. Czuję, że powinnam spełnić jego życzenie. To chyba była jego ostatnia wola.

Przemoc psychiczna

Larkowski zmarł 20 lipca 2013 roku. Miał czterdzieści siedem lat. Jego śmierć nastąpiła w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach, o których rozpisały się prawicowe media. Robert Wit Wyrostkiewicz, autor artykułu “Tajemnicza śmierć Larkowskiego” z wirtualnego wydania tygodnika “Nasza Polska”, poinformował, że na kilka dni przed zgonem Roberta pojawiły się w Internecie plotki o rzekomym samobójstwie publicysty. Administratorzy facebookowej strony Xpornchan.pl/b/ (RemoveKrautze) zamieszczali grafiki zawiadamiające o “śmierci” Larkowskiego. Wcześniej przez wiele miesięcy ukazywały się na Facebooku złośliwe wpisy dotyczące Roberta. Autorzy postów śmiali się z przekonań, aparycji i stylu wypowiedzi publicysty. Według jednego z dziennikarzy portalu wSumie.pl, to właśnie internetowe złośliwości przyczyniły się do nagłej śmierci pokrzywdzonego. “Larkowski bardzo przejął się pogłoskami o... własnej śmierci. To doprowadziło do pogorszenia jego stanu zdrowia (bloger cierpiał na cukrzycę). Mężczyzna nie przespał całej nocy z 19 na 20 lipca, był zdenerwowany. (…) Wkrótce zmarł” - czytamy w newsie zatytułowanym “Zabiły go trolle”. Co było bezpośrednią przyczyną zgonu Roberta? Wyrostkiewicz sugerował, że zawał serca. Strona GazetaWarszawska.com podała, że udar mózgu.

Patriota wyklęty


Robert Larkowski marzył o pięknym finale własnej egzystencji. W jednym z ostatnich, facebookowych wpisów stwierdził: “Chamy się wieszają, szlachta ginie pod sztandarami” (cyt. za: R.W. Wyrostkiewicz - “Tajemnicza śmierć Larkowskiego”). Publicysta był przygotowany na ewentualną śmierć za wyznawane idee. “My broni, myśli i czynu narodowego nie złożymy, do ostatniej garstki nacjonalistów. Jeżeli przyjdzie za ideę oddać nawet własne życie” - zadeklarował w felietonie “Nacjonalizm elitarny”. W pewnym sensie, Larkowski faktycznie stał się bohaterem i męczennikiem, gdyż wrogowie, gardzący jego światopoglądem, zadręczyli go na śmierć. Robert nie poległ w bitwie. Zakończył swoje życie jako patriota wyklęty, ofiara bezwzględnych przeciwników politycznych. Do końca pozostał wierny swoim zasadom: tak jak obiecywał w artykułach i prywatnych rozmowach. Był prawdziwym narodowcem, a takich pozostało już niewielu. Myślę, że jego niezłomność powinna służyć za wzór dla wszystkich osób identyfikujących się z poglądami patriotycznymi, nacjonalistycznymi, eurosceptycznymi i antyglobalistycznymi. Pamiętajmy o Robercie Larkowskim. I działajmy dalej na rzecz naszej Ojczyzny. On tego od nas wymagał.

Natalia Julia Nowak
(lewicowa nacjonalistka)
25-26 lipca 2013 roku

 

Wiwisekcja Alice'a Coopera. Chrześcijanin, satanista, mormon czy mason?

Autor: njnowak | Kategorie: Muzyka
Tagi: alice cooper, chrześcijaństwo, illuminati, kontrola umysłu, kultura, masoneria, monarch, muzyka, satanizm
28. lipca 2013 00:05:00

W nawiasach kwadratowych umieściłam numery przypisów.


Fronda poleca

Rzymskokatolicki portal Fronda.pl postawił Alice’a Coopera za wzór do naśladowania dla Nergala, a co za tym idzie: także dla innych miłośników mocnego uderzenia. W materiale “Alice Cooper przykładem dla Nergala” (z 9 sierpnia 2011 roku) redakcja religijnego serwisu przedstawiła amerykańskiego gwiazdora jako człowieka cudownie nawróconego. Frondyści opisali go jako kogoś, kto w młodości “na scenie stawiał szafot i wzywał Szatana”, a obecnie “tego szczerze żałuje” i “mówi otwarcie o powrocie do chrześcijaństwa”. Jednocześnie docenili jego zdolności wokalne, wspaniałą muzykę, zasługi dla popkultury i… działalność dobroczynną na rzecz młodzieży zagrożonej patologiami.

Do artykułu “Alice Cooper przykładem…” dołączono dwa krótkie filmiki z portalu YouTube.com. W jednym z nich słynny rockman/heavymetalowiec opowiada o swojej wierze w Boga i ciekawych koligacjach rodzinnych. Okazuje się bowiem, że AC jest synem pastora, wnukiem pastora i zięciem pastora. Co więcej, wszyscy jego przyjaciele z dzieciństwa byli “dziećmi Kościoła” (“Church kids”). Ciepłe słowa o Cooperze można znaleźć nie tylko na Frondzie, ale również w wirtualnym wydaniu tygodnika “Niedziela” oraz w serwisie Bosko.pl (przeznaczonym dla młodzieży katolickiej). W maju 2013 roku chwalił Alice’a pewien doktor teologii. Miało to miejsce na łamach społeczno-politycznego portalu Prawica.net.

Od lekkoducha do konserwatysty


Wiarą, pobożnością i bogobojnością AC zachwycają się również dziennikarze zagranicznych, mainstreamowych mediów. Gavin Martin, redaktor brytyjskiej bulwarówki “Daily Mirror”, przytoczył interesującą wypowiedź Coopera, z której wynika, że artysta nie potępia niczyjego postępowania, dopóki dana osoba szanuje “rodziców, Boga i kraj” (“parents, God and country”). Spencer Bright, dziennikarz tabloidu “Daily Mail”, zaprezentował Alice’a jako człowieka miłego, odpowiedzialnego, rodzinnego, wiernego ukochanej żonie oraz zupełnie niepodobnego do granej na scenie postaci. Co więcej, podkreślił, że AC “modli się i czyta Biblię codziennie” (“prays and reads the Bible every day”) oraz prowadzi katechezy “raz w tygodniu, kiedy nie jest w trasie koncertowej” (“once a week when he is not on tour”).

Christina Patterson z “The Independent” stworzyła reportaż opowiadający o jej spotkaniu z Cooperem. Artysta, rozmawiając z reporterką, streścił historię swojego nawrócenia. Wyznał, że w przeszłości był strasznym hulaką, pijącym ogromne ilości alkoholu i prowadzącym niemoralny styl życia. Wielu jego znajomych zmarło młodo wskutek przedawkowania używek, a on cudem uniknął podobnego losu. Pewnego dnia przyszło mu jednak do głowy, że gdyby teraz umarł, to trafiłby “bezpośrednio do piekła” (“directly to Hell”). Postanowił więc całkowicie zmienić swoje życie. Zeskromniał, zerwał z alkoholizmem i znalazł sobie konstruktywne hobby, grę w golfa. Obecnie jest gorliwym chrześcijaninem i kreacjonistą, który “wierzy w Stary Testament dosłownie” (“believe the Old Testament explicitly”).

Guy Adams, inny redaktor “The Independent”, również opublikował reportaż mówiący o życiu i nawróceniu sławnego rockmana/heavymetalowca. Dziennikarz zaprezentował AC jako dobrego męża, kochającego ojca, człowieka chodzącego do kościoła i popierającego amerykańską prawicę. Ustalił, że Cooper - pod względem światopoglądowym - ma dużo wspólnego z Partią Republikańską i Tea Party. Muzyk jest ponadto zwolennikiem George’a Busha, przekonanym, że media nadmiernie krytykują tego polityka. Alice solidaryzuje się z Jan Brewer, gubernatorką Arizony, która sprzeciwia się latynoskiej imigracji, bo nowi przybysze z Meksyku często atakują swoich rodaków mieszkających w USA od dawna. Jakby tego było mało, Cooper przyjaźni się z republikańskim senatorem Johnem McCainem.

Katolicka opozycja


Nie wszyscy jednak mają pozytywny stosunek do Alice’a Coopera. Weźmy na przykład stronę internetową katolickiego Radia Maryja. Wzmianka o AC pojawiła się tam w artykule potępiającym Przystanek Woodstock i omawiającym problem antychrystianizmu w kulturze rockowej (ks. Aleksander Posacki SJ - “Igranie ze światem ciemności i oswajanie zła, czyli refleksje po festiwalu Woodstock 2008”). Cytuję odpowiednie zdanie: “Grali wtedy na stadionach razem z bardzo znanymi, ‘inicjowanymi’ satanistami: Faith No More, Alice’em Cooperem, Ozzym Osbournem, Megadeth i Paradise Lost”. W serwisie Katolik.pl zamieszczono artykuł “Magia Voo Doo Stock czyli demonologia rocka” Albina Drewniaka (pochodzący, co ciekawe, z kwartalnika “Fronda”). Autor tekstu zarzucił Cooperowi wyuzdane zachowanie i propagowanie nekrofilii. Stwierdził też, że AC jest… gejem.

Nie wiem, jak można napisać, że Alice to homoseksualista. Przecież ten muzyk ma żonę i troje dzieci, a przed założeniem rodziny masowo “zaliczał” panienki! Zresztą, wystarczy obejrzeć jego teledyski i poczytać słowa piosenek[1]. Ileż w nich pożądania skierowanego w stronę kobiet… Zrozumiałabym, gdyby twórca artykułu oskarżył Coopera o “dopuszczanie się w swoim sercu cudzołóstwa” (Mt 5, 27-28). Nie rozumiem jednak, skąd sugestia, że opisywany artysta jest osobą nieheteroseksualną. Może stąd, że czasem eksperymentował z androgynicznym wizerunkiem? Użycie nonsensownego argumentu wygląda mi na ignorancję lub manipulację (nastawioną na przekonanie homofobów). Ale idźmy dalej. W wirtualnej, katolickiej encyklopedii Okiem.pl Alice został przedstawiony jako opętany spirytysta. Przyklejono mu także etykietkę popularyzatora szalonej, agresywnej, seksualnej muzyki.

Mormońska przeszłość


Tak czy owak, można odnieść wrażenie, że we współczesnych środkach masowego przekazu dominuje obraz AC jako “narodzonego na nowo chrześcijanina” (“born-again Christian”). W ostatnich latach dużo się mówi o tym, że artysta jest głęboko wierzący i pełen szacunku dla wartości wyniesionych z domu rodzinnego. Sam wokalista nieustannie nawiązuje do wyznawanej przez siebie religii. Chrześcijaństwo to, chrześcijaństwo tamto… Dziennikarze i odbiorcy mediów są oczarowani. W tym zbiorowym, cukierkowym zachwycie zapomina się o jednym szczególe. Niby drobnym, ale mogącym całkowicie zmienić istotę rzeczy. Chodzi o wyznanie Coopera. “Chrześcijaństwo” to termin niejednoznaczny, który nie mówi nic konkretnego. Jakim, dokładnie, chrześcijaninem jest opisywany piosenkarz? Z którym Kościołem się utożsamia? W co wierzyli jego rodzice? Czy można to gdzieś sprawdzić?

Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że Alice wychowywał się w środowisku członków i sympatyków Kościoła Bickertonite będącego odłamem Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Krótko mówiąc: dorastał wśród mormonów. Sami przedstawiciele Bickertonite twierdzą, że - pomimo wiary w Księgę Mormona - nie są mormonami. Wolą się nazywać chrześcijanami. Jednakże fakty mówią same za siebie. Kościół Bickertonite to część ruchu mormońskiego. W czym tkwi problem? Cytuję fragmenty artykułu niejakiej Laurie Goodstein: “Mormoni uważają samych siebie za chrześcijan. (…) Mimo to teologiczne różnice między mormonizmem a tradycyjnym chrześcijaństwem są fundamentalne, co potwierdzają eksperci od obu wyznań”. Więcej na ten temat w tekście “Czy mormon to chrześcijanin?” (przedruku z “The New York Times” udostępnionym na stronie Religia.onet.pl).

Czym charakteryzuje się doktryna Świętych w Dniach Ostatnich? Aby się o tym przekonać, zajrzymy do publikacji “W co wierzą i kim są Mormoni?” autorstwa Tomasza Gozdka. Artykuł jest dostępny zarówno na stronie zakonu dominikanów, jak i w laickim serwisie Racjonalista.pl. Gozdek pisze, że mormoni uznają Indian północnoamerykańskich za potomków biblijnych Izraelitów, postrzegają ciemną skórę jako karę za grzechy, chrzczą żywych i umarłych, uważają Lucyfera za brata Jezusa oraz wierzą w trzy nieba. Według autora tekstu, przedstawiciele ruchu mormońskiego są politeistami. “Na innych planetach i w innych światach żyje bowiem niezliczona ilość bogów” - tak Gozdek opisuje przekonania Świętych w Dniach Ostatnich. Zdaniem twórcy artykułu, mormoni wierzą, że dobrzy ludzie sami zostaną po śmierci bogami. Nowi bogowie będą płodzić dzieci… normalnie, płciowo.

Jakimi obywatelami są wyznawcy mormonizmu? Z odpowiedzią śpieszą Adam Szostkiewicz i Tomasz Zalewski, autorzy tekstu “Mormoni idą na Waszyngton” z wirtualnego wydania “Polityki”. Publicyści piszą, że przedstawiciele omawianego wyznania “są bardziej konserwatywni w sprawach społeczno-kulturowych” i “intensywniej pomagają sąsiadom i innym członkom społeczności”. Według dziennikarzy “Polityki”, mormoni wysoko cenią wartości rodzinne oraz preferują wielodzietność i patriarchalizm. W Stanach Zjednoczonych większość mormonów opowiada się za Partią Republikańską. No dobrze, ale czy Alice Cooper faktycznie jest Świętym w Dniach Ostatnich? Strona FamousMormons.net donosi, że artysta urodził się w mormońskiej rodzinie, ale jego ojciec ostatecznie zmienił wyznanie i rozpoczął działalność w Kościele baptystycznym. Co z samym AC? Niestety, nie wiadomo.

Wolnomularz i templariusz

Zanim przejdziemy do dalszej części artykułu, wyjaśnimy sobie kilka faktów związanych z biografią Alice’a Coopera. Co o życiu AC mówią serwisy En.wikipedia.org i Biography.com? Słynny rockman/heavymetalowiec urodził się 4 lutego 1948 roku w Detroit (Michigan). Kiedy miał 12 lat, przeniósł się wraz z rodziną do Phoenix w stanie Arizona. Prawdziwe nazwisko artysty to Vincent Damon Furnier. Gwiazdor posługiwał się nim aż do roku 1975, kiedy to prawnie zmienił je na Alice Cooper. Dlaczego tak się stało? Powód jest prosty: Alice Cooper to była nazwa zespołu muzycznego, w którym Vincent śpiewał i odnosił sukcesy od lat sześćdziesiątych. Kiedy formacja się rozpadła, Furnier - nie chcąc rezygnować z rozpoznawalnej nazwy - przyjął ją za swoje legalne nazwisko[2]. Przypatrzmy się teraz czasom, w których AC był jeszcze osobą prywatną, zwykłym Vincentem Furnierem.

Zacznijmy od faktu, że istnieje coś takiego jak ugrupowanie DeMolay International (Order of DeMolay) funkcjonujące od roku 1919. Anglojęzyczna Wikipedia opisuje je jako “masońską organizację młodzieżową” (“masonic youth organisation”) przeznaczoną dla chłopców w wieku 12-21 lat. Wchodzimy na stronę DeMolayIloilo.org, klikamy zakładkę “DeMolay FAQs”, spoglądamy na nagłówek “Are there any famous DeMolays?” (“Czy są jacyś sławni członkowie DeMolay?”). Pod spodem znajduje się lista słynnych nazwisk, a na tej liście… Vincent Damon Furnier (“Zapalony golfista, najbardziej znany jako legenda rocka ‘Alice Cooper‘” - “An Avid Golfer, Best Known as Rock Legend ‘Alice Cooper‘”)! Buahahahaha! Wolnomularz zdemaskowany! Odwiedzamy inną stronę poświęconą DeMolay: Suburban740.org/demolayfamous.htm. Patrzymy… a tam znowu Vincent Damon Furnier!

Czy Alice Cooper kontynuował/kontynuuje karierę masona w życiu dorosłym? Strona AliceCooperEchive.com informuje, że 29 i 30 lipca 1969 roku AC występował w “Masońskiej Świątyni” - “Masonic Temple” w Portland (stan Oregon). Mam nadzieję, że była to nazwa sali koncertowej, a nie określenie prawdziwego miejsca kultu. Ale to nie koniec wolnomularskiego wątku w życiu znanego muzyka. Według witryny TheTimes-Tribune.com, artysta śpiewał w “Masońskiej Świątyni” (“Masonic Temple”) również w roku 2011, czyli długo po swoim rzekomym nawróceniu. Na stronie Forums.ernieball.com jeden z użytkowników napisał: “Pamiętam, jak oglądałem zespół Alice Cooper w Toronto w Sylwestra 1970 w Masońskiej Świątyni. Zespół był świetny i takież było miejsce spotkania” (“I remember seeing the Alice Cooper band in Toronto on New Years Eve 1970 at The Masonic Temple. The band was great, so was the venue”). Zaiste, cuchnąca sprawa!

Przyjrzyjmy się uważnie ugrupowaniu, do którego należał młody Vincent Furnier. Oto dwa cytaty ze strony DeMolayIloilo.org: “DeMolay jest jedną z największych braterskich organizacji sponsorowanych przez wolnomularzy” (“DeMolay is one of the largest fraternal organization sponsored by Freemasons”), “DeMolay wywodzi swoją nazwę od Jacques’a de Molay’a, ostatniego Wielkiego Mistrza templariuszy” (“DeMolay derives its name from Jacques DeMolay, the last Grand Master of the Knights Templar”). Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że stowarzyszenie DeMolay opracowało listę siedmiu “Cnót Kardynalnych” - “Cardinal Virtues“. Znajdują się na niej: “synowska miłość“, “cześć dla rzeczy świętych”, “uprzejmość”, “koleżeństwo”, “wierność”, “czystość” i “patriotyzm” (“filial love”, “reverence for sacred things”, “courtesy”, “comradeship”, “fidelity”, “cleanness”, “patriotism”). Zdjęcia, dostępne w Internecie, udowadniają, że członkowie DeMolay noszą dziwne szaty oraz posługują się oznaczeniami masonów i templariuszy.

Dywagacje teoretycznospiskowe

Fakt, że Alice był w młodości wolnomularzem, to doskonały pretekst to tego, żeby pobawić się w konspiracjonizm spod znaku “przemysł rozrywkowy, podejrzana symbolika, Illuminati i projekt Monarch”[3]. Nie jestem taką znawczynią tematu, jak redakcje VigilantCitizen.com i Pseudoccultmedia.net, ale wiem już co nieco o masonach, Iluminatach i ich rzekomym (?) wpływie na popkulturę. Zacznijmy od tego, że część symboli, używanych przez Coopera, wygląda dość osobliwie. Widziałam zdjęcie koncertowe, na którym AC jest odziany w niestandardową koszulkę. Na T-shircie znajduje się czerwone koło, a w tym kole - biały, równoramienny, chyba liliowy krzyż. Nad całą kompozycją góruje zamknięta korona. Przeprowadziłam małe badanie i odkryłam, że istnieje coś takiego jak Red Cross of Constantine - Czerwony Krzyż Konstantyna.

Wpiszmy to hasło w Google (po angielsku) i przejdźmy do działu “Grafika”. Jeśli to zrobimy, wyskoczą nam obrazki przypominające koszulkę Alice’a. Krzyż o nietypowym kształcie, często w towarzystwie zamkniętej korony. Jak dowiadujemy się z anglojęzycznej Wikipedii, Red Cross of Constantine to “chrześcijański zakon masonerii” (“Christian Order of Freemasonry”). Żeby wstąpić do tej organizacji, trzeba być chrześcijaninem oraz mieć już doświadczenie w działalności wolnomularskiej. Cooper spełnia te wymagania. Kto wie, może Alice udziela się właśnie w Czerwonym Krzyżu Konstantyna?[4] Widziałam fotografię, na której wokalista ma na szyi blaszkę z krzyżem podobnym do emblematu RCC. Są także zdjęcia i produkcje audiowizualne, w których AC nosi symbole kojarzące się ze znakami templariuszy[5]. Przykład: jedna z odznak na jego kurtce w humorystycznym, francuskim show “Alice Cooper a Paris“.

Teraz kolejny kwiatek. Rok 1971, występ w telewizyjnym programie “Detroit Tubeworks”. Alice, śpiewając utwór “I’m Eighteen”, wykonuje masoński gest. Ustawia dłoń poziomo i wkłada ją sobie w ubranie na klatce piersiowej (cztery palce wyprostowane, kciuk sterczący pionowo). Można to zobaczyć w serwisie YouTube na profilu ReelinInTheYears66. Czy w twórczości Coopera pojawiają się znaki programowania Monarch? A co z iluminackimi gestami, takimi jak te, o których często pisze portal Vigilant Citizen? Owszem, czasami się trafiają. W dziesięciominutowym, trzyczęściowym teledysku “Along Came A Spider” z 2008 roku występują następujące symbole: lalki, maski, podłoga-szachownica i pojedyncze oczy (w tym oko-pająk na rękawiczce AC. Narząd wzroku na dłoni… Czyżby nawiązanie do pewnego orientalnego talizmanu?).

Najważniejszym miejscem, pokazanym w video clipie, jest szpital psychiatryczny. Może to wzbudzać skojarzenia z niesławnym projektem MK-ULTRA. Główny bohater, grany przez Alice’a, najprawdopodobniej jest ofiarą programowania delta: “mandżurskim kandydatem“, który ostatecznie wyrywa się spod kontroli i obraca przeciwko swoim treserom. Śpiewane przez Coopera słowa “They tortured every inch of me, then expect me to forget it” (“Torturowali każdy cal mnie, potem oczekiwali, że o tym zapomnę”) są aluzją do traumy i amnezji dysocjacyjnej. W środkowej (drugiej) części filmiku widzimy perkusistę noszącego na szyi krzyż templariuszy lub krzyż żelazny. W ostatniej (trzeciej) części filmiku obserwujemy głównego bohatera prowadzącego autopsję zabitej przez siebie kobiety. Denatka jest owinięta w czerwony (a właściwie czerwonawobordowy) materiał.

Podobno w symbolice Illuminati czerwień oznacza “najwyższą krwawą ofiarę i rytuał” - “ultimate blood sacrifice and a ritual” (YouTube, truth777exposed, prezentacja multimedialna “The Amy Winehouse Sacrifice Exposed“). Proszę zauważyć, że identyczny kolor miał worek, w którym wynoszono zwłoki martwej Amy Winehouse (źródło: to samo). Teledysk “Steven” z lat siedemdziesiątych zawiera lustro oraz mnóstwo jednakowych, ludzkich postaci. Mają one maski, w dodatku podobne do Alice’a. Pod koniec video clipu widać zwielokrotnioną sylwetkę śpiewającego AC. Inny podejrzany teledysk: “Love’s A Loaded Gun” (1991). W ostatniej scenie video clipu Cooper zakuwa w kajdany atrakcyjną, uwodzicielską niewiastę. Na ścianie wisi obraz przedstawiający tygrysa. Drapieżne koty są symbolami niewolnic seksualnych, ofiar programowania beta (“sex kittens“ - “sekskociaki“).

Na jednym ze zdjęć z czasów “Billion Dollar Babies” widnieją m.in. takie elementy, jak przerażone niemowlę, klatka dla ptaków, tradycyjny zegarek czy białe króliki nawiązujące do “Alicji w Krainie Czarów”. Okładka singla “He’s Back (The Man Behind the Mask)” z roku 1986 ukazuje Coopera, który trzyma w dłoni maskę i za pomocą tej maski zasłania sobie jedno oko. Kolejna fotografia, która zwróciła moją uwagę, pochodzi z artykułu “Alice Cooper To Release Cover Album In 2014” (Q103albany.com). Przedstawia ona Alice’a wykonującego specyficzny gest i eksponującego jedno ze swoich oczu. Inne znalezisko: zdjęcie ilustrujące materiał “Alice Cooper’s Maze of Terror at Universal’s Halloween Horror Nights” (FoxNews.com). Gwiazdor, noszący ubranie z napisem “MONARCH”, pozuje obok lalki przebranej za panterę. Po lewej stronie widać coś co przywodzi na myśl futro tygrysa. Podsumowując: symbole Illuminati i programowania Monarch nie są Alice’owi obce.

Jeśli ktoś nie rozumie, o co w tym wszystkim chodzi, powinien przeczytać mój tekst “Kontrola umysłu - prawda czy teoria spiskowa?”. Warto również zajrzeć na strony VigilantCitizen.com i Pseudoccultmedia.net oraz do dylogii “The Illuminati Formula” Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler. Lektury uzupełniające: “Thanks for the Memories” Brice Taylor, “Trance-Formation of America” Cathy O’Brien. Czysty konspiracjonizm, ale dający do myślenia. Historię badań MK-ULTRA i teorię spiskową o projekcie Monarch po prostu trzeba znać. Tym bardziej, że amerykańska aktorka, Roseanne Barr, powiedziała na antenie telewizji Russia Today: “Kontrola umysłu MK-ULTRA rządzi w Hollywood” (“MK-ULTRA mind control rules in Hollywood”). Co ma Cooper do stolicy światowej kinematografii?

Całkiem sporo. Udział w filmach fabularnych, znajomości z aktorami, współpracę z Warner Bros Records i ufundowanie litery “O” w napisie “Hollywood” na Mount Lee w Kalifornii. Na koniec: drobna, etniczna ciekawostka. Otóż w żyłach AC płynie krew celtycka, indiańska, romańska i germańska. Piosenkarz może się pochwalić genami Irlandczyków, Szkotów, Siuksów, Francuzów i Anglików (info: En.wikipedia.org). Ludzie, mający pochodzenie celtyckie, indiańskie i celtycko-indiańskie, są ponoć szczególnie cenieni przez CIA. Przypisuje się im bowiem wrodzone zdolności nadnaturalne. Tak przynajmniej twierdził Robert Duncan O’Finioan (kontrowersyjny żołnierz, pisarz i trener sztuk walki) w rozmowie z Kerry Lynn Cassidy i Billem Ryanem, dziennikarzami Projectu Camelot.

Twardy orzech do zgryzienia

W tytule niniejszego artykułu postawiłam pytanie: “Chrześcijanin, satanista, mormon czy mason?”. Wypadałoby, żebym udzieliła na nie jednoznacznej, a zarazem uargumentowanej odpowiedzi. Powiem tak: sześćdziesięciopięcioletni wokalista Alice Cooper jest osobą skomplikowaną i niejednoznaczną. Da się o nim powiedzieć bardzo dużo, ale… czy na pewno bez cienia niepewności? Kilka miesięcy temu, gdy postanowiłam zgłębić jego twórczość, natknęłam się na internetowy komentarz, z którego wynikało, że Alice jest obecnie chrześcijaninem. Informacja ta zaintrygowała mnie do tego stopnia, że postanowiłam dokładnie przyjrzeć się sprawie. Początkowo dołączyłam do ludzi wierzących bez zastrzeżeń w deklaracje Coopera. Irytowały mnie wówczas osoby wątpiące w jego “cudowne nawrócenie” (wydawało mi się, że są to fanatycy religijni, właściciele głów nabitych stereotypami albo po prostu paranoicy szukający dziury w całym). Niestety, później sama nabrałam podejrzeń. Gdy zaczęłam dogłębnie badać problem, w moim umyśle pojawiło się jeszcze więcej pytań. Czy AC jest chrześcijaninem? On sam mówi, że tak.

Potwierdzeniem jego deklaracji może być konserwatywny światopogląd. Ale przecież nie trzeba być chrześcijaninem, żeby mieć prawicowe przekonania. Gwiazdor rzekomo pochodzi z tradycyjnego, chrześcijańskiego domu. Po sprawdzeniu faktów, okazuje się jednak, że muzyk dorastał wśród zwolenników Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Doktryna mormońska jest jedyna w swoim rodzaju, a jej związek z chrześcijaństwem bywa kwestionowany. Innym argumentem, potwierdzającym zapewnienia Alice’a, jest noszenie przez niego krzyży (abstrahuję od dziwnego wyglądu niektórych z nich). Z drugiej strony, pewien Internauta słusznie zauważył, że samo noszenie krzyży jeszcze o niczym nie świadczy. Ozzy Osbourne również się nimi obwiesza, a jednak nie jest wyznawcą Jezusa z Nazaretu. Co z satanizmem? Według mnie, Cooper nigdy nie był czcicielem szatana. Owszem, są w jego twórczości odwołania do postaci diabła (np. w piosence i teledysku “Gimme”)[6]. Ale to stanowczo za mało, żeby uznać go za satanistę.

No, chyba, że uważamy, iż Halloween, do którego otwarcie nawiązuje AC, jest satanistycznym świętem. Wtedy faktycznie, większość dorobku artystycznego Alice’a to czyste diabelstwo. Swoją drogą, to trochę nietypowe, że człowiek kreujący się na konserwatystę i gorliwego chrześcijanina promuje halloweenowe motywy. W Stanach Zjednoczonych, jak również poza ich granicami, większość chrześcijańskich prawicowców opowiada się przeciwko tradycjom związanym z 31 października. Wniosek: Cooper jest pełen sprzeczności. Najbardziej kontrowersyjne i niepokojące wydaje mi się to, że Alice należał kiedyś do wolnomularskiej organizacji DeMolay International (Order of DeMolay)[7]. Później wykonywał masońskie gesty, posługiwał się masońską symboliką i występował w miejscach określanych jako Masońskie Świątynie. Wiele wskazuje na to, że AC nadal konszachtuje z tajnymi stowarzyszeniami. Jak się ma działalność wolnomularska do bycia chrześcijaninem? Przecież masoneria to sekta religijna! Niektórzy twierdzą, że lucyferyczna!

Shock rock

Tylko jedna rzecz wydaje mi się oczywista i niezaprzeczalna. Alice Cooper to znakomity artysta. Ma w swoim repertuarze wiele świetnych piosenek, których można by słuchać w nieskończoność, np. “The Black Widow“, “School‘s Out“, “Feed My Frankenstein“, “Generation Landslide“, “Killer“, “Freedom”, “I‘m The Coolest“, “Who Do You Think We Are?“. Jego utwory są także zróżnicowane, co świadczy o kreatywności i nieustannym rozwoju. Większość słuchaczy kojarzy go głównie z nieśmiertelnym przebojem “Poison”, gitarami elektrycznymi, ciemnymi ubraniami, gotyckim wizażem, czerpaniem inspiracji z horrorów oraz widowiskowymi koncertami łączącymi w sobie elementy spektaklu teatralnego i pokazu iluzjonistycznego. Ten krótki opis nie jest jednak pełną charakterystyką twórczości Alice’a.

Może nie wszyscy o tym wiedzą, ale na początku lat osiemdziesiątych, czyli w czasach Nowego Romantyzmu, Cooper eksperymentował ze stylem New Wave. Chodził wówczas w makijażu rodem z londyńskiego klubu Blitz, a w jego piosenkach śmiało odzywały się syntezatory. Dawno, dawno temu, jeszcze w czasach zespołu Alice Cooper, wokalista potrafił przywdziewać kolorowe sukienki albo pokazywać się z ogromną stokrotką na głowie. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Krótko mówiąc: shock rock! Twórczość AC jest interpretowana i definiowana na wiele sposobów. W cytowanym już artykule Gavina Martina możemy znaleźć ciekawą wypowiedź Alice’a: “Groucho przyszedł na mój występ i zobaczył w nim wodewil, Salvador Dali zobaczył w nim surrealizm, Vincent Price zobaczył w nim rock, horror i komedię” (“Groucho came to my show and saw it as vaudeville, Salvador Dali saw it as surrealism, Vincent Price saw it as rock, horror and comedy”). Ilu ludzi, tyle opinii.

Oczywiście, muzyka, a zwłaszcza koncerty Coopera, to nie jest rozrywka dla każdego. W osobach delikatnych, wrażliwych i staroświeckich występy tego piosenkarza mogłyby wywołać niesmak lub przerażenie. Weźmy na przykład show z 19 lipca 2000 roku. Alice, śpiewając utwór “Dead Babies”, udaje, że bawi małe dziecko. Kołysze je w wózeczku, zabawia grzechotką… Nagle wszystko ulega zmianie. Gdy Cooper wyjmuje “dziecko” z wózka, okazuje się, że jest to potwór o dwóch głowach: jednej upiornej, a drugiej zwierzęco-demonicznej[8]. AC zaczyna się nad “tym” znęcać, a potem nabija “to” na miecz. Następnie zostaje obezwładniony i ubrany w kaftan bezpieczeństwa. Występ jak uderzenie w łeb! Jeszcze bardziej wstrząsające jest show z 31 października 1986 roku. Alice, wykonując kawałek “Cold Ethyl”, rzuca, szarpie, potrząsa, kopie i gwałci ogromną lalkę wyobrażającą żeńskiego trupa. “Miota nią jak szatan!” - chciałoby się rzec, parafrazując znany cytat.

Jak bakterie

Masoni są jak bakterie: kryją się wszędzie. Ich wpływy widać nie tylko w showbiznesie, ale także w polityce, gospodarce i religii (np. w Kościele rzymskokatolickim. Papież Franciszek wykonywał masońskie gesty, Benedykt XVI wzywał do utworzenia Światowej Władzy Publicznej, Jan Paweł II posługiwał się pojęciem New World Order). Myślę, że nie powinniśmy się obrażać na jednego Alice’a Coopera. Żeby zachować konsekwencję, musielibyśmy bowiem obrazić się na cały świat. AC jest zbyt zdolny i zbyt intrygujący, żeby go przekreślać. W jego przypadku najbardziej liczy się twórczość: muzyka i aktorstwo. Bo Cooper, chociaż określany jako wokalista, jest również doskonałym aktorem. Trzeba mieć talent, żeby przez czterdzieści pięć lat przekonująco grać postać o zupełnie odmiennym charakterze, temperamencie, stylu bycia i wyrazie twarzy. Mimo to, nie powinniśmy mu bezgranicznie ufać. Z wolnomularzami - byłymi i obecnymi - nigdy nic nie wiadomo.

W jednym z moich poprzednich artykułów (opublikowanym na początku czerwca 2013 roku) napisałam: “Jest jeden koleś z Ameryki Północnej, o którym chciałabym stworzyć całkiem osobny tekst. Nie wiem, kiedy to nastąpi, bo ostatnio brakuje mi czasu na twórczość publicystyczną”. Teraz nie jest już tajemnicą, że w powyższej deklaracji chodziło o Alice’a. Badam jego przypadek od dłuższego czasu. I wiecie co? Im bardziej zagłębiam się w szczegóły, tym mocniej dręczy mnie sokratejskie uczucie “wiem, że nic nie wiem”. Nie dają mi też spokoju słowa zaczerpnięte z powieści Henryka Sienkiewicza: “Diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni”. Kim jest Alice Cooper? Tylko on zna prawdę na własny temat. Nam pozostaje tylko zachwycanie się jego głosem, charyzmą i oryginalnością.


Natalia Julia Nowak,
12-21 lipca 2013 roku


PRZYPISY


[1] Przykładowe teledyski: “Poison”, “Bed Of Nails”, “House Of Fire”, “Hey Stoopid”, “Love’s A Loaded Gun”, “Only My Heart Talkin’”. Przykładowe teksty piosenek: “Be My Lover”, “Cold Ethyl”, “I Like Girls”, “You’Re My Temptation”, “Nurse Rozetta”.

[2] Dobrze, ale dlaczego grupa, w której wokalista zaczynał karierę, nazywała się Alice Cooper? Są dwie teorie tłumaczące ten wybór. Pierwsza: dążenie do wywołania kontrastu między niewinną nazwą a szokującym wizerunkiem i zachowaniem. Druga: nawiązanie do nazwiska czarownicy, która kilka wieków temu została spalona na stosie.

[3] Teoria spiskowa o projekcie Monarch jest inspirowana autentycznymi badaniami nad kontrolą umysłu, jakie CIA prowadziła w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (MK-ULTRA). Wielu ludzi twierdzi, że tego typu praktyki nadal mają miejsce. Wierzą oni, że masoneria i agencje wywiadowcze traumatyzują niemowlęta i dzieci, żeby wywołać u nich dysocjacyjne zaburzenie tożsamości, czyli osobowość wieloraką (DID/MPD). Gdy psychika katowanego, poniżanego i zastraszanego człowieka rozpada się na wiele osobowości, każda z nich zostaje zaprogramowana (za pomocą hipnozy, narkotyków, elektrowstrząsów, NLP itp.) do wykonywania określonych zadań. Według konspiracjonistów, motyw kontroli umysłu jest w popkulturze sygnalizowany za pomocą ściśle określonych symboli, takich jak marionetka, motyl, lalka, manekin, maska, lustro, zegar, zamek, szachownica, czarno-białe paski, labirynt, schody, klatka dla ptaków, styl Marilyn Monroe, uszy Myszki Miki, wzór panterki, drapieżny kot, biały królik, pękające szkło, zwielokrotnione postaci czy wyeksponowane/zasłonięte oko. Projekt Monarch, ze względu na brutalny charakter, bywa nazywany “opartą na traumie kontrolą umysłu” (“trauma-based mind control”).

[4] Jeśli wierzyć stronie WikiMapia.org, muzyk mieszka w Paradise Valley koło Phoenix (AZ). W Phoenix jest filia Red Cross of Constantine. Mieści się ona w budynku Grand York Rite Masonic Bodies (Ciał Masońskich Wielkiego Rytu York) przy ulicy W Monroe Street. Źródła: CharityBlossom.org, YellowBot.com. Według anglojęzycznej Wikipedii, wielu templariuszy zalicza się do Rytu York. Ugrupowanie DeMolay, do którego należał młody Cooper, także ma dużo wspólnego z tym Rytem. Wejdźmy na stronę YorkRite.com/degrees i spójrzmy na listę organizacji młodzieżowych. Jest tam m.in. Order of DeMolay. Komentarz dołączony do spisu brzmi: “Ryt York jest ekstremalnie aktywny w swoim uwikłaniu w te grupy” (“The York Rite is extremely active in its involvement with these groups”). DeMolay otrzymuje ponadto wsparcie od Rytu Szkockiego. Cytat ze strony ScottishRite.org: “Każdego roku (…) Ryt Szkocki wspiera Międzynarodowy Zakon DeMolay” - “Each year (…) the Scottish Rite supports the International Order of DeMolay”. Założyciel młodzieżówki, Frank S. Land, reprezentował Ryt Szkocki, aczkolwiek był też nagradzany przez Ryt York (info: En.wikipedia.org). Jeszcze jedna ciekawostka. Oddział DeMolay w Phoenix (AZ) nazywa się Paradise Valley, czyli tak jak obecna miejscowość Alice’a. Źródło: DeMolay.org.

[5] Jest też całe mnóstwo fotografii, na których widać, że Alice posługuje się znakiem Czaszki i Kości (Skull and Bones). Tego jednak nie łączyłabym z wolnomularstwem. Raczej z subkulturą rockowo-metalową i tematyką piosenek. Inne spostrzeżenie: na okładkach płyt “Welcome To My Nightmare” i “Welcome 2 My Nightmare” znajduje się ogromny, odwrócony trójkąt. Ale to również może być dziełem przypadku.

[6] Żeby być uczciwą, napiszę, że ten utwór sprawia wrażenie, jakby był napisany przeciwko szatanowi. Jego przesłanie kojarzy mi się z kawałkiem “Deceiver of Fools” (“Oszust Głupców”) formacji Within Temptation.

[7] W działalność DeMolay był też zaangażowany (nielubiany przez konspiracjonistów) Walt Disney, twórca m.in. Myszki Miki. Dlaczego teoretycy spiskowi nie darzą go sympatią? Zainteresowanych odsyłam do książki “The Illuminati Formula Used to Create an Undetectable Total Mind Controlled Slave” („Formuła Illuminati Używana do Tworzenia Niewykrywalnego, Totalnego, Kontrolowanego Umysłowo Niewolnika”) Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler. Inne przydatne źródło: czwarta część amatorskiego filmu dokumentalnego „Kontrola umysłu. Zbagatelizowany fakt współczesnego świata” (YouTube, Ripsonar).

[8] Nie wiem, dlaczego, ale gdy oglądałam to nagranie, przypomniał mi się nagłówek z najpoczytniejszego polskiego dziennika: “Kate jest w ciąży, ale w macicy rozwijają się... O MATKO!!!” (24 września 2012 roku, wirtualne wydanie tabloidu “Fakt”).

 

Malcolm McLaren. Artysta, biznesmen i popkulturowy troll

Autor: njnowak | Kategorie: Muzyka
Tagi: kultura, malcolm mclaren, muzyka, punk, sex pistols
28. lipca 2013 00:01:00

Od autorki: w nawiasach kwadratowych umieściłam przypisy.


Zaczynając od końca

Jego pogrzeb był nie z tej ziemi. Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do publikacji “Malcolm McLaren’s funeral in pictures” (“Pogrzeb Malcolma McLarena w obrazkach”) dostępnej w internetowym wydaniu dziennika “The Daily Telegraph”. Trumna zmarłego była pokryta czymś w rodzaju graffiti, a na jej boku widniało ogromne, białe hasło “Too Fast To Live, Too Young To Die” - “Zbyt Szybki, Żeby Żyć, Zbyt Młody, Żeby Umrzeć”. Przewożono ją elegancką, staroświecką karetą zaprzęgniętą w czarne konie z efektownymi piórami na głowach. Z tyłu tejże karety znajdowało się coś na kształt tablicy, do której przytwierdzono kwiaty układające się w czerwony znak anarchii na białym tle.

Częścią konduktu pogrzebowego był zielony, piętrowy autobus. Przód pojazdu posiadał oznaczenie “777 Nowhere” - “777 Donikąd”. Tył był opatrzony wielkim, różowo-żółto-czarnym transparentem z inicjałami “MM” i hasłem “Malcolm Was Here 1946-2010” (“Malcolm Był Tutaj 1946-2010”). Bok autobusu przyozdobiono różową płachtą z żółtym, kaligraficznym napisem “The Daily Terror” - “Codzienny Terror”. Nawet wnętrze kościoła, w którym odbywała się ceremonia żałobna, nie uniknęło dziwnych dekoracji. U stóp stojaka, na którym znajdowała się trumna, umieszczono tablicę z kwiatami tworzącymi hasło “Cash From Chaos” - “Gotówka z Chaosu”. Był to biały napis na tle granatowym.

Szopka pogrzebowa

Przy wspomnianym już zielonym, piętrowym autobusie kręcili się młodzi ludzie ubrani (i uczesani) w stylu punkowym. Część z nich piła piwo i paliła papierosy. Autor publikacji “Malcolm McLaren’s funeral…” pisze, że ostatniej drodze zmarłego towarzyszyła muzyka rockowa: utwór “My Way” w wykonaniu Sida Viciousa z zespołu Sex Pistols[1]. W uroczystościach żałobnych uczestniczyli - obok zwykłych obywateli - znani przedstawiciele branży rozrywkowej i modowej. Niektórzy celebryci (tacy jak wokalista Adam Ant) wyglądali nad wyraz ekscentrycznie. Cała ta pogrzebowa szopka miała miejsce w Londynie w drugiej połowie kwietnia 2010 roku. My, Polacy, żegnaliśmy wówczas ofiary katastrofy smoleńskiej.

Kim, do licha, był Malcolm McLaren? Dlaczego jego ostatnie pożegnanie przypominało cytat z piosenki polskiej grupy Ramzes & The Hooligans (“Zapraszam wszystkich na mój pogrzeb, to będzie bardzo wspaniała impreza. Będzie punk rock, będzie piwo i każdy będzie mógł się naje…ć”)? W niniejszym artykule spróbuję zwięźle przedstawić życie i twórczość jednej z najbardziej wpływowych osób w historii brytyjskiej popkultury. Nie będzie to szczegółowa biografia ani dogłębna analiza, tylko krótka prezentacja niezwykłego człowieka i jego dokonań. Mój tekst jest adresowany do ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Malcolmie McLarenie albo mają niewielką wiedzę na jego temat.

Artysta i biznesmen

Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że Malcolm McLaren (22 stycznia 1946 - 8 kwietnia 2010) urodził się w Londynie jako syn szkockiego inżyniera. Wychowywał się z babcią ze strony matki, która pochodziła z żydowskiej rodziny handlującej diamentami. W młodości Malcolm sympatyzował z sytuacjonistami, czyli ruchem artystyczno-społecznym, który cenił awangardową sztukę oraz głosił poglądy zahaczające o marksizm i anarchizm. Uczęszczał do różnorakich szkół plastycznych. Od roku 1971 prowadził sklep, w którym sprzedawał zaprojektowaną przez siebie odzież. Współwłaścicielką sklepu, a zarazem kochanką McLarena, była Vivienne Westwood[2]. Para projektowała również kostiumy na potrzeby spektakli teatralnych i filmów fabularnych.

Malcolm, w przeciwieństwie do Vivienne, nie ograniczył swojej działalności wyłącznie do branży modowej. Jeszcze w latach siedemdziesiątych wkroczył do przemysłu rozrywkowego: został menedżerem zespołów muzycznych. Od lat osiemdziesiątych wydawał płyty z własnymi nagraniami. McLaren zajmował się ponadto sztukami wizualnymi, komponowaniem muzyki do reklam i filmów, pisaniem artykułów, współtworzeniem programów telewizyjnych i innymi pasjonującymi rzeczami. Zmarł w wyniku choroby nowotworowej (podobno przed śmiercią zaapelował o uwolnienie Leonarda Peltiera, działacza na rzecz Indian północnoamerykańskich). Został pochowany w angielskiej stolicy na Highgate Cemetery. Polecam sprawdzić, jak wygląda jego grób. Wystarczy wpisać w Google hasło “malcolm mclaren grave” albo “malcolm mclaren headstone”.

Punk - kontrolowana opozycja?

Robert Sankowski, autor artykułu “Człowiek, który wymyślił punka” z wirtualnego wydania “Gazety Wyborczej”, przedstawia Malcolma McLarena jako ojca sukcesu Sex Pistols. Pisze, że to właśnie Malcolm - sprytny menedżer - był odpowiedzialny za wizerunek, skandale, a nawet skład personalny tej słynnej grupy. Z artykułu Sankowskiego wyłania się jednak negatywny obraz McLarena. Publicysta oskarża Malcolma o fałszywość i działanie w złej wierze. Nazywa go “pozerem” i “hochsztaplerem”. Co więcej, przytacza wypowiedzi, z których wynika, że McLaren traktował sztukę i artystów w sposób instrumentalny. Krzysztof Varga, twórca tekstu “Buntuj się czyli kup nasz produkt” (z elektronicznej edycji “Dużego Formatu”), opisuje Malcolma w równie nieprzychylny sposób.

Varga, powołując się na obszerną książkę “England’s Dreaming. Historia punk rocka” Jona Savage’a, prezentuje największe wady i grzechy sławnego menedżera. Z artykułu “Buntuj się…” wynika, że McLaren zapoczątkował modę na punk w celach czysto komercyjnych. “On ten nagły bunt sobie starannie wykoncypował, a szło przecież wyłącznie o to, żeby dobrze sprzedać ciuchy, które w swoim butiku (…) młodzieży opylał” - stwierdza autor tekstu. Krzysztof Varga pisze, że Malcolm, żądny pieniędzy i rozgłosu, przekraczał niekiedy granice moralne. Jako przykład podaje fakt, że McLaren zachęcał młodych muzyków do posługiwania się symbolami komunistycznymi i nazistowskimi. Publicysta ubolewa nad tym, że za rzekomym idealizmem i nonkonformizmem punk rocka kryło się coś zupełnie przeciwnego.

Bartek Chaciński, twórca artykułu “Pożegnanie z ojcem punka” (dostępnego w wirtualnym wydaniu “Polityki”), pisze o Malcolmie McLarenie w nieco innym tonie. Wprawdzie potwierdza, że menedżer grupy Sex Pistols “zmanipulował” punkową subkulturę, ale przedstawia go raczej jako człowieka kreatywnego, wszechstronnie uzdolnionego oraz zasłużonego dla świata mody i muzyki. Chaciński podkreśla ogromną rolę, jaką sklep McLarena i Westwood odegrał w historii punk rocka. Zauważa, że punkowy styl, który zrobił w Zjednoczonym Królestwie taką furorę, wziął się właśnie stamtąd. Autor “Pożegnania…” pisze ponadto, że to właśnie Malcolm był pierwszym Brytyjczykiem tworzącym hip-hop. McLaren poznał ten gatunek w Nowym Jorku i przeszczepił go na grunt europejski.

Twórczość muzyczna MM

Jak widać, Malcolm McLaren należał do ludzi, których można było kochać lub nienawidzić, a których nie dało się ignorować. Generalnie, uchodził za mężczyznę bystrego, przebiegłego i odrobinę niebezpiecznego. Wokalista Sex Pistols, John Lydon, znany również jako Johnny Rotten, nazwał kiedyś Malcolma “najbardziej złowrogą osobą na ziemi” - “the most evil person on earth” (źródło: Biography.com). Trzeba jednak pamiętać, że McLaren był nie tylko “opiekunem” zespołów muzycznych, ale także człowiekiem, który sam zajmował się tworzeniem muzyki. Malcolm odznaczał się zamiłowaniem do eksperymentowania. Czerpał inspiracje z najróżniejszych stylów muzycznych, rozwijał nowe brzmienia i reinterpretował stare. Jeśli posłuchamy jego utworów, uświadomimy sobie, że są one bardzo eklektyczne i intertekstualne. Dużo w nich nawiązań do innych wytworów kultury. Krótko mówiąc: typowy postmodernizm, pełen przeróbek, aluzji, stylizacji i wybuchowych mieszanek.

Robert Sankowski, na którego powoływałam się kilka akapitów temu, sugerował, że taki charakter muzyki McLarena świadczył o nieudolności samego autora. “Nie potrafiąc ani śpiewać, ani pisać muzyki, sprytnie podczepiał się pod nowe, często undergroundowe trendy” - napisał publicysta “Gazety Wyborczej”. Możliwe, że jest w tym ziarnko prawdy. Nie mogę jednak powiedzieć, że utwory Malcolma są beznadziejne i godne zapomnienia. Wręcz przeciwnie: uważam, że słucha się ich świetnie, a płyta “Fans” z 1984 roku to prawdziwa rewelacja. Wysłuchałam jej już wiele razy. W nagrywaniu krążka wzięło udział mnóstwo ludzi, w tym Betty Ann White i Valerie Walters, śpiewające pięknymi, operowymi głosami. Na płycie “Fans” Malcolm wykorzystał fragmenty dwóch znanych oper, “Madama Butterfly” i “Carmen”. Chwała mu za to, bo wzbudził we mnie zainteresowanie tymi klasycznymi dziełami. Pierwsze z nich, autorstwa Pucciniego, chciałabym usłyszeć/obejrzeć w całości.

Jeśli chodzi o inne albumy studyjne McLarena, miałam okazję posłuchać “Duck Rock”, “Waltz Darling” i “Paris”. Wymienione krążki ukazywały się kolejno w latach 1983, 1989 i 1994. “Duck Rock”, debiutancka płyta Malcolma, to mix rapu, country, dance i muzyki afrykańskiej. McLaren, w wywiadzie dla polskiego periodyku “Teraz Rock”, zdradził, że na swoim krążku wykorzystał piosenki egzotycznych artystów. “Rozliczyłem się bezpośrednio z muzykami. (…) A Afrykanerów z wytwórni płytowych wystrychnąłem na dudków” - wyjaśnił dziennikarzowi Wiesławowi Weissowi. Płyta “Waltz Darling” urzekła mnie umiejętnym połączeniem nowoczesnych brzmień z wybranymi dziełami muzyki poważnej. Krążek “Paris” zaskoczył mnie zaś wyjątkowym klimatem. Sentymentalizm, nastrojowość, czasem niepokój, groza i tajemniczość… A do tego filmowa recytacja, elementy jazzowe oraz nawiązania do twórczości Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin. Jest czego słuchać.

Trolling stulecia

Wróćmy jednak do zespołu Sex Pistols. Czym, tak naprawdę, była ta popularna i wpływowa formacja, uhonorowana obecnością w Rock and Roll Hall of Fame? Co kryło się za tą śmiałą grupą, rzucającą wyzwanie elitom, kształtującą mentalność młodzieży, inspirującą innych artystów i zmieniającą oblicze światowej kultury? Rozmawialiśmy wcześniej o komercji… Ale czy to wszystko? Z odpowiedzią śpieszy cytowany już Robert Sankowski, autor “Człowieka, który wymyślił punka”. Publicysta “Gazety Wyborczej” nie pozostawia złudzeń: “McLaren zrobił jeszcze film (…), w którym dowodził, że zespół był jego prowokacją, która miała obalić muzyczne hierarchie”. Wynika z tego, że twórczość SeksPistoletów była nie tylko towarem udającym kontestację, ale także skrytobójczym zamachem na muzykę.

Bartek Chaciński, twórca “Pożegnania z ojcem punka”, również sugeruje, że zespół Sex Pistols - a raczej trzymający go za mordę Malcolm - prowadził muzyczną dywersję. Publicysta “Polityki” twierdzi, że osławiony menedżer “chciał zniszczyć rock’n’rolla, pokazać, że skoro każdy może grać (…), to cała zabawa nie ma sensu, tymczasem wykonał pracę odwrotną”. Można powiedzieć, że kulturowy przewrót, zapoczątkowany przez grupę Sex Pistols, był wyreżyserowanym, dochodowym spektaklem. Przypominał on sfingowaną rewolucję z filmu “Metropolis” Fritza Langa. SeksPistolety były jak Fałszywa Maria, charyzmatyczna przywódczyni rewolucjonistów, która później okazała się złym robotem. McLaren był zaś jak Rotwang - szalony naukowiec, który tego robota skonstruował i zaprogramował.

Żeby była jasność: nie zabraniam nikomu słuchania Sex Pistols ani innych formacji punk rockowych. Przestrzegam jednak przed apoteozowaniem tego zespołu i przypisywaniem mu cech, których nie posiadał (idealizm, nonkonformizm, niezależność, oddolność, spontaniczność, niekomercyjność). SeksPistolety nie były żadnym objawieniem, tylko muzycznym trollingiem i dobrym interesem podstępnego artysty-biznesmena. Grupa nie miała nic wspólnego z realizowaniem jakiejkolwiek idei społeczno-polityczno-kulturowej. Miała za to dużo wspólnego z egoistycznymi celami pewnego rudowłosego, kędzierzawego projektanta mody. Za wszystkim, co kojarzymy z zespołem Sex Pistols, krył się Malcolm McLaren, który zapewne dobrze się bawił, widząc skutki wywołanego przez siebie zamieszania.

Anarchizm w praktyce

Macie swoich “wielkich anarchistycznych buntowników”. Kilku zwykłych, prostych chłopaków, którzy oficjalnie nawoływali do nieposłuszeństwa wobec establishmentu, a sami byli trzymani na smyczy przez jednego apodyktycznego dorobkiewicza. To nie w porządku, że młodych słuchaczy Sex Pistols zachęcano do popierania idei, za którą kryła się żądza zysku i zamętu (pomijam tutaj fakt, że anarchizm jest wynalazkiem głupim, szkodliwym i bezsensownym. Chodzi mi po prostu o pokazanie, że wielu naiwnych, idealistycznych nastolatków i dwudziestolatków zostało “nabitych w butelkę“). Co do McLarena… No cóż, najpierw potraktował SeksPistolety jak maszynkę do robienia pieniędzy. A gdy te pieniądze zostały już zrobione, przywłaszczył je sobie i przeznaczył na własne cele. O defraudacji majątku Sex Pistols, która znalazła swój epilog w sądzie, można poczytać w polskojęzycznej Wikipedii. Swoją drogą… Anarchiści pozwali kogoś do sądu?! Znowu sprzeczność!

Nie chcę być złośliwa, ale przypominają mi się fragmenty piosenki “Policyjna anarchia” grupy Surowa Generacja: “Chcąc uniknąć walki, anarchiści wolą donosić”, “Anarchia, rebelia pod ochroną prawa”, “Jak oni mogą mówić o jakiejś walce z systemem, jednocześnie chowając się za plecami policji? Jak mogą mówić o obaleniu rządu, składając zeznania, podając rysopisy?”[3]. Malcolm (który, jak już wiemy, w młodości opowiadał się za sytuacjonizmem) również nie był wierny swoim zasadom. Pod koniec życia wystąpił w reklamie, w której został zaprezentowany jako bogaty przedsiębiorca pracujący w Hollywood. Piosenką, wykorzystaną w tym materiale, była “Anarchy in the UK” (“Anarchia w Zjednoczonym Królestwie”) SeksPistoletów. Cynizm, zwykły cynizm. A może MM był po prostu… anarchokapitalistą?! Jeszcze jedna ciekawostka: muzyka Sex Pistols jest dystrybuowana w Internecie przez VEVO. Nie za bardzo wiem, czym jest to niesławne VEVO, ale część komentatorów nie posiada się z oburzenia.

Prawie jak Gainsbourg

McLaren, który żył na świecie ponad sześćdziesiąt lat, miał okazję “zajmować się” nie tylko zespołem Sex Pistols, ale także wieloma innymi formacjami. Jedną z nich była działająca w okresie New Romanticism grupa Bow Wow Wow. Malcolm popełnił względem tego zespołu szereg niecnych uczynków. Według anglojęzycznej Wikipedii, słynny menedżer namówił piętnastoletnią wokalistkę Annabellę Lwin, żeby pozowała nago do artystycznego zdjęcia. Fotografia miała się potem pojawić na okładce płyty BWW. Kiedy rodzice Annabelli dowiedzieli się o tym fakcie, zgłosili sprawę na policję. Jak nietrudno się domyślić, wpływowemu McLarenowi nic nie zrobiono. A zdjęcie i tak ukazało się rok później na okładce krążka wydanego w USA. Niestety, to jeszcze nie koniec. Zdaniem amerykańskiego dziennikarza Davida Bixenspana, Malcolm nakłaniał chłopaków z Bow Wow Wow do rozdziewiczenia nieletniej Lwin. Czego chciał dojrzały McLaren od młodziutkiej, niewinnej dziewczyny?![4]

Gdy myślę o tym wszystkim, przypomina mi się przypadek wspomnianego kilka akapitów wcześniej Serge’a Gainsbourga (1928-1991). Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że ten francuski artysta skomponował piosenkę “Les Sucettes” (“Lizaki”) i napisał do niej dwuznaczny tekst. Utwór wykonywała osiemnastoletnia piosenkarka France Gall. Było to w roku 1966, a więc jeszcze przed tzw. rewolucją seksualną. Młoda France nie była świadoma, że perfidny Gainsbourg wrobił ją w śpiewanie utworu mówiącego o seksie oralnym. Gdy poznała prawdę, poczuła się zdradzona, oszukana i wykorzystana. W 1984 roku Serge nagrał - wraz ze swoją dwunastoletnią córeczką Charlotte - zmysłową piosenkę o kazirodztwie. Kawałek, zatytułowany “Lemon Incest” (“Cytrynowe kazirodztwo”) został uzupełniony niezwykle kontrowersyjnym teledyskiem. Dwa lata później Gainsbourg zrealizował film fabularny “Charlotte for Ever” (“Charlotte na zawsze”) zawierający śmiałe sceny z udziałem jego córki.

Podsumowanie

Niniejszy artykuł miał być krótki, ale wygląda na to, że strasznie się rozpisałam. Cóż, zdarza się. Dobrze, że przynajmniej udało mi się odpowiedzieć na pytanie postawione w jednym z pierwszych akapitów: “Kim, do licha, był Malcolm McLaren?”. Otóż wszechstronnie uzdolnionym i niestroniącym od eksperymentów artystą. Opiekunem i ojcem sukcesu wielu innych twórców. Osobą mającą duży wpływ na brytyjską i światową kulturę. Biznesmenem z wielkim talentem do robienia pieniędzy (“gotówka z chaosu” - “cash from chaos”). A jednocześnie człowiekiem o dosyć luźnym stosunku do obowiązujących norm moralnych, etycznych, obyczajowych i prawnych. Lubię jego twórczość, zwłaszcza płyty “Fans” i “Paris”. Uważam jednak, że trzeba przyznać rację Wiesławowi Weissowi, który - na łamach magazynu “Teraz Rock” - nazwał Malcolma McLarena “uosobieniem przebiegłości, uosobieniem chaosu, uosobieniem zła”. MM nie był dobrym człowiekiem, ale niewątpliwie odegrał istotną rolę w historii popkultury. I dlatego warto o nim pamiętać.


Natalia Julia Nowak,
26 czerwca - 6 lipca 2013 r.


PRZYPISY


[1] Oczywiście, było to nagranie archiwalne, odtwarzane z jakiegoś nośnika dźwięku. Sid Vicious nie żyje od 1979 roku. Umarł wskutek przedawkowania heroiny. Wcześniej został oskarżony o brutalne zamordowanie swojej kochanki, niejakiej Nancy Spungen. Dziewczynę zadźgano nożem należącym właśnie do Viciousa. Źródło informacji: Biography.com.

[2] Alison Boshoff, autorka artykułu “Sex Pistols manager Malcolm McLaren dies in Switzerland aged 64” (“Menedżer Sex Pistols Malcolm McLaren umiera w Szwajcarii w wieku 64 lat”) z internetowego wydania bulwarówki “Daily Mail”, pisze, że Vivienne zaszła z Malcolmem w ciążę. McLaren życzył sobie, żeby Westwood poddała się aborcji. Kobieta jednak odmówiła i urodziła mu syna. Potomek Malcolma i Vivienne, Joe Corre, wspomina swojego ojca raczej ciepło. Mimo to, przyznaje, że MM nie był wzorowym rodzicem. Można o tym poczytać w reportażu “Mój ojciec - rewolucjonista”, czyli w przedruku z “The Guardian” dostępnym na stronie Muzyka.onet.pl.

[3] Podobne pytania wypadałoby zadać w odniesieniu do pewnej polskiej organizacji, podającej się za narodową. “Jak oni mogą mówić o jakiejś walce z Eurokołchozem, jednocześnie rozważając kandydaturę do Parlamentu Europejskiego? Jak mogą mówić o obaleniu Republiki Okrągłego Stołu, szukając dla siebie miejsca w instytucjach publicznych?” (parafraza fragmentu piosenki Surowej Generacji).

[4] To jest bardzo (po)ważne pytanie. Zwłaszcza w kontekście faktu, że MM fascynował się operą “Madama Butterfly“. Dzieło opowiada o dorosłym, białym mężczyźnie, który poślubił i zapłodnił piętnastoletnią Japonkę. Annabella Lwin też ma pochodzenie azjatyckie, a ściślej birmańskie. Źródła informacji: polska i angielska Wikipedia.

 

Powrót do klubu Blitz

Autor: njnowak | Kategorie: Muzyka
Tagi: blitz, kultura, muzyka, new romantic, new romanticism
27. lipca 2013 23:56:00

Klucz do nowej fascynacji

Jakiś czas temu zainteresowała mnie zagraniczna muzyka rozrywkowa z lat osiemdziesiątych XX wieku. Fascynacja starymi przebojami spłynęła na mnie dość nieoczekiwanie. Wszystko zaczęło się od brytyjskiego zespołu Dead or Alive, który - w czasach, gdy nie było mnie jeszcze na świecie - wylansował hity “You Spin Me Round (Like a Record)”, “Something In My House”, “Brand New Lover” i “My Heart Goes Bang (Get Me to the Doctor)”. Prawdę powiedziawszy, o istnieniu tej grupy i bolesnych przeżyciach jej wokalisty (Pete’a Burnsa) dowiedziałam się już kilka lat temu. Najpierw usłyszałam największy przebój formacji, a potem poczytałam nieco o dolach i niedolach Burnsa. Tak się jednak złożyło, że wówczas szybko zapomniałam o DoA. Pamięć o tym zespole powróciła do mnie dopiero w drugiej połowie 2012 roku. Postanowiłam wtedy poznać tę grupę od nowa, a owocem moich dociekań stał się artykuł “Wielkousty Michael Jackson z Port Sunlight”.

Łańcuch powiązań

Niebawem uświadomiłam sobie, że nie da się w pełni zrozumieć Dead or Alive (i poczynań Pete’a Burnsa) bez znajomości kwartetu Culture Club i jego lidera Boya George’a. Napisałam o tym zresztą w tekście “Pete Burns i Boy George. Kongenialność czy konkurencja?”. Później naszła mnie refleksja, że nie jest możliwe pełne zrozumienie Culture Club i Boya George’a bez ogarnięcia fenomenu, jakim był londyński klub Blitz (kolebka ruchu New Romanticism, znanego także jako New Romantic). O tym, czym był rzeczony lokal, opowiedziałam pokrótce w artykule “Dawno temu w Londynie stał klub Blitz”. Pracując nad wspomnianym materiałem, miałam już świadomość kolejnego faktu. Jeśli pragnę pojąć istotę Nowego Romantyzmu, muszę zgłębić nurty, repertuary i zjawiska, które stanowiły punkt wyjścia dla bywalców Blitz. Mądrzy ludzie mawiają, że do zrozumienia określonej epoki konieczne jest poznanie epoki wcześniejszej. Mają rację. Ja, w ferworze moich poszukiwań, dotarłam już do lat siedemdziesiątych.

Blitzologia - poziom średniozaawansowany

Ale przejdźmy do konkretów. W niniejszym tekście chciałabym rozwinąć kilka wątków z mojej publikacji “Dawno temu w Londynie stał klub Blitz”. Rzeczony artykuł zawierał m.in. informacje na temat zespołu Visage. Tak się jednak składa, że od Visage niedaleko do Ultravox. Dziś napiszę kilkanaście zdań o tej drugiej formacji (skądinąd bardzo zasłużonej dla ruchu noworomantycznego). Później nakreślę parę słów o Billym Idolu, który - przypadkowo i pośrednio - zmienił bieg historii. Jak dowiadujemy się ze strony TheBlitzClub.com, to właśnie Billy zaprosił Steve’a Strange’a (gospodarza Blitz, wokalistę Visage) do Londynu. Kolejnym muzykiem, którego scharakteryzuję, będzie Kirk Brandon. Człowiek ten, działający w depresyjnym zespole rockowym, miał nietypowe zatargi z Boyem Georgem. Na koniec opiszę gwiazdę lat siedemdziesiątych, której twórczość była natchnieniem dla Nowych Romantyków. David Bowie, bo o nim mowa, dostarczył społeczności blitzowców wielu inspiracji. Jak pamiętamy z poprzedniego artykułu, do rozsławienia klubu Blitz przyczyniły się wtorkowe imprezy zwane “nocami Davida Bowiego” (“David Bowie nights”). Życzę przyjemnej lektury i… przepraszam, że ograniczony czas nie pozwala mi na zaprezentowanie większej liczby artystów.

Visage i Ultravox


W czasach Nowego Romantyzmu świat brytyjskich wykonawców muzycznych przypominał wioskę, w której wszyscy się znali i wywierali na siebie wpływ. Można to łatwo przedstawić na przykładzie formacji Visage i Ultravox. Z obiema grupami był związany Midge Ure - uzdolniony kompozytor, wokalista, keyboardzista, gitarzysta i autor tekstów piosenek. Muzyk, którego prawdziwe nazwisko brzmi James Ure, działał początkowo w Visage. Potem przeniósł się do Ultravox, gdzie w pełni rozwinął skrzydła. O tym, że Midge odegrał ważną rolę w historii obu zespołów, przekona się każdy, kto posłucha ich utworów. Piosenki Visage i Ultravox brzmią bowiem podobnie. Da się wyczuć, że na kształt obydwu repertuarów wpłynęła ta sama osoba. Muzyka Ultravox jest jednak znacznie dojrzalsza i bardziej skomplikowana od Visage. Słychać, że talent Ure uległ oszlifowaniu i objawił się w całej okazałości. Z czego może to wynikać? Cóż, Midge miał w Ultravox więcej swobody twórczej. Nie musiał już podporządkowywać się woli lidera, bo sam został liderem. Dzięki temu doprowadził swoje zdolności do perfekcji i uczynił Ultravox jedną z najlepszych grup muzycznych w Zjednoczonym Królestwie. Bardzo lubię Visage, ale myślę, że Ure miał zbyt wielki potencjał, żeby “marnować się” w zespole dowodzonym przez kogoś innego.

Pięknie, choć po masońsku

Utwory Ultravox są syntetyczne, pełne magii i niesamowitości, a na dodatek melodyjne i przebojowe. Często słychać w nich nutkę tajemniczości, która wcale nie kłóci się z żywym rytmem i energicznym wokalem. Jak już napisałam, jest to coś w stylu Visage, ale na znacznie wyższym poziomie artystycznym. Teledyski Ultravox również są ciekawe i godne uwagi. Wystarczy wspomnieć o video clipie nakręconym do piosenki “Vienna”. Filmik jest odrobinę gotycki: dużo w nim mroku, ponurych rzeźb, pięknych budowli, a także świec i niewspółcześnie odzianych ludzi. Uważam, że powinien go obejrzeć każdy człowiek, któremu podobał się teledysk “The Damned Don’t Cry” Visage. Trochę kontrowersyjny jest video clip “The Thin Wall” (znowu mówimy o twórczości Ultravox). W filmiku pojawia się bowiem loża masońska: pomieszczenie z charakterystycznymi, białymi kolumnami i podłogą przypominającą szachownicę*. Nawiązania do ruchu wolnomularskiego występują ponadto w teledysku “Hymn”. Okładka singla “Hymn” przedstawia zaś masoński symbol (cyrkiel i ekierkę). Ciekawostka: pomieszczenie z białymi kolumnami i podłogą-szachownicą uwieczniono także w video clipie “God Thank You Woman” Culture Club. Sama czarno-biała podłoga pojawia się natomiast w filmiku “Something In My House” Dead or Alive.

Billy Idol - władca czasu?

Istnieje zjawisko zwane efektem motyla. Polega ono na tym, że pozornie nieważny gest pociąga za sobą lawinę nieprzewidzianych wydarzeń. Są podstawy, żeby mniemać, iż sprawcą jednego z efektów motyla był Billy Idol (właśc. William Broad). Gdyby ten blondwłosy artysta nie zaprosił Steve’a Strange’a do Londynu, nie doszłoby do przeobrażenia przeciętnego klubu Blitz w miejsce szalonych eksperymentów artystycznych. Wówczas nie narodziłby się nurt kulturowy o nazwie New Romanticism (New Romantic). W konsekwencji losy światowej popkultury potoczyłyby się inaczej i nie wiadomo, gdzie ludzkość znajdowałaby się dzisiaj. Skoro Billy - szczęśliwym zbiegiem okoliczności - dokonał takiego przełomu, wypadałoby się zapoznać z jego dorobkiem artystycznym. William Broad to zdecydowanie muzyk rockowy, wykonawca piosenek o mocnym i twardym brzmieniu. Jego twórczość, chociaż mainstreamowa, wydaje się łączyć cechy dwóch epok: punkowej i noworomantycznej. Artysta ma na koncie kawałki drapieżne i dynamiczne, takie jak “Rebel Yell”, “Mony Mony“ czy “Scream“. Do innych jego utworów wkradają się jednak dźwięki cudowne i nieziemskie, co doskonale słychać w “Eyes Without A Face”. Teledyski Idola nierzadko są śmiałe pod względem obyczajowym. Bezpruderyjne kobiety, pojawiające się w filmikach, sprawiają, że twórczość artysty zahacza o kolejną epokę. Jaką? Oczywiście, współczesność. Billy wybiega czasem w odległą przyszłość, o czym świadczy jego fantastycznonaukowy/cyberpunkowy video clip “Shock To The System”. William Broad - władca czasu? A może król przypadku? Na te pytania nie ma (i nie będzie) odpowiedzi.

Pomówienie o pomówienie (?)

Jednym z bywalców klubu Blitz, często wzmiankowanym w różnorakich opracowaniach, był Kirk Brandon. Muzyk, skądinąd bardzo charyzmatyczny, zasłynął jako wokalista zespołu Theatre of Hate. Jeśli wsłuchamy się w piosenki tej formacji, uświadomimy sobie, że znacznie różnią się one od głównonurtowej muzyki noworomantycznej. Bo faktycznie nie jest to New Romanticism, tylko coś z zupełnie innej bajki, a mianowicie depresyjny postpunk. Utwory, wykonywane przez Theatre of Hate, są ambitne i trudne w odbiorze. Nie jest to proste “hop, siup, tralala” rodem z komercyjnych rozgłośni radiowych, tylko poważny repertuar, przeznaczony dla słuchaczy szukających konkretnych doznań estetycznych. Ciężka i przygnębiająca twórczość Theatre of Hate ociera się wręcz o gothic rock. Ciekawe, że losy Kirka Brandona, wokalisty tej mrocznej grupy, splotły się z losami gwiazdy popu, Boya George’a. O co chodzi? Otóż w latach dziewięćdziesiątych George opublikował swoją autobiografię. Stwierdził w niej, że w czasach klubu Blitz miał z Kirkiem płomienny romans. Gdy Brandon dowiedział się o tych rewelacjach, nie tylko je zdementował, ale również oskarżył Boya o zniesławienie. Sąd, po rozpatrzeniu sprawy, orzekł, że racja leży po stronie George’a. Wyszło więc na to, że mężczyźni faktycznie byli niegdyś parą, a Kirk to oszczerca, który pomówił bliźniego o pomówienie. Jak było w rzeczywistości? Nie wiadomo. Możliwe, że Boy naprawdę “chodził“ kiedyś z Brandonem. Szkoda tylko, że w swojej książce naruszył jego prawo do prywatności. Nie można samowolnie opisywać czyjegoś życia towarzyskiego, zwłaszcza w sposób, który umożliwia identyfikację danej osoby. Etyka mediów się kłania.

Barwny, ponadczasowy… David Bowie!

David Bowie to niezwykle oryginalny, wpływowy i zasłużony artysta, bez którego Nowi Romantycy (i nie tylko) daleko by nie zajechali. Zdaję sobie sprawę z faktu, że to, co napiszę o nim w niniejszym artykule, nie będzie w żaden sposób wyczerpujące. O Bowiem powstało wiele grubych książek, co pokazuje, że jego życie, dorobek i znaczenie dla kultury to temat rzeka. Chciałabym jednak przybliżyć jego twórczość młodym ludziom, którzy nie mieli jeszcze okazji zainteresować się tym repertuarem i nie pamiętają czasów, gdy gwiazdor był u szczytu popularności. David Bowie (właśc. David Robert Jones) jest ikoną muzyki rockowej. Urodził się w roku 1947, a zadebiutował już w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Początkowo działał w różnych zespołach muzycznych, później zdecydował się na karierę solową, którą kontynuuje do dziś. Bowie, jako solista, podbił serca publiczności nie tylko piosenkami, ale także skłonnością do eksperymentowania z własnym wizerunkiem. Artysta stworzył co najmniej kilka fikcyjnych postaci, w które wcielał się podczas występów. W artykule “David Bowie: his many faces” z internetowego wydania dziennika “The Daily Telegraph” znajdują się opisy pięciu z nich. Oto ich imiona: Aladdin Sane, Arnold Corns, Major Tom, Thin White Duke i Ziggy Stardust. Ja wiem o istnieniu jeszcze jednej persony, noszącej pseudonim Halloween Jack. Najsłynniejszą postacią, wykreowaną przez Davida, jest zdecydowanie Stardust - androgyniczny przybysz z innej planety. W polskojęzycznej Wikipedii możemy przeczytać: “Bowie identyfikował się z postacią Ziggy’ego aż do przesady, w czasie tournee (…) pojawiał się na konferencjach prasowych jako sam Ziggy”.

Muzyka i ciekawostki

Dorobek artystyczny Davida Bowiego jest tak imponujący, że jego dokładne zbadanie zajęłoby dużo czasu nawet najbardziej entuzjastycznemu badaczowi. Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że dyskografia opisywanego muzyka obejmuje “26 albumów studyjnych, 9 albumów koncertowych, 46 albumów kompilacyjnych, 5 płyt extended play (EP), 109 singli i 3 ścieżki dźwiękowe”. Według tego samego źródła, interesujący nas artysta “wydał 13 video albumów i 48 teledysków”. Chylę czoło. Nie tylko przed Bowiem, ale również przed zapaleńcami, którzy zdołali w pełni ogarnąć jego twórczość. Sama wysłuchałam w całości tylko pięciu krążków Davida. Obejrzałam też kilka jego teledysków. Duże wrażenie zrobił na mnie video clip nakręcony do utworu “Ashes To Ashes”. Filmik jest ukłonem w stronę Nowych Romantyków - wielkich miłośników i uczniów Bowiego. Jeśli chodzi o muzykę, bardzo spodobały mi się piosenki “Starman”, “Ziggy Stardust” i “Heroes”. Przejdźmy teraz do ciekawostek. Na temat artysty krąży wiele teorii spiskowych. Jedna z nich mówi o tym, że David naprawdę jest istotą pozaziemską, a dokładniej Reptilianinem. Inna głosi, że w połowie lat siedemdziesiątych Bowie został podmieniony (tzn. zastąpiony przez sobowtóra). Lekkie kontrowersje wzbudza film fabularny “Labirynth”, w którym muzyk zagrał główną rolę męską. Produkcja była analizowana na stronie VigilantCitizen.com oraz w książce “The Illuminati Formula” Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler. Z analiz wynika, że “Labirynth” mówi o projekcie Monarch, a postać grana przez Davida jest programistą umysłów**. Gdyby Bowie się dowiedział, co ludzie o nim wypisują, prawdopodobnie złapałby się za głowę.

Zakończenie/usprawiedliwienie

Artyści, wymienieni w niniejszym tekście, nie są jedynymi “starymi gwiazdami”, których miałam okazję niedawno słuchać. W ostatnim czasie zwróciłam bowiem uwagę na wielu wykonawców, nie tylko z Wielkiej Brytanii, ale również z Francji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Jeśli chodzi o zespoły brytyjskie, zapoznałam się z twórczością Spandau Ballet, Human League i Duran, Duran. Co do formacji i solistów spoza Zjednoczonego Królestwa, nie będę ich dzisiaj wymieniać. Być może napiszę o nich parę słów w następnych artykułach. Jest jeden koleś z Ameryki Północnej, o którym chciałabym stworzyć całkiem osobny tekst. Nie wiem, kiedy to nastąpi, bo ostatnio brakuje mi czasu na twórczość publicystyczną. Nawet niniejszy artykuł miał być znacznie dłuższy i bardziej szczegółowy. Niestety, nadmiar obowiązków w realnym świecie sprawił, że musiałam się ograniczyć do niezbędnego minimum. Przepraszam i proszę o zrozumienie. Trzeci rok studiów (w systemie bolońskim) to nie przelewki.


Natalia Julia Nowak,
3-9 czerwca 2013 r.



__________
* Jeśli ktoś chce obejrzeć zdjęcia prawdziwych lóż masońskich, może ich poszukać za pośrednictwem wyszukiwarki internetowej Google. Polecam kierować się hasłem “masonic lodge”.
** Zainteresowanych odsyłam do mojego artykułu “Kontrola umysłu - prawda czy teoria spiskowa?”. Pełny tytuł przywołanej przeze mnie książki Springmeiera i Wheeler to “The Illuminati Formula Used to Create an Undetectable Total Mind Controlled Slave”.

 

Dawno temu w Londynie stał klub Blitz

Autor: njnowak | Kategorie: Muzyka
Tagi: blitz, kultura, muzyka, new romantic, new romanticism
27. lipca 2013 23:50:00

Pokolenie ma znaczenie

Dawno, dawno temu w Zjednoczonym Królestwie stał klub muzyczny o nazwie Blitz. Żeby była jasność: nie mówimy o czasach skrajnie zamierzchłych. Okres historyczny, o którym będziemy rozmawiać, to przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Dla osób młodych, czyli dla nastolatków i dwudziestolatków, jest to jednak epoka odległa, zupełnie jak średniowiecze lub starożytność. I właśnie dlatego ja, przedstawicielka rocznika 1991, zdecydowałam się użyć retorycznego wyrażenia “dawno, dawno temu”. Możliwe, że niektóre informacje, zawarte w niniejszym tekście, będą banalne dla czytelników w średnim wieku. Zapewniam jednak, że nie będą one banalne dla reprezentantów młodego pokolenia. Dla kogoś, kto ma czterdzieści lub pięćdziesiąt lat, oczywista jest znajomość mód, gwiazd, przebojów i tendencji sprzed kilku dekad. Nie jest ona jednak oczywista dla kogoś, kto ma lat piętnaście, dwadzieścia lub dwadzieścia pięć.

Muzyczne samouctwo

Gdy współczesna młodzież włącza muzyczną stację telewizyjną, widzi Lady Gagę, Rihannę, Katy Perry, Nicki Minaj… Skąd ci biedni, młodzi ludzie mają wiedzieć, co było “na topie” trzydzieści lat temu?! Muszą się dokształcać we własnym zakresie - tak jak ja to robię. Ale może się mylę? Może średnie pokolenie nie jest aż tak rozeznane w starej popkulturze brytyjskiej, bo Polska przed 1989 rokiem znajdowała się za żelazną kurtyną i izolowała się od Zachodu? Może, wbrew pozorom, to właśnie młodzi ludzie lepiej znają się na zachodnioeuropejskich “starociach” niż osoby czterdziesto- i pięćdziesięcioletnie? Niewątpliwie jest to temat godny zbadania i przedyskutowania. No, ale przejdźmy do konkretów, czyli do klubu Blitz i jego fascynujących tajemnic. Co takiego było w tym klubie, że zdecydowałam się napisać o nim artykuł? Mało to dyskotek było (i jest) na świecie?

Noce Davida Bowiego

Zacznijmy od danych geograficzno-administracyjnych. Klub Blitz mieścił się w Londynie, a dokładniej w Covent Garden, czyli w części West Endu - obszaru kojarzącego się przede wszystkim z musicalami, operami i innymi formami teatralnymi (zwłaszcza muzycznymi). Pod koniec lat siedemdziesiątych gospodarzami klubu Blitz zostali Steven John Harrington (Steve Strange) i Rusty Egan. Mimo młodego wieku, mieli oni już doświadczenie w tego typu działalności. Steven i Rusty przenieśli do Blitz specjalne, wtorkowe imprezy (“David Bowie nights” - “Noce Davida Bowiego”) organizowane początkowo w innym miejscu. Pod przywództwem Harringtona i Egana klub prężnie się rozwinął, przede wszystkim dlatego, że poświęcone Bowiemu imprezy zaczęły przyciągać ekscentrycznych artystów i buntowników obyczajowych. Był to czas, kiedy młodzi Brytyjczycy odczuwali znużenie punkiem i szukali czegoś świeżego. Potrzebna była nowa moda, nowa muzyka, nowa filozofia życia. Nic więc dziwnego, że lubiany klub Blitz szybko stał się miejscem szalonych eksperymentów artystycznych.

Cudaczni i androgyniczni

Bywalcy Blitz wyróżniali się przede wszystkim niekonwencjonalnym wyglądem. Mocne makijaże, dziwaczne fryzury, wyszukane dodatki, niecodzienne kreacje - oto ich znaki rozpoznawcze. Klubowicze nierzadko starali się wyglądać androgynicznie. Oznacza to, że łączyli w swoich wizerunkach elementy męskie i kobiece. Byli nawet tacy, którzy uprawiali crossdressing, czyli przebierali się za przedstawicieli płci przeciwnej. Stroje i charakteryzacje klubowiczów były niekiedy ciemne, choć nie aż tak ponure, jak w przypadku miłośników heavy metalu. Artyści, odwiedzający Blitz, uwielbiali przepych, kolor i cudaczność. Należy jednak podkreślić, że mimo skłonności do szokowania odziewali się w sposób spójny, przemyślany i elegancki. Ich powierzchowność, chociaż niestandardowa, była miła dla oka i akceptowalna. Czasem nawiązywała do tradycji, a czasem starała się wybiegać w przyszłość. Gdybym miała ją porównać do czegoś współczesnego, wskazałabym - z ogromną ostrożnością i licznymi wahaniami - style visual kei, emo i goth. Dlaczego? Ze względu na umiejętność godzenia przeciwieństw (staroświeckości z nowoczesnością, barwności z mrocznością, malowniczości z prowokacyjnością). Pośród tego wszystkiego blitzowcy wykazywali podobieństwo do modernistycznych dandysów.

Nowy Romantyzm

Z imagem bywalców Blitz doskonale korespondowała tworzona przez nich muzyka: syntetyczna, klimatyczna, czasem melancholijna, ale stosunkowo prosta, lekka i łatwo przyswajalna. Była to muzyka o bardzo charakterystycznym brzmieniu: elektroniczna, oparta na najnowszych technologiach, a zarazem rytmiczna, melodyjna i chwytliwa. Zaręczam, że tych dźwięków nie dałoby się pomylić z żadnymi innymi. Nurtowi, który narodził się w klubie Harringtona i Egana, nadano nazwę New Romanticism - Nowy Romantyzm. Kim zatem byli przedstawiciele interesującego nas środowiska? Nowymi Romantykami - New Romantics. Warto wiedzieć, że popularnym określeniem pierwszych Nowych Romantyków jest termin The Blitz Kids (Dzieci Blitz). Do wielu osób z opisywanej grupy przylgnęła również etykietka “gender bender”. Wyrażenie to jest bardzo trudne do przetłumaczenia na język polski. Jego sens najlepiej oddawałaby definicja: “ktoś, kto umyślnie nagina stereotypy związane z płcią społeczno-kulturową”. Według mnie, do Nowych Romantyków, Dzieci Blitz, pasowałoby też określenie “cyganeria artystyczna”.

Cyganeria artystyczna

W “Słowniku terminów literackich”, opublikowanym w 2004 roku przez Wydawnictwo GREG, znajdujemy następujące wyjaśnienie tego pojęcia: “Nieformalna grupa ludzi, złożona zazwyczaj z artystów, których wspólną cechą jest postawa buntu wobec zastanych norm społecznych i obyczajowych. Typowy dla cyganerii jest oryginalny, niekonwencjonalny i ekscentryczny tryb życia i formy zachowania. Wyróżniają się strojem (np. długie czarne peleryny i kapelusze). Pierwsza grupa cyganerii artystycznej, buntującej się przeciwko mieszczańskim normom, uformowała się we Francji w latach 30. XIX wieku. (…) Duchowym przywódcą cyganerii młodopolskiej, występującej przeciwko konserwatywnej obyczajowości mieszczańskiej, był Stanisław Przybyszewski”. A kto był duchowym przywódcą bywalców Blitz? Na poziomie organizacyjnym zapewne Steve Strange, ale na poziomie mentalnym - wspomniany kilka akapitów wcześniej David Bowie. Piosenkarz ten pojawił się kiedyś w klubie Harringtona i Egana. Zaprosił także grupę Nowych Romantyków (ze Stevem na czele) do występu w jego teledysku “Ashes to Ashes”.

Visage - historia

Przyjrzyjmy się teraz zespołowi Visage, który działał w latach 1978-1985, a następnie odrodził się z popiołów na początku XXI wieku. Formacja ta jest bardzo ważna, ponieważ założyli ją Steven John Harrington (Steve Strange) i Rusty Egan. Styl muzyczny grupy jest właśnie taki, jaki New Romanticism być powinien: nieziemski, syntetyczny, obdarzony specyficznym klimatem i łatwo wpadający w ucho. Zespół Visage wydał trzy płyty, z których dwie pierwsze odniosły sukces, a trzecia okazała się totalną porażką. Niedługo, bo już 20 maja 2013 roku, ukaże się czwarte długogrające CD formacji. Będzie to pierwszy krążek Visage od prawie trzydziestu lat! Grupa skrupulatnie przygotowuje opinię publiczną na swój powrót. Prowadzi stronę internetową, działa w serwisach społecznościowych, kontaktuje się z mediami i lansuje swoją nową piosenkę “Shameless Fashion“. Utwór jest dostępny w serwisie YouTube na profilu “therealvisage”. Materiał, promujący niewydaną jeszcze płytę, brzmi współcześnie, chociaż wyraźnie nawiązuje do muzyki z czasów klubu Blitz. Mimo to, nie dorównuje największym przebojom zespołu (tym z okresu Nowego Romantyzmu). Zajmijmy się więc starymi kawałkami i teledyskami Visage.

Visage - twórczość

Najbardziej znaną piosenką formacji jest “Fade To Grey” - kawałek elektroniczny i wprowadzający słuchacza w specyficzny nastrój. W tekście utworu fragmenty anglojęzyczne przeplatają się z francuskojęzycznymi. Video clip, chociaż prosty, odznacza się wysokimi walorami artystycznymi. Inne dziełko, na które warto zwrócić uwagę, to pełne tajemniczości i niesamowitości “The Damned Don’t Cry”. Filmik, przygotowany z myślą o tej piosence, jest odrobinę mroczny i romantyczny (w tradycyjnym tego słowa znaczeniu). Widzimy w nim, jak do banalnej rzeczywistości wkrada się odrobina grozy, metafizyki i niezwykłości. W teledysku “Visage” zostaje pokazany (zarówno na zewnątrz, jak i w środku) klub Blitz. Video clipem innym niż wszystkie jest “Mind of a Toy”. Steve Strange jawi się w nim jako mały chłopiec, jako wczesny nastolatek, jako dwudziestokilkuletni mężczyzna i jako starzec. Szerokie pole do interpretacji stwarzają symbole pojawiające się w filmiku. Oto niektóre z nich: schody, lalki, zegar, maska, wyeksponowane oko i marionetka będąca sobowtórem Strange’a. Grupa ma na swoim koncie teledyski, których akcja rozgrywa się w Egipcie (“The Horseman“, “Love Glove”) i Afryce Środkowej (“Beat Boy“). Oczywiście, opisane przeze mnie piosenki i video clipy to tylko część twórczości formacji Visage.

Kto bywał w klubie?

Wszystkich ludzi, którzy przewinęli się przez Blitz, nie dałoby się wymienić w krótkim artykule. Jest jednak kilka osób, o których wypada wspomnieć. Na przykład George Alan O’Dowd, czyli późniejszy Boy George, wokalista zespołu Culture Club. Przyszły gwiazdor był w klubie skromnym szatniarzem. Gdyby nie regularny kontakt z przychodzącymi do Blitz artystami, życie tego (młodziutkiego wówczas) człowieka potoczyłoby się zupełnie inaczej. Jednym z Dzieci Blitz był także Pete Burns, który później zdobył sławę jako frontman grupy Dead or Alive. To właśnie Burns śpiewał takie przeboje, jak “You Spin Me Round”, “Something In My House” czy “Brand New Lover”. Do najbardziej wyrazistych osobowości Blitz należał Peter Robinson - crossdresser wcielający się w postać Marylin, chodzącej kopii Marilyn Monroe. Robinson, podobnie jak jego koledzy, starał się zrobić karierę muzyczną. Wydał jeden album długogrający i kilka singli, wystąpił w paru teledyskach. Nie miał jednak uzdolnień wokalnych i szybko został zapomniany przez opinię publiczną. Zespołem, związanym z Blitz, był Spandau Ballet. Formacja “dojrzewała“ w klubie Harringtona i Egana, a kilka lat później zdobyła międzynarodową popularność. Dużo osiągnęła także “wychowana” w Blitz didżejka Princess Julia. W latach dwutysięcznych nawiązała ona współpracę z australijską piosenkarką i aktorką Kylie Minogue.

Film dokumentalny o Blitz

Jak widać, klub Blitz był prawdziwą kuźnią talentów. Niemal wszyscy artyści, którzy odwiedzali to miejsce, otrzymywali realną szansę na sukces. O tym, jak to dokładnie było z Nowymi Romantykami, możemy się przekonać, oglądając film dokumentalny “Whatever Happened To The Gender Benders?” (“Co się stało z gender benderami?”). Został on wyprodukowany w 2005 roku przez brytyjską stację Channel 4. W rzeczonej produkcji nieco już podstarzałe Dzieci Blitz opisują swoją młodość i teraźniejszość. Wypowiedzi głównych bohaterów są uzupełniane opiniami ekspertów: znawców brytyjskiej popkultury. Z filmu dowiadujemy się, że styl, wypracowany przez bywalców Blitz, wywarł wpływ na całą modę lat osiemdziesiątych. Przeniknął do różnych dziedzin sztuki, pozostając w nich aż do czasów współczesnych. Jeden nocny klub, rozkręcony przez dwóch zapaleńców, na zawsze zmienił bieg historii. Ale produkcja nie jest tylko zbiorem zachwytów nad twórcami Nowego Romantyzmu. Przeciwnie: ukazuje również ich ciemną stronę. Dzieci Blitz nie były bowiem święte, popełniały wiele błędów, a z konsekwencjami niektórych uczynków musiały się zmagać przez lata. Ich życie wcale nie było tak kolorowe, jak sugerowałyby stroje, dodatki i makijaże. Jakież to grzechy mieli na sumieniu artyści spod znaku New Romanticism? Trochę podobne do tych, które nosili członkowie modernistycznych cyganerii artystycznych.

Niewolnicy chemii

Głównym problemem, dręczącym noworomantyczne środowisko, była narkomania. Wielu bywalców klubu Blitz nie wyobrażało sobie życia bez kokainy. Groźniejszy narkotyk, heroina, także był przez nich zażywany. W krajach, w których drugi są zakazane, uzależnienie od substancji odurzających nieuchronnie prowadzi do kłopotów z prawem. Nic więc dziwnego, że część Dzieci Blitz musiała się zmierzyć z brytyjskim wymiarem sprawiedliwości. Do tego wszystkiego dochodziły problemy zdrowotne, niepewność jutra i destabilizacja codziennego życia. Przykład szedł z góry: narkomanem, który stracił kontrolę nad własną egzystencją, był lider bohemy, Steve Strange. Boy George miał nieprzyjemność doświadczyć czegoś naprawdę zatrważającego. W jego domu umarł młody człowiek (Michael Rudetsky), który przedawkował narkotyki. Co gorsza, istniało ryzyko, że kolejną ofiarą Thanatosa będzie sam George - kokainista i heroinista. Ówczesne gazety pisały, że nieszczęsnemu Boyowi zostało tylko osiem tygodni życia. Na szczęście, artysta wywinął się Aniołowi Śmierci i obecnie ma się bardzo dobrze. W filmie “Whatever Happened…” nie ma mowy o Pecie Burnsie z zespołu Dead or Alive. Trzeba jednak wyjaśnić, że on również się uzależnił, ale nie od drugów, tylko od operacji plastycznych. Podczas jednej z nich zaraził się gronkowcem, co zrujnowało mu wygląd, zdrowie, karierę, psychikę i budżet.

Zazdrość i medycyna

Innym grzechem Nowych Romantyków, o którym dowiadujemy się z dokumentu przygotowanego przez Channel 4, była wzajemna zazdrość. Dzieci Blitz teoretycznie były przyjaciółmi, połączonymi wspólnotą upodobań i zamiłowań. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy z artystów chciał być najlepszy, najpiękniejszy i najsławniejszy. Przyjaźń i umiejętność cieszenia się cudzym sukcesem stawały pod znakiem zapytania, kiedy w grę wchodziły takie wartości, jak rozgłos, obecność w mediach, podziw opinii publicznej czy wysoka pozycja na listach przebojów. O pieniądzach nawet nie wypada wspominać. Rytualna rywalizacja między Nowymi Romantykami zaczynała się jeszcze przed przekroczeniem progu Blitz. Do klubu nie było bowiem łatwo się dostać, a selekcja odbywała się na podstawie wyglądu kandydatów. Skoro jesteśmy już przy temacie zawiści, powinniśmy przypomnieć sobie mój artykuł “Pete Burns i Boy George. Kongenialność czy konkurencja?”. Zasugerowałam w nim, że to właśnie niezdrowa rywalizacja z Boyem Georgem mogła doprowadzić wokalistę Dead or Alive do uzależnienia od operacji plastycznych, a co za tym idzie - do utraty zdrowia i urody. Zakażenie gronkowcem, którego doświadczył Burns, było niebezpieczne dla jego życia i wymagało długotrwałego leczenia. Więcej na ten temat można przeczytać w moim tekście “Wielkousty Michael Jackson z Port Sunlight”.

Do obejrzenia

Jeśli ktoś chce obejrzeć film dokumentalny “Whatever Happened To The Gender Benders?”, może to zrobić w serwisie YouTube. Materiał jest tam dostępny pod nazwą “The Blitz Kids Documentary”. Opublikowano go na profilu “macneilhomevideo”. Oprócz wspomnianego dokumentu, warto zobaczyć film fabularny “Worried About the Boy” (znany w Polsce jako “Kłopotliwy chłopak”). Produkcja ukazuje klub Blitz i środowisko Nowych Romantyków przez pryzmat doświadczeń życiowych Boya George’a. Nie jest to, w żadnym wypadku, arcydzieło filmowe, ale naprawdę może naprowadzić widza na właściwe tory. “Worried About the Boy” podpowiada, jakimi postaciami, zespołami i zjawiskami powinien się zainteresować każdy człowiek pretendujący do miana znawcy popkultury. Film na pewno przyda się osobom, które nie mogą sobie wyobrazić, jak wyglądali blitzowcy i ówczesna Wielka Brytania. Treść produkcji “Worried…” opisałam w tekście “Krótka recenzja filmowa. ’Kłopotliwy chłopak’ Julliana Jarrolda”.

Do poczytania

Jeżeli chodzi o strony internetowe, warto odwiedzić witryny TheBlitzClub.com i TheBlitzKids.com. Są one poświęcone wiadomemu klubowi i jego ekscentrycznym bywalcom. Na stronie TheBlitzClub.com znajduje się artykuł “The Blitz Club. Our version of the story” (“Klub Blitz. Nasza wersja opowieści”), w którym Steve Strange i Rusty Egan opisują dyskotekę z punktu widzenia jej gospodarzy. Inne witryny, na które wypada zerknąć: Shapersofthe80s.com i Visage.cc. W wirtualnym wydaniu dziennika “The Guardian” znajduje się ciekawa publikacja (“przedruk” z pisma “The Observer”) zatytułowana “Spandau Ballet, the Blitz kids and the birth of the New Romantics” - “Spandau Ballet, dzieci Blitz i narodziny Nowych Romantyków”. Jest to długi, dziennikarski tekst z października 2009 roku. Informacje o poszczególnych grupach muzycznych, artystach i zjawiskach można znaleźć w polsko- i anglojęzycznej Wikipedii. Zachęcam także do poszukania oficjalnych profili/stron muzyków w różnorakich serwisach społecznościowych.

Natalia Julia Nowak,
7-15 maja 2013 roku

 

karot | misi12 | ksiegowoscnq7 | wojod7 | klaudusieka | Mailing