Archiwum - września 2014

Pesymizm żołnierza-tułacza. Recenzja filmu "John Rambo"

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: akcja, azja, birma, chrześcijaństwo, film, john rambo, karenowie, kultura, nihilizm, rambo, recenzja, sylvester stallone, wojna, wojsko, żołnierz
24. września 2014 23:03:00

Tytuł polski: “John Rambo”
Tytuł angielski: “Rambo”
Tytuł nieoficjalny: “Rambo IV”
Reżyseria: Sylvester Stallone
Rok produkcji: 2008
Gatunek: akcja, wojenny



Schemat i analogia

“John Rambo” (znany również jako “Rambo IV”) to czwarta część kultowej serii filmów z Sylvestrem Stallone’em w roli głównej. Produkcja ujrzała światło dzienne w roku 2008, a więc dwadzieścia lat po premierze trzeciej części cyklu (“Rambo III”). Scenariusz dzieła opiera się na schemacie podobnym do tego z części poprzednich. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest on analogiczny do historii opowiedzianych w filmach drugim i trzecim. Tytułowy bohater produkcji - amerykański żołnierz, weteran wojny wietnamskiej - znów wyjeżdża w dalekie strony, żeby ocalić swoich rodaków przetrzymywanych i dręczonych przez wschodnie wojsko. W drugiej części serii John Rambo ratował amerykańskich jeńców wojennych więzionych w Socjalistycznej Republice Wietnamu. W trzeciej ruszył na pomoc swojemu przyjacielowi, pułkownikowi Trautmanowi, który trafił w ręce Sowietów okupujących Afganistan (proszę nie robić aluzji do amerykańskiej polityki zagranicznej prowadzonej po roku 2001! To zupełnie inna historia!). W części czwartej, będącej tematem niniejszego artykułu, Rambo jest potrzebny w Birmie, gdzie czekają na niego pojmani protestanccy misjonarze.


Więcej niż strzelanina

Opisując film “John Rambo”, nie będę unikać spoilerów, ponieważ jest on tak przewidywalny, że można samodzielnie odgadnąć rozwój wypadków i ich ostateczny finał. Po co ukrywać szczegóły opowieści, skoro z góry wiadomo, że dojdzie do brawurowej akcji, która zakończy się zwycięstwem protagonisty? Tak będzie, bo tak musi być, i chyba nikt nie liczy na to, iż będzie inaczej. Produkcja, którą wybrałam do recenzji, jest typowym filmem akcji, bazującym na tradycyjnym szkielecie fabularnym, w którym dobro zawsze zwycięża ze złem. Nie oznacza to jednak, że amerykańska pełnometrażówka, wyreżyserowana przez samego Stallone’a, jest tworem słabym i niegodnym uwagi. Przeciwnie, jest to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ostatnim czasie. Pozwolę sobie nawet stwierdzić, że cała saga o Rambo jest ciekawa i warta obejrzenia. Nie tylko dlatego, że zawiera mnóstwo znakomitych scen akcji, ale również dlatego, iż porusza wiele ważnych tematów przemyconych pod płaszczem sensacyjnej superprodukcji. Cykl, o którym rozmawiamy, wcale nie jest zbiorem płytkich strzelanin. Zawiera bowiem sporo mądrych treści, które trzeba dostrzec i docenić[1].


Niespokojny duch

“John Rambo” rozpoczyna się prezentacją materiałów dokumentalnych ukazujących najbardziej drastyczne aspekty wojny domowej, jaka toczy się od sześćdziesięciu lat na terenie Birmy (Azja Południowo-Wschodnia). Widz zostaje poinformowany o dramatycznej sytuacji Karenów: mniejszości etnicznej uciskanej przez birmańskie wojsko i bezskutecznie walczącej o niepodległość. Z materiałów wynika, że birmańscy żołnierze traktują Karenów z niebywałym okrucieństwem, nie oszczędzając kobiet, dzieci i mnichów. Gdy dokumentalny prolog dobiega końca, rozpoczyna się właściwa, fabularna część produkcji. Akcja przenosi się do sąsiedniej Tajlandii, gdzie od ponad dwudziestu lat mieszka główny bohater, John Rambo. Wypada odnotować, że Rambo mieszkał tam już w trzeciej części serii. Ten niespokojny duch, którego los zaprowadził aż do egzotycznej krainy, ima się bardzo różnych zajęć. O ile w części trzeciej pracował na budowie i uprawiał sporty walki, o tyle teraz zajmuje się łowieniem ryb, łapaniem węży, trochę kowalstwem i przeprawianiem ludzi przez rzekę. Tylko taki użytek może tutaj robić ze swoich największych atutów: sprytu, zręczności, odwagi i siły fizycznej.


Małomówny samotnik

Ludzie, otaczający tytułowego bohatera, nie mają pojęcia o jego heroicznych czynach z przeszłości. Nie wiedzą również, że ten małomówny samotnik potrafi - ilekroć zachodzi taka potrzeba - być brutalny, bezlitosny i nieustępliwy. Sam Rambo nie tylko nie chwali się swoimi dokonaniami, ale również unika opowiadania o sobie. Bohater nie ufa ludziom, bo ma zbyt wiele złych doświadczeń związanych z przedstawicielami tego gatunku. Tyle już przez nich wycierpiał, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Był katowany i upokarzany, doświadczał rażącej niesprawiedliwości, kiedyś został nawet oszukany i pozostawiony na pastwę losu. Poza tym, jako żołnierz niejednokrotnie stawał się naocznym świadkiem bezsensownego bestialstwa i bezwstydnego cynizmu. Jak on teraz ma ufać innym? Jak on ma być otwarty i życzliwy? Nikt mu nie wmówi, że ludzie są z natury dobrzy, a życie piękne. Zdanie o ludziach i życiu wyrobił sobie już dawno temu. Chociaż Rambo stara się funkcjonować normalnie, pewną ranę będzie miał już do końca swoich dni. To rana nieuleczalna: jak złe wspomnienia, jak wyrzuty sumienia. Tej rany, najcięższej ze wszystkich, nie widać gołym okiem, gdyż znajduje się na duszy.


Żołnierz-tułacz

John Rambo już w poprzednich częściach cyklu wydawał się introwertyczny, ale teraz sprawia wrażenie, jakby popadł w depresję i mizantropię. Często bywa przygnębiony, ale nie chce o tym rozmawiać ani otwarcie tego okazywać. Woli dusić wszystko w sobie, szukając pocieszenia w codziennej ciężkiej pracy. Nuży go towarzystwo innych ludzi, a zwłaszcza czcza gadanina idealistów, którym się wydaje, że mogą zbawić świat. On, w całym swoim życiu, zrobił bardzo wiele, a jednak nie udało mu się zmienić ponurej rzeczywistości. Nic więc dziwnego, że stracił wiarę we wszystko: w ludzi, w lepsze jutro, w sens podejmowania jakichkolwiek akcji. Jedyne, na czym mu obecnie zależy, to spokój i stabilizacja. Ale czy na pewno są one pisane właśnie jemu, żołnierzowi-tułaczowi? Jedno jest pewne: skromna, monotonna egzystencja bohatera zostaje przerwana, gdy przybywa do niego grupa misjonarzy-wolontariuszy, pochodząca ze Stanów Zjednoczonych, ale działająca na terenie Azji. Słudzy Chrystusa chcą, żeby Rambo - posiadający łódź i doskonale znający rzekę - pomógł im się dostać do Birmy. Stary wiarus, który bardziej od serca ceni rozum, jest negatywnie nastawiony do tego pomysłu.


Nihilizm vs altruizm

John uważa, że wyprawa do kraju pogrążonego w wojnie domowej to szaleństwo, niepotrzebne ryzyko, z którego nic dobrego nie może wyniknąć. Bardzo sceptycznie podchodzi do faktu, że misjonarze chcą tam jechać całkowicie bezbronni… no, “uzbrojeni” jedynie w modlitewniki, bandaże i lekarstwa dla cierpiącej ludności. Jako doświadczony żołnierz wie, jak się może skończyć taka podróż. Odmawia, ale spotyka się z oporem i uporem. Misjonarze koniecznie chcą jechać do Birmy. Argumentują, że byli tam już kilka razy, a birmańska ludność pilnie potrzebuje ich pomocy materialnej i duchowego wsparcia. Osobą, która szczególnie mocno naciska na Johna, jest wytrwała i ideowa Sarah Miller. Kobieta usiłuje przemówić do sumienia głównego bohatera. Dostrzega, że Rambo pogrążył się w nihilizmie, ale próbuje wykrzesać z niego resztki zapału i altruizmu. Zapewnia go, że ludzka egzystencja ma sens tylko wtedy, gdy jest w niej miejsce na pomaganie innym, a zwłaszcza na ratowanie cudzego życia. Tylko poświęcenie dla bliźnich sprawia, że nasze własne istnienie jest pożyteczne. Jedynie takie życie nie jest życiem zmarnowanym. Argumenty Sary okazują się przekonujące.


Piekło vs niebo

John zgadza się popłynąć z misjonarzami w górę rzeki. Co więcej, nie bierze za to żadnego wynagrodzenia. Zastrzega jednak, że robi to wyłącznie dla Miller i że to od niej zależy, czy wyprawa zostanie poprowadzona do końca. Jeśli kobieta się rozmyśli, główny bohater natychmiast zawróci łódź w kierunku Tajlandii. Rambo, przedstawiając sprawę w ten sposób, daje wolontariuszom do zrozumienia, że zrzeka się odpowiedzialności za całą podróż. Obawy, które od początku dokuczały Johnowi, okazują się słuszne jeszcze przed dopłynięciem do celu. Łódź z naszymi bohaterami na pokładzie zostaje bowiem napadnięta przez birmańskich piratów. Po krótkiej, nieprzyjemnej wymianie zdań Rambo otwiera ogień, co kończy się śmiercią napastników i sprzeczką z misjonarzami. Dla niego zajście nie jest niczym szczególnym: to kolejne popełnione przez niego zabójstwo, w dodatku dokonane w obronie koniecznej. Dla nich, myślących po chrześcijańsku, jest to coś absolutnie złego i nieusprawiedliwionego. Potępiają oni czyn Johna, oznajmiając, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie wolno zabijać ludzi. Brzmi to bardzo szlachetnie, ale… czy takie myślenie znajdzie zastosowanie w wojennych realiach?


Męczeństwo Karenów

Misjonarze-wolontariusze docierają do ubogiej, kareńskiej wioski i mają tam ręce pełne roboty: muszą leczyć chorych, opatrywać rannych, pocieszać sieroty, ewangelizować katechumenów. Można odnieść wrażenie, że chociaż ochotnicy dużo ryzykują, ich entuzjazm i zaangażowanie nie idą na marne. Mówi się przecież, że udzielenie pomocy nawet jednej osobie jest sukcesem. A oni pomagają całej osadzie. Niestety, spokój nie trwa długo. Kareńska wieś zostaje zaatakowana przez birmańskich żołnierzy, którzy zrównują ją z ziemią, a z jej mieszkańcami rozprawiają się w wyjątkowo sadystyczny sposób. Cała praca misjonarzy zostaje zaprzepaszczona. Oni sami dostają się zaś do niewoli. Mężczyznom grożą tortury i śmierć, kobiecie - brutalny gwałt. W tym samym czasie Rambo przebywa w Tajlandii, nie zdając sobie sprawy z tego, co się przydarzyło jego rodakom. Pewnej nocy przychodzi do niego protestancki pastor, który informuje go o tym, co się stało, i prosi go o zawiezienie do Birmy grupy najemników. Mają oni podjąć próbę odbicia jeńców. John, który wcześniej umywał ręce, zaczyna się czuć odpowiedzialny za los misjonarzy. Bez wahania wypływa z żołnierzami do Birmy.


Groza wojny domowej


Czwarta część serii “Rambo” jest najbrutalniejsza ze wszystkich dotychczas nakręconych. Obrazy okrucieństwa, zawarte w filmie, są naprawdę wstrząsające i naturalistyczne. Scena ataku birmańskich wojsk na kareńską wioskę jest po stokroć straszniejsza od sceny ataku Sowietów na afgańską osadę (patrz: “Rambo III”). Również sceny walk - z obficie tryskającą krwią - wyglądają dużo drastyczniej niż w poprzednich produkcjach[2]. Dzieło jest bardzo mroczne i ponure. Wiele scen rozgrywa się w środku nocy. Poza tym, często pada deszcz, który sugeruje, że to niebo płacze nad światem i jego mieszkańcami. W “Johnie Rambo” wyraźnie czuje się grozę birmańskiej wojny domowej. Bardzo klarowna jest także symbolika wykorzystana w filmie. Weźmy na przykład wygląd Sary Miller. Czysta, schludna blondynka ubrana na biało… Pod koniec produkcji jest już obdarta, rozczochrana i pobrudzona błotem. Brud, pokrywający kobietę w całości, przypomina o fakcie, że próbowano ją zgwałcić. Ale nie tylko o tym. Wrażliwa Sarah, która zawsze żyła po chrześcijańsku i otaczała się dobrymi ludźmi, stała się świadkiem wielu dantejskich scen. W pewnym sensie, jest to utrata niewinności.


Cudowny pesymizm

Polecam ten film wszystkim, którzy stracili wiarę w to, że świat można naprawić lub przynajmniej podreperować. Tym, którzy są rozczarowani, bo nie widzą efektów swojego trudu. Tym, którzy czują się bezradni, zupełnie jak ptaki, którym połamano skrzydła. Tym, którzy utracili motywację do dalszego działania. Tym, którym najzwyczajniej w świecie opadły ręce. George Orwell napisał kiedyś: “Najlepszymi książkami są te, które mówią nam, co już sami wiemy”. Czy można odnieść te słowa do filmów? Myślę, że znalazłoby się wiele osób skłonnych zastosować ten cytat w kontekście “Johna Rambo”. Jeśli jesteś kimś, kto doszedł do wniosku, że naprawianie świata jest bezcelowe, nadzieja na lepsze jutro to mrzonka, a aktywne działanie może tylko pogorszyć sytuację, to czwarta część “Rambo” powie Ci to, co już doskonale wiesz. Produkcja utwierdzi Cię w przekonaniu, że jest tak źle, jak przypuszczałeś, albo jeszcze gorzej. Jedno z praw Murphy’ego brzmi: “Jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda”. I taki właśnie morał płynie z analizowanego dzieła. Cóż z tego, że naiwni misjonarze zostają ostatecznie uratowani? Uchodzą z życiem, bo mają więcej szczęścia niż rozumu.

Optymiści, omijajcie ten film szerokim łukiem
(chyba, że naprawdę kochacie kino akcji)!
Pesymiści - siadajcie, oglądajcie, podziwiajcie!


Natalia Julia Nowak,
28.08. - 16.09. 2014 r.


PRZYPISY


[1] Z pierwszej części serii jednoznacznie wynika, że John Rambo jest bohaterem tragicznym. Oto człowiek, który za kamienną twarzą ukrywa ogromne obciążenie psychiczne. Jednym z jego głównych problemów są traumatyczne wspomnienia z czasów wojny wietnamskiej. Przeszłość miesza mu się z teraźniejszością i wywiera wpływ na jego zachowanie. Drugim zmartwieniem Johna jest poczucie bycia zdradzonym przez własny naród. Rambo nie czuje się doceniany przez społeczeństwo, w imię którego walczył i ponosił ofiary. Uważa, że jako odznaczony żołnierz zasługuje na przynajmniej odrobinę szacunku. A zamiast tego jest odrzucany i poniżany. Gdy źle wychowani policjanci spostrzegają jego blizny, jeden z nich zastanawia się, skąd one pochodzą, a drugi pyta: “Kogo to obchodzi?”. Spójrzmy teraz na część drugą. Mamy tutaj grupę żołnierzy, którzy walczyli pod flagą swojego kraju (mniejsza z tym, czy wojna w Wietnamie była słuszna). Trafili oni do niewoli i egzystują w strasznych warunkach. Ale ojczyzna o nich zapomniała. Porzuciła ich i wyklęła. Rambo ma polecieć do Wietnamu, sfotografować ich jak zwierzęta w klatce, a potem zwyczajnie zostawić. Bardzo poruszające.

[2] Ilu zabójstw dokonuje (w tej części cyklu) John Rambo? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w internetowym czasopiśmie “Esensja” (numer 5/2009). Opublikowano tam bowiem ranking postaci filmowych uśmiercających najwięcej osób. Bohater, który nas interesuje, odbiera życie 87 ludziom. Tym samym plasuje się na szóstym miejscu listy. Warto wiedzieć, że oczko wyżej znajduje się Tetsuo Shima z animacji “Akira”. Tetsuo (o którym pisałam w artykule “Akira. Moc Absolutna deprawuje absolutnie”) zamordował aż 96 osób. Ale to tylko ranking. Trzeba pamiętać, że nie liczy się ilość, tylko jakość. Akurat pod względem “jakości” zabójstwa popełniane przez Johna Rambo mogą konkurować chyba tylko ze zbrodniami głównej bohaterki serialu animowanego “Elfen Lied” (pisałam o niej w tekście “Elfen Lied. Jak ofiary stają się katami?”). Ach, te głowy i kończyny wylatujące w powietrze!

Akira. Moc Absolutna deprawuje absolutnie

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: akira, anime, apokalipsa, cyberpunk, fantastyka, film, japonia, katsuhiro otomo, kultura, manga, moralność, recenzja, science-fiction, tokio
10. września 2014 21:34:00

Tytuł: “Akira”
Reżyseria: Katsuhiro Otomo
Rok produkcji: 1988
Kraj produkcji: Japonia
Gatunek: anime, science-fiction,
cyberpunk, postapokaliptyczny



Pogromca konkurencji

Japonia słynie z dobrych komiksów i filmów animowanych. Każdego roku w Kraju Kwitnącej Wiśni ukazuje się mnóstwo mang i anime, a niektóre z nich zyskują popularność i uznanie również na Zachodzie. Rysunkowe dzieła, tworzone przez Japończyków, są niezwykle zróżnicowane. Można je dzielić ze względu na formę, problematykę i główną grupę docelową. Każdy twórca mangi czy anime musi się liczyć z ogromną konkurencją oraz wysokimi wymaganiami publiczności. Przy tylu rywalach i tylu wybrednych odbiorcach osiągnięcie sukcesu jest piekielnie trudne. Są jednak ludzie, którym udało się przebić na rynku i rozgromić armię konkurentów. Takim człowiekiem niewątpliwie jest Katsuhiro Otomo, autor komiksu “Akira” (1982-1990) i pełnometrażowego filmu animowanego pod tym samym tytułem (1988). Twór Otomo, będący ambitną i skomplikowaną opowieścią science-fiction, jest uważany za kultowy i postrzegany jako jedno z największych arcydzieł japońskiej popkultury. Manga “Akira” została przetłumaczona na wiele języków obcych, w tym na polski. Jej dwugodzinna ekranizacja kosztowała zaś 1000000000 jenów (źródło: wydawnictwo Japonica Polonica Fantastica).


Uczta dla kinomanów

W niniejszym tekście chciałabym omówić właśnie filmową adaptację “Akiry”. Zdaję sobie sprawę z faktu, że nie będzie to proste, albowiem “Akira” jest produkcją niesamowicie zagmatwaną i wielowątkową (poza tym, nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z jej komiksowym pierwowzorem). Animacja trwa 124 minuty i trzeba przyznać, że zostały one wykorzystane w maksymalnym stopniu. Nie ma tu żadnego “lania wody” ani innych zabiegów zmierzających do sztucznego przedłużenia fabuły. Przez 2 godziny i 4 minuty dzieje się bardzo dużo, a wszystkie zaprezentowane wydarzenia są istotne dla całości. Akcja “Akiry” rozgrywa się na kilku płaszczyznach, które szybko zaczynają się przenikać, zazębiać i uzupełniać. Przez cały film przewija się mnóstwo postaci, z których co najmniej osiem-dziewięć można uznać za ważne. Dzieło Katsuhiro Otomo nie należy do tworów “lekkich, łatwych i przyjemnych”, choć jego seans stanowi prawdziwą ucztę dla miłośników dobrego kina. Jest ono jednym z tych, które wymagają od widza maksymalnego skupienia i wysiłku intelektualnego. Pozwolę sobie nawet stwierdzić, że tego typu produkcje powinny być oglądane i rozważane co najmniej dwukrotnie.


Zagłada Tokio

Od czego należy zacząć opis “Akiry”? Myślę, że od czasu i miejsca akcji (chociaż na początku filmu nie wszystko zostaje podane wprost. Wielu szczegółów dowiadujemy się dopiero wraz z rozwojem wypadków). Jest 16 lipca 1988 roku. Stolica Japonii, Tokio, wygląda i funkcjonuje normalnie. Po ulicach jeżdżą samochody, życie toczy się bez żadnych zakłóceń. Zwykli obywatele nie mają pojęcia, że od pewnego czasu prowadzone są tutaj badania nad zdolnościami parapsychicznymi istot ludzkich. Nie są również świadomi, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony Mocy Absolutnej. Czym jest owa Moc? Boską potęgą, którą może osiągnąć pojedynczy człowiek, a którą trudno jest okiełznać nawet samemu nosicielowi. Spokojna egzystencja tokijczyków (tudzież pozostałych mieszkańców naszej planety) zostaje brutalnie przerwana. Nad stolicą Japonii pojawia się ogromna, świetlista, oślepiająca kula, która rozszerza się w zastraszającym tempie, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Miasto zostaje zrównane z Ziemią, a całe zdarzenie - uznane za eksplozję bomby atomowej. Wybucha III wojna światowa. Po jej zakończeniu świat nie jest już taki jak przedtem.


Prawie jak II RP

Rok 2019. W miejscu, gdzie niegdyś stało Tokio, wznosi się dalekie od demokracji miasto-państwo NeoTokio. Żeby pomóc Czytelnikom zrozumieć, w jak specyficznym położeniu znajduje się ta metropolia, pozwolę sobie zastosować porównanie do II Rzeczypospolitej. Otóż II RP była Państwem Polskim, cudownie odbudowanym po 123 latach zaborów i po wydarzeniach I wojny światowej. Chociaż jej powstanie było ogólnonarodowym świętem, szybko okazało się, że w odrodzonej Polsce nie wszystko jest “cacy”. Kraj stał się areną licznych konfliktów społecznych i politycznych. Dochodziło w nim do zamachów i zamieszek, pojawiały się radykalne ruchy i organizacje. Skłóceni politycy, skoncentrowani na partyjnych porachunkach, zupełnie nie panowali nad problemami. Niektóre kłopoty II Rzeczypospolitej były całkowitymi nowościami, inne stanowiły jednak dziedzictwo przeszłości (zaborów i Wielkiej Wojny). Dalsze istnienie i suwerenność państwa stały pod znakiem zapytania. Realne zagrożenie ze strony Rosji i Niemiec sprawiało, że odbudowana Polska mogła znowu lec w gruzach. Sytuacja fikcyjnego NeoTokio przedstawia się bardzo podobnie.


Miasto chaosu

Metropolię wypełnia kompletny chaos. Niepopularne decyzje rządzących, takie jak reformy podatkowe, powodują, że niezadowolenie społeczne jest naprawdę wysokie. Protestują wszyscy: od bezrobotnych aż po studentów. Służby mundurowe bezwzględnie pacyfikują manifestujących, rozbijają zbiegowiska, brutalnie traktują zatrzymanych. Dziwaczne subkultury, organizacje polityczne i sekty religijne powstają jak grzyby po deszczu. Zamachy terrorystyczne i obławy policyjne zdarzają się równie często jak strajki i demonstracje. Znaczna część społeczeństwa przeczuwa, że miastu zagraża katastrofa na miarę tej z 1988 roku. Jedni boją się zagłady, drudzy oczekują Sądu Ostatecznego, który zmiecie z powierzchni Ziemi wszelki grzech i nierząd. Tymczasem politycy kłócą się o błahostki i obrzucają inwektywami. Temu wszystkiemu towarzyszy niebywały wzrost pospolitej przestępczości. Wielu chuliganów i bandytów, grasujących na ulicach miasta, nie ma nawet ukończonych osiemnastu lat. W niektórych częściach NeoTokio - opanowanych przez gangi motocyklowe - pobicia, kradzieże i gwałty są na porządku dziennym. To właśnie tutaj żyją dwaj główni bohaterowie dzieła.


Kaneda i Tetsuo

Shotaro Kaneda[1] to szesnastoletni młodzieniec stojący na czele gangu The Capsules (Kapsułki). Jego najlepszym przyjacielem, również należącym do bandy, jest piętnastoletni Tetsuo Shima. Dla Tetsuo - chłopaka zakompleksionego i wyśmiewanego za słabość fizyczną - Kaneda jest niemal starszym bratem. Obaj bohaterowie uczą się w szkole zawodowej postrzeganej jako ostatnia szansa dla najbardziej zdemoralizowanej młodzieży w okolicy. Pełno tu brutalnych chłopców, łatwych dziewcząt i pracowników próbujących wymusić dyscyplinę krzykiem i biciem. Gdy Kaneda i Tetsuo nie są w szkole, zajmują się działalnością przestępczą i ostrą jazdą na motorach. Ich głównym zmartwieniem jest - oprócz policji - wrogi gang The Clowns (Klauni). Między Kapsułkami a Klaunami często dochodzi do starć i pościgów. Przejdźmy teraz do innej pary postaci. Siedemnastoletnia Kei i jej dużo starszy współpracownik Ryu działają w antyrządowym ruchu oporu (zamieszanym w zamachy terrorystyczne i potajemnie dowodzonym przez jednego z członków Rady). Wiedzą oni o tajnych, finansowanych przez rząd badaniach nad siłą ludzkiego umysłu. Wiedzą też, kim lub czym jest Akira.


Pułkownik i Doktor

Trzecią parą postaci, o której należy wspomnieć, są Pułkownik Shikishima i Doktor Onishi. Shikishima jest faktycznym - a może i formalnym - przywódcą NeoTokio. Większość postaci, łącznie z członkami Rady, postrzega go jako surowego dyktatora, który nadużywa swoich uprawnień. Pułkownik nie jest zbyt sympatyczną postacią. To despotyczny choleryk, któremu można zarzucić tendencje autorytarne i łamanie praw człowieka. Nie jest on jednak wcieleniem zła. Tak się bowiem składa, że Shikishima - słuchający ostrzeżeń i raportów Doktora Onishi - jest jednym z niewielu ludzi, którzy zdają sobie sprawę z realności zagrożenia wiszącego nad metropolią. Pułkownik wie, że powtórka tragedii z 1988 roku jest prawdopodobna i może się wydarzyć w najbliższym czasie. Problem w tym, że inni politycy - uważający go za tyrana - nie chcą go słuchać. Shikishima ma w sobie coś z Józefa Piłsudskiego. Gardzi partyjniactwem i politykierstwem, nie wierzy w skuteczność demokracji, a mieszkańców NeoTokio nazywa “hedonistycznymi głupcami”. Mimo to, za wszelką cenę chce ocalić metropolię. Gdy Rada odsuwa go od władzy, przeprowadza on zamach stanu i aresztuje cały organ.


Skrzyżowanie losów (cz. 1)

Mogłoby się wydawać, że te trzy “duety” nie mają ze sobą nic wspólnego. Cóż może łączyć młodocianych gangsterów, działaczy opozycji oraz dyktatora i jego doradcę? Udzielenie krótkiej odpowiedzi “Akira” byłoby trafne, ale niewystarczające. Losy tych trzech par postaci splotą się ze sobą pewnej nocy za sprawą Numerów: tajemniczych, poddawanych eksperymentom istot posiadających ciała dzieci, twarze starców i zieloną skórę. Zobaczmy. W NeoTokio zapadł zmrok, ale miasto jest dalekie od ciszy i spokoju. Na ulicach trwają zamieszki, którym towarzyszą starcia z siłami porządkowymi. Gdzieś indziej toczy się walka między Kapsułkami a Klaunami. Pewien opozycjonista, współpracujący z Kei i Ryu, ciągnie za rękę uprowadzonego przez siebie chłopca. Chłopiec jest jednym z Numerów, a na jego poszukiwanie wyruszył Pułkownik wraz ze swoją świtą. Porywacz zostaje zastrzelony przez policję. Kei i Ryu chcą odebrać porwanego, ale ten znika i pojawia się w innym miejscu. Jak na złość, zza horyzontu nadciąga pędzący na motorze Tetsuo, który - nie mogąc wyhamować - uderza prosto w zdezorientowanego chłopca. Niebawem na miejscu zjawiają się Kaneda i Pułkownik.


Skrzyżowanie losów (cz. 2)

Jak się okazuje, tajemniczemu dziecku potrąconemu przez Tetsuo nie stało się zupełnie nic. Sprawca wypadku również przeżył, ale jest poturbowany. Zielony malec, widocznie bardzo ważny dla Shikishimy, zostaje zabrany do wojskowego helikoptera. Z niewiadomych przyczyn identyczny los spotyka Tetsuo. Kaneda i jego towarzysze są zaskoczeni całą sytuacją. Chcą wiedzieć, dokąd żołnierze zabierają rannego, ale zostają brutalnie potraktowani. Dowiadują się tylko, że wojsko zamierza zawieźć poszkodowanego do szpitala. Gdy śmigłowiec odlatuje, słuch po Tetsuo ginie. Nazajutrz Kaneda i pozostałe Kapsułki trafiają na policyjny komisariat. Zeznają w sprawie ulicznej bitwy z Klaunami. Młodzi gangsterzy szybko zostają zwolnieni do domów, bo tak się składa, że policja ma do przesłuchania wielu opozycjonistów i uczestników ostatnich zamieszek (aresztanci polityczni nie mają tak lekko jak pospolici przestępcy!). Kaneda spostrzega w korytarzu Kei. Młodzieniec, któremu dziewczyna bardzo się podoba, przekonuje gliniarzy, że jest ona członkinią jego bandy i że powinni ją wypuścić. Policjanci dają się nabrać. Wkrótce oboje - przebiegły łobuz i dzielna rewolucjonistka - są już wolni.


Królik doświadczalny

Tymczasem Tetsuo poddawany jest podejrzanym badaniom medycznym. Wyglądają one naprawdę dziwnie. Co to za komory? Po co te elektrody? Od kiedy w taki sposób bada się nastolatków poturbowanych w wypadkach? Wynikami badań interesuje się sam Pułkownik Shikishima. Doktor Onishi informuje go, że Tetsuo jest fascynującym przypadkiem: człowiekiem o nadzwyczajnych cechach rozwojowych. Jego “wzorzec” można porównać tylko do “wzorca” Akiry. Ustalenia Doktora wyraźnie niepokoją Pułkownika. W dyskusji, jaka wywiązuje się między Shikishimą a Onishi, pojawiają się nawet sformułowania “Moc Absolutna” i “Moc Boska”. Tetsuo, który nie ma pojęcia o wynikach badań, ucieka ze szpitala i spotyka się ze swoją dziewczyną. Mówi jej, że ma podstawy mniemać, iż lekarze zaglądali do jego mózgu. Wkrótce zaczynają go dręczyć bóle głowy i przerażające halucynacje. Przez jego umysł wielokrotnie przebiega słowo “Akira”. Pułkownik Shikishima kontaktuje się z Numerem 25, czyli dziewczynką-prorokinią. Jasnowidząca wyznaje, że śniła jej się zagłada miasta. Twierdzi też, że Tetsuo jest śmiertelnie niebezpieczny. Czy wielką metropolię znowu czeka Apokalipsa?


Bóg-samozwaniec

Tetsuo początkowo nie zdaje sobie sprawy ze swoich parapsychicznych zdolności. Gdy uświadamia sobie ich istnienie, zachłystuje się nimi i popada w samozachwyt. Chłopak wie, że jest kimś wszechpotężnym. Kimś, kogo słuchają żywioły i przedmioty. Kimś, kto może robić co chce. Piętnastolatek dostrzega w sobie Moc Boską i zaczyna się zachowywać jak Bóg. Dochodzi do wniosku, że może karać swoich winowajców, a nawet decydować o ludzkim życiu. Tetsuo, który jeszcze do niedawna był uznawany za słabeusza, jest teraz silniejszy od wszystkich swoich prześladowców. Nie jest już pośmiewiskiem ani popychadłem. Jest kimś, kto może rozkazywać kamieniom i łamać mosty. On, który zawsze był ofiarą, może wreszcie być katem. Tetsuo nie musi już czekać na pomoc Kanedy. Teraz to on może ratować Kanedę. Pytanie: czy bohater filmu zmienił się pod wpływem Mocy Absolutnej? Ja myślę, że nie. Boska potęga nie zmieniła nastolatka, tylko uwolniła jego najmroczniejsze cechy. Tetsuo już wcześniej miał w sobie ciemne instynkty, ale - będąc słabym i bezbronnym - nie mógł z nich w pełni korzystać. Kiedy zniknęły ograniczenia, przepadły również resztki moralności.


Deprawacja absolutna

John Acton, dziewiętnastowieczny angielski myśliciel, napisał kiedyś: “Każda władza deprawuje, ale władza absolutna deprawuje absolutnie”. W kontekście “Akiry” można by powiedzieć, że to Moc Absolutna deprawuje absolutnie. Ktoś mógłby stwierdzić, że rozwój filmowych wydarzeń był łatwy do przewidzenia. Ostatecznie, Tetsuo nie jest grzecznym chłopcem, tylko nieletnim bandytą, który jeszcze przed swoim wypadkiem lekceważył normy etyczne (najlepszym na to dowodem jest fakt, że uderzył w głowę bezbronnego, leżącego człowieka, który spadł z motocykla po wjechaniu w mur). Ale czy to o czymkolwiek świadczy? Niewykluczone, że w identyczny (albo jeszcze gorszy) sposób zachowywałaby się wzorowa uczennica renomowanego liceum. Nikt z nas nie wie, czy nie oddałby się mrocznym pokusom, gdyby otrzymał taką moc jak bohater omawianego anime. Doświadczenie życiowe pokazuje, że w sprzyjających okolicznościach nawet zwykli, porządni ludzie mogą przeobrazić się w demony. A właściwie: nie przeobrazić, tylko ulec złowrogim instynktom drzemiącym w ludzkiej naturze. Jeśli ktoś w to nie wierzy, powinien poczytać o “eksperymencie więziennym” Philipa Zimbardo.


Ponadczasowe arcydzieło

Zgadzam się z tymi, którzy piszą, że film “Akira” to ponadczasowe arcydzieło. Produkcja jest znakomita pod względem formy i treści. Skomplikowana, wielowątkowa fabuła… Wiarygodne, rozbudowane postacie… Doskonale nakreślone tło wydarzeń… Interesująca tematyka socjologiczna i psychologiczna… No i wykonanie. Analizowane dzieło jest świetnie narysowane. Widać gołym okiem, że w “Akirę” zainwestowano mnóstwo pieniędzy. Ogromne wrażenie robi także ścieżka dźwiękowa. Ta intensywna, wyrazista, hipnotyzująca (i głęboko zakorzeniona w tradycji Dalekiego Wschodu) muzyka mocno się przedziera do ludzkiej świadomości. Trudno jej nie zauważyć. Jeszcze trudniej pozostać na nią obojętnym. Dzieło Katsuhiro Otomo porusza poważną problematykę, ale jest w nim również dużo groteski. Niektóre sceny - takie jak halucynacja Tetsuo związana z dziecięcymi zabawkami - są śmieszne i straszne jednocześnie. Zwróćmy także uwagę na elementy satyryczne. W prześmiewczy sposób zostali ukazani zwłaszcza fanatycy (religijni i polityczni). Satyryczny wydaje się ponadto obraz Pułkownika Shikishimy. Przywódca NeoTokio jest karykaturą wyższego oficera.

Co tu dużo mówić. “Akira” to film, który trzeba obejrzeć.


Natalia Julia Nowak,
6-10 września 2014 r.


PRZYPIS


[1] Dla porządku wyjaśnię, że brakujące informacje o imionach, nazwiskach i nazwach, pojawiających się w ekranizacji “Akiry”, zaczerpnęłam z fanowskiej strony Akira.wikia.com (prowadzonej przez ludzi, którzy czytali mangowy pierwowzór). Z tego źródła pozyskałam również informacje o dokładnym wieku postaci.

karot | misi12 | ksiegowoscnq7 | wojod7 | klaudusieka | Mailing