Ostatnie Wpisy

Józef Różański - podręcznikowy przykład sadysty!

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Historia, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: brystiger, brystygier, brystygierowa, bugajski, elfen lied, goldberg, historia, julia brystiger, julia brystygier, julia brystygierowa, józef goldberg, józef różański, komunizm, krwawa luna, kryminologia, nkwd, polska, polska rzeczpospolita ludowa, prl, psychologia, rodzina, ryszard bugajski, różański, sadyzm, seks, stalinizm, syjonizm, ub, urząd bezpieczeństwa, zaćma, zsrr, żydzi
02. grudnia 2016 00:28:00

UWAGA! PONIŻSZY ARTYKUŁ ZAWIERA
TREŚCI NIEODPOWIEDNIE DLA DZIECI!


Józef/Jacek Różański (właśc. Goldberg) - polski działacz komunistyczny żydowskiego pochodzenia, dyrektor Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zbrodniarz stalinowski. Odpowiedzialny za aresztowanie, torturowanie i mordowanie tysięcy bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego. Czy był sadystą… sensu stricto? Wszystko na to wskazuje. Najpierw sprawdźmy, czym jest sadyzm i kim są ludzie dotknięci tą przypadłością. Później przejdźmy do biografii jednego z największych katów Polaków lat 40. i 50. XX wieku, którego związki z NKWD sięgają jeszcze czasów międzywojennych. Ostrzegam: w niniejszym wywodzie nie ma miejsca na sentymenty rodem z “Zaćmy” Ryszarda Bugajskiego (absurdalnego filmu fabularnego o rzekomym nawróceniu Krwawej Luny - Julii Brystygierowej, dyrektorki Departamentu V MBP)! To nie jest lektura dla przewrażliwionych pensjonarek!

PS. Nie każdy, kto zajmuje się torturowaniem więźniów politycznych, musi być sadystą w znaczeniu medycznym. I nie każdy, kto posiada skłonności sadystyczne, jest skazany na los bezwzględnego dręczyciela. W artykule, który oddaję do rąk Czytelników, koncentruję się na osobie Józefa Różańskiego, czyli na jednej, wybranej postaci historycznej. Chcę pokazać, że życiorys tego oprawcy w dużej mierze pokrywa się z tym, co współczesna nauka wie o jednostkach sadystycznych.


Sadyzm seksualny


W języku potocznym słowem “sadyzm” określa się wszelkie akty okrucieństwa, a także samą skłonność do traktowania innych ludzi (lub zwierząt) w brutalny, niehumanitarny, poniżający sposób. Nowoczesna medycyna kojarzy sadyzm z jedną - bardzo konkretną i coraz lepiej poznaną - jednostką chorobową, jaką jest sadyzm seksualny. Przymiotnik “seksualny” wskazuje, że omawiane schorzenie wiąże się z erotyczną stroną człowieka, a zarazem pozwala je odróżnić od sadyzmu w znaczeniu obiegowym. Wyrażenie “sadyzm seksualny” utrzymuje się również dlatego, że przez kilka lat uznawano, iż chorobliwe okrucieństwo może występować w formie erotycznej lub nieerotycznej. Pod koniec lat 80. i na początku lat 90. XX wieku wyróżniano dwa sadystyczne syndromy: “sadyzm seksualny” i “sadystyczne zaburzenie osobowości” (SZO). Podręcznik DSM-IV, oficjalna klasyfikacja chorób psychicznych wydana przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, nie rozpoznaje już takiego zjawiska, jak SZO. Od tego momentu, czyli od roku 1994, sadyzmem w sensie medycznym jest wyłącznie sadyzm seksualny. Potwierdzają to kolejne edycje podręcznika: DSM-IV-TR (2000) i DSM-5 (2013). W obu tych publikacjach figuruje sadyzm seksualny, lecz nie figuruje sadystyczne zaburzenie osobowości. Więcej o wykreśleniu SZO z listy chorób psychicznych można przeczytać w pracy “Sadistic Personality Disorder and Comorbid Mental Illness in Adolescent Psychiatric Inpatients” Wade’a C. Myersa, Rogera C. Burketa i Davida S. Husteda. Tekst jest dostępny w wirtualnym wydaniu periodyku “Journal of the American Academy of Psychiatry and The Law” (Jaapl.org).


Krocze i głowa

W zrozumieniu sadyzmu może nam pomóc artykuł “Neural Correlates of Pain and Suffering. Observation in Sexual Sadists” zamieszczony na stronie internetowej Value of Suffering Project (Valueofsuffering.co.uk). Autorka materiału, Clare Allely, proponuje następującą definicję zagadnienia: “Sadyzm seksualny to zaburzenie psychiczne, które odnosi się do przyjemności, jaką jednostka czerpie z zadawania bólu, cierpienia i/lub upokarzania innej osoby. Ból i cierpienie ofiary, które mogą być zarówno fizyczne, jak i psychiczne, są dla sadysty istotne do seksualnego pobudzenia i przyjemności”. Allely pisze, że geneza i charakter analizowanego problemu nie zostały jeszcze do końca wyjaśnione. Co najmniej od 30 lat pojawiają się głosy, że sadyzm może być kwestią uszkodzonego układu nerwowego. Wielokrotnie prezentowano bowiem badania, z których wynika, że mózgi sadystów reagują inaczej niż mózgi niesadystów. W 2012 roku Jean Decety odkrył, że gdy jednostka dotknięta sadyzmem ogląda zdjęcia przedstawiające ludzkie cierpienie, w jej najważniejszym organie aktywuje się obszar odpowiedzialny za odczuwanie emocji (ciało migdałowate). Uczony dowiódł także, że sadyści oceniają cudzy ból jako silniejszy niż w rzeczywistości. Wniosek? Osoby sadystyczne nie tylko nie są obojętne na gehennę innych, ale wręcz wykazują większą wrażliwość niż przeciętni obywatele. Szkopuł w tym, że ta ich empatia przejawia się w sposób wyjątkowo antyspołeczny (poprzez zadowolenie). Póki co, sadyzm nie jest zaliczany do schorzeń neurologicznych, tylko do parafilii. Pod pojęciem parafilii kryje się pociąg seksualny do “nietypowych obiektów, sytuacji lub jednostek”.


Z dziejów medycyny

Rozumienie sadyzmu zmieniało się na przestrzeni lat, o czym dowie się każdy, kto zajrzy do opracowania “The DSM Diagnostic Criteria for Sexual Sadism” Richarda B. Kruegera. Tekst, pierwotnie opublikowany przez wydawnictwo Springer International Publishing AG, znajduje się w zasobach CiteSeerX (Citeseerx.ist.psu.edu). W aneksie nr 1 autor przedstawia interesujące nas fragmenty sześciu pierwszych wydań podręcznika DSM. Dzięki nim możemy się przekonać, że problemem sadyzmu zajęto się “na poważnie” dopiero w latach 70. XX wieku. Wcześniej nie zaprzątano sobie głowy takim cudactwem. Ba, nie ułożono nawet osobnej definicji sadyzmu! W latach 50. zdawano sobie, oczywiście, sprawę z istnienia dewiacji seksualnej. Uważano wszakże, że dewiacja jest tylko jedna, a forma, jaką ona przybiera, to kwestia drugorzędna. Taki sposób myślenia powodował, że jednym tchem wymieniano zjawiska, które dzisiaj uchodzą za zupełnie odrębne zagadnienia. W latach 60., u progu rewolucji obyczajowej, uświadomiono sobie, że istnieje wiele różnych dewiacji seksualnych. Jednakże problemy, które zaliczano wówczas do zboczeń, nadal traktowano jako jeden pęczek nieszczęść. W latach 80. sadyzm nagle zatryumfował. Zjawisko, poddawane drobiazgowej analizie w poprzedniej dekadzie, doczekało się wreszcie osobnej definicji (1980). Była ona niezwykle szczegółowa, uwzględniała różnicę między samowolnym katowaniem ofiary a uzgodnioną zabawą sadomasochistyczną. Cóż, rewolucja obyczajowa posunęła się bardzo daleko. W roku 1987 sadyzm “objawił się” światu w postaci erotycznej i nieerotycznej (pojęcie SZO). Ale o tym już przecież rozprawiałam.

Pozwolę sobie zacytować - za Kruegerem, rzecz jasna - fragmenty podręczników DSM-I, DSM-II i DSM-III zawierające odniesienia do sadyzmu seksualnego. Odpuszczę sobie podręczniki DSM-III-R, DSM-IV i DSM-IV-TR, ponieważ umieszczone w nich definicje chorobliwego okrucieństwa są zbliżone do tej współczesnej. Aktualną definicję sadyzmu, pochodzącą z podręcznika DSM-5, przytoczę w takiej formie, jaką podaje Steve Bressert w serwisie PsychCentral (“Sexual Masochism & Sadism Disorder Symptoms” - PsychCentral.com). Na koniec pokażę, jak sadyzm został opisany w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10. Może to dziwne, ale tam wciąż nie traktuje się tej parafilii jako osobnego zjawiska, tylko jako jedno z dwóch wcieleń sadomasochizmu. Drugim jest, naturalnie, masochizm. Podręcznik ICD-10 znalazłam na stronie internetowej Głównego Urzędu Statystycznego (Stat.gov.pl). Cieszę się, że GUS upublicznił dokument w polskiej wersji językowej.

DSM-I (1952) | Hasło “dewiacja seksualna”

“Ta diagnoza jest zarezerwowana dla dewiacyjnej seksualności, która nie jest symptomatyczna dla bardziej rozległych syndromów, takich jak schizofrenia czy reakcje obsesyjne. Termin obejmuje większość przypadków klasyfikowanych dawniej jako ‘psychopatyczna osobowość z patologiczną seksualnością’. Diagnoza sprecyzuje typ patologicznego zachowania, taki jak homoseksualność, transwestytyzm, pedofilia, fetyszyzm czy sadyzm seksualny (włączając gwałt, napaść seksualną, okaleczenie)” [Z angielskiego przełożyła N.J. Nowak]

DSM-II (1968) | Hasło “dewiacje seksualne”

“Jest to kategoria dla jednostek, których zainteresowania seksualne są nakierowane głównie na obiekty inne niż ludzie płci przeciwnej, na akty seksualne niekoniecznie związane z zapłodnieniem lub na zapłodnienie dokonywane w dziwacznych okolicznościach, takich jak nekrofilia, pedofilia, sadyzm seksualny czy fetyszyzm. Nawet, jeśli wielu postrzega swoje praktyki jako niesmaczne, pozostają oni niezdolni do zastąpienia ich normalnym zachowaniem seksualnym. Ta diagnoza nie jest właściwa dla jednostek, które dokonują aktów dewiacyjnych, ponieważ normalne obiekty seksualne nie są dla nich dostępne” [Z angielskiego przełożyła N.J. Nowak]

DSM-III (1980) | Pierwsza poważna definicja sadyzmu

“(1) wobec niedobrowolnego partnera, jednostka wielokrotnie umyślnie zadawała psychiczne lub fizyczne cierpienie w celu wywołania [u siebie - przypis NJN] podniecenia seksualnego
(2) z dobrowolnym partnerem, wielokrotnie preferowany lub wyłączny tryb osiągania podniecenia seksualnego łączy upokorzenie z symulowanym lub łagodnie szkodliwym cierpieniem cielesnym
(3) wobec dobrowolnego partnera, zranienie cielesne, które jest rozległe, trwałe lub potencjalnie śmiertelne, zadawane jest w celu osiągnięcia podniecenia seksualnego” [Z angielskiego przełożyła N.J.Nowak]

DSM-5 (2013) | Współczesna definicja sadyzmu

“Na przestrzeni co najmniej 6 miesięcy, powracające, intensywne, pobudzające seksualnie fantazje, popędy seksualne lub zachowania obejmujące akty (realne, nie symulowane), w których psychiczne lub fizyczne cierpienie (w tym upokorzenie) ofiary jest seksualnie podniecające dla osoby. Fantazje, popędy seksualne lub zachowania wywołują klinicznie znaczącą dolegliwość lub upośledzenie w społecznych, zawodowych lub innych ważnych obszarach funkcjonowania”

[Z angielskiego przełożyła N.J.Nowak. Powyższa definicja jest identyczna jak ta zawarta w DSM-IV (1994). Jeśli chodzi o definicję z DSM-III-R (1987), to w pierwszym zdaniu można dostrzec jedynie drobne różnice gramatyczne. Drugie zdanie, które cytuję za Kruegerem, brzmi zaś tak: “Osoba działała pod wpływem tych popędów lub znacznie jej one dolegają“. W definicji z DSM-IV-TR (2000) pierwsze zdanie jest zbieżne ze swoim odpowiednikiem z DSM-5. Inaczej brzmi tylko zdanie drugie, w którym, podobnie jak w DSM-III, podkreśla się odmienność autentycznej przemocy od obopólnej przyjemności BDSM (Bondage, Discipline, Sadism, Masochism). Przytaczam je w wersji podanej przez Kruegera: “Osoba działała pod wpływem tych popędów seksualnych z niezgadzającą się na to osobą, lub popędy seksualne lub fantazje wywołują znaczną dolegliwość lub trudności interpersonalne“. W roku 1980 (tj. w czasach DSM-III) symulowane akty sadomasochistyczne uchodziły jeszcze za dewiację. Od roku 1987, czyli od momentu ogłoszenia DSM-III-R, patologizuje się wyłącznie akty realne. Im dalej w las, tym głębiej zakorzeniona zasada “chcącemu nie dzieje się krzywda“. Jak za chwilę zobaczymy, podręcznik ICD-10 jest dużo bardziej konserwatywny. Tam wrzuca się do jednego worka egoistyczne maltretowanie ofiary i uzgodnione igraszki BDSM. Przypuszczam, że podręcznik ICD-11, który ukaże się w roku 2018, będzie bardziej “postępowy“]

ICD-10 (wydanie 2008) | Hasło “sadomasochizm”

“Kontakty seksualne, związane z zadawaniem bólu, upokarzaniem, czy zniewalaniem. Jeśli partner woli być odbiorcą takiej stymulacji seksualnej - określa się to masochizmem, jeśli zaś woli wywoływać - sadyzmem. Do pobudzenia seksualnego dochodzi często przy zastosowaniu sadystycznych i masochistycznych metod” [Opracowanie wersji polskiej: Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia]


Zbrodnia sadystyczna

Gdy sadyzm wymyka się spod kontroli, prowadzi do czynów niezgodnych z prawem. Problemowi zbrodni popełnionej z pobudek sadystycznych przyjrzeli się Robert R. Hazelwood, Park Elliott Dietz i Janet Warren w artykule “The Criminal Sexual Sadist” dostępnym na blogu Crime & Clues (Crimeandclues.com). Tekst, pochodzący z czasopisma “FBI Law Enforcement Bulletin”, jest adresowany głównie do pracowników organów ścigania. Autorzy udzielają czytelnikom cennych porad dotyczących odróżniania zbrodni sadystycznych od niesadystycznych. No, więc na co należy zwrócić uwagę podczas badania poważnych przestępstw? Po pierwsze, trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, czy czyn zabroniony przynosił ofierze cierpienie. Żadna zbrodnia nie może zostać uznana za sadystyczną, jeśli nie wiązała się z bólem, strachem, poniżeniem itd. Po drugie, konieczne jest ustalenie, czy katusze były komuś zadawane umyślnie. Wiele przestępstw, takich jak choćby gwałt, stanowi dla ofiary prawdziwą gehennę. Sęk w tym, że zazwyczaj udręczenie to tylko efekt uboczny bezprawnego działania. W przypadku zbrodni sadystycznej męczenie człowieka jest celem samym w sobie. Po trzecie, należy rozważyć, czy okrutne przestępstwo mogło podniecać oprawcę seksualnie. Może kryminalista podchodził do ataku jak do radosnego święta, starannie przygotowując miejsce, narzędzia i scenariusz zbrodni? Może prowadził dziennik, w którym opisywał swoje chore pragnienia? Może zatrzymał sobie jakąś pamiątkę i/lub nieustannie wracał myślami do ataku (np. oglądając zdjęcia zrobione podczas napaści)? Warto też sprawdzić, czy delikwent interesował się pornografią i praktykami BDSM.


Portret sadysty

Hazelwood, Dietz i Warren są również twórcami pracy “The Sexually Sadistic Criminal and His Offenses”. Doczekała się ona publikacji w wirtualnym wydaniu periodyku “Bulletin of the American Academy of Psychiatry and the Law” (Jaapl.org). Zdaniem autorów, większość sadystów nigdy nie wprowadza w życie swoich szalonych wizji. Ale są też tacy, którzy nie chcą lub nie potrafią kontrolować swojego zachowania, i to oni stanowią zagrożenie dla otoczenia. Tym, co naprawdę ekscytuje sadystów, jest nie tyle ból i jego zadawanie, ile poczucie absolutnej władzy nad osobą zdeptaną i sterroryzowaną. Katowanie i poniżanie ofiary to tylko środek do celu: sposób na wcielenie się w rolę boga decydującego o życiu i śmierci ujarzmionego człowieka. Z badań, jakie autorzy przeprowadzili na grupie 30 sadystycznych bandytów, wynika, że wielu sadystów to ludzie szukający intensywnych doznań. 50% badanych sięgało po substancje psychoaktywne. 43,3% skosztowało kiedyś homoseksualizmu. 40% lubiło szybką jazdę samochodem. 30% uprawiało kazirodztwo z własnym dzieckiem (43,3% było żonatych w trakcie dokonywania zbrodni). 20% próbowało swoich sił w transwestytyzmie. 20% miało na sumieniu podglądactwo, ekshibicjonizm i/lub obsceniczne rozmowy telefoniczne. 20% dzieliło się partner(k)ami z innymi mężczyznami. 30% uchodziło w społeczeństwie za statecznego obywatela. 30% fascynowało się czynnościami i sprzętami policyjnymi. 33,3% posiadało doświadczenie militarne. 43,3% kontynuowało edukację po ukończeniu szkoły średniej. 46,7% pochodziło z rodzin, w których zdarzył się rozwód bądź małżeńska niewierność któregoś z rodziców.


Sexual Sadism Scale

Dwaj kanadyjscy naukowcy, William L. Marshall i Steven J. Hucker, opracowali bardzo przydatne narzędzie, które ma pomagać specjalistom w diagnozowaniu sadyzmu seksualnego. Jest to Sexual Sadism Scale, czyli Skala Sadyzmu Seksualnego przedstawiona w rozprawie “Issues in the diagnosis of sexual sadism” (materiał zamieszczono w elektronicznej edycji dziennika “Sexual Offender Treatment”: Sexual-offender-treatment.org). Pozwolę sobie przetłumaczyć wszystkie 17 wierszy tabeli: “1. Przestępca jest seksualnie podniecony sadystycznymi aktami. 2. Przestępca ćwiczy na ofierze władzę/kontrolę/dominację. 3. Przestępca upokarza lub poniża ofiarę. 4. Przestępca torturuje ofiarę lub angażuje się w akty okrucieństwa wobec ofiary. 5. Przestępca okalecza seksualne części ciała ofiary. 6. Przestępca ma historię duszenia konsensualnych partnerów podczas seksu. 7. Przestępca angażuje się w nieuzasadnioną przemoc wobec ofiary. 8. Przestępca ma historię okrucieństwa wobec innych osób lub zwierząt. 9. Przestępca niepotrzebnie rani ofiarę. 10. Przestępca próbuje, lub udaje mu się, udusić, zadusić lub w inny sposób pozbawić ofiarę powietrza. 11. Przestępca zatrzymuje trofea (np. włosy, bieliznę, dowód osobisty) po ofierze. 12. Przestępca zatrzymuje nagrania (inne niż trofea) przestępstwa. 13. Przestępca skrupulatnie planuje przestępstwo. 14. Przestępca okalecza nieseksualne części ciała ofiary. 15. Przestępca angażuje się w zniewalanie konsensualnych partnerów podczas seksu. 16. Ofiara zostaje uprowadzona lub ograniczona. 17. Dowody rytualizmu w przestępstwie”. Punkt 5 pasuje jak ulał do Adama Humera, krwawego zastępcy Józefa Różańskiego.


Kochająca inaczej

Na forum psychologicznym PsychForums.com znajduje się arcyciekawy wątek “Sexual Sadists: Why do we associate pain with love?” (“Sadyści seksualni: dlaczego kojarzymy ból z miłością?”). Myślę, że rzuca on nowe światło na działalność wielu szemranych filantropów. Założycielka tematu, Dita, pisze: “Jestem skrajnie wrażliwą, troskliwą osobą. Chlubię się zdolnością kochania innych tak, jak nikt nie potrafi. Dlatego wiem, że jestem sadystką seksualną, która posiada zdolność do tego, żeby kochać głęboko. (…) Jest chłopak, w którym jestem szalenie zakochana. Nigdy wcześniej nikogo tak nie kochałam ani nie troszczyłam się o nikogo tak, jak o niego. Ale fantazjuję o tym, żeby go zranić. (…) Poczucie winy, które mam z tego powodu, jest nieznośne”. Kilkanaście postów dalej TheHumanBeing odpowiada: “To wyjaśnia dużo na mój temat. (…) Ja też zawsze staram się być osobą dobrą dla innych. (…) Szczerze zaczynam sądzić, że bycie naprawdę dobrą osobą idzie ręka w rękę z sadyzmem seksualnym”. Dita podchwytuje te słowa i wyznaje: “Wszyscy sadyści seksualni, z którymi rozmawiałam, wydawali się dobrymi ludźmi. Moim zdaniem, wszyscy sadyści seksualni są skrajnie wrażliwymi, kochającymi ludźmi, i to jest ich/nasz problem”. Później Internautka zwierza się: “Gdy wyobrażam sobie, że kogoś torturuję, zawsze zastanawiam się, czy rzeczywiście mogłabym to robić. Czy gdybym znalazła się w takiej sytuacji, nie wygrałaby troskliwa strona mnie. Chciałabym, żeby tak było, lecz ta druga strona mnie jest tak potężna i ma tyle kontroli”. Sadyści miłują swoich bliźnich, zwłaszcza tych udręczonych. Ciągnie ich tam, gdzie można kontemplować człowieczą niedolę[1].


Leczenie i rokowania

Skoro sadyzm jest chorobą, to czy da się go leczyć? I czy może on człowiekowi przejść? Pewne rozeznanie w tej problematyce daje nam długa odpowiedź, jakiej udzielił meksykański psychoterapeuta Robert Saltzman nowozelandzkiej 17-latce Brittany, która zwróciła się do niego o pomoc (Askdrrobert.dr-robert.com/sadist.html). Wypowiedź eksperta brzmi raczej pesymistycznie: “Sadyzm ma tendencję do bycia chronicznym z natury i zazwyczaj nasila się wraz z upływem czasu. (…) Leczenie sadyzmu zazwyczaj jest trudne i kończy się niepomyślnie, z sadystą - nawet, jeśli on lub ona powstrzymywał(a) się przez chwilę podczas terapii - powracającym prędzej czy później do dalszej sadystycznej aktywności. (…) Generalnie, sadyzm seksualny jest trudny do zmodyfikowania za pomocą różnego rodzaju technik kognitywno-behawioralnych, które radzą sobie dobrze z tyloma innymi problemami. Chemiczna (farmakologiczna) interwencja może przynieść pewne korzyści, w zależności od jednostki. Wypróbowywano niektóre z antydepresantów, ale tylko z ograniczonym efektem. Niestety, z leczeniem czy bez leczenia akty sadyzmu seksualnego mają tendencję do stawania się wraz z upływem czasu coraz bardziej brutalnymi lub dziwacznymi, więc perspektywy nie są dobre”. Witryna Right Diagnosis (Rightdiagnosis.com) wymienia jeszcze inne formy kuracji: hipnozę, terapię grupową, edukację seksualną, trening umiejętności społecznych, antyandrogeny, normotymiki i fenotiazynę. Nie wspomina zaś o rachunku sumienia, żalu za grzechy, postanowieniu poprawy, szczerej spowiedzi ani zadośćuczynieniu Bogu i bliźniemu. Widocznie te metody nie zdają egzaminu.


Mordercza weganka

List 17-letniej Brittany do Roberta Saltzmana jest naprawdę wstrząsający. Nadawczyni opisuje w nim całe swoje krótkie, sadystyczne życie, chociaż unika jak ognia sfery erotycznej. Dziewczyna opowiada, że już w wieku 5-8 lat dręczyła swoje rówieśnice, uniemożliwiając im wychodzenie do toalety. Później z satysfakcją rozmyślała o tym, jak bardzo musiały się męczyć. Gdy miała 13 lat, próbowała udusić swoją przyrodnią siostrę (ważna uwaga: nastolatka prawdopodobnie pochodzi z rozbitej rodziny, gdyż w jej liście pojawiają się sformułowania “siostra przyrodnia“ i “były chłopak matki“!). Gdy miała 14 lat, zaatakowała swoją mamę żelazkiem w celu zrobienia jej blizny. Obecnie jest totalnie owładnięta fantazjami o ranieniu innych osób. W jednym z ostatnich zdań Brittany deklaruje: “Zdaję sobie sprawę z tego, że zabijanie ludzi jest złe, i de facto jestem weganką”. Co na to doktor Saltzman? “Sądząc po tym, co napisałaś, nie ma żadnych wątpliwości, że jesteś sadystką i że cierpisz na tę parafilię od wczesnego dzieciństwa. Jednak w przeciwieństwie do niektórych sadystów zupełnie nie masz współczucia dla swoich ofiar i mogłabyś zacząć zabijać ludzi, choć oświadczyłaś wyraźnie, że wiesz, iż ‘zabijanie jest złe’. To oświadczenie brzmi dla mnie nie tylko jak sadyzm, ale także w dużej mierze jak kwintesencja psychopatii, albo socjopatii, jak to również jest nazywane. (…) Chociaż czujesz i rozumiesz, czym jest współczucie - odczuwasz je wobec zwierząt - absolutnie nie masz go dla ludzi, nad którymi zamierzasz się pastwić. (…) Twój zakup noża i Twoje kryteria przy wyborze tej konkretnej broni wskazują, że planujesz popełnić morderstwo”. Heh, ostra jazda bez trzymanki!


Sadyści są poczytalni

Czy sadystę, który uległ swoim mrocznym instynktom, można śmiało postawić przed sądem? Artykuł 31 (paragraf 1) polskiego kodeksu karnego stanowi: “Nie popełnia przestępstwa, kto, z powodu choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem”. Według Roberta R. Hazelwooda, Parka Elliotta Dietza i Janet Warren, większość sadystów potrafi kontrolować (i kontroluje) swoje niebezpieczne popędy. Wielu chorych realizuje swoje pragnienia wyłącznie w marzeniach. Niektórzy zadają bliźnim ból, ale tylko w ramach uzgodnionych zabaw sadomasochistycznych. Trafiają się wreszcie tacy, którzy próbują zaspokajać swoje żądze poprzez “torturowanie” obiektów nieożywionych. Wynika z tego, że typowy sadysta jest człowiekiem zdolnym odróżniać dobro od zła. Współczesna medycyna uznaje sadyzm za parafilię, czyli za zjawisko związane z nietypowymi zainteresowaniami seksualnymi, a nie za chorobę ograniczającą ludzką świadomość. Omawiana dewiacja nie jest więc przesłanką do stwierdzenia niepoczytalności. Sadysta, który decyduje się urzeczywistnić swoje makabryczne fantazje, najprawdopodobniej jest jednostką głęboko zdemoralizowaną. Albo - jak sugerują Hazelwood, Dietz i Warren - posiada jeszcze jakieś inne zaburzenia psychiczne. To pierwsze stanowi argument za umieszczeniem takiego osobnika w więziennej celi. To drugie kwalifikuje delikwenta do leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Sadysta, tak jak pedofil, jest człowiekiem wykolejonym. Pozostaje jednak kowalem swojego losu.


JÓZEF/JACEK GOLDBERG/RÓŻAŃSKI
13 LIPCA 1907 R. - 21 SIERPNIA 1981 R.
URODZONY I ZMARŁY W WARSZAWIE
(PRZYCZYNA ŚMIERCI: RAK ŻOŁĄDKA)
SPOCZYWA NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM
PRZY ULICY OKOPOWEJ W WARSZAWIE


Zboczeniec i sadysta


W broszurze “Zbrodnie komunistów - pamiętajmy”, przygotowanej przez Instytut Pamięci Narodowej i dołączonej do gazety “Nasz Dziennik”, znajdujemy krótką notkę biograficzną poświęconą Józefowi/Jackowi Goldbergowi/Różańskiemu. Autor tekstu, Tomasz Łabuszewski, zawarł w niej następujące słowa: “W opinii więźniów był wyrafinowanym sadystą, czerpiącym satysfakcję z fizycznego i psychicznego udręczania ludzi. Mimo wysokiego stopnia służbowego i stanowiska w MBP wielokrotnie sam bił i znęcał się nad więźniami”. Stalinowiec, o którym rozmawiamy, przyznawał się wprawdzie do stosowania wymyślnych tortur, ale nie postrzegał siebie jako jednostki sadystycznej: “Robiliśmy otwarcie szereg skandalicznych rzeczy, robiłem ja sam, biłem po twarzy i nie tylko po twarzy. (…) Doszło do pewnej degeneracji, do pewnego sadyzmu u niektórych pracowników, u mnie sadyzmu nie było”. Inny pogląd głosił Józef Światło, wicedyrektor Departamentu X MBP, który znał Różańskiego jak własną kieszeń. Ten prominentny ubek, który w 1954 roku został współpracownikiem Radia Wolna Europa, co najmniej dwukrotnie nazwał Goldberga “sadystą” i co najmniej trzykrotnie “zboczeńcem” (sprawdź: Zbigniew Błażyński, “Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii”, Łomianki 2012. Wydanie oryginalne: Londyn 1985). Oto kilka stwierdzeń Światły: “Cały skład personalny centrali bezpieczeństwa to przede wszystkim (…) zboczeńcy, jak Różański”, “Po zwolnieniu zarówno Piwińska, jak i Halina Siedlik (…) oskarżyły go, że jest zboczeńcem i sadystą”, “Bo łatwiej wam przy pomocy zboczeńca i sadysty wymuszać zeznania, których potrzebujecie”. Takie zarzuty nie biorą się znikąd.


Rozbita rodzina

O młodości Józefa Różańskiego informuje nas książka “Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce” Barbary Fijałkowskiej (Olsztyn 1995). Rzeczone źródło podaje, że ojcem naszego antybohatera był żydowski dziennikarz Abraham Goldberg, a matką - tajemnicza Anna/Chana Różańska, również narodowości żydowskiej. Abraham zdobył uznanie jako redaktor naczelny syjonistycznego dziennika “Hajnt”, Anna imała się różnych zajęć i przejawiała wiele talentów artystycznych. Państwo Goldbergowie mieli troje dzieci. Jako pierwszy urodził się Beniamin (Nioma), późniejszy Jerzy Borejsza, komunistyczny działacz kulturalny. Drugim dzieckiem była Judyta (Jula), która pewnego dnia wpadła pod tramwaj i straciła obie nogi. Podczas II wojny światowej znalazła się ona w getcie warszawskim. Trzecie dziecko to, oczywiście, Józef Goldberg. W 1944 roku mężczyzna zmienił nazwisko na “Jacek Różański”, ale imię “Jacek” jakoś się nie przyjęło i nawet w oficjalnych dokumentach nazywano go “Józefem Różańskim”. Józef, Jacek… Dla znajomych Żydów tylko “Josek”. Fijałkowska opisuje jego dzieciństwo jako dość traumatyczne: “W 1909 r. Goldbergowie rozeszli się, gdyż Anna chciała niezależności. Abraham zgodził się na separację pod warunkiem, że dzieci pozostaną przy nim. Tak więc dwoje starszych dzieci zamieszkało od razu z ojcem, a najmłodszy, Józef, dołączył do nich w siódmym roku życia”. Dziennikarz zabraniał synom i córce widywania się z matką. Ilekroć Beniamin postępował nieroztropnie, Abraham porównywał go do Anny. Józef, który wizualnie przypominał Różańską, “denerwował ojca swym wyglądem zewnętrznym”. Trudno tu mówić o normalności.


Prawie jak 8. Mila

Dom Abrahama Goldberga był domem wybitnie inteligenckim. Półki uginały się tam pod ciężarem książek, wśród których nie brakowało “białych kruków”. Redaktor naczelny “Hajntu” zdołał przekazać swoim dzieciom pasję bibliofilską. Sam pozostawał w bliskim kontakcie z elitą warszawskiego teatru żydowskiego, przyjaźnił się z Ester Rachel Kamińską. Po rozwodzie z Anną Różańską dziennikarz poślubił niejaką Ewę Glass, która z powodzeniem zastępowała Niomie, Juli i Joskowi matkę. Mieszkanie Goldbergów stanowiło istną “zieloną wyspę” na oceanie chaosu, jakim był przedwojenny Muranów (Murdziel), żydowska dzielnica Warszawy. Barbara Fijałkowska pisze, że w granicach ówczesnego Muranowa toczyły się brutalne wojny między wyznawcami skrajnych ideologii. Bójki, zadymy, donosy - oto codzienność tamtejszych radykałów, nie tylko spod znaku sierpa i młota. Badaczka przytacza ciekawy fragment pamiętników Aleksandra Wata: “Całe bestialstwo już się wtedy zaczęło w tych walkach wewnętrznych, szczególnie na Murdzielu. Bestialstwo, które później tak ładnie się rozwinęło u Różańskiego i innych towarzyszy”. Należy jednak podkreślić, że młody Różański nigdy w tym mordobiciu nie uczestniczył. Był bowiem skrytym, wyobcowanym chłopakiem. “Od dziecka chorowity, przejawiał daleko idącą powściągliwość, nieufność. Brak rozsadzającej starszego brata witalności kompensował konsekwencją, dyscypliną wewnętrzną, ale też pewną zaciętością, czasem porywczością. (…) Pasjonowała go zawsze psychologia” - podaje Fijałkowska. Ten oczytany introwertyk jawił się światu jako dobry uczeń, a następnie ambitny student prawa. W 1936 roku został adwokatem.


Syjonizm i anarchizm

Józef Różański był absolwentem dwujęzycznego (polsko-hebrajskiego) gimnazjum męskiego “Chinuch”. Zadaniem tej placówki było wychowywanie młodych Żydów na syjonistów gotowych do emigracji z Polski, gdy tylko w Palestynie powstanie niepodległe państwo Izrael. “Ogólną orientację szkoły można by określić jako zaszczepianie żydowskiego nacjonalizmu w sposób socjalistyczny. Wśród nauczycieli byli zdeklarowani syjoniści, ale i piłsudczycy, anarchiści, komuniści, brak było natomiast członków Bundu [socjalistów starających się pogodzić żydowskość z polskością - przypis NJN]. W procesie nauczania lansowano przede wszystkim tezę o wyzwoleniu narodu żydowskiego przez utworzenie żydowskiego państwa, z gospodarką opartą na kibucach, z językiem hebrajskim i religią mojżeszową jako bazą kulturową. (…) Zgodnie z tradycją w szkole tej Talmud postrzegany był jako system prawny i księga wszelkiej mądrości życiowej. Jego studiowanie i komentowanie uważano za najwyższe powołanie Żyda, formę służenia przez niego Bogu” - wyjaśnia Fijałkowska. Nauczycielem, który wywarł szczególny wpływ na obu braci Goldbergów, był romanista Gross głoszący idee anarchokomunistyczne. Zarówno Różański, jak i Borejsza zaczynali swoją przygodę z polityką od anarchizmu. Josek opowiadał się po stronie kropotkinowców, Nioma po stronie bakuninistów. Zwolennicy Bakunina dużo mówili o krwawej rewolucji, entuzjaści Kropotkina snuli zaś plany dotyczące organizacji życia społecznego już po udanym przewrocie. Ironią losu jest fakt, że to Różański został bezlitosnym ubekiem, a Borejsza - dyrektorem wydawnictwa dopuszczającego pluralizm światopoglądowy.


Czerwona papuga

Jak to się stało, że Józef i Beniamin ostatecznie zostali komunistami? Niewykluczone, że przyczyniły się do tego dwie osoby: starszy kolega Mojżesz/Moniek Nowogródzki i stryj Lejb Goldberg (fanatyczny komunista działający w ZSRR). Po “nawróceniu” na komunizm Josek założył w szkole marksistowskie kółko samokształceniowe, za co chwilowo został relegowany z “Chinucha”. Później, na studiach (Wydział Prawa UW), zaangażował się w prace OMS “Życie” i ZMK. Kolejnym “stopniem wtajemniczenia” była już KPP. Różański ukończył studia w 1929 roku, lecz dopiero w 1936 udało mu się zdobyć konkretny zawód prawniczy. Adwokatem był raczej miernym. Prowadził kancelarię razem ze swoją uczelnianą przyjaciółką Anką, która podczas studiów wielokrotnie mu pomagała, także finansowo. “Anka była zdolniejsza, brała na siebie najtrudniejsze, a zarazem najbardziej dochodowe sprawy, jemu pozostawiając te ‘polityczne’” - odnotowuje Fijałkowska. Działalność komunistyczna Różańskiego polegała m.in. na redagowaniu lewicowych czasopism. Interesujące, że wspólnikami naszego antybohatera często zostawały kobiety, np. Gina, Maryla i jakaś trzecia, “której nazwiska ani pseudonimu nie zapamiętał”. Skoro jesteśmy już przy tym temacie, zauważmy, że Josek był niezwykle przywiązany do matki i siostry, a potem - do żony i córki. Jego największym wrogiem również okazała się kobieta, Julia Brystygierowa. Stalinowiec dużo zawdzięczał swojej przyjaciółce Ance, a przed śmiercią opowiedział całe swoje życie Barbarze Fijałkowskiej. Czy nie był on odrobinę… zniewieściały? Pamiętajmy, że sadysta seksualny to zupełnie inny typ brutala niż zdrowy osiłek z ulicy.


Kierunek: Wschód

Żona Józefa Różańskiego (Izabela/Izabella Różańska, Bela Frenkiel) przyszła na świat 31 maja 1907 roku. Chociaż pochodziła z rodziny żydowskiej, nie wyglądała na Żydówkę. Wyróżniała się bowiem jasnymi włosami i zielonymi oczami. Para była właściwie konkubinatem, gdyż - jak powiedział Różański cytowany przez Fijałkowską - “zgodę KC partii na żydowski ślub ‘pod baldachimem’ dostał tylko Jakub Berman”. Mimo to, po wojnie Józef i Izabela posługiwali się tym samym nazwiskiem i byli powszechnie postrzegani jako małżeństwo. Różańscy poznali się na przełomie 1935 i 1936 roku w śródborowskim pensjonacie, gdzie Josek dochodził do zdrowia po zapaleniu opon mózgowych, a Bela - po wyniszczającym pobycie w więzieniu w Fordonie. Niemiecki atak na Polskę zastał ich w Warszawie, skąd oboje uciekli na Wschód 6 września 1939 roku. O tym, co się z nimi działo w ZSRR, wiadomo niewiele. Jest pewne, że przez ponad rok przebywali w Kostopolu, a potem znaleźli się we Lwowie (Izabela w październiku 1940 roku, jej mąż - kilka miesięcy później). Obydwoje służyli w NKWD. Josek był oficerem tej formacji, natomiast Bela pełniła jakieś podrzędne funkcje. Żona naszego antybohatera witała ponoć kwiatami Armię Czerwoną wkraczającą do Kostopola. Różańscy znajdowali się w posiadaniu archiwów II Oddziału Sztabu Głównego WP, których polski kontrwywiad nie zdążył zniszczyć. Działali też w jakiejś komisji ewidencjonującej radzieckich Niemców. Józef uczestniczył w leśnych potyczkach, Izabela pracowała w Domu Kultury w Kostopolu. Zdaniem Fijałkowskiej, Różański mógł być agentem NKWD już przed wojną (w latach 1937-1938 wysyłano go do Francji i Palestyny).


Stefa Goldberżanka

Gdy ciężarna Bela została wezwana do Lwowa, mogła liczyć wyłącznie na wsparcie Jerzego Borejszy. To właśnie w takich okolicznościach 15 listopada 1940 roku urodziła się Stefa, podobno jedyne dziecko Józefa Różańskiego. Młoda matka czuła się w szpitalu dyskryminowana ze względu na swoją żydowskość. Kręciła nosem nawet pomimo faktu, że jako enkawudzistka miała zagwarantowane wszelkie przywileje! Wiosną 1941 roku do Lwowa przybył Josek. Wojna niemiecko-sowiecka (czerwiec-grudzień 1941) to najbardziej tajemniczy okres w jego życiu. Istnieje hipoteza, według której Józef uczestniczył w rozstrzeliwaniu polskich jeńców wojennych, ale brakuje na to niezbitych dowodów. Zaraz po ataku Niemiec na ZSRR Izabela otrzymała wezwanie do Moskwy. Jej mąż bywał tu i ówdzie, ponoć także w Starobielsku. “Faktem jest, że jesienią 1941 r. znaleźli się oboje z dzieckiem w Samarkandzie jako cywile. (…) Oboje Goldbergowie pracowali w kołchozie” - podaje Barbara Fijałkowska. Warunki, w jakich przyszło im egzystować, pozostawiały wiele do życzenia. Miało to destrukcyjny wpływ na ich córkę, która ciężko zachorowała i była zagrożona śmiercią głodową. Zrozpaczeni Różańscy zdecydowali się wówczas na zdradę: przyjęli pomoc materialną od delegatury rządu Władysława Sikorskiego. Bela wzięła “2 kg ryżu i trochę mąki”, a Josek “jedną czy dwie puszki skondensowanego mleka”. Troskliwi rodzice musieli się potem słono tłumaczyć przed MOPR-owską komisją, w której szczególnie prześladowała ich Julia Brystygierowa. Kto wie, może późniejsza nadgorliwość Różańskiego wynikała z chęci odzyskania “dobrego imienia“? Ostatecznie, wciąż miał on na karku Krwawą Lunę[2].


Różańszczyzna - metodyka UB

Dalsze losy naszego antybohatera doskonale nakreśla Tadeusz M. Płużański w książce “Bestie” (Warszawa 2011) i artykule “Jacek Różański, kat rotmistrza Witolda Pileckiego i generała Augusta Emila Fieldorfa ‘Nila’” (Historia.wp.pl). Otóż w 1944 roku Różański wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie pełnił funkcję politruka oraz uczestniczył w walkach na Wołyniu i przyczółku warecko-magnuszewskim. Wkrótce przeniesiono go do raczkującego Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN. 1 lipca 1947 roku Josek został dyrektorem Departamentu Śledczego MBP. To, co brat Jerzego Borejszy wyczyniał aż do roku 1954, czyli do końca swojej kariery w peerelowskiej bezpiece, uczyniło go symbolem terroru stalinowskiego w Polsce. Nieludzkie tortury, jakie stosował na szeroką skalę wobec więźniów politycznych, to tylko wierzchołek góry lodowej. Przede wszystkim, był on człowiekiem, który decydował o wyrokach wydawanych w procesach pokazowych. Wiele z tych procesów stanowiło zresztą jego autorską twórczość. Różański wysysał sobie z palca najróżniejsze historie, na podstawie których formułował fałszywe oskarżenia wzmocnione spreparowanymi dowodami. Zmuszał ludzi, żeby przyznawali się do czynów niepopełnionych. Reżyserował rozprawy, podczas których wszystko było z góry ustalone. Gdy sądowe “przedstawienia” szły niezgodnie z planem, osobiście przywracał “aktorów” do pionu. Znany jest incydent z procesu biskupa Czesława Kaczmarka, kiedy to Różański niespodziewanie wyszedł zza kulis. “Ja już skułem mordy obrońcom i przestrzegam księdza biskupa, aby nie poważył się więcej na podobne postępowanie” - warknął zirytowany Josek do duchownego.


Sprawa “Marcysi”

Goldberg potrafił składać bliźnim obietnice bez pokrycia, niekiedy okraszone “oficerskim słowem honoru“. W jego ustach “honor” był jedynie wytrychem umożliwiającym włamanie się do psychiki rozmówcy. To właśnie tego wytrychu użył nasz antybohater w 1945 roku, gdy zależało mu na konkretnych zeznaniach Emilii Malessy “Marcysi”, wdowy po Janie Piwniku “Ponurym“. Historię, do której nawiązuję, opisał Tadeusz M. Płużański w tekście “Po pierwsze honor. Opowieść o Emilii Malessie i Janie Rzepeckim” (“Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, Warszawa 2012). Podczas okupacji niemieckiej Malessa należała do AK, gdzie pełniła funkcję łączniczki “między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie”. Po wojnie konspirowała przeciwko komunistom, za co trafiła do więzienia na warszawskim Mokotowie. Tam, przy ulicy Rakowieckiej, zdradziła nazwiska przywódców WiN-u. “Pułkownik Józef Goldberg-Różański (…) ręczył jej ‘oficerskim słowem honoru’, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Odwoływał się do jej patriotycznych uczuć. (…) Jeśli nie pójdzie na ugodę (…) ’będzie odpowiedzialna za mordownię’. (…) Różański słowa nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania WiN-owców. (…) Jednak (…) to nie ona wpadła na pomysł ujawnienia WiN. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk. Jana Rzepeckiego” - pisze Płużański. Malessa robiła wszystko, co w jej mocy, żeby nakłonić Joska do realizacji danego przyrzeczenia. Dwukrotnie podejmowała głodówkę. Latem 1949 roku popełniła samobójstwo. Tymczasem Rzepecki dożył odwilży październikowej (1956). Szybko został zrehabilitowany i poparł Władysława Gomułkę.


Łamacz umysłów

Ryszard Walicki, autor książki “Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie” (Warszawa 2013), odmalowuje dosyć wnikliwy portret Goldberga: “Różański (…) rozumiał znaczenie szoku emocjonalnego. Toteż jego ofiary pamiętały go dobrze. Gdy jedna z byłych więźniarek, będąc już na wolności, zobaczyła Różańskiego w sklepie przy ulicy Nowy Świat w Warszawie, to zemdlała. (…) Różański osobiście bił rzadko. Niejednokrotnie na początku przesłuchania uderzał więźnia lub więźniarkę w twarz, ale mocno. Czasem zdzielił pasem oficerskim lub kopnął. Długie torturowanie fizyczne zlecał oficerom śledczym. Groził więźniom i pragnął wytworzyć w nich poczucie beznadziejności i wywołać strach. Sam zaś co pewien czas występował w roli życzliwego, współczującego więźniom i oficerom śledczym, mądrego człowieka, zdumionego nieracjonalnym zachowaniem się osób torturowanych. (…) To przypomina opinię o Różańskim byłego więźnia, Wiktora Leśniewskiego, który powiedział mi kiedyś, że Różański potrafił być uroczym człowiekiem. Jednego tylko nie potrafił: uśmiechać się. Płk Różański starał się dotrzeć do umysłu ofiary po to, aby ją złamać”. Walicki ilustruje maniery Joska licznymi cytatami. Oto dwa z nich: “Pewnego dnia w czasie przesłuchania w 1950 r. wszedł w mundurze pułkownika, z reguły chodził w cywilnym ubraniu (…) i powiedział: no, Dobrowolski - już odpiął pasa i palnął mnie 3-4 razy po plecach, karku i uchu (…) i mówi (…): muszę sobie zrobić przyjemność, żeby takiego łobuza bić” (Szczęsny Dobrowolski), “Mnie Różański nigdy nie uderzył palcem. (…) Jak meldowałem Różańskiemu, że mnie biją, powiedział - u nas się nie bije, proszę pana, imaginacja jakaś nadzwyczajna” (Stanisław Szopiński).


Krwawy Jacek

Ryszard Walicki przywołuje również zeznania dotyczące przeżyć Andrzeja Skrzesińskiego: “W obecności Różańskiego włożono mu do ust palącego papierosa, gdy go wypluł, Różański uderzył go z całej siły w twarz i wybił mu dwa zęby, dał mu własną chustkę, rozkazując na klęczkach lizać krew z podłogi”. Leon Wudzki, członek CKKP PZPR, powiedział w 1956 roku: “Całe miasto wiedziało, że Różański zdziera ludziom paznokcie osobiście z rąk” (cyt. za: Władysław Gauza, “Elity III RP. Rodowód”, Oslo 2011). Anglojęzyczna publikacja “Night Voices: Heard in the Shadow of Hitler and Stalin” Heather Laskey (McGill-Queen’s University Press 2003) zawiera wzmiankę o tym, że Goldberg wbijał pewnej kobiecie igły pod paznokcie. Piotr Lipiński, autor książki “Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa” (Wołowiec 2016), opisuje przypadek nieludzkiego katowania Marii Hattowskiej: “Zaprowadzono ją na przesłuchanie; w pokoju czekało ośmiu mężczyzn. Byli wśród nich Józef Różański i Adam Humer. - Różański zaczął pierwszy - opowiadała mi Maria Hattowska. - Kopnął mnie, aż spadłam z krzesła. Humer bił nahajką. Miała na końcu kulkę, która przy uderzeniach przecinała skórę. (…) Bili mnie w krocze. Po tym już nie mogłam mieć dzieci”. Stefan Bałuk, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego “Bezpieka 1944-1956” (reż. Iwona Bartólewska, TVP 1997), twierdził, że Josek wykazywał pewne “objawy neurasteniczne”, tzn. wychodził z pokoju przesłuchań jako człowiek kompletnie wyczerpany i nieobecny, a wracał - jako okaz siły i witalności. Zdaniem ekswięźnia, oprawca mógł czerpać energię z jakichś “dodatkowych bodźców”. Czyżby leki lub narkotyki[3]?


49 rodzajów tortur

Kazimierz Moczarski, męczony przez kilku ubeków na rozkaz Józefa Różańskiego, wspomina o biciu “ręką“, “policyjną pałką gumową“, “drążkiem mosiężnym“, “drutem“, “drewnianą linijką okutą metalem“, “kijem“, “batem“ oraz “suszką i podstawą do kałamarza”. Było to uderzanie m.in. “nasady nosa“, “wystających części łopatek“, “podbródka“, “stawów barkowych“, “wierzchniej części nagich stóp“, “czubków palców rąk“, “czubków palców nagich stóp“ i “obnażonych pięt”. Pokrzywdzony zapamiętał też wyrywanie włosów (“z wierzchniej części czaszki”, “ze skroni, znad uszu i z karku”, “z brody i wąsów”, “z piersi”, “z krocza i z moszny”), przypalanie (“rozżarzonym papierosem - okolic ust i oczu”, “płomieniem - palców obu dłoni”) i wiele innych udręk, np. “miażdżenie palców obu rąk”, “miażdżenie palców stóp”, “siedzenie na kancie stołka”, “siedzenie na śrubie, która rani odbytnicę”. Pełną listę niedozwolonych metod śledczych można znaleźć w artykule “Opis 49 rodzajów tortur stosowanych przez UB wobec Kazimierza Moczarskiego z AK” Jarosława Wróblewskiego (portal Fronda.pl). Kobiety, które trafiały do więzienia na Rakowieckiej, często padały ofiarą przemocy seksualnej. Tadeusz M. Płużański przytacza w “Bestiach” słowa swojego ojca, byłego więźnia stalinowskiego: “Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną ‘szarpali’, gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. (…) W stosunku do żony mojej zastosowano system (…) deptania jej godności kobiecej”. Goldberg był osobnikiem niesłychanie perwersyjnym. Świadczy o tym jego agresja seksualna, wścibstwo i rozwiązły styl życia.


Moralność alfonsa

Któregoś dnia Anatol Fejgin, dyrektor Departamentu X MBP, zastał go w takiej sytuacji: “Na olbrzymim biurku (…) siedzi Jacek, przed nim ustawieni w krąg stoją jego najbliżsi współpracownicy, a w środku jak piłka odbija się nieznany mi mężczyzna. Był puszczony na krąg, każdy z funkcjonariuszy Jacka przykładał mu kuksańca, a Różański, każdorazowo, gdy tamten przelatywał obok biurka, kopał go w miejsca szczególnie uczulone. ‘Jacek! Jak możesz!’ - powiedziałem z oburzeniem. ‘To jest właśnie zabójca Ściborka’ - wyjaśnił Różański, mitygując się. Zaczerwienił się chyba nawet. Krępował się przy mnie swojej brutalności” (Henryk Piecuch, “Spotkania z Fejginem”, Warszawa 1990). Skrępowanie oznacza, że ktoś się wstydzi przyjemności, którą odczuwa. Rozprawiała o tym bodajże Michelle Larivey w książce “Siła emocji” (Warszawa 2006). Zestawmy upiorną anegdotę Fejgina z fragmentem przemówienia Bolesława Drobnera z 1955 roku: “Chciałbym, żeby (…) można było usłyszeć od świadków, iż nie przeszedł ten drab koło więźnia bezbronnego, żeby go nie kopnąć w krocze” (Stanisław Marat i Jacek Snopkiewicz, “Ludzie bezpieki”, Warszawa 1990). Jedna z byłych więźniarek MBP wspominała, że Różański zapoznawał ją z zeznaniami jej męża na temat “Moje życie erotyczne”. Chciał jej również odczytać inny elaborat tego samego człowieka: “Pożycie płciowe z moją żoną” (tamże). Henryk Piecuch wzmiankował o jakichś “orgiach” z udziałem Różańskiego. Józef Światło mówił na antenie RWE: “Różański to bardzo energiczny i czynny kobieciarz. (…) Urządza sobie intymne i wymyślne orgie w swoim gabinecie”. Tadeusz M. Płużański pisał w “Bestiach“, że Josek miał w ZSRR “swoje PPŻ”.


Na smyczy Moczara

Barbara Fijałkowska podaje, że Józef Różański dostał wypowiedzenie z pracy już w marcu 1954 roku. Kilka miesięcy później nastąpiło zaś jego aresztowanie. W roku 1955 Goldberg został skazany na 5 lat więzienia, ale złagodzono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy. W roku 1957 usłyszał wyrok 15 lat pozbawienia wolności, zamieniony potem na 14 lat. Ryszard Walicki cytuje słowa Marka Jabłonowskiego, z których wynika, że Josek “korzystał [w zakładzie karnym - przypis NJN] z nieprzewidzianych regulaminem ulg”. Ostatecznie skazaniec został ułaskawiony w październiku 1964 roku. Dalsze losy naszego antybohatera omawia Radosław Kurek w artykule “Kaci bezpieki na tle Marca’68: Roman Romkowski, Anatol Fejgin i Józef Różański w oczach SB (1964-1968)”. Tekst ukazał się w czasopiśmie “Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944-1989”, którego elektroniczną wersję można pobrać ze strony internetowej IPN-u (Ipn.gov.pl). Według badacza, w czasach moczarowskich Goldberg pracował m.in. w Mennicy Państwowej i był pilnie śledzony przez esbeków. Uczyniono go nawet figurantem sprawy o kryptonimie “Wąsik”. Różański roztaczał wokół siebie “atmosferę człowieka miłego, uprzejmego, a jednocześnie dającego do zrozumienia, że posiada poważną pozycję dzięki swym uprzednim i obecnym znajomościom” (to fragment notatki H. Szyszkowskiego z lutego 1967 roku). Lubił spacerować ulicą Rakowiecką. Tęsknił za epoką bierutowską. Kibicował Izraelowi w zmaganiach z Arabami. W marcu 1968 roku był spokojny, ale jego żona rozpowszechniała jakieś plotki o rzekomym mordowaniu Żydów przez Polaków podczas okupacji niemieckiej. W 1967 roku został “wyrzucony z jadącego trolejbusu” przez swoje dawne ofiary.


Historia i sztuka

A co się stało ze Stefą Goldberżanką? Barbara Fijałkowska zdradza tylko tyle, że czerwona księżniczka posługiwała się nazwiskiem “Stefania Żebrowska”. Na początku 2016 roku znalazłam w Internecie blog artystki plastyczki Justyny Czerniak (Justynaczerniak.blogspot.com). W dziale “Tekst” autorka wyjaśnia, jak jej losy splotły się - pośrednio, acz intensywnie - z losami rodziny Józefa Różańskiego. Otóż Justyna przyjaźni się z niejaką Agnieszką, młodą kobietą, która pracowała jako opiekunka Stefy i towarzyszyła jej aż do końca ziemskiej wędrówki. Starsza pani dopiero pod koniec życia ujawniła swoją prawdziwą tożsamość. Była osobą niezwykle samotną, toteż przed śmiercią zapisała cały swój majątek, łącznie z pamiątkami po ojcu, opiekunce Agnieszce. Wiele z tych staroci - fotografii, listów, pocztówek - trafiło później w ręce Justyny Czerniak, która zrobiła z nich jakieś kompozycje artystyczne w ramach przygotowywanej pracy dyplomowej. Ech, mam nadzieję, że magistrantka wykorzystała wyłącznie kopie tych przedmiotów, a nie oryginały! Przeraża mnie myśl, że ktoś mógłby zniszczyć cenne źródła historyczne w imię “sztuki współczesnej”! Justyna opublikowała w Internecie skany swoich dzieł. Nie znam się na sztuce, ale uważam, że zdjęcia z rodzinnego archiwum Różańskich wyglądałyby znacznie lepiej bez tych wszystkich “artystycznych udziwnień”, takich jak stylizowany kwiatek zasłaniający buzię Stefy. Tak czy owak, nie mam wątpliwości, że na niektórych fotografiach znajduje się Józef Różański. Ta gęba jest niepodrabialna. Również adres widoczny na jednej z pocztówek (ulica Narbutta w Warszawie) zgadza się z tym podanym przez Fijałkowską. Pamiątki są więc autentyczne.


PODSUMOWANIE

Dlaczego uważam, że Józef/Jacek Różański (właśc. Goldberg) to podręcznikowy przykład sadysty? Dlatego, że posiadał on wiele cech, o których wspominali Robert R. Hazelwood, Park Elliott Dietz i Janet Warren w artykule “The Sexually Sadistic Criminal and His Offenses”. Opisywany stalinowiec przeżył w dzieciństwie rozwód swoich rodziców. Po zdaniu matury w prywatnym gimnazjum “Chinuch” kontynuował naukę na Uniwersytecie Warszawskim. Aż do wybuchu II wojny światowej uchodził za statecznego obywatela: prowadził kancelarię adwokacką, nigdy nie był karany przez sądy II Rzeczypospolitej. Gdy wstępował do NKWD i MBP, był już żonaty (no dobrze, żył z Belą w konkubinacie, ale tylko dlatego, że nie zdołał uzyskać zgody na tradycyjny ślub żydowski). Miał doświadczenie militarne, tzn. uczestniczył w leśnych potyczkach, walczył w szeregach LWP. Fascynował się czynnościami i sprzętami policyjnymi, wszak stał na czele Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Brał udział w makabrycznych zabawach o charakterze homoerotycznym, doznawał widocznej przyjemności podczas kopania męskich genitaliów. Ewidentnie dzielił się partner(k)ami z innymi mężczyznami, poza tym korzystał z usług PPŻ - Przechodnich Polowych Żon. Mógł sięgać po jakieś substancje psychoaktywne, gdyż jeden z byłych więźniów posądził go o czerpanie energii z zewnętrznego źródła. Bywał obsceniczny, bezpruderyjny i niepotrzebnie zainteresowany życiem intymnym swoich ofiar. Jak większość sadystycznych bandytów, reprezentował płeć silną. Powyższe ustalenia sugerują, że osławiony Różański to sadysta sensu stricto. Tacy ludzie rządzili kiedyś Polską.


Natalia Julia Nowak,
21.10. - 01.12. 2016 r.


PS.
W polskojęzycznej Wikipedii, pod hasłem “Seryjny morderca”, widnieje intrygujące zdanie: “W rodzinach połowy z nich matka wychowywała syna samotnie od jego drugiego roku życia”. Józef Różański urodził się w roku 1907, a od 1909 pozostawał pod wyłączną opieką swojej rodzicielki. Gdy miał siedem lat, trafił pod skrzydła ojca, macochy i starszego rodzeństwa (to już druga trauma we wczesnym dzieciństwie). Ciekawe, w sumie, dlaczego… Może matka źle go traktowała? Albo nie potrafiła należycie o niego zadbać? Anders Behring Breivik, sprawca krwawych zamachów terrorystycznych w Oslo i na wyspie Utoya, również był synem samotnej matki. Jego rodzice rozstali się, kiedy miał zaledwie roczek.

PS 2. Postać Różańskiego pojawia się w filmie fabularnym “Generał Nil” oraz telespektaklach “Śmierć Rotmistrza Pileckiego”, “Słowo honoru”, “Kontrym” i “Rozmowy z katem”. Josek jest też bohaterem powieści “Niesamowici bracia Goldberg” Wojtka Biedronia. Podejrzewam, że utwór prędzej czy później zostanie zekranizowany, bo jego autor jest zawodowym filmowcem. Nigdy nie miałam w rękach tego czytadła, ale poświęciłam trochę czasu na lekturę jego recenzji. I czego się dowiedziałam? Otóż książka Biedronia zawiera (jak by to określił towarzysz Gomułka) “pornograficzne obrzydliwości”. Obaj bracia Goldbergowie, a zwłaszcza Józef, są tam ukazani jako totalni erotomani. Coś mi się zdaje, że czeka nas produkcja, przy której “Zaćma” i “Ida” to niewinne dobranocki.


PRZYPISY

[1] Tym, którzy nie mogą tego zrozumieć, polecam fragment powieści “Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya w przekładzie Tomasza Mirkowicza (1962/1981). Jest to urywek dialogu, w którym główny bohater, Randle Patrick McMurphy, i jego kolega ze szpitala psychiatrycznego, Dale Harding, dyskutują o demonicznej pielęgniarce Mildred Ratched zwanej Wielką Oddziałową. McMurphy przekonuje Hardinga, że siostra Ratched, pozująca na wrażliwą istotę, to w rzeczywistości sadystka i despotka. Harding, który odpycha od siebie ponurą prawdę o Oddziałowej, wygłasza komiczny pean na jej cześć: “Siostra Ratched to prawdziwy anioł miłosierdzia; spytaj, kogo chcesz! Bezinteresowna jak wiatr, dzień po dniu, przez pięć długich dni w tygodniu pełni dla dobra ogółu swoje niewdzięczne obowiązki. To wymaga poświęcenia, przyjacielu, prawdziwego poświęcenia. Wiem też od godnych zaufania osób, choć nic więcej nie mogę ci o nich wyjawić ponad to, że Martini pozostaje z nimi w bliskich stosunkach, iż również w dni wolne od pracy siostra Ratched służy ludzkości, oddając się działalności charytatywnej. Przygotowuje kosze z takimi delicjami, jak konserwy i mydło, a dla urozmaicenia dorzuca kawałek sera, po czym obdarowuje nimi młode małżeństwa w tarapatach finansowych. (…) Spójrz: oto nadchodzi nasza oddziałowa. Stuka lekko do drzwi. W ręce trzyma kosz ozdobiony wstążkami. Młodemu małżeństwu szczęście zapiera dech. Mąż stoi z otwartymi ustami, żona płacze, nie kryjąc łez. Oddziałowa lustruje ich domostwo. Obiecuje przysłać im pieniądze na… proszek do czyszczenia, a jakże. Stawia kosz na środku podłogi. A kiedy stamtąd wychodzi - posyłając obojgu pocałunki i zwiewne uśmiechy - jest tak upojona słodkim mlekiem miłosierdzia, którym własny czyn wypełnił jej obfite piersi, że nie potrafi powściągnąć swojej szczodrości. Szczodrości, rozumiesz?”. Wkrótce okazuje się, że to McMurphy prawidłowo ocenił siostrę Ratched, oprawczynię torturującą pacjentów elektrowstrząsami i lobotomią. Ktoś może stwierdzić, że zacytowany przeze mnie fragment “Lotu…” niczego nie wnosi, bo pochodzi z utworu beletrystycznego, w dodatku uznawanego za manifest antypsychiatryczny. Ja jednak upieram się przy stanowisku, że objawem sadyzmu może być zarówno czerpanie przyjemności z zadawania komuś udręk, jak i obdarzanie czułością osób cierpiących. Zwróćmy uwagę na sposób, w jaki Józef Różański scharakteryzował swojego przełożonego, Romana Romkowskiego (wiceministra bezpieczeństwa publicznego, który po roku 1956 został skazany na 15 lat pozbawienia wolności). Słowa, które zaraz przytoczę, są nieco podobne do wypowiedzi Hardinga na temat Wielkiej Oddziałowej. Różański powiedział o Romkowskim: “Dla nas Romkowski to był i jest dowódca z prawdziwego zdarzenia. To był i jest człowiek, których nie jest tak wielu. On umiał postawić zagadnienie. On umiał postawić sprawę. I on był wymagający. Miał coś, co w całym bezpieczeństwie czyniło go najbardziej lubianym. On przede wszystkim okazywał niebywale dużo serca wszystkim ludziom w bezpieczeństwie, wszystkim pracownikom. On każdego przyjął, z każdym pomówił. Ileż pomocy on okazywał ludziom w ciężkich warunkach, kobietom i dzieciom, ratował inwalidów, kiedy nie było ustawy, kiedy nie było możliwości. I dlatego go lubiano. I dlatego do niego był stosunek osobisty“. Źródło cytatu: Stanisław Marat i Jacek Snopkiewicz, “Ludzie bezpieki”, Warszawa 1990. Sadysta wciela się w rolę anioła lub diabła, opiekuna lub gnębiciela, wolontariusza lub inkwizytora. Bo, jak słusznie zauważyła Dita, kojarzy ból/bezradność/upokorzenie z miłością/sympatią/erotyką. Dobro i zło mogą być dwiema stronami tego samego medalu. Mogą się uzupełniać jak taoistyczne siły Yin i Yang.

[2] Pytanie do amatorów japońskiej popkultury: pamiętacie doktora Kuramę z serialu animowanego “Elfen Lied” (2004)? Dyrektora badawczego w tajnym laboratorium, bezpośrednio odpowiedzialnego za okrutne eksperymenty na dzieciach z syndromem Dicloniusa? W jednym z ostatnich odcinków okazuje się, że Kurama przyjął stanowisko dyrektora badawczego, żeby uratować swoją nowonarodzoną córeczkę Mariko, która również przyszła na świat z syndromem Dicloniusa i miała zostać poddana eutanazji. Kurama jest ważnym trybikiem w zbrodniczej machinie, zaszantażowanym przez dyrektora generalnego Kakuzawę, który w każdej chwili może zamordować Mariko (uwięzioną w ciemnej izolatce). Gdy Kakuzawa postanawia wykorzystać Mariko do złapania Lucy i zabicia Nany, nadzorczynią dziewczynki zostaje doktor Shirakawa - elegancka, inteligentna, wysoko postawiona kobieta przypominająca Julię Brystygierową. Kurama odnajduje swoją córkę dopiero w ostatnim odcinku.

[3] W filmie dokumentalnym “Bezpieka 1944-1956” zostaje także przytoczona wypowiedź samego Różańskiego: “Wpadliśmy w pewien stan nienormalny. Tłumaczy się to tym, że sypialiśmy po 2-3 godziny na dobę. Po dwa tygodnie nie zmienialiśmy bielizny. Cały czas toczyła się u mnie walka, żeby nie bić, ale sam biłem”. Jakże to zbieżne ze współczesną definicją sadyzmu, a dokładniej - z jej drugim zdaniem (“Fantazje, popędy seksualne lub zachowania wywołują klinicznie znaczącą dolegliwość lub upośledzenie w społecznych, zawodowych lub innych ważnych obszarach funkcjonowania”)! Według Anny Salter, twórczyni filmu edukacyjnego “Listening to Sex Offenders: Part Two. Sadistic vs. Non-Sadistic Sex Offenders. How They Think, What They Do” (Eastern Kentucky University Television 1998), akty okrucieństwa działają na sadystę jak narkotyk. Stąd ekscytacja i ekstaza, a potem uzależnienie i konieczność dostarczania organizmowi coraz większych dawek używki. Dwóch sadystycznych rozmówców Salter określiło swoje doznania wyrazem “haj”. Szkoda, że Goldberg, żyjący w innym miejscu i czasie, nie znał tego przydatnego kolokwializmu. Czerwony zwyrodnialec posługiwał się za to rzeczownikiem “euforia” (sprawdź: Ryszard Walicki - “Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie”).

Miasto 39. Narodziny i obrona Starachowic-Wierzbnika

Autor: njnowak | Kategorie: Historia, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: 1939, banderowcy, danuta siedzikówna, historia, ii wojna światowa, inka, kampania wrześniowa, katyń, kielce, kowel, kresy wschodnie, miasto, militaria, nazizm, niemcy, patriotyzm, polska, polska rzeczpospolita ludowa, prl, przemysł, sowieci, starachowice, starachowice-wierzbnik, westerplatte, wierzbnik, wojna, wojna obronna, wojsko, wołyń, zbrodnia katyńska, zsrr, żołnierze wyklęci, żydzi
05. października 2016 22:10:00

Miasto patchworkowe

Starachowice, leżące w połowie drogi między Radomiem a Kielcami, są dzisiaj trzecim pod względem wielkości miastem w województwie świętokrzyskim. Jednakże historia tego, co dziś rozumiemy pod pojęciem Starachowic, jest stosunkowo krótka. Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do książki “Starachowicki Wrzesień 1939” Adama Brzezińskiego (udostępnionej w kilkunastu kawałkach na stronie internetowej UM Starachowice). Autor podaje, że miasto, o którym rozmawiamy, powstało 1 kwietnia 1939 roku. Geneza miejscowości jest dość prosta: władze II Rzeczypospolitej podjęły decyzję o połączeniu w jedną całość osady fabrycznej Starachowice (tzw. Starachowic Fabrycznych), wsi Starachowice Górne (tzw. Starachowic Górniczych) oraz miasteczka Wierzbnik (istniejącego od XVII wieku i mającego charakter sztetla, gdyż znaczną część jego ludności stanowili Żydzi. Według polskojęzycznej Wikipedii, w 1935 roku aż 31% mieszkańców Wierzbnika było narodowości żydowskiej[1]). Nowo powstały twór otrzymał nazwę Starachowice-Wierzbnik, chociaż początkowo miał się nazywać po prostu Wierzbnik. W świetle prawa miejscowość była spadkobierczynią Wierzbnika, a Starachowice nie zostały połączone z Wierzbnikiem, tylko włączone w jego struktury. Prawda jest jednak taka, że nowoczesna osada przemysłowa od samego początku dominowała nad zacofaną barokową mieściną. Potwierdzeniem teorii, że to Starachowice podbiły Wierzbnik, a nie odwrotnie, może być fakt, iż w 1949 roku zmieniono nazwę “Starachowice-Wierzbnik” na “Starachowice“. Było to uproszczenie nomenklatury, a zarazem zmierzch kilkusetletniego miasteczka.


Dwa światy

Przedwojenny okres Starachowic-Wierzbnika trwał zaledwie pięć miesięcy. Trudno wymagać od jakichkolwiek władz, żeby w tak krótkim czasie zdołały zintegrować dwie (a właściwie trzy, bo Starachowice były “dwuczęściowe”) różne miejscowości. Adam Brzeziński pisze, że “granica pomiędzy Wierzbnikiem a Starachowicami biegła mniej więcej wzdłuż obecnej ulicy Na Szlakowisku”. Życie Wierzbnika toczyło się staroświeckim rytmem. Najważniejszą częścią tej dzielnicy był Rynek, który pełnił funkcję miejscowego centrum handlu. Znajdowały się tutaj piętrowe kamienice, w których działały różnorakie sklepiki, a także nieduży plac wcielający się regularnie w rolę targowiska. Choć w sercu Wierzbnika dominowali Żydzi, silny był tu również żywioł katolicki skupiony wokół kościoła Świętej Trójcy. Codzienność Starachowic wyglądała bardziej modernistycznie. “Syreny fabryczne regulowały rozkład dnia mieszkańców. Na pierwszy buczek, o 6.30, ludzie wychodzili z domów i spiesznym krokiem podążali do pracy. Drugi, o 7.00, był sygnałem do zamykania fabrycznych bram. W południe ‘buczki’ informowały o przerwie obiadowej. Po południu sygnalizowały zakończenie pracy” - opowiada Brzeziński. W Starachowicach istniało sześć osiedli mieszkaniowych. Tutejsi ludzie poruszali się samochodami, a nie, jak mieszkańcy Wierzbnika, dorożkami. Podział miasta na dwie części przetrwał do dzisiaj. Przyczyniła się do tego epoka PRL, albowiem FSC “Star” funkcjonowała w tradycyjnej dzielnicy industrialnej. Obecnie w St-cach znajduje się Specjalna Strefa Ekonomiczna, a Wierzbnik wciąż wydaje się senny (chociaż w latach 2010-2014 ożywiły go trzy galerie handlowe).


Zakłady Starachowickie

Zgodnie z tym, co podaje Brzeziński, początków starachowickiej potęgi należy upatrywać w roku 1875, kiedy to baron Antoni Edward Fraenkel założył Towarzystwo Starachowickich Zakładów Górniczych SA. Firma sprawowała pieczę nad licznymi kopalniami i hutami działającymi nie tylko w samych Starachowicach, ale również w okolicznych wioskach. Gdy Polska odzyskała niepodległość, rząd II RP niemal natychmiast przystąpił do budowy rodzimego przemysłu obronnego. Ponieważ po I wojnie światowej największym zagrożeniem dla naszej Ojczyzny była Rosja Sowiecka, uznano, że fabryki zbrojeniowe należy zlokalizować na lewym brzegu Wisły. W 1920 roku doszło do podpisania historycznej umowy między Ministerstwem Spraw Wojskowych a zarządem TSZG. Na mocy tego porozumienia w Starachowicach otwarto zakład produkujący sprzęt na potrzeby wojska[2]. Nowa fabryka specjalizowała się w wytwarzaniu armat, haubic oraz pocisków do tych dział. Konstruowała też pewne przedmioty na potrzeby rynku cywilnego, np. ramy samochodowe i młoty pneumatyczne. Pakt zawarty między Ministerstwem a Towarzystwem zaowocował licznymi korzyściami: uczynił Polskę trudnym przeciwnikiem dla potencjalnych wrogów, stworzył wiele nowych miejsc pracy, przyśpieszył rozwój regionu świętokrzyskiego, a samemu TSZG przyniósł niebagatelne zyski. Wypada wspomnieć, że Zakłady Starachowickie były także właścicielem 23.000 hektarów lasów. Produkowały więc drzwi, skrzynki, kopalniaki, deski podłogowe etc. Nie ulega wątpliwości, że Gród Starzecha był ważnym punktem na mapie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wspaniałego następcy Zagłębia Staropolskiego.


Intrygi wywiadu

W latach 30. XX wieku głównym nieprzyjacielem Polski i Europy stała się III Rzesza. Według Adama Brzezińskiego, potężna fabryka zbrojeniowa działająca w Starachowicach wzbudzała niezdrowe zainteresowanie Niemców. Hitlerowcy zaczęli nawet do niej wysyłać zaufanych szpicli i podejmować próby nawiązania współpracy z jej pracownikami. Brzeziński, powołujący się na pamiętniki Mieczysława Frycza, przedstawia historię odważnego starachowiczanina, który w obliczu germańskich pokus “zachował się jak trzeba”. Tym starachowiczaninem był niejaki Szymański, który pełnił funkcję rzeczoznawcy Grupy Odbiorczej COMU (Centrali Odbioru Materiałów Uzbrojenia). Mężczyzna wydał się nazistom dobrym materiałem na szpiega, ponieważ miał matkę narodowości niemieckiej. Pewnego dnia Szymański otrzymał podejrzaną przesyłkę, w której znajdowało się 20.000 marek i górnolotny list. Hitlerowski wywiad, piszący w imieniu wszystkich Niemców, odwoływał się w nim do patriotycznych uczuć adresata. Przekonywał, że Szymański jest Niemcem, więc powinien lojalnie służyć swojemu narodowi. “Dalej list polecał, aby w oznaczonym dniu w Warszawie w podanej kawiarni podszedł do stolika, przy którym będzie siedział osobnik czytający niemiecką gazetę” - pisze Frycz cytowany przez Brzezińskiego. Szymański nie dał się nabrać na te gierki. Zamiast do kawiarni, pojechał do Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdzie pokazał niechcianą przesyłkę przedstawicielom kontrwywiadu. Rozmówcy byli pod wrażeniem jego postawy. Niestety, starachowiczanin nie przeżył II wojny światowej. Naziści dopadli go w Stalowej Woli i wykonali na nim wyrok śmierci.


Obrona przeciwlotnicza

Sytuacja na arenie międzynarodowej skłoniła polskie władze do zorganizowania w całym Kraju ośrodków i punktów obrony przeciwlotniczej. “Starachowice zaliczono do ośrodków biernej obrony przeciwlotniczej II kategorii, czyli takich, których bombardowanie lotnicze było bardzo prawdopodobne” - informuje Adam Brzeziński. Specyficzny rodzaj obrony, o którym rozprawia autor “Starachowickiego Września 1939”, miał polegać na radzeniu sobie ludności cywilnej ze skutkami ataków powietrznych. Społeczeństwo miało być przygotowane do podejmowania takich akcji, jak udzielanie rannym pierwszej pomocy, ratowanie osób leżących pod gruzami czy zapobieganie pożarom w przypadku użycia bomb zapalających. Obrona przeciwlotnicza była zorganizowana w sposób hierarchiczny, żeby w razie nalotu działania defensywne przebiegały szybko i sprawnie. Jeśli chodzi o starachowickie fabryki, przewidziano dla nich bardziej agresywną formę obrony. “Zakłady przemysłowe miały być bronione artylerią przeciwlotniczą przez bezpośrednią obronę zakładów, zorganizowaną przez plutony podchorążych rezerwy artylerii przeciwlotniczej ze Szkoły Podchorążych Artylerii Przeciwlotniczej w Trauguttowie” - wyjaśnia Brzeziński. W dniu napaści Niemiec na Polskę fabryki dysponowały sześcioma cekaemami, armatą przeciwlotniczą kalibru 75 mm oraz szesnastoma armatami przeciwlotniczymi kalibru 40 mm (działami “Bofors”). Warto wiedzieć, że wiosną 1939 roku niektórzy pracownicy TSZG zostali przeszkoleni z obsługi tego typu sprzętu. Powołano nawet do życia dwa plutony fabryczne, na czele których stanęli inżynierowie Leszek Kistelski i Stanisław Walenczak.


Początek Apokalipsy

Konflikt zbrojny, rozpętany przez Adolfa Hitlera, wybuchł wczesnym rankiem 1 września 1939 roku. Adam Brzeziński cytuje słowa, jakie polskie społeczeństwo usłyszało tamtego dnia w publicznym radiu o godzinie 6.30: “A więc wojna! (…) Wszyscy jesteśmy żołnierzami”. W Starachowicach-Wierzbniku II wojna światowa zaczęła się oficjalnie o godzinie 10, kiedy to miejscowe elity zwołały nadzwyczajny wiec na terenie Towarzystwa Starachowickich Zakładów Górniczych. Prezes lokalnego oddziału Związku Legionistów Polskich zadeklarował wówczas gotowość zakupu cekaemu dla Wojska Polskiego. Złożono również kilka innych szlachetnych obietnic, a zgromadzony tłum popadł w optymistyczny nastrój. Wielu starachowiczan, których jeszcze dwa dni wcześniej ominęła mobilizacja wojskowa, dobrowolnie zgłaszało się do walczącej armii. Tymczasem na Pomorzu aż jedenastu mężczyzn ze Starachowic-Wierzbnika i ziem dzisiejszego powiatu starachowickiego uczestniczyło w obronie Westerplatte. Byli to żołnierze 4. Pułku Piechoty Legionów, którzy w ramach kontyngentu wymiennego trafili z Kielc do Gdańska. Wśród nich był niejaki Eugeniusz Aniołek, który cieszył się szczególnym zaufaniem Stefana Sucharskiego, a po wojnie został uwieczniony w filmie “Westerplatte” Stanisława Różewicza (1967). W roku 1941 dzielny westerplatczyk pojechał na roboty przymusowe do Bartoszyc. Niestety, później słuch o nim zaginął. Zauważmy, że po 17 września 1939 roku starachowiczanie ginęli nie tylko z rąk Niemców, ale także z rąk Sowietów. Przykładowo, jedenastu tutejszych oficerów padło ofiarą zbrodni katyńskiej. W okresie stalinizmu dręczycielką całej okolicy została zaś powiatowa ubecja.


Pięć dni

Pierwsze dni II wojny światowej miały w Starachowicach-Wierzbniku dość łagodny przebieg. Sielankowa codzienność była jednak przerywana nieustannymi alarmami lotniczymi. Adam Brzeziński cytuje wspomnienia trzech osób, które w tamtych dniach przebywały na terenie miasta. Według Haliny Donimirskiej, niemieckie samoloty pojawiły się nad Starachowicami już 1 września 1939 roku, ale odleciały “w nieznanym kierunku”. Mieczysław Frycz potwierdza przelot wrogich aeroplanów oraz odnotowuje, że polskie baterie przeciwlotnicze otworzyły do nich ogień. Tadeusz Rek twierdzi, że 1 września nie było ani niemieckich samolotów, ani polskich strzałów. Powściągliwość nazistowskich pilotów mogła wynikać z faktu, że - jak pisze Frycz - otrzymali oni “zakaz bombardowania Zakładów”. Hitlerowcy zrzucali ładunki wybuchowe głównie na tory kolejowe w Wierzbniku, ale wywoływali raczej umiarkowane szkody, które szybko udawało się robotnikom naprawić. To również był efekt zamierzony. “Rozkazy nakazywały unikania powodowania większych zniszczeń w infrastrukturze kolejowej” - wyjaśnia Brzeziński. Na początku września przez Wierzbnik i Starachowice wielokrotnie przejeżdżały polskie pociągi wiozące żołnierzy na front. Chodzi tutaj o transporty 12. Dywizji Piechoty, w której służył także August Emil Fieldorf “Nil”. Mundurowi, zatrzymujący się na stacji w Wierzbniku, byli bezpłatnie dożywiani przez lokalne wolontariuszki i harcerki (m.in. przez 11-letnią Jadwigę Jasiewicz, późniejszą matkę Braci Kaczyńskich). 5 września, w związku z upadkiem Kielc, miał miejsce wielki exodus starachowiczan na Kresy Wschodnie. Tego samego dnia odbyła się też ewakuacja TSZG do Kowla.


Chrzest krwi

Względny spokój, jakim los obdarzył Starachowice-Wierzbnik, skończył się 6 września, gdy do miasta dotarły lądowe oddziały niemieckie. Pojawienie się Wehrmachtu w okolicach Grodu Starzecha było konsekwencją potyczki pod Świętą Katarzyną, w wyniku której polska kompania została rozbita, a Niemcy otworzyli sobie drogę do dalszej ekspansji. “Wieść o klęsce Polaków pod Świętą Katarzyną i niemieckiej kolumnie poruszającej się w kierunku Wierzbnika dotarła zapewne drogą telefoniczną do komendy OPL w Starachowicach. Prawdopodobnie w celu zlokalizowania niemieckiej kolumny wyjechał w kierunku Michałowa samochód osobowy z dwoma oficerami” - spekuluje Brzeziński. Dwaj żołnierze, którzy wyruszyli wówczas w teren, przekonali się o obecności hitlerowców niemal natychmiast. Gdy przejeżdżali przez część Michałowa zwaną Cyganowem, zza zakrętu wychynęli nazistowscy motocykliści, którzy bez ostrzeżenia zaczęli do nich strzelać. Auto stanęło w płomieniach, a Polacy wyskoczyli na zewnątrz i schronili się w lesie. Zabłąkane kule trafiły dwóch przypadkowych cywilów, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Był to swoisty chrzest krwi: tak właśnie wojna otworzyła nowy rozdział w życiu starachowiczan. Kapitan i podporucznik, do których celowali Niemcy, przeżyli incydent, a nawet otrzymali pomoc ze strony lokalnej ludności (pierwszemu z oficerów należało bowiem opatrzyć zranioną nogę). Tymczasem najeźdźcy pojechali dalej. Po drodze zostali ostrzelani przez polskich żołnierzy, którzy znajdowali się w zatrzymanym nieopodal pociągu wojskowym. Strzały, najprawdopodobniej chybione, nie zdołały powstrzymać zajadłych agresorów.


Rzeź Wanacji

Następnym “przystankiem” hitlerowców okazała się Wanacja. Według Adama Brzezińskiego, w międzywojniu Wanacja była wsią, która na skutek “zmiany granic Wierzbnika” częściowo weszła w skład nowopowstałego miasta. Lecz to właśnie tam, na zacisznych przedmieściach Starachowic-Wierzbnika, rozegrały się dantejskie sceny[3]. Brzeziński twierdzi, że mieszkańcy Wanacji byli zaskoczeni niemieckim atakiem, chociaż już pod koniec sierpnia 1939 roku na pobliskim wzniesieniu ustawiono broń artyleryjską. W okolicy stała też druga armata, umieszczona niedaleko cmentarza żydowskiego. Hitlerowcy dotarli na Wanację około godziny 14. Jak sami zauważyli, przyszło im się zmierzyć z trudnym przeciwnikiem. “W przekonaniu Niemców, Wanacji bronił pododdział piechoty wsparty bronią maszynową, dwoma działkami przeciwpancernymi i dwiema armatami przeciwlotniczymi” - odnotowuje autor “Starachowickiego Września 1939”. Obrońcom Wanacji dzielnie pomagał pluton przeciwlotniczy z osiedla Majówka. Ludność cywilna rozpaczliwie szukała sobie jakiegoś schronienia, ale - jak zaznacza Piotr Kromer cytowany przez Adama Brzezińskiego - trafiali się również desperaci, którzy w przypływie emocji rzucali się na Niemców. Z nazistami walczyły także pośpiesznie sformowane “grupy robotników, żołnierzy, harcerzy” (jedną z nich zasilił Antoni Heda “Szary”). Wściekli najeźdźcy strzelali do uciekających cywilów oraz wyciągali ludzi z domów, żeby ich zamordować. “Po kilkudziesięciu minutach, około godziny 15, oddział niemiecki dość nagle wycofał się w kierunku wschodnim” - kontynuuje opowieść Brzeziński. Bilans zbrodniczego szału hitlerowców? Ponad 20 przypadkowych ofiar.


Wędrówka ludu

Zgodnie z ustaleniami Adama Brzezińskiego, spontaniczne ucieczki z miasta zaczęły się już 2 września (“Ludność w trwodze opuszczała domy, koczowała w lasach lub wyjeżdżała na wieś, jako w miejsca rzekomo bezpieczne” - to fragment wspomnień Mieczysława Frycza). Zjawisko masowego wychodźstwa pojawiło się jednak trzy dni później. “Oprócz ludności cywilnej ewakuowały się urzędy, administracja gospodarcza, a nawet służby publiczne, jak straż pożarna. (…) Ten exodus był prawdziwym problemem dla wojska, hamował jego ruchy i możliwości manewru” - ubolewa Brzeziński. Równolegle z falą uchodźców przemieszczały się na wschód pojazdy wypełnione największymi skarbami Zakładów Starachowickich. Żywiono bowiem nadzieję, że przedsiębiorstwo zdoła wznowić swoją działalność w województwie wołyńskim. Wielu pracowników TSZG otrzymało “polecenie służbowe stawienia się w kresowym Kowlu“. Ci, którzy chcieli wykonać rozkaz, zabierali ze sobą współmałżonków, dzieci i sąsiadów[4]. Na wieść o napadnięciu Wanacji przez hitlerowców “ulotnił się” z Grodu Starzecha starosta powiatowy oraz personel Komendy Rejonu Uzupełnień. Po 6 września miała zaś miejsce gorączkowa rejterada służb porządkowych. Policjanci postępowali zgodnie z wytycznymi, gdyż nieco wcześniej pułkownik dyplomowany Włodzimierz Ludwig zarządził “obronę przeciwlotniczą mostów na Wiśle“. 10 września, kiedy Niemcy zajęli Starachowice-Wierzbnik, miasto było już w dużej mierze opustoszałe[5]. “Nigdzie nie było widać ludzi” - relacjonował medyk Rudolf Kaden. W Szpitalu Miejskim pozostała tylko jedna polska lekarka, Zofia Czerniewska. Mogła ona liczyć wyłącznie na pomoc PCK.


Żółty Tygrys

Może nie wszyscy starachowiczanie o tym pamiętają, ale wypadki, które nawiedziły Gród Starzecha na początku II wojny światowej, stały się tematem jednej z mikropowieści opublikowanych w ramach cyklu Biblioteka Żółtego Tygrysa. Seria wydawnicza, o której mowa, wychodziła w latach 1957-1989 i stanowiła beletrystyczne uzupełnienie ówczesnych podręczników szkolnych. Książka poświęcona Starachowicom-Wierzbnikowi ukazała się jako numer 6 z 1986 roku. Nosi ona tytuł “Starachowicki wrzesień” (twórca: Leszek Zioło). Mikropowieść nie jest żadnym arcydziełem, ale czy którykolwiek z Żółtych Tygrysów może uchodzić za wartościowy wytwór kultury? “Starachowicki wrzesień” to typowa literatura wagonowa. Ot, wojenny Harlequin, który wydaje się krzyczeć: “Kup, przeczytaj, wyrzuć!”. Czytadło zaczyna się dość nudną wizją organizacji obrony przeciwlotniczej w Centralnym Okręgu Przemysłowym. Cały rozdział trzeci przybiera formę artykułu popularnonaukowego, w którym Leszek Zioło przybliża odbiorcom “kalkulacje, przymiarki i wyliczenia” związane z raczkującą OPL. Autor mikropowieści streszcza również historię Zakładów Starachowickich, podkreślając ich znaczenie dla całego Kraju. Utwór “rozkręca się” dopiero w rozdziale piątym, kiedy Zioło przechodzi do meritum, czyli do ataku Niemiec na Polskę. Obraz pierwszego dnia wojny, nakreślony w omawianej książce, jest zbieżny z tym, który zaserwował nam Adam Brzeziński. Mamy więc optymizm, podniosłe słowa notabli oraz względny spokój umożliwiający obywatelom kontynuację przedwojennego życia. Śledzimy też alarm lotniczy i walkę z niemieckimi samolotami, w której ginie odlewnik-artylerzysta Bolesław Kłoczkowski.


Drobne potknięcia

Wizja kolejnych dni kampanii wrześniowej nie jest do końca zbieżna z tą zaprezentowaną przez Brzezińskiego. Leszkowi Ziole wyraźnie miesza się kolejność rekonstruowanych wydarzeń. Można nawet odnieść wrażenie, że autor łączy w jedną całość dwa dni (5-6 września) oraz dwa miejsca (Michałów i Wanację). Zasadnicza treść Żółtego Tygrysa nie odbiega jednak drastycznie od prawdy historycznej. Błędy, jakie występują w powieścidle, dają się usprawiedliwić wymogami fabularnymi, choćby dążeniem do zachowania “jedności czasu, miejsca i akcji”. Niewykluczone zresztą, że Zioło, tworzący swoją szmirę w roku 1986, nie dysponował tak szczegółową wiedzą, jak Brzeziński w 2010. Przewrażliwieni antykomuniści zasugerują pewnie, że nieścisłości zawarte w “Starachowickim wrześniu” mogą wynikać z ingerencji cenzury PRL. Ta wersja wydaje mi się wszakże mało prawdopodobna. Nie widzę powodu, dla którego GUKPiW miałby cenzurować obraz zmagań starachowiczan z Niemcami w pierwszym tygodniu września 1939 roku. Bardziej podejrzewałabym urzędników o dodanie kilku linijek tekstu odnoszących się do pochodów pierwszomajowych, biografii Józefa Krzosa[6] oraz zakończenia okupacji niemieckiej 17 stycznia 1945 roku (data wkroczenia Sowietów do Starachowic-Wierzbnika). Ale kto wie, może Zioło sam dopisał te zdania, bo po prostu “tak wypadało”? Książkę zamyka patetyczna puenta, która wygląda mi na próbę schlebienia starachowickiej publiczności: “Przez cały okres hitlerowskiej okupacji (…) Starachowice były miejscem dramatycznej i bohaterskiej walki z wrogiem. Tu zapisano jedne z najpiękniejszych kart w dziejach polskiego ruchu oporu”. Dziękuję ślicznie, miło mi to czytać!


Natalia Julia Nowak,
30.08. - 05.10. 2016 r.


PRZYPISY


[1] Co ciekawe, osadnictwo żydowskie w Wierzbniku zaczęło się dopiero w XIX wieku. Jeszcze w roku 1827 żyło tutaj zaledwie ośmioro Żydów. Trzy dekady później, czyli w 1857 roku, liczba Izraelitów wzrosła do 225. Po trzech latach (1860 rok) wierzbnickich Żydów było już 545. Nie da się tego wytłumaczyć jedynie wyżem demograficznym. Widać gołym okiem, że potomkowie Izaaka ochoczo zjeżdżali do Wierzbnika z innych części Polski i/lub Europy. Podobna sytuacja miała miejsce po II wojnie światowej, kiedy do Starachowic zaczęły przybywać tysiące polskich robotników. Miało to, oczywiście, związek z powstaniem i rozwojem Fabryki Samochodów Ciężarowych “Star”. Zgodnie z tym, co podają Wikipedyści, w 1946 roku mieszkało w Starachowicach zaledwie 18.569 osób. W 1955 roku było 31.228 starachowiczan, a w 1965 - 39.204. W roku 1975 liczba ludności miasta zwiększyła się do 45.924. Dekadę później Starachowice mogły się już pochwalić 54.986 obywatelami. Szczytowym momentem w lokalnej historii był rok 1994: właśnie wtedy doliczono się 57.615 mieszkańców Grodu Starzecha. Aktualnie miejscowość wyludnia się równie szybko, jak wcześniej się zaludniała. W 2014 roku liczba starachowiczan spadła do 50.679. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest niż demograficzny oraz masowa ucieczka przed bezrobociem, które po upadku FSC okazało się głównym problemem tutejszej ludności. W 2004 roku aż 27% mieszkańców Starachowic pozostawało bez pracy. Innymi słowy, co czwarty obywatel w wieku produkcyjnym był pozbawiony stałego źródła dochodu. Chyba nie muszę przypominać, że bezrobocie generuje nie tylko biedę, ale również przestępczość i demoralizację*. Nic więc dziwnego, że w XXI wieku wydarzyło się tutaj wiele bulwersujących afer. Kogo należy za to winić? Antypolaków, którzy nienawidzą wszystkiego, co polskie, a w szczególności polskiego przemysłu. Nie pojmuję, komu mógł przeszkadzać “Star” - producent znakomitych ciężarówek i pracodawca ponad 20.000 osób! Obecnie fabryka już nie istnieje, a jej miejsce zajmuje niemiecka firma produkująca autobusy. Dramat Starachowic to soczewka, w której skupia się martyrologia znacznej części Narodu Polskiego (poniżonej, wywłaszczonej, zubożałej, pozbawionej perspektyw i wypędzonej za granicę). Udowadnia on, że III RP to system zbrodniczy, który prędzej czy później musi zostać rozliczony. Samochody ciężarowe “Star”, produkty czysto polskie, znajdowały kiedyś nabywców w Europie, Afryce i Azji. Dziś to już tylko wspomnienie, podobnie jak wiele innych rodzimych przedsiębiorstw. Nienawidzę reżimu trzecioerpowskiego, ponieważ zrujnował on moje Miasto i mój Kraj. Kolorowe reklamy, neony i elewacje nie zastąpią dumy z polskiej motoryzacji.

* Nie wiem, jak jest dzisiaj, ale jeszcze kilka-kilkanaście lat temu degeneracja części młodzieży była w Starachowicach ogromnym kłopotem. Pamiętam, jak w liceum ksiądz-katecheta postanowił opowiedzieć mojej klasie o Danucie Siedzikównie “Ince” (bohaterskiej sanitariuszce Armii Krajowej, archetypowej przedstawicielce Żołnierzy Wyklętych). Jaka była reakcja? Przytłaczająca większość uczniów pozostała obojętna. Część klasy zaczęła się śmiać (“Inka? Ta kawa Inka?”). Tylko kilka osób, które można by policzyć na palcach jednej ręki, słuchała owej historii z należytym szacunkiem. Ksiądz zasmucił się i powiedział: “Myślałem, że was to zainteresuje. Ona miała tyle lat, co wy”. Było to około roku 2008, czyli jakieś osiem lat temu. Dlatego jestem zdumiona, kiedy czytam, że obecnie w niektórych polskich szkołach uczniowie z wielkim zaangażowaniem uczestniczą w patriotycznych apelach ku czci Siedzikówny. Za moich czasów coś takiego było marzeniem ściętej głowy. Pozdrawiam serdecznie. Rocznik 1991 (ten sam, w którym dorośli starachowiczanie strajkowali przeciwko likwidacji “Stara”. Proszę, obejrzyjcie film dokumentalny “To nie ten sierpień…” Sławomira Koehlera i Ewy Sochackiej. Zobaczcie, do czego doprowadzili trzecioerpowscy polakożercy!). Aha, byłabym zapomniała. Jak na ironię, aktorka, która zagrała “Inkę” w telespektaklu Natalii Korynckiej-Gruz, pochodzi właśnie ze Starachowic. Warto dodać, że starachowiczanką jest też odtwórczyni głównej roli w filmie “Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. No, ale zarówno Karolina Kominek-Skuratowicz, jak i Krystyna Janda wyemigrowały z Grodu Starzecha. Karolina zamieszkała w Krakowie, a Krystyna w Warszawie.

[2] Z Zakładami Starachowickimi związana jest pewna gawęda. Przekona się o tym każdy, kto sięgnie po książeczkę “Legendy z powiatu starachowickiego” Bogusława Kułagi (wydanie autorskie, 2002 rok, ISBN-83-911631-3-X). Twórca tomiku - przewodnik świętokrzyski PTTK, były pracownik FSC “Star“ - pozwolił sobie przytoczyć opowieść pochodzącą z dwudziestolecia międzywojennego. Historyjka zatytułowana “Wiatrak” zaczyna się następującymi słowami: “W Tychowie, niedaleko od drogi do Mirca, na niewielkim wzgórku stał kiedyś wiatrak drewniany, wystawiony przez Floriana Osycha, który po wojnie bolszewickiej do kraju ojczystego z dalekiej Syberii powrócił. Zawołanym cieślą i stolarzem był pan Florian, przeto budowa dużo czasu mu nie zajęła. W wiatraku zainstalował maszyny młyńskie i tak to wiatr do mielenia zboża zmusił. Z czasem właściciel wiatraka jako zdolny cieśla przy budowie Fabryki Broni w Starachowicach na stanowisku majstra został zatrudniony. Praca na budowie dużo czasu mu zajmowała, dlatego zdecydował się sprzedać wiatrak i przeprowadzić się do Starachowic. Wiatrak nabył Żyd, który w Tychowie miał gospodę i sklep. Okoliczni chłopi z usług wiatraka często korzystali i zboże w nim mełli”. Tradycyjny młyn, skonstruowany przez późniejszego budowniczego fabryki zbrojeniowej, okazał się dla nowego właściciela dochodowym interesem. Nieznany z nazwiska Żyd nigdy nie narzekał na brak klientów. Wiatrak cieszył się tak olbrzymią popularnością, że rolnicy, pragnący zmielić w nim zboże, musieli się ustawiać w kolejce. Jak wiadomo, w przypadku młyna wiatrowego wiele zależy od pogody. Jeśli w danej chwili nie ma wiatru, to zainstalowane maszyny nie pracują, a człowiek musi czekać na zmianę aury. Wszystkie opisane czynniki powodowały, że niecierpliwi wieśniacy decydowali się wybrać którąś z innych dostępnych opcji. Niektórzy rezygnowali ze zmielenia zboża, a w ramach rekompensaty kupowali od Żyda “mąkę, kaszę i ospę”. Inni dokonywali z młynarzem wymiany: oddawali mu płody rolne, a zabierali któryś z oferowanych przezeń towarów. Jeszcze inni wstępowali do prowadzonej przez Izraelitę gospody. Tym ostatnim właściciel chętnie sprzedawał alkohol, co niejednokrotnie prowadziło do karczemnych awantur i bijatyk. Podobno w wywoływaniu takich burd niebagatelną rolę odgrywał miejscowy diabeł. Jednym z chłopów, których zaskoczył całkowity brak wiatru, był ubogi mieszkaniec Mokrych Niw (dziś Osiny-Mokra Niwa w gminie Mirzec). Lecz zanim do tego doszło, poczciwemu rolnikowi przydarzyła się niecodzienna sytuacja. “Jedzie więc chłop polnymi drogami i myśli sobie, jak dzieci się będą cieszyły, gdy kobieta z nowej mąki upragniony chleb upiecze. Gdy ujechał może ze dwa kilometry, napotkał dziada wędrownego, co to po proszonym ze wsi do wsi wędrował. Zabrał więc utrudzonego żebraka na wóz i podzielił się z biednym przygotowanym przez kobietę posiłkiem” - pisze Kułaga. Wysiadając z furmanki, włóczęga stwierdził, że tego dnia wieśniak nie doczeka się zmielenia zboża. Poradził zatem swojemu dobrodziejowi, żeby nie ulegał diabelskim pokusom i nie wstępował do gospody. Przepowiednia okazała się trafna, chociaż wcześniej nic nie wskazywało na to, iż powietrze nagle się zatrzyma. Rolnik posłuchał rady nieznajomego starca. Zamiast czekać na zmianę aury, wymienił zboże na inne produkty i wrócił do domu. Tak się szczęśliwie złożyło, że dotarł do celu na moment przed oberwaniem chmury. “Burza do nocy się przeciągnęła. Gdy chłop po nawałnicy przed obejście wyszedł i w kierunku wiatraka spojrzał, zauważył, że tam, gdzie wiatrak powinien stać, łuna czerwona jaśniała. Na drugi dzień dotarła do wsi wiadomość, że wiatrak i gospoda od uderzenia pioruna spłonęły. (…) Jak się później okazało, w pożarze wiatraka zginął właściciel i dwóch pijanych chłopów, którzy przy gorzałce na wiatr czekali” - czytamy dalej w książeczce. Według Kułagi, okoliczna ludność utożsamiła tajemniczego wędrowca z Jezusem Chrystusem, a zagładę młyna zinterpretowała jako karę Boską dla nieuczciwego Żyda. A co się stało z miejscowym diabłem? Ponoć “musiał sobie innej siedziby poszukać”.

[3] Do tamtych wydarzeń nawiązuje monument “Obrońcom Starachowic” usytuowany w południowej części miasta. Oto opis obiektu, jaki znalazłam na stronie Starachowice.travel: “Pomnik w formie betonowej, nieregularnej, uskokowej ścianki, z widoczną ‘na przestrzał’ datą 6.IX.1939 oraz tablicą z brązu (64 x 98 cm) z napisem: 6 WRZEŚNIA 1939 R.| BATERIA | PRZECIWLOTNICZA | CYWILNEJ OBRONY | STARACHOWIC | ZMUSIŁA DO ODWROTU | CZOŁÓWKĘ PANCERNĄ | WOJSK NIEMIECKICH | W ODWECIE | NIEMCY ZAMORDOWALI | 23 OSOBY NA TERENIE | WANACJI I MICHAŁOWA | CZEŚĆ PAMIĘCI | PIERWSZYM OFIAROM | TERRORU | SPOŁECZEŃSTWO | STARACHOWICE 6.IX.1984. Przed pomnikiem znajduje się działko przeciwlotnicze oraz alejka, przy której umieszczono napis z betonowych liter: OBROŃCOM STARACHOWIC”. Lokalne Centrum Informacji Turystycznej, będące właścicielem cytowanego serwisu, powołuje się na książkę “Miejsca pamięci narodowej 1939-1945 w województwie kieleckim” Longina Kaczanowskiego i Bogusława Paprockiego (Biuro Dokumentacji Zabytków, Kielce 1989). Aktualnych zdjęć pomnika, do którego w III RP dodano krzyż, kapliczkę i polskie flagi, należy szukać za pośrednictwem wyszukiwarki Google. Ciekawostka: jeśli wierzyć autorowi bloga StarachowiceFoto.blox.pl, opisywana atrakcja turystyczna jest niegroźnym oszustwem. Zgrabna armata, umocowana w centralnym punkcie kompozycji, nie zalicza się bowiem do eksponatów autentycznych. Ba, nie ma ona nic wspólnego z kampanią wrześniową! W rolę historycznego działa wciela się bezwstydnie “poradziecka armata przeciwlotnicza kal. 37 mm wz. 1939 (61-K)”. Tak czy owak, mam nadzieję, że nikt nie spróbuje jej usunąć w ramach źle pojętej dekomunizacji.

[4] “O godzinie siedemnastej [5 września - przypis NJN] wyjechał ze Starachowic do Kowla pociąg specjalny złożony z 20 wagonów załadowanych maszynami i 150 pracownikami. Kierownictwo fabryki wyjechało chwilę później w niewielkiej kolumnie samochodów osobowych i ciężarowych. (…) ‘Rajza’ lub ‘uciekinierka’ to popularne wówczas określenia exodusu, jaki dotknął część ludności Starachowic. Starachowiczanie kierowali się przede wszystkim do Kowla w województwie wołyńskim, gdzie miała zostać uruchomiona starachowicka fabryka. (…) Wielu mieszkańców wypędził z domu jednak strach przed okrucieństwem Niemców, o którym krążyło mnóstwo opowieści, a szczególnie po wydarzeniach na Wanacji. Trudy wojny, a szczególnie bombardowania dróg i linii kolejowych przez niemieckie lotnictwo, sprawiły, że część starachowiczan już nigdy nie wróciła z powrotem. (…) Zakłady Starachowickie zamierzały w Kowlu uruchomić warsztaty reparacyjne sprzętu wojennego, sądząc, że teren jest bezpieczny i z dala od teatru wojny. (…) Rodziny pracowników rozlokowane zostały w okolicznych wioskach. Pracowników przybywało z każdym dniem. (…) Do 10 września zarejestrowano około 300 osób” (Adam Brzeziński, “Starachowicki Wrzesień 1939”, rozdziały VI i VII). Powiem krótko, żeby nie przeciągać sprawy: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Nie ma to jak ucieczka w szpony banderowców, no i Sowietów, bo przecież 17 września Armia Czerwona “odwiedziła“ Kresy Wschodnie. Jeśli komuś zależało wyłącznie na przechytrzeniu Niemców, to i tak rozkoszował się spokojem tylko przez dwa lata (w 1941 roku hitlerowcy opanowali cały region wołyński). Nasuwa się więc pytanie: po co było wyjeżdżać w daleką podróż? Może trzeba było pozostać na “starych śmieciach”? Zachować szaloną bierność jak w piosence “A my nie chcemy uciekać stąd” Jacka Kaczmarskiego? Nie od dziś wiadomo, że czasem można trafić z deszczu pod rynnę. Tragifarsowy wybór Wołynia jako Ziemi Obiecanej zasługuje na ironiczny mem/demotywator.

[5] To jest, w sumie, przykre. Pokazuje wszak, że znalazło się mnóstwo ludzi, którzy nie mieli zamiaru ginąć za Starachowice-Wierzbnik (chodzi tutaj o osoby, które dały drapaka dobrowolnie, a nie o jednostki wypełniające swoje obowiązki zawodowe). Czy nie chcieli oni nadstawiać karku? A może chcieli, tylko uważali, że akurat to miasto nie jest tego warte? I tak źle, i tak niedobrze. Poważne zaniepokojenie powinien budzić fakt, że 40 lat później tutejsza mentalność wcale nie uległa poprawie. Ośmielę się przytoczyć fragment bloga StarachowiceFoto.blox.pl: “Były one [lokalne kina - przypis NJN] czynne od 3 do 6 dni w tygodniu. Szczególną popularnością wśród społeczności starachowicko-wierzbnickiej cieszyły się filmy sensacyjne. Natomiast filmy produkcji polskiej o głębokiej wymowie patriotycznej, często ambitne pod względem treści, np. ‘Polonia restituta’ lub ‘Mogiła nieznanego żołnierza’ nie zdobyły tu popularności. Z tego względu, mimo nacisku administracji, ich właściciele wzbraniali się przed sprowadzaniem filmów krajowych. W większości wypadków przynosiły one deficyt”. Zdania te pochodzą z książki “Starachowice: zarys dziejów” Mieczysława Adamczyka i Stefana Pastuszki (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984). Cóż, tak było kiedyś, ale jutro może być lepiej. W 2015 roku pojawiły się w Starachowicach murale patriotyczne, a to już krok w dobrym kierunku. Kolejna sprawa: każdego roku władze Grodu Starzecha organizują wiele patriotycznych uroczystości związanych z polską historią. Niestety, na razie uczestniczą w nich głównie osoby dojrzałe i starsze, co widać w filmiku “72. rocznica rozbicia więzienia” (YouTube, Telewizja Ratusz Starachowice, umstarachowice). Padają tam znamienne słowa: “Witam młodzież zebraną niezbyt licznie, niestety, pewnie ze względu na wakacje“ oraz “Wtedy na tę uroczystość przybyły tłumy starachowiczan. Dzisiaj jest trochę inaczej. I jest pytanie, które pozostawiam bez odpowiedzi: dlaczego tak jest?”. Z drugiej strony, w St-cach widuje się czasem patriotyczne/nacjonalistyczne vlepki i bazgroły. Świadczą one o propolskiej aktywności części młodego pokolenia. W mieście działają także, stosunkowo od niedawna, skromne komórki ONR i MW. Tym, co może przerażać jednostki głęboko patriotyczne, jest fakt, że obecnie na czele Starachowic stoi 27-letni młodzieniec, który zaczynał swoją karierę polityczną jako asystent Róży Thun. Pani Thun jest radykalną euroentuzjastką, zwolenniczką przymusowej relokacji imigrantów, członkinią Platformy Obywatelskiej oraz sojuszniczką George’a Sorosa. Tymczasem Marek Materek, czyli Prezydent Miasta, bije rekordy popularności, gdyż dał się poznać jako świetny społecznik rozumiejący potrzeby starachowiczan. Ostatnio Starachowice znacznie wypiękniały, albowiem pomyślnie zakończyły się rewitalizacje takich reprezentacyjnych miejsc, jak Rynek czy aleja Armii Krajowej. Szkopuł w tym, że sponsorem remontów jest Unia Europejska, a to może przekonywać i przywiązywać obywateli do tej Wieży Babel. Perfidia eurokratów wynika z wiedzy o istnieniu reguły wzajemności (jeśli dajesz coś ludziom, to możesz być pewien, iż przynajmniej niektórzy z nich zapragną się odwdzięczyć). Oby ten mechanizm NIE zadziałał w Grodzie Starzecha! Dobrze, porozmawialiśmy już o obecnym Prezydencie Miasta, ale jaki był poprzedni? Wcale nie lepszy. Jeszcze 17 stycznia 2014 roku, pełniąc swój zaszczytny urząd, składał kwiaty przed pomnikiem Armii Czerwonej. Poprzednik Sylwestra Kwietnia, Wojciech Bernatowicz, należał do syjonistycznego PiS-u, a za swoją przekupność został skazany na 3,5 roku więzienia i 100.000 złotych grzywny. W Starachowicach zorganizowano nawet referendum w sprawie odwołania tego pana, lecz okazało się ono niewiążące z powodu zbyt niskiej frekwencji. Przed Bernatowiczem rządził znany nam już Kwiecień, a wcześniejszych Prezydentów spowija mrok zapomnienia.

[6] “Starszy policjant stojący na podeście schodów starał się przekrzyczeć tłum. - Ludzie, to nie ucieczka. Mamy rozkaz, żeby jechać w ślad za ewakuowaną fabryką. - Do Kowla, do Kowla się zachciewa - nie ustępowała kobieta. - A po co tam policja? Tu zostać, pomagać naszym chłopom, ludzi bronić… - Nie jazgocz, babo, boś za głupia, żeby nam dyktować, co mamy robić! - wtrącił się inny policjant. Te słowa jeszcze bardziej rozsierdziły ludzi. - Głodnych pałować, wyciągać ostatni grosz z chałupy, to te psie syny potrafią - dolatywało z tłumu. - A co było pierwszego maja, kto rozbijał nasze pochody? Ktoś inny przypomniał los robotnika Józefa Krzosa, zamordowanego bestialsko przez wierzbnickich policjantów. Już tylko krok dzielił ludzi od zaatakowania komisariatu” (Leszek Zioło, “Starachowicki wrzesień”, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1986, rozdział VII). Nazwiskiem Józefa Krzosa ochrzczono jedną z ulic w Starachowicach. Leży ona, właściwie, w centrum miasta. Zaczyna się za aleją Armii Krajowej i rondem Antoniego Hedy “Szarego”, krzyżuje z ulicą ubeka Tadeusza Krywki, mija skwer Ofiar Zbrodni Katyńskiej, dociera do ronda Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i przechodzi w ulicę 1 Maja. Przy ulicy Krzosa stoi (od października 2014 roku) wojskowa ciężarówka Star 266, sprowadzona przez Sylwestra Kwietnia i upamiętniająca Fabrykę Samochodów Ciężarowych “Star“. Aleja Armii Krajowej biegnie prostopadle do ulicy komunisty Jana Mrozowskiego, a także do ulicy Wojska Polskiego, której odnogami są ulice Janka Krasickiego i Hanki Sawickiej. Na bocznej ścianie pawilonu handlowego przy alei Armii Krajowej przez wiele lat widniało graffiti o treści: “Precz z kapitalizmem! Precz z nazizmem! Precz z faszyzmem! KPP”. Do skrótowca Komunistycznej Partii Polski był dołączony symbol sierpa i młota (można to jeszcze zobaczyć w programie Google Street View, na zdjęciu z czerwca 2013 roku). Heh, różnorodności mamy pod dostatkiem. Ale ta różnorodność wkrótce się skończy ze względu na ustawę dekomunizacyjną. Jednym z postulatów, jakie wysunięto w związku z nieuchronnymi zmianami przestrzeni publicznej, jest przemianowanie ulicy Józefa Krzosa na ulicę FSC “Star”. A wiecie, co się kiedyś znajdowało przy ulicy Tadeusza Krywki? Tak, zgadliście: Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Aktualnie w dawnym budynku bezpieki mieści się trzygwiazdkowy hotel “Senator”.

Ho Chi Minh. Wietnamski Gomułka i jego nacjonalkomunizm

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Historia, Polityka
Tagi: azja, gomułka, historia, ho, ho chi minh, komunizm, mieczysław moczar, moczar, moczaryzm, nacjonalizm, niepodległość, patriotyzm, rambo, rewolucja, socjalizm, suwerenność, wietnam, wojna, wojna w wietnamie, wojna wietnamska, władysław gomułka
02. sierpnia 2016 04:01:00

“Jeśli jutro Wietnamczycy
staną się komunistami,
będą wietnamskimi komunistami.
I to jest coś, czego Wy
nigdy nie rozumieliście.
Wy, Amerykanie”

“If tomorrow the Vietnamese
are Communists,
they will be Vietnamese Communists.
And this is something that you
never understood,
you American”


Cytat z filmu
“Czas Apokalipsy”
(“Apocalypse Now“)
Francisa Forda Coppoli



Mniejszość w mniejszości

W Europie Środkowo-Wschodniej, a więc również w Polsce, pronarodowa odmiana komunizmu była koncepcją słabo znaną i niewiele znaczącą. Komuniści, którzy odrzucali tradycyjny, antynarodowy, globalistyczny marksizm, stanowili mniejszość w mniejszości. Najdobitniej świadczy o tym wyrażenie “odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, które w latach 40. i 50. XX wieku stanowiło rodzaj łatki przypinanej ludziom pokroju Władysława Gomułki. Już samo słowo “odchylenie” sugeruje, że mamy do czynienia z jakąś herezją, ekstrawagancją, innowacją, rozbieżnością z obowiązującą linią ideologiczną. Zgodnie z tym, co powiedział prof. Kazimierz Kik w jednym z odcinków programu “Spór o historię” (TVP 2011), propolski Gomułka “nie pasował do tamtej epoki”. Zdaniem historyka, w stalinowskim świecie nie było miejsca dla takich jednostek, zwłaszcza w samym środowisku komunistycznym. Jeśli jakiś “odchyleniec”, mimo niesprzyjającego klimatu politycznego, otwarcie wyrażał swoje nieprawomyślne poglądy, najczęściej był po prostu mordowany. “Wiemy, że cała Europa Środkowo-Wschodnia została zrównana z ziemią prawie, jeżeli chodzi o dysydentów, znaczy o ludzi, komunistów myślących kategoriami narodowymi. (…) Los Gomułki był jednak najłagodniejszy, wiemy wszyscy, że Bierut go wyratował, uratował od stryczka czy od więzienia” - stwierdził Kik. Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja na kontynencie azjatyckim. Tam tendencje prawicowo-nacjonalistyczne nie były odchyleniem, tylko panującym standardem. Dobrym tego przykładem jest kazus Wietnamu. A wszystko przez niejakiego Ho Chi Minha.


Problem z Chińczykami

Wietnam to kraj obdarzony bogatymi tradycjami niepodległościowymi. Naród, który na przestrzeni kilku tysiącleci wielokrotnie stawiał opór potężnym agresorom, okupantom i zaborcom, po prostu nie mógł wyrosnąć na kosmopolityczną masę. Romantyczne dzieje wspólnoty wietnamskiej przedstawiła Małgorzata Ławacz, autorka publikacji “Ważniejsze daty z historii Wietnamu” zamieszczonej w roczniku “Azja-Pacyfik” (tom XII, 2009 rok, Wydawnictwo Adam Marszałek, Towarzystwo Azji i Pacyfiku, SWPS). Przeglądając rzeczone kalendarium, można odnieść wrażenie, że odwiecznymi wrogami Wietnamczyków byli/są Chińczycy, którzy niejednokrotnie podejmowali próby podbicia Wietnamu. Choć w sferze militarnej starania te często kończyły się sukcesem, Państwo Środka nigdy nie zdołało odebrać Wietnamczykom ich tożsamości narodowej. Wietnamczycy pozostali przekonani o swojej odrębności od Chińczyków i nie zmieniła tego nawet polityka sinizacji prowadzona przez chińskich najeźdźców. Owszem, naród wietnamski pozwolił sobie wcisnąć chińską filozofię, ale sprytnie pogodził ją z tradycyjnymi kultami plemiennymi. Twórcy wietnamskiej kultury również postawili na oryginalność. Nawet, jeśli czasem podpatrywali Chińczyków, zawsze traktowali ich wzorce jedynie jako inspirację do rozwoju kultury narodowej. Wietnamczycy chętnie podnosili rękę przeciwko zaborcom. Pierwszy wielki zryw miał miejsce w latach 40-43 naszej ery. Powstanie ostatecznie upadło, a jego dowódczynie, siostry Trung, popełniły honorowe samobójstwo. Mimo to, duch w narodzie nie zginął. Później było jeszcze wiele patriotycznych buntów.


Problem z Francuzami

Z publikacji Ławacz wynika, że w XVI-XVII wieku Wietnamczycy “dorobili się” kolejnego wroga: Europejczyków, zwłaszcza Francuzów. Przybysze ze Starego Kontynentu (który, ze względu na swoją krótką historię, powinien być nazywany Nowym Kontynentem) zaczęli zakładać na ich ziemiach faktorie kupieckie, a potem także osady. Gospodarczej kolonizacji Wietnamu towarzyszyły próby akulturacji tubylców. Biali intruzi budowali bowiem chrześcijańskie świątynie i prowadzili akcję chrystianizacji autochtonów. Zemściło się to na nich w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy to cesarzem Wietnamu został Minh Mang. Władca ten postawił sobie za cel wykorzenienie chrześcijaństwa z Wietnamu. Zwalczał nie tylko obcą religię, ale również, niestety, jej wyznawców. Prawdę mówiąc, okrutnie ich prześladował. Jakby tego było mało, Minh Mang prowadził wojnę z buddyzmem i taoizmem, umacniał natomiast konfucjanizm. Od roku 1858 trwał zbrojny podbój Wietnamu przez Francję. Pod koniec lat 60. XIX stulecia całe południe kraju było już w rękach Francuzów. Lata 1883-1884 to czas ostatecznej, francuskiej wasalizacji Wietnamu. Rodacy Napoleona uczynili z niego niesuwerenne terytorium podzielone na trzy części: Tonkin, Annam i Kochinchinę. Tej ostatniej przyznali status kolonii, pozostałe ziemie funkcjonowały zaś jako protektoraty. W następnych latach Francuzi powołali do życia Unię Indochińską, jednocząc pod tym szyldem Wietnam, Kambodżę i Laos. Na początku XX wieku zrodził się wietnamski ruch narodowo-demokratyczny. W latach 20. endecy zaczęli wyraźnie skręcać w lewo i wysuwać postulaty rewolucyjne.


Problem z Japończykami

Uwarunkowania, które opisałam w poprzednich akapitach, to swoista gleba, na której wyrósł narodowy komunista Ho Chi Minh. Według Małgorzaty Ławacz, wspomniany człowiek już w latach 30. XX wieku sympatyzował z radykalną lewicą. To on, a nie kto inny, założył Komunistyczną Partię Indochin, przemianowaną później na Komunistyczną Partię Wietnamu. Zachował jednak w sercu tradycyjny, wietnamski patriotyzm, co dało o sobie znać podczas II wojny światowej. Od roku 1940 Indochiny znajdowały się pod panowaniem rządu Vichy, który w Europie kolaborował z Niemcami, a w Azji z Japonią. Pronazistowscy Francuzi wyrazili zgodę na wkroczenie wojsk japońskich do Indochin. Tego było już za wiele. Honorowi Wietnamczycy, bez względu na poglądy polityczne, doszli do wniosku, że trzeba wreszcie powiedzieć “NIE” obcemu zwierzchnictwu. Na czele buntowników stanął Ho Chi Minh, który powołał do życia “szeroki front porozumienia narodowego Viet Minh”. Był to patriotyczny ruch oporu współpracujący z aliantami, a dokładniej - ze Stanami Zjednoczonymi. Celem Viet Minhu było wyzwolenie Indochin spod japońskiej okupacji, obalenie francuskich władz kolonialnych i wskrzeszenie niepodległego państwa wietnamskiego. Wszystko byłoby OK, gdyby nie poglądy samego Ho Chi Minha, który liczył na to, że odrodzony Wietnam będzie państwem komunistycznym. W sierpniu 1945 roku wybuchło ogólnonarodowe powstanie, które zakończyło się zwycięstwem Viet Minhu. Proklamowano Demokratyczną Republikę Wietnamu, na razie jeszcze liberalną i pluralistyczną. Nasuwało się pytanie: co dalej, zwłaszcza z Francuzami?


Problem z Amerykanami

Zgodnie z tym, co podaje Ławacz, w drugiej połowie 1945 roku zaczęło się wielkie rozbrajanie wojsk japońskich stacjonujących w Wietnamie. W południowej części kraju zajmowali się tym Brytyjczycy, a w północnej - nacjonalistyczni Chińczycy (Kuomintang). Wszystko wskazywało na to, że Wietnam wróci kiedyś w ręce Francuzów. Ho Chi Minh znajdował się w trudnym położeniu. Marzył o tym, żeby jego ojczyzna była suwerenna i urządzona według zasad komunizmu. Wiedział jednak, że stoi w obliczu czterech nieprzyjaciół: Francuzów (znienawidzonych kolonizatorów), Japończyków (okupantów z czasów II wojny światowej), Chińczyków (odwiecznych wrogów) i Amerykanów (kapitalistycznych imperialistów). Naród wietnamski także dostrzegał, że sytuacja jest skomplikowana. Wszyscy chcieli niepodległości, ale różnie oceniali stopień zagrożenia ze strony poszczególnych graczy. Wietnamczycy bali się powrotu francuskiej władzy, lecz byli i tacy, których jeszcze bardziej przerażała obecność Chińczyków. Mieszkańcy Wietnamu różnili się światopoglądowo, a zatem mieli rozmaite wizje powojennej rzeczywistości. Niektórzy - z Ho Chi Minhem na czele - życzyli sobie ustroju komunistycznego. Inni mówili: “Komunizm? Po moim trupie!”. Do tego dochodził problem z Amerykanami. Nikt nie negował faktu, że USA pomogły Wietnamczykom pokonać Japończyków, ale przecież zaczynała się zimna wojna i trzeba było wybrać którąś ze stron barykady. Francuzi nie chcieli rezygnować ze swoich wpływów w Azji Południowo-Wschodniej. Napięcie wciąż rosło. Wszystko zmierzało ku nowemu konfliktowi. A nawet dwóm konfliktom.


I wojna indochińska

Małgorzata Ławacz pisze, że w 1946 roku Francja rozpętała I wojnę indochińską. Powodem tej decyzji była niezgoda na usamodzielnienie się Tonkinu, Annamu i Kochinchiny. Rodacy Napoleona postanowili użyć siły, chociaż Wietnamczycy od dłuższego czasu zabiegali o pokojowe rozwiązanie sporu. Francuzom udało się zdobyć tylko południową część Wietnamu. Zresztą, nie na długo, bo już w 1954 roku ponieśli sromotną klęskę pod Dien Bien Phu. Właśnie wtedy, w połowie lat 50. XX wieku, dawni kolonizatorzy przegrali nie tylko bitwę, ale i wojnę. Porażka pod Dien Bien Phu była smutnym finałem ich szarogęszenia się na Półwyspie Indochińskim. Francuzi zrozumieli wreszcie, że muszą zwinąć manatki i wynieść się z Wietnamu. W lipcu 1954 roku doszło do ratyfikacji układów genewskich. Przewidywały one między innymi “ustalenie linii demarkacyjnej wzdłuż 17. równoleżnika do czasu przeprowadzenia w 1956 r. wyborów w celu zjednoczenia kraju”. Elekcja, którą zapowiedziano na rok 1956, nie doszła do skutku, gdyż “demokraci” z Zachodu przestraszyli się jej możliwego wyniku. Zachodniacy woleli odwołać głosowanie niż pozwolić Wietnamczykom na wybranie Ho Chi Minha. Granica między Wietnamem Północnym a Wietnamem Południowym została zachowana. Wkrótce okazało się, że wśród ludzi zmuszonych do życia w Wietnamie Południowym są fanatyczni zwolennicy Ho Chi Minha, którzy zrobią bardzo wiele, aby zjednoczyć kraj i uczynić swojego mistrza wodzem wszystkich Wietnamczyków. Z tej grupy desperatów utworzono narodowo-komunistyczną partyzantkę, czyli Wietkong. Rząd północnowietnamski ewidentnie maczał w tym palce.


II wojna indochińska

Z dalszej części artykułu Ławacz dowiadujemy się, że działalność Wietkongu (na Południu) i polityka nacjonalkomunistów (na Północy) stały się przyczyną wybuchu II wojny indochińskiej, znanej powszechnie jako “wojna w Wietnamie” lub “wojna wietnamska”. Tym razem agresorem były Stany Zjednoczone, które w 1964 roku rozpoczęły bombardowanie Wietnamu Północnego. Rok później Amerykanie użyli swoich wojsk w Wietnamie Południowym, żeby wspomóc tamtejszą armię w zmaganiach z szalejącym Wietkongiem. Okazało się jednak, że świetnie wyszkoleni i znakomicie uzbrojeni Jankesi nie mogą sobie poradzić z prymitywną partyzantką z kraju Trzeciego Świata. Po dziewięciu latach syzyfowej pracy (a raczej walki) USA postanowiły dać sobie z nią spokój. W styczniu 1973 roku podpisano układy paryskie, które zakończyły kompromitujący, nieuzasadniony, bezproduktywny i przynoszący same szkody pobyt Amerykanów na Półwyspie Indochińskim. Jankesi uciekli z płaczem do mamusi, tak jak niegdyś Francuzi. Dwa lata później stało się to, co stać się musiało. Doszło do zjednoczenia Wietnamu Północnego z Wietnamem Południowym, ale nie na drodze dyplomatycznej, tylko w wyniku najazdu Północy na Południe. Armia północnowietnamska przekroczyła granicę swojego południowego sąsiada, zdławiła wszelki opór, zlikwidowała demoliberalny aparat władzy i wprowadziła własne, represyjne, autorytarne rządy. Stolica Wietnamu Południowego, Sajgon, została przemianowana na Ho Chi Minh City. Reżim nacjonalkomunistyczny zelżał dopiero w roku 1986, po swoistej pieriestrojce zwanej “doi moi” (“odnowa”).


Wypełnione przeznaczenie

Ho Chi Minh był głową Wietnamu Północnego w latach 1954-1969 (okres niemal całkowicie pokrywający się z epoką gomułkowską w Polsce!). Nie dożył scalenia swojej ojczyzny. Zmarł w środku II wojny indochińskiej, gdy przyszłość Wietnamu jawiła się światu jako wielka niewiadoma. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, północnowietnamski prezydent nie był entuzjastą Wietkongu. Ho sprzeciwiał się podejmowaniu radykalnych działań zmierzających do szybkiego połączenia Północy z Południem (pod tym względem również przypominał Gomułkę, który protestował przeciwko szowinistycznemu wchłonięciu PPS przez PPR. Towarzysz “Wiesław“, broniąc Polskiej Partii Socjalistycznej, mocno podkreślał jej niepodległościowe tradycje). Wojna, prowadzona rękami wietkongistów, musiała być dla niego ogromnym stresem. Podobno przyczyną śmierci starego patrioty okazał się zawał serca. Ho Chi Minh, który umarł w 1969 roku, nie miał nic wspólnego z atakiem Wietnamu Północnego na Wietnam Południowy w połowie lat 70. Trudno go zatem winić za pacyfikację Południa, czyli bezwzględny terror, jaki towarzyszył instalowaniu nowej władzy w anektowanym państwie południowowietnamskim. Czy historia musiała się potoczyć w ten sposób? Czy II wojnie indochińskiej i dalszym tragediom można było zapobiec? Wszystko wskazuje na to, że przeznaczeniem Wietnamu było zjednoczenie Północy z Południem. Ale wypełniłoby się ono mniej dramatycznie, gdyby w roku 1956 odbyły się planowane od dawna wybory. Jak pamiętamy, głosowanie zostało udaremnione przez Zachód, który widocznie uwierzył w możliwość oszukania losu.


Konkwista 1975

Zatrzymajmy się teraz przy problemie terroru, w jakim pogrążyła się część Wietnamu, gdy napastnicza Północ przyłączyła do siebie napadnięte Południe. Temat ten został starannie opisany przez Artura Dmochowskiego w książce “Wietnam 1962-1975” (cykl “Historyczne bitwy”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2003). Rzeczone źródło podaje, że jedną z form represji wobec podbitej społeczności była dyskryminacja Południowców w życiu publicznym. Kluczowe stanowiska w aparacie państwowym zarezerwowano dla ludzi o północnowietnamskim rodowodzie. Zasada ta dotyczyła także obszarów południowych, na które wysyłano partyjnych aparatczyków z Wietnamu Północnego. Temu rozmyślnemu blokowaniu karier towarzyszyło umniejszanie roli południowych rebeliantów w dziele zjednoczenia kraju. Liczni nacjonalkomuniści z Południa, w tym bojownicy Wietkongu, czuli się więc zdradzeni. W Sajgonie aresztowano demoliberalnych urzędników, a na prowincji organizowano procesy pokazowe, które niejednokrotnie kończyły się wyrokami śmierci i bestialskimi egzekucjami. Morderstwa polityczne nie były jednak zjawiskiem masowym. Reżim narodowo-komunistyczny nie dążył do wybicia swoich przeciwników, wolał ich raczej reedukować, czyli poddawać praniu mózgu (“cai tao” - “reforma myśli”). Nawracaniu opozycjonistów służyła sieć obozów koncentracyjnych, którą badacz Nguyen Van Canh określił epitetem “bambusowy Gułag”. Centra indoktrynacji otwierano w miejscach trudnodostępnych: niegościnnych dżunglach. Więźniowie byli okrutnie traktowani i narażeni na choroby tropikalne, takie jak choćby malaria.


“First Blood”

Skoro już jesteśmy przy temacie wietnamskich obozów koncentracyjnych, zajrzyjmy do amerykańskiej powieści sensacyjnej, w której pojawia się motyw bambusowego łagru funkcjonującego na długo przed rokiem 1975. Książka, którą mam na myśli, to bestsellerowa “Pierwsza krew” Davida Morrella. Utwór został opublikowany w 1972 roku. Dziesięć lat później doczekał się swobodnej, złagodzonej adaptacji w postaci filmu Teda Kotcheffa. Polski przekład powieści, do którego udało mi się dotrzeć, jest dziełem Roberta Stillera. Główny bohater “Pierwszej krwi” (Rambo) to bezdomny weteran, który prowadzi żywot włóczęgi wdającego się w nieustanne awantury. Gdy zostaje aresztowany przez pewnego szeryfa, powracają do niego drastyczne wspomnienia z obozu pracy, w którym przebywał podczas wojny wietnamskiej. “Jama była głęboka na trzy metry, a tak wąska, że ledwie mógł usiąść w niej z wyciągniętymi nogami. Wieczorem przychodzili czasem z latarkami, żeby przyjrzeć mu się z góry przez bambusową kratę. (…) Z początku nie rozumiał, po co mu opatrują rany, kiedy jest nieprzytomny: te cięcia na piersi, gdzie oficer wbijał mu raz po raz cienki nóż i ciągnął nim w poprzek, zgrzytając po żebrach; i poszarpane plecy, gdzie oficer czaił się, aby nagle smagnąć. (…) Niebawem zaczęli na niego zwalać coraz więcej robót, coraz to cięższych, jeść mu dawali coraz mniej, pracować kazali dłużej, spać krócej. Połapał się, w czym rzecz. (…) Nie mogąc już wydobyć z niego informacji, opatrzyli mu rany, żeby się z nim jeszcze pobawić i sprawdzić, ile zniesie, zanim go to zabije” - czytamy w utworze. Takie piekło zgotował jankeski rząd swoim obywatelom-żołnierzom.


“Rambo: First Blood Part II”

W 1985 roku wszedł na ekrany film “Rambo II” oparty na oryginalnym scenariuszu przygotowanym przez Jamesa Camerona i Sylvestra Stallone‘a. Produkcję wyreżyserował George Pan Cosmatos. David Morrell napisał na jej podstawie powieść, która okazała się zaostrzoną wersją kinowego przeboju. Akcja obu dziełek kręci się wokół bambusowego łagru funkcjonującego już w zjednoczonym Wietnamie. Podobno jest to ten sam łagier, w którym protagonista cierpiał podczas II wojny indochińskiej. Oto kilka zdań z książki, a raczej z polskiego przekładu autorstwa Jana Kraśki: “Nigdy nie oglądał obozu z tej perspektywy, mimo to natychmiast to miejsce rozpoznał. (…) Szambo, kozły, liny i krzyże, na których go torturowano, bambusowe klatki tak ciasne i małe, że nie można było w nich ani usiąść, ani stać, bolące, bo wiecznie zgięte kolana, broda wiecznie przyciśnięta do piersi, koszmarny ból wiecznie zgiętego karku (…). Po obu stronach, w najbardziej newralgicznych punktach, rozmieszczono wieże strażnicze. Ich projektanci wykorzystali fakt, że u podnóża stoków rosły dwa wysokie drzewa - pnie posłużyły za podstawę wież, a na rozłożystych konarach ulokowano strażnicze budki. (…) Kolczasty drut rozciągnięty między drewnianymi słupami otaczał cały obóz, tworząc koślawy kwadrat. (…) Wejście do obozu - wielka drewniana brama z budką strażnika po prawej stronie - znajdowało się bezpośrednio pod nimi; i w tym wypadku wykorzystano miejscowy budulec - za tylną ścianę budki służył szeroki pień drzewa”. Utwór Morrella to czysta fikcja, ale tajne łagry w azjatyckich dżunglach istniały naprawdę. Potwierdza to historyk Dmochowski[1].


“Rambo III”

Po porażce wietnamskiej, która ośmieszyła amerykańskich decydentów, przyszła zupełnie nieśmieszna porażka afgańska. Jankesi, chcąc zrobić na złość Sowietom, zaczęli bowiem finansować mudżahedinów. Najpierw ucierpiał na tym sam Afganistan, w którym przejęli władzę talibowie. Następnie “dostało się” niewinnym mieszkańcom Nowego Jorku, którzy zginęli w zamachu na World Trade Center. Kolejne lata to liczne, amerykańskie wojny w krajach MENA. Przyniosły one śmierć, zniszczenie, destabilizację regionu oraz kryzys imigracyjny, z którym wiążą się coraz częstsze ataki terrorystyczne w Europie. W filmie “Rambo III” z 1988 roku (reżyseria: Peter MacDonald. Scenariusz: Sheldon Lettich, Sylvester Stallone) tytułowy bohater jest namawiany do udziału w jankeskiej misji na terenie Afganistanu. Mimo gorących próśb ze strony pułkownika Trautmana, Rambo nie wykazuje żadnego zainteresowania wspieraniem mudżahedinów. Trautman postanawia, że pojedzie bez swojego ulubieńca. Po dotarciu na miejsce pułkownik zostaje pojmany przez Sowietów. Rambo, na wieść o uprowadzeniu Trautmana, wyjeżdża do Afganistanu. Nie po to, żeby wspierać dżihadystów, tylko po to, żeby odbić swojego przyjaciela. Gdy oficer zostaje uratowany, główny bohater grzecznie, lecz stanowczo odmawia Afgańczykom pozostania w ich kraju. Filmowi mudżahedini wydają się dość sympatyczni. Ale już w powieści Davida Morrella, przetłumaczonej na polszczyznę przez Macieja Pertyńskiego, islamiści są nieżyczliwi i niebezpieczni. Zmuszają nawet Rambo, żeby zdjął swój wisiorek z Buddą. Cytat: “Jeśli go nie zdejmie, może spowodować własną śmierć”.


“Mój przyjaciel słoń”

Wróćmy jednak do problematyki wietnamskiej. Ciekawym opowiadaniem, które odkryłam zupełnie przypadkowo, jest “Mój przyjaciel słoń” Wojciecha Żukrowskiego (1957). Utwór, adresowany do starszych dzieci, ukazuje Wietnam w przededniu wybuchu II wojny światowej, a później także podczas brutalnej okupacji japońskiej. Autor tekstu wiedział bardzo dużo zarówno o wojnie, jak i o realiach życia na Półwyspie Indochińskim. Umiał też zrozumieć wietnamski nacjonalkomunizm. Podczas okupacji niemieckiej - na terenie Polski - Żukrowski służył w AK i AL. W latach 50. pracował jako korespondent wojenny w Wietnamie, a w latach 60. obracał się w środowisku moczarowców. To właśnie on napisał scenariusz do filmu “Barwy walki” Jerzego Passendorfera. Podobno to również on był prawdziwym autorem książki “Barwy walki” przypisywanej Mieczysławowi Moczarowi. Głównym bohaterem “Mojego przyjaciela słonia” jest ubogi wietnamski chłopiec, Hoang Kao Wan, w którym rozwija się bunt przeciwko niesprawiedliwości społecznej. Dzieciak zaczyna jednak dostrzegać, że bogaty Wietnamczyk, który wyzyskuje okolicznych chłopów, jest takim samym niewolnikiem jak oni. Pan Bao zmusza swoich pracowników, żeby oddawali coraz większe ilości ryżu, gdyż właśnie tego wymagają od niego Francuzi. Hoang rośnie na małego marksistę. Ale już wkrótce przyjdzie mu się przekonać, że istnieje coś jeszcze ważniejszego od dobrobytu: wolność. Gdy nadejdą okrutne rządy Japończyków, chłopiec wstąpi do patriotycznego ruchu oporu. Wraz z dzielnymi partyzantami i mądrym słoniem-robotnikiem weźmie udział w akcji odbicia męczonego więźnia.


Nguyen Sinh Cung

Dzieje Ho Chi Minha zostały opisane w artykule “Ho Chi Minh - życie i działalność (w 120. rocznicę urodzin)” Mariusza Karwowskiego. Tekst doczekał się publikacji na łamach periodyku “Azja-Pacyfik”. Zamieszczono go w tym samym numerze, w którym przedstawiono materiał Małgorzaty Ławacz. Wartościowym źródłem, z którego można zaczerpnąć odrobinę informacji dotyczących słynnego Wietnamczyka, jest także film dokumentalny “Ho Chi Minh” (cykl “Biography”, A&E Television Networks, 2009 rok, Planete Polska, Studio Publishing). Ho urodził się jeszcze w XIX wieku, w pierwszej połowie lat 90. tego stulecia. Pochodził z patriotycznej rodziny, która nie wahała się prowadzić działalności antykolonialnej. Region, w którym przyszedł na świat, słynął z bohaterskiego oporu przeciwko Chińczykom w starożytności i średniowieczu. To właśnie tutaj, w prowincji Nghe An, powstała także wietnamska endecja. Ho Chi Minh nazywał się naprawdę Nguyen Sinh Cung. Obrana droga życiowa zmuszała go jednak do nieustannego zmieniania nazwisk. Jeden z pierwszych pseudonimów, jakimi posługiwał się przyszły prezydent, brzmiał “Nguyen Ai Quoc” - “Nguyen Patriota”. Nacjonalkomunista został “Ho Chi Minhem” stosunkowo późno, bo dopiero podczas II wojny światowej. Imię, pod którym przeszedł do historii, oznacza w języku wietnamskim “Niosący Światło”. Ho nagminnie zmieniał nie tylko tożsamości, ale i sojusze polityczne. Jedynym stałym elementem w jego życiu był cel nadrzędny: niepodległość Wietnamu. Azjata złożył na ołtarzu ojczyzny swoją własną reputację. Wykorzystywał bliźnich w imię wyższego dobra (cel uświęca środki?).


Światowiec-niepodległościowiec

Ho Chi Minh nie wywodził się z klasy robotniczej. Był synem urzędnika, człowieka wykształconego, zamożnego i wpływowego. Przyszły polityk - posłany, z przyczyn prestiżowych, do francuskiej szkoły - wcześnie zetknął się z ideami Wolności, Równości i Braterstwa. Podobały mu się te hasła, ale dostrzegał, że Francuzi kompletnie o nich zapominają na podbitych przez siebie terenach. W orientalnym młodzieńcu kształtowało się jednocześnie kilka postaw: wrażliwość społeczna, reformatorskie zapędy, patriotyzm oraz nacjonalizm niewykluczający otwartości umysłowej. Ojciec Ho Chi Minha, angażujący się w działalność narodowowyzwoleńczą, został ostatecznie zdegradowany, skazany na więzienie i zmuszony do wykonywania prostych prac. Młody Ho również doświadczył francuskich represji. W roku 1908 relegowano go z uczelni za udział w antykolonialnych rozruchach. Konflikt z okupantami, a także osobiste ambicje zadecydowały o jego wyjeździe z Indochin w 1911 roku. Chłopak popłynął do Marsylii, gdzie próbował wstąpić do akademii kształcącej urzędników kolonialnych. Francuzi odrzucili jego podanie. Od tej pory młodzieniec był proletariuszem zmieniającym środowiska i kontynenty jak rękawiczki. Mieszkał w Nowym Jorku, Bostonie, Londynie i Paryżu. W 1919 roku rozpoczął poważną działalność polityczną. Współpracował z czołowymi przedstawicielami wietnamskiej emigracji niepodległościowej oraz pogłębiał swoje marksistowskie zacietrzewienie. Pisał artykuły do czasopism lewicowych i antykolonialnych. Ponadto zamieszczał swoje teksty w prasie sportowej i recenzował filmy dla magazynu “Cinegraph”.


Rozczarowanie Zachodem

O tym, że Ho Chi Minh związał się z komunistami, przesądziła lektura jednej z broszur Włodzimierza Lenina, w której autor obłudnie pochylał się nad losem zniewolonych narodów. Faktem jest, że w okresie okołorewolucyjnym bolszewicy udawali ludzi przejętych dolą uciśnionych etnosów. Ale faktem jest też, że bardzo szybko zrzucili z siebie tę maskę, a współczucie i tolerancję zamienili na czystki etniczne i politykę rusyfikacji. Socjalistą, który chwilowo uwierzył w szlachetne intencje bolszewików, był sam Józef Piłsudski. Tym, co pchnęło Ho Chi Minha w ramiona Kominternu, było zlekceważenie kwestii wietnamskiej na Konferencji Wersalskiej. Gdy skończyła się I wojna światowa, Ho i inni wietnamscy aktywiści postanowili zawalczyć o swój kraj. Wystosowali do dyplomatów oficjalne pismo, w którym upomnieli się o autonomię dla Wietnamu. Niestety, Ho Chi Minh i jego przyjaciele nie mieli takiego talentu, jak Roman Dmowski. Ich patriotyczny list został zignorowany. Ho doszedł do wniosku, że skoro Zachód nie chce pomóc Wietnamczykom, to należy poszukać pomocy gdzieś indziej. Wybrał Sowietów i ich popleczników. W 1923 roku Ho Chi Minh “walczył” o niepodległość ojczyzny na forum Trzeciej Międzynarodówki. W późniejszych latach wykonywał wiele zadań zleconych mu przez Komintern, np. organizował partie komunistyczne w Tajlandii, Hongkongu i południowych Chinach. Odważnie łączył postulaty marksistowskie z antykolonialnymi. Wierzył, że czerwona rewolucja przyniesie Wietnamowi suwerenność. Marzył o “socjalizmie w jednym kraju”. Wiedział jednak, że aby zbudować taki socjalizm, najpierw trzeba mieć ów kraj.


Chorągiewka na wietrze

Ho Chi Minh zawsze stosował taktykę, którą śmiało można nazwać polityczną prostytucją. Azjata podlizywał się każdemu, od kogo mógł coś uzyskać. Jako komunista w kuomintangowskich Chinach korzystał z gościnności tamtejszych narodowców. Później, gdy przyszło co do czego, gratulował Mao Tse-tungowi zwycięstwa nad Czang Kaj-szekiem. Wietnamczyk zapewne nie lubił Chińczyków, ale bił im pokłony, kiedy zależało mu na uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu przez Chińską Republikę Ludową. Ho, który około roku 1920 sprzymierzył się z Sowietami, często odwiedzał ZSRR. W latach 30. przestał być tam mile widziany. Stalinowcy traktowali go coraz gorzej. Dawali mu odczuć, że jest człowiekiem z innej bajki, ma niewłaściwe poglądy i burżuazyjne pochodzenie. Mimo to, Ho Chi Minh do samego końca lizał buty Stalinowi, szczególnie wtedy, gdy sowiecki dyktator był mu do czegoś potrzebny. Na początku zimnej wojny Ho zaczął również łasić się do USA. Tak nachalnie, że w wydawanych przez siebie dokumentach stosował sformułowania rodem z amerykańskiej deklaracji niepodległości. Pertraktując z Amerykanami, porównywał wietnamską walkę o suwerenność do wydarzeń, które miały miejsce w Ameryce Północnej w drugiej połowie XVIII wieku. Dwadzieścia lat później prowadził z Jankesami krwawą wojnę. Ho Chi Minh przez większość swojego życia zwalczał francuski kolonializm. Lecz gdy zbliżała się I wojna indochińska, pojechał do Europy, żeby umizgiwać się do Francuzów. Zaproponował im “niepodległy Wietnam we francuskiej strefie wpływów”[2]. Mężczyzna cenił byt swojego kraju bardziej niż własną godność.


Hierarchia wartości

“Wujek Ho” (jak go pieszczotliwie nazywano) był postacią szalenie skomplikowaną. Należał do jednostek, które można kochać lub nienawidzić. Bez wątpienia był zdolnym politykiem: sprytnym, zręcznym i skutecznym. Dyskusyjną kwestią pozostaje to, czy obrana przez niego strategia mieściła się w granicach etyki życia publicznego. W poprzednim akapicie zawyrokowałam, że zachowanie Azjaty w dużej mierze przypominało prostytucję. Ale chyba właśnie na tym polega prawdziwa polityka. Ho Chi Minh nie działał zresztą w imię osobistych korzyści, tylko w imię sprawy narodowej, która była dla niego priorytetem. Wietnamczyk przyjął wybitnie nacjonalistyczną hierarchię wartości, tzn. najpierw ojczyzna, a dopiero potem inne dobra (w jego przypadku: rewolucja społeczno-gospodarcza). Kiedy osiągnął główny cel, czyli obalił francuski kolonializm, mógł już przystąpić do realizacji celów drugorzędnych. I wówczas zaczął się problem. Okazało się bowiem, że Ho Chi Minh kocha swoich rodaków, ale nie wszystkich. Gdy powstało suwerenne państwo północnowietnamskie, “wujek Ho” zajął się maoistowską reformą rolną. Jej przebieg przypominał wylewanie dziecka z kąpielą. Nagle wyszło na jaw, że część Wietnamczyków, która zapewne marzyła o wolności tak samo jak reszta, jest w Wietnamie Północnym niechciana i niepotrzebna. Mowa tutaj o bogatych przedstawicielach klasy posiadającej, których po prostu wymordowano. Umiłowany Ho, architekt wietnamskiej niepodległości, stał się katem własnego narodu. Ludobójstwo popełnione na “zawadzających” Wietnamczykach (dziedzicach, obszarnikach) kładzie się cieniem na jego życiorysie.


Upiory dżungli

Wróćmy teraz do pojęcia, które w niniejszym artykule pojawiło się kilkakrotnie. Wietkong. Na dźwięk tego słowa amerykańscy komandosi “robili” w portki ze strachu. Czym była organizacja, która dała Jankesom wycisk, jakiego nigdy wcześniej nie zasmakowali? Fenomenowi Wietkongu przyjrzał się Artur Dmochowski w przywoływanej już książce “Wietnam 1962-1975”. Autor pisze, że oficjalna nazwa nacjonalkomunistycznej partyzantki brzmiała Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego. Określenie “Wietkong” - “Wietnamscy Komuniści” stworzył południowowietnamski dyktator Ngo Dinh Diem. Liczył on na to, że brzydkie miano, a raczej negatywna konotacja związana z wyrazem “komuniści” skutecznie odstraszy Południowców od groźnej bojówki. Przeliczył się. Dmochowski konstatuje: “Diem wymyślił nie tylko nazwę Viet Congu, ale wspólnie z Nhu stał się jego współzałożycielem, bowiem do zorganizowanego przez komunistów Narodowego Frontu Wyzwolenia pchnął wiele grup, które inaczej nigdy by się tam nie znalazły”. Co to ma znaczyć? Otóż Ngo prowadził niezwykle represyjną politykę wobec swoich przeciwników. Ograniczał wolność słowa, więził niepokornych i poddawał ich wymyślnym torturom. Jego ofiarą padali komuniści, jak również ludzie, którzy nie sympatyzowali z ruchem robotniczym (np. narodowcy). Znaczną część wietkongistów stanowiły zatem osoby, które nie miały nic wspólnego z komunizmem, ale szły do lasu - azjatyckiej dżungli - gdyż zmuszała je do tego sytuacja polityczna. Byli to patrioci pragnący jedności, suwerenności i obalenia Diema. Warto o tym pamiętać podczas dyskusji o historii.


Public Relations

Według Dmochowskiego, Wietkong (“zdalnie sterowany” przez przywódców Wietnamu Północnego, ale pozujący na spontaniczną inicjatywę Południowców) w dużej mierze żerował na legendzie Viet Minhu. Narodowo-komunistyczna propaganda ukazywała go jako kolejne wcielenie pluralistycznego, ogólnowietnamskiego ruchu niepodległościowego, tym razem wymierzonego w okupanta amerykańskiego. Na kongres założycielski partyzantki zaproszono członków różnych partii i stowarzyszeń. Sprowadzono też przedstawicieli środowisk młodzieżowych, inteligenckich, robotniczych, buddyjskich i kobiecych. W oficjalnych materiałach, skierowanych do społeczeństwa południowowietnamskiego, odwoływano się do ideałów patriotycznych i demokratycznych. Obiecywano postęp cywilizacyjny: mądre reformy, wzrost gospodarczy, sprawiedliwość społeczną oraz rozwój kultury i oświaty. Przyszłe, zjednoczone państwo wietnamskie miało być neutralne, a więc bezpieczne i wolne od wyniszczających wojen. Te wszystkie populistyczne zabiegi służyły jednemu celowi. Chodziło w nich o to, żeby zwerbować do Wietkongu jak najwięcej ochotników. Tam, gdzie wietkongiści zdołali przejąć władzę, stosowano także metodę “dobrowolnego przymusu”. Każdy, kto żył na tych terenach, musiał należeć do którejś z oficjalnych organizacji. Sęk w tym, że wszystkie te organizacje były kontrolowane przez rebeliantów. Wietkong cieszył się sympatią zachodniej lewicy, która nie miała pojęcia, co tak naprawdę się dzieje na Półwyspie Indochińskim. Partyzantka nacjonalkomunistyczna skrzętnie ukrywała swoje prawdziwe oblicze. A było ono totalitarne.


Król partyzantów

Jeśli uważnie przyjrzymy się zdjęciom dokumentującym późną działalność Ho Chi Minha, spostrzeżemy, że słynnemu politykowi często towarzyszy pewien czarnowłosy dżentelmen. Młodszy o jedno pokolenie i obdarzony przeszywającym spojrzeniem. To generał Vo Nguyen Giap, były partyzant Viet Minhu, minister obrony. Człowiek, który pobił Francuzów pod Dien Bien Phu i doprowadził do wypędzenia Amerykanów z Wietnamu. Według polskojęzycznej Wikipedii, ustalenie dokładnej daty urodzenia generała jest bardzo trudne. Różne źródła podają, że przyszedł on na świat w roku 1910, 1911 lub 1912. Kiedy umarł, a było to w roku 2013, prawdopodobnie miał już ponad 100 lat. Artur Dmochowski twierdzi, że Vo Nguyen Giap był najbliższym współpracownikiem Ho Chi Minha. Gdy Ho był nieobecny, zastępował go właśnie Vo. Pogromca zachodnich najeźdźców dał się poznać jako wybitny strateg, ale również osobnik despotyczny, który bez mrugnięcia okiem dławił opozycję polityczną. Radykalizm Giapa wynikał zapewne z jego głębokiego nacjonalizmu. “Historia Wietnamu budziła w nim dumę, uczucie wyższości i wiarę w możliwości narodu, a także nienawiść do tych, którzy poniżali i krzywdzili jego kraj” - wyjaśnia Dmochowski. Generał mógł też się zmagać ze zwykłym, ludzkim resentymentem. “Jego żona, również działaczka antyfrancuskiego ruchu oporu, zmarła wskutek tortur zadanych w więzieniu” - podaje Bogusław Brodecki, autor książki “Dien Bien Phu 1954” (“Historyczne bitwy”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 1998). Rola, jaką Giap odegrał w Wietnamie Północnym, jest nie do przecenienia. Ho bez Vo to jak Gomułka bez Moczara.


Natalia Julia Nowak,
10.07. - 02.08. 2016 r.


PS.
Co o “wujku Ho” sądził prof. Władysław Góralski, znany orientalista związany z Uniwersytetem Warszawskim i Polską Akademią Nauk? “- Był nie tylko wybitną, ale również ciekawą postacią. Cieszył się olbrzymim autorytetem we własnym kraju i szacunkiem przeciwników. Symbolem uznania był fakt, że kiedy zmarł, Stany Zjednoczone ogłosiły zawieszenie broni na czas żałoby - mówił na antenie PR dyplomata i historyk Władysław Góralski. (…) - To był działacz ruchu rewolucyjnego, którego marzeniem była niepodległość Wietnamu. Na tej drodze gotów był współpracować ze wszystkimi, którzy chcieli i mogli tą walkę poprzeć - podsumował ekspert”. Źródło: mjm, “Ho Chi Minh stworzył Wietnam”, serwis PolskieRadio.pl.


PRZYPISY

[1] “Zatrzymani przechodzili w obozach intensywny kurs indoktrynacji politycznej. Polegał on na słuchaniu wykładów i obowiązkowej lekturze pism partyjnych. (…) Więźniowie musieli szczegółowo opisywać swe ‘zbrodnie przeciwko ludowi‘, prosić Rewolucję o łaskę i składać przyrzeczenia lojalności wobec władz. (…) Bicie i tortury były na porządku dziennym. Więźniów zmuszano do niewolniczej pracy. Za niewykonanie normy lub ‘brak entuzjazmu do pracy’ mogli zostać rozstrzelani. A nawet bez tych wszystkich szykan przeżycie pobytu w obozie, położonym zwykle w bagnistej, malarycznej dżungli, nie należało do łatwych. Pracujący ponad siły więźniowie otrzymywali zaledwie 500 gramów żywności dziennie, a spali na ziemi lub w błocie. (…) Dla tych, którym udało się przeżyć obóz i zakończyć ‘reedukację‘, wyjście na wolność nie oznaczało końca cierpień. Byli naznaczeni piętnem ‘wrogów ludu‘, szykanowani, inwigilowani, pozbawieni pracy. (…) A społeczeństwo, do którego powracali w miarę upływu czasu, coraz mniej przypominało to, które znali sprzed 1975 r. O tych, którzy opuszczali obozy w roku 1976 czy 1977, trudno już było powiedzieć, że wychodzą ‘na wolność‘” [A. Dmochowski, “Wietnam 1962-1975”, Warszawa 2003, s. 305-308]

[2] Informacja z filmu dokumentalnego “Ho Chi Minh” (A&E Television Networks 2009). Mariusz Karwowski, twórca tekstu zamieszczonego w roczniku “Azja-Pacyfik”, wyłuszczył sprawę następująco: “Przeszkodą w pełnym urzeczywistnieniu deklarowanej niepodległości stały się postanowienia mocarstw podjęte podczas konferencji w Poczdamie. Na ich mocy czasową administrację w Indochinach miały pełnić wojska chińskie i brytyjskie. Ho dostrzegał szczególne zagrożenie związane z obecnością wojsk północnego sąsiada. W obawie przed przekształceniem tej tymczasowej sytuacji w trwałą okupację zdecydował się na podjęcie rozmów ze stroną francuską. Ceną za wycofanie chińskich oddziałów i uznanie podmiotowości było znaczne ograniczenie suwerenności i włączenie DRW w struktury Federacji Indochińskiej i Unii Francuskiej. Podpisane porozumienie zostało w Wietnamie przyjęte z rozczarowaniem. Ho zdawał sobie jednak sprawę, że układ nie będzie trwały, zaś dążenie każdej ze stron do przejęcia pełni władzy doprowadzi wkrótce do konfliktu”. Wojna, która wybuchła kilka/kilkanaście miesięcy po negocjacjach z Francuzami, przyniosła Wietnamczykom całkowite wyzwolenie spod kolonialnego jarzma. Pełna niepodległość i zjednoczenie kraju nadeszły dopiero w latach 70. XX wieku.

Służył w BCh, trafił do MO, wspierał Żołnierzy Wyklętych

Autor: njnowak | Kategorie: Historia, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: ak, al, antoni heda, armia krajowa, armia ludowa, bataliony chłopskie, bch, brygada świętokrzyska, historia, iłża, jan sońta, kielce, komunizm, mieczysław moczar, milicja, mo, moczar, moczaryzm, narodowe siły zbrojne, nsz, ośka, patriotyzm, polska, prl, radom, stalinizm, starachowice, szary, wąchock, żołnierze niezłomni, żołnierze wyklęci
26. czerwca 2016 16:37:00

Wydarzenia, które opisuję w poniższym artykule, są mało znane, zwłaszcza poza terenem byłego powiatu iłżeckiego. Wydają się jednak na tyle interesujące, iż warto o nich opowiedzieć ludziom z całej Polski. Pretekstem do ich przywołania może być fakt, że wiążą się one z największym (nie tylko w Regionie, ale i w Kraju) zgrupowaniem partyzanckim Batalionów Chłopskich. Główny bohater opowieści, Jan Sońta “Ośka”, to niezwykle barwna postać, którą trudno jednoznacznie ocenić. W czasie wojny wybitny partyzant, charyzmatyczny dowódca chłopskiej armii. Po wojnie milicjant-sabotażysta, potajemnie wspierający Żołnierzy Wyklętych. Sońta, za swoją nielojalność względem stalinowskiego reżimu, został skazany na karę śmierci. Czy udało mu się uniknąć egzekucji?


Brakujące ogniwo


Przedwojenny powiat iłżecki[1] obejmował tereny dzisiejszych powiatów starachowickiego, skarżyskiego, radomskiego, zwoleńskiego i lipskiego. Wszystkie wymienione ziemie wchodziły w skład województwa kieleckiego. Dziś powiaty starachowicki i skarżyski należą do województwa świętokrzyskiego, a radomski, zwoleński i lipski do województwa mazowieckiego. Gdy wybuchła wojna, niemieccy okupanci włączyli interesujący nas obszar do dystryktu radomskiego. Ruch oporu nie zaakceptował jednak nowego podziału administracyjnego, toteż każda z liczących się formacji konspiracyjnych wprowadziła własne jednostki organizacyjne. Dawny powiat iłżecki stał się częścią Okręgu Samodzielnego Radom-Kielce AK, Obwodu III Radomsko-Kieleckiego GL/AL, Okręgu V Kieleckiego NSZ i Okręgu III Kieleckiego BCh. Przez cały okres okupacji hitlerowskiej Kielecczyzna i Ziemia Radomska były terenami intensywnych zmagań partyzanckich. To tutaj walczył legendarny major Henryk Dobrzański “Hubal”. To tutaj działali znani partyzanci Armii Krajowej (Jan Piwnik “Ponury”, Antoni Heda “Szary”), Armii Ludowej (Mieczysław Moczar “Mietek”, Tadeusz Maj “Łokietek“) oraz Narodowych Sił Zbrojnych (Brygada Świętokrzyska z Antonim Szackim “Bohunem” na czele). O tym wszystkim wie cała Polska. Nazwiska czołowych akowców, alowców i eneszetowców z Kieleckiego/Radomskiego są powszechnie rozpoznawalne. Brakującym ogniwem pozostają Bataliony Chłopskie. Jacy bechowcy “wymiatali” w krainie Baby Jagi?


Zgrupowanie “Ośki”

Gwiazdami wiejskiej partyzantki na Kielecczyźnie i Ziemi Radomskiej byli żołnierze Jana Sońty “Ośki”. Pochodzili oni ze wspomnianego wcześniej powiatu iłżeckiego, tam też prowadzili większość działań zbrojnych. Mieczysław Kaca (autor newsa “U leśników w Marculach świętowali ludowcy i samorządowcy” zamieszczonego w periodyku “Tygodnik Radomski w Gminach i Powiatach”) podaje, że ludzie “Ośki” byli największym zgrupowaniem partyzanckim BCh nie tylko w okolicy, ale i w całej Polsce. Warto dodać, że ośkowcy cieszyli się sympatią i uznaniem miejscowej ludności, a w trudnych chwilach zawsze mogli liczyć na pomoc swoich kolegów z Armii Krajowej i Armii Ludowej. Kielecko-radomskie oddziały AK, AL i BCh tworzyły niekiedy coś w rodzaju jednego, solidarnego, wewnętrznie zróżnicowanego, ale całkiem zgranego bloku przeciwko hitlerowcom[2]. Wśród tutejszych akowców, alowców i bechowców spotykane było przekonanie, że podczas wojny nie liczy się to, co dzieli Polaków, tylko to, co ich łączy. Każda z trzech wymienionych armii reprezentowała inną opcję polityczną. Wszystkie trzy dążyły jednak do odbicia Ojczyzny z rąk Niemców. Stąd mentalność, zgodnie z którą w drugim Polaku trzeba widzieć przede wszystkim Polaka, a dopiero potem piłsudczyka, komunistę, ludowca itd. Dwadzieścia lat później ta filozofia (koncepcja braterstwa broni) stała się nieoficjalną ideologią ZBoWiD-u. Zaszczepił ją tam Mieczysław Moczar, prominentny pezetpeerowiec z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym.


Urodzony ludowiec

Kim był Jan Sońta “Ośka”, jeden z najwybitniejszych partyzantów w historii Batalionów Chłopskich? Sporo informacji na jego temat zaczerpniemy z filmu dokumentalnego “Ośka” (cykl “Z archiwum IPN”, TVP 2009) i siódmego odcinka fabularyzowanego serialu dokumentalnego “Rozkaz sumienia“ (TVP 2013). Dodatkowym źródłem wiedzy o Sońcie może być artykuł “’Ośka’ i jego żołnierze - zbrojne ramię ruchu ludowego w byłym powiecie iłżeckim” Anny Szczykutowicz (serwis Histmag.org). “Ośce” poświęcono także krótką notkę biograficzną w polskojęzycznej Wikipedii. Jan Sońta (ur. 1919, zm. 1990) przyszedł na świat w Świesielicach niedaleko Ciepielowa. Pochodził z oświeconej rodziny chłopskiej, która ceniła takie wartości, jak wiedza, wykształcenie czy aktywny udział obywateli w życiu publicznym. Jego bliscy angażowali się w działalność ruchu ludowego, sam również był aktywnym i ideowym ludowcem. Uczył się w szkole technicznej w Radomiu. Należał do Związku Młodzieży Wiejskiej RP “Wici” oraz do 7. Radomskiej Drużyny Harcerskiej (podczas II wojny światowej stała się ona kolebką lokalnych Grup Szturmowych Szarych Szeregów!). Gdy Niemcy zaatakowali naszą Ojczyznę, Jan Sońta został wezwany do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Starachowicach. Walczył w obronie tamtejszych zakładów zbrojeniowych, pomagał w wywożeniu cennych maszyn na wschód Polski. Niestety, w okolicach Lublina konwój został rozbity przez nazistów. Sońta musiał więc wrócić na ziemie kielecko-radomskie.


Ojciec założyciel

Nasz bohater, który w 1940 roku wciąż pozostawał uczniem i harcerzem, czynnie uczestniczył w antyhitlerowskim ruchu oporu. Początkowo zajmował się zwykłą działalnością konspiracyjną: drukował ulotki, redagował prasę podziemną, słuchał wiadomości zagranicznych stacji radiowych. Jednocześnie pozostawał w kontakcie ze swoimi wiejskimi rówieśnikami, którzy - podobnie jak chłopi w innych częściach Polski - zbierali broń i amunicję z miejscowych pobojowisk. Wieś się zbroiła, a osoby chętne do walki z okupantem sprawdzały, którzy gospodarze będą w przyszłości gotowi wspierać partyzantów. Ojcem założycielem chłopskiego ruchu partyzanckiego w powiecie iłżeckim został właśnie Jan Sońta wraz z garstką przyjaciół, przede wszystkim Władysławem Gołąbkiem “Boryną” urodzonym w Kroczowie Mniejszym. Przez pewien czas nasz bohater posługiwał się pseudonimem “Jasio”. Później, gdy rozbroił pocztowca i żandarma za pomocą atrapy pistoletu wykonanej z wypolerowanej ośki rowerowej, zmienił pseudonim na “Ośka” (wypada wspomnieć, że w tej zabawnej akcji uczestniczył także Antoni Majewski “Trojan”). Konspiracja tworzona przez Jana Sońtę i jego kompanów szybko się rozrastała. Do oddziału partyzanckiego dołączali nowi żołnierze, zwiększała się też liczba cywilów współpracujących z bechowcami. Cały powiat iłżecki stał murem za “Ośką”. Zgrupowanie Sońty prowadziło akcje na coraz większą skalę: nękało antypolskich folksdojczów, uwalniało jeńców wojennych, rozbijało niemieckie posterunki.


Dwie twarze

Powojenny “Ośka” to postać wykraczająca poza binarną wizję świata. W pewnym sensie, udowodnił on, że posiada wszystkie zalety i wszystkie wady stereotypowego ludowca. Poszedł w tym kierunku, z którego dochodził zapach pełnego koryta. Stanął jednak w rozkroku: jedną nogą w nowym systemie, a drugą w środowisku antysystemowców. Jan Sońta wiedział, że oficjalne zakończenie działań wojennych nie przyniosło Polsce spokoju. Czasy wciąż były niebezpieczne, a liczni żołnierze antyhitlerowskiego podziemia (nie tylko członkowie AK i NSZ, ale również przedstawiciele BCh i niektórzy weterani AL) padali ofiarą Urzędu Bezpieczeństwa. Stalinowskie państwo, które rodziło się na ziemiach polskich, od samego początku dawało się poznać jako twór totalitarny i opresyjny. Z drugiej strony, istniała jeszcze iskierka nadziei: odradzający się ruch ludowy będący jedyną legalną opozycją w Polsce. Wielu Polaków pokładało ufność w Stanisławie Mikołajczyku i Polskim Stronnictwie Ludowym. Działacze obozu chłopskiego, chcąc trzymać rękę na pulsie, starali się obejmować ważne funkcje w aparacie państwowym. Niezliczeni bechowcy, którzy mieli trafić do milicji, sztucznie zawyżali sobie stopnie wojskowe, żeby otrzymać jak najwyższe stanowiska i zwinąć komunistom “stołki” sprzed nosa (hehehe!). Takim milicjantem został również “Ośka”. Czy grzeszył koniunkturalizmem? Może częściowo… Ale nieugięcie dochowywał wierności ruchowi ludowemu. Ostentacyjnie manifestował swoje antyrządowe poglądy i poparcie dla Mikołajczyka.


Król sabotażystów

Jan Sońta, rzekomy podpułkownik, bez trudu otrzymał etat w Milicji Obywatelskiej. Został oficerem do zadań specjalnych, i to nie na prowincji, lecz w Komendzie Głównej w Warszawie. Komuniści, wierząc w lojalność “Ośki”, kazali mu organizować kadry milicyjne. Sońta założył w powiecie iłżeckim szkołę MO, do której zaczął przyjmować głównie kombatantów Batalionów Chłopskich. Już wtedy było widać, że wokół naszego bohatera dzieją się dziwne rzeczy. Z utworzonej przez niego szkoły wychodzili bowiem liczni sabotażyści. Wielu z nich wyrządzało systemowi takie szkody, że po kilkunastu miesiącach “wylatywało” z pracy. Wiosną 1945 roku Jan Sońta dowiedział się o pojmaniu szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Zrozumiał wówczas, że legalna opozycja i mały sabotaż to zabawa dla naiwnych dzieci, a nie sposób na obalenie bierutowskiego reżimu. Dostrzegł konieczność prowadzenia bardziej radykalnych działań. “Ośka” wstąpił do Oddziałów Specjalnych BCh, czyli konspiracyjnej organizacji antykomunistycznej. Na co dzień udawał przykładnego milicjanta, lecz “po godzinach” uczestniczył w zbrojnych akcjach Żołnierzy Wyklętych[3]. Stalinowcy - podejrzewając, że Sońta trzyma sztamę z Niezłomnymi - przenieśli go do wojska, gdzie miał się zajmować zwalczaniem podziemia. Nasz bohater, wiedząc o planowanych obławach na partyzantów, ostrzegał “leśnych” przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Tych, którzy zostali zatrzymani, wyciągał z aresztów. Robił wszystko, co mógł, żeby ograniczyć liczbę Polaków zsyłanych na Sybir. I wciąż pobierał “resortową” pensję.


Solidarni z “Ośką”

Jan Sońta “Ośka” sprawiał wrażenie, jakby kierował się w życiu logiką kwantową. Był jednocześnie budowniczym i burzycielem Polski Ludowej. Konformistą i nonkonformistą. Wybrańcem z Matrixa, który siłą własnego umysłu naginał zerojedynkową rzeczywistość. Nie mieścił się w strukturze opartej na opozycjach biel-czerń, dobro-zło, światło-ciemność, ład-chaos. Pozostawał ponad wszelkim binaryzmem. “Ośka” prowadził swój sabotaż przez pół roku, po czym został aresztowany przez UB. Nasz bohater - a wraz z nim czternastu innych bechowców - stanął przed komunistycznym sądem. Usłyszał wyrok śmierci. O jego życie natychmiast zaczęła walczyć rodzina (dowiadujemy się o tym z prezentacji multimedialnej “Jan Sońta ps. ‘Ośka‘ - Partyzant Ziemi Radomskiej” Konrada Gałki. YouTube, eliksir11). Później uaktywnili się jego koledzy z czasów okupacji niemieckiej. Kombatanci napisali do Bieruta petycję o ułaskawienie skazańca i zebrali pod nią kilkadziesiąt tysięcy podpisów z całej Kielecczyzny. Za Sońtą zaczęli się również wstawiać milicjanci o bechowskim rodowodzie, weterani Armii Ludowej oraz dawni partyzanci radzieccy pamiętający go jako sojusznika w walce z hitleryzmem. “Ośka“, mając takie poparcie, po prostu musiał przeżyć. Początkowo zmniejszono mu wyrok na dożywocie, potem na dwanaście lat, aż w końcu na osiem. Jan Sońta wyszedł z tiurmy w 1954 roku. Na wolności, mimo socjalizmu, założył firmę budowlaną. Zatrudniał w niej byłych więźniów stalinowskich: akowców i bechowców. Niemal do końca życia był śledzony przez bezpiekę.


Pod lupą

O tym, co się działo z “Ośką” po roku 1954 (a raczej po 1956), możemy przeczytać w artykule “Działania Służby Bezpieczeństwa wobec Jana Sońty ‘Ośki’” Marcina Sołtysiaka. Tekst ukazał się na łamach portalu “Iłża - Regionalny Serwis Informacyjny” (Ilza.com.pl). Autor publikacji przeanalizował liczne donosy, notatki i meldunki, jakie “wyprodukowali” pracownicy i współpracownicy SB w związku z inwigilacją naszego bohatera. Z tych dokumentów, znajdujących się obecnie w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, wyłania się ciekawy obraz Jana Sońty doby poststalinowskiej. Można przypuszczać, że zasłużony partyzant Batalionów Chłopskich był szpiegowany od momentu opuszczenia więzienia aż do upadku Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (warto odnotować, że “Ośka” zmarł w roku 1990, czyli w tym samym czasie, w którym zlikwidowano Służbę Bezpieczeństwa). Kontrola, jakiej go poddawano, była prowadzona z różną intensywnością i z krótkimi przerwami, które wynikały z chwilowego obniżenia aktywności ofiary. Niewiele wiadomo na temat działań podejmowanych względem “Ośki” w latach 1956-1957. Istnieje jednak podejrzenie, że czerwona agentura doprowadziła do odsunięcia go od stanowiska prezesa kieleckiego ZBoWiD-u. Człowiekiem, który - zarówno wtedy, jak i później - odznaczał się wyjątkową gorliwością w donoszeniu na Sońtę, był niejaki TW “Pewny”. Konfident ten wywodził się ze środowiska bechowskiego. Podczas okupacji walczył w powiecie kozienickim i w zgrupowaniu “Ośki”. Cieszył się więc dużym zaufaniem swojego dawnego dowódcy.


Rozterki moralne

Pierwsza przerwa w inwigilacji naszego bohatera nastąpiła w roku 1966 (czasy późnego Gomułki). Esbecy stwierdzili wówczas, że dalsze szpiegowanie Jana Sońty nie ma sensu, gdyż ofiara nie prowadzi działalności antypaństwowej i nie stanowi zagrożenia dla władzy ludowej. Spokój trwał przez kilka lat. Ale już w pierwszej połowie lat 70. (w czasach wczesnego Gierka) TW “Pewny” ponownie zwrócił uwagę na “Ośkę”. Nie omieszkał się powiadomić przełożonych, że Sońta zaczął się krytycznie wypowiadać na temat bieżących wydarzeń politycznych. Obserwacja byłego bechowca ruszyła pełną parą. Kapuś “Pewny” dokładnie opisywał poglądy naszego bohatera, opierając się na jego prywatnych komentarzach. Z meldunków konfidenta wynika, że Jan Sońta miał negatywny stosunek do ówczesnej ekipy rządzącej. Dość nieufnie podchodził również do przedstawiciela poprzedniej ekipy, Mieczysława Moczara, a także do jego kolegi, Wojciecha Jaruzelskiego, którego czas miał dopiero nadejść. “Ośka” nie potrafił jednoznacznie ustosunkować się do działalności Moczara i Jaruzelskiego (chociaż tego pierwszego znał jeszcze z czasów wojny). Zastanawiał się, kim oni tak naprawdę są. Interesujący jest fragment jednego z donosów, który charakteryzuje postawę naszego bohatera wobec Sowietów: “Sońta stwierdził, że wolałby, żeby w Kielcach czy Radomiu byli komisarze rosyjscy, bo tak nie wiadomo, co to jest. Wiadomo byłoby wtedy, jakby to uważać. Często stwierdza, że jest to druga okupacja Polski” (słowa TW “Pewnego” cytowane przez Marcina Sołtysiaka). Jak widać, “Ośka” był rozdarty wewnętrznie.


Sekretne kontakty

Zgodnie z tym, co głoszą esbeckie raporty, nasz bohater oburzał się sposobem, w jaki milicja potraktowała uczestników radomskiego strajku w czerwcu 1976 roku. Przekonywał, że tamtejsi mundurowi okazali się bardziej okrutni od gestapowców. Wydarzenia czerwca ‘76 spowodowały, że Sońta zaczął trochę sympatyzować z ROPCiO i KOR-em. Nie wstąpił do żadnej z tych organizacji, ale nawiązał kontakt z ich działaczami. W jego mieszkaniu zaczęła się pojawiać nielegalna prasa opozycyjna. “Ośka” otrzymał nawet propozycję redagowania jednego z takich pism, ale odmówił, gdyż obawiał się o przyszłość swojej rodziny. Nie wahał się jednak posiadać ani kolportować zakazanej literatury, choćby “Archipelagu GUŁag” Aleksandra Sołżenicyna. Nasz bohater utrzymywał kontakt z Antonim Hedą “Szarym”: weteranem Armii Krajowej, Żołnierzem Wyklętym, człowiekiem odpowiedzialnym za rozbicie więzienia UB w Kielcach (1945). “Szary”, podobnie jak “Ośka“, dostał kiedyś karę śmierci, ale został ułaskawiony dzięki wstawiennictwu dawnych partyzantów AL (należał do nich również Moczar; tak twierdzi Łażący Łazarz w artykule “Rok 1976 - ostatnia akcja Komendanta ‘Szarego‘” dostępnym w serwisie WolnaPolska.pl). Sońta dwukrotnie był wzywany przed oblicze kapitana SB, Romana Stępnia, który początkowo nie ujawniał swojej prawdziwej tożsamości. Za drugim razem oficer zaprosił “Ośkę“ do współpracy. Naturalnie, nic z tego nie wyszło. Bezpieka oficjalnie zakończyła śledzenie Sońty w listopadzie 1980 roku. Później interesowała się nim tylko podczas uroczystości kombatanckich.


Kapliczka na Wykusie

Jak już ustaliliśmy, okres powojenny był wyjątkowo trudny dla żołnierzy Armii Krajowej. W czasach bierutowskich nie wolno było życzliwie o nich mówić. Akowców, którzy zdołali przeżyć okupację niemiecką, spotykały ubeckie szykany i represje. Po odwilży gomułkowskiej sytuacja uległa diametralnej zmianie. Najsłynniejsza armia Polskiego Państwa Podziemnego zaczęła odzyskiwać należne jej miejsce w historii. Pisze o tym Marek Jedynak, twórca publikacji “Kapliczka na Wykusie. Wokół powstania Środowiska Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich Armii Krajowej ‘Ponury’ - ‘Nurt’” (IPN, Kielce 2009). Według tego autora, w 1957 roku grupa byłych podkomendnych Jana Piwnika “Ponurego” wysunęła postulat utworzenia miejsca pamięci narodowej na Wykusie (dla niewtajemniczonych: Wykus to wzniesienie leżące w odległości 5 kilometrów od Starachowic. W XIX i XX wieku stanowiło ono bazę dla wielu polskich zgrupowań partyzanckich, w tym dla oddziałów Mariana Langiewicza, Henryka Dobrzańskiego “Hubala” i Jana Piwnika “Ponurego”). Starachowicki ZBoWiD, którego zarząd był zdominowany przez weteranów AK, poparł tę inicjatywę. Wkrótce powstał Komitet Budowy Płyty Pamiątkowej na Wykusie, który poczynił niezbędne kroki w kierunku realizacji obranego celu. Działania, jakie podejmowano, wiązały się z aktywizacją byłych akowców, co nie uszło uwadze esbecji. Po wielu perypetiach udało się wybudować i poświęcić pamiątkową kapliczkę. Doszło do tego we wrześniu 1957 roku[4]. Na uroczystości odsłonięcia obiektu przemawiał (lub miał przemawiać) Jan Sońta “Ośka”.


Trudne początki

Akcje zbrojne, jakie podejmowali partyzanci ze zgrupowania “Ośki“, zostały opisane w trylogii publicystycznej “Wrócą chłopcy z wojny” Michała Ślusarczyka (wszystkie trzy części ukazały się w serwisie GlosMazowsza.pl. Kopie artykułów można zobaczyć w witrynie internetowej mazowieckiego samorządowca Zbigniewa Gołąbka). Wiele przydatnych informacji znajdziemy także w tekście “Działania zbrojne Batalionów Chłopskich na Ziemi Radomskiej” Henryka Szopy (jest to opracowanie naukowe z 1983 roku. Elektroniczną wersję artykułu zamieścił Andrzej Bartczak na stronie OM PSL w Radomiu). Jan Sońta i jego kompani rozpoczęli swoją działalność już na przełomie lat 1939/1940. Początkowo miała ona charakter spontanicznej inicjatywy niepowiązanej z żadnymi ogólnopolskimi strukturami. Ludowcy zaczęli działać “na poważnie” w roku 1942, kiedy to ich organizacja weszła w skład ponadregionalnych Batalionów Chłopskich. Wtedy właśnie miały miejsce pierwsze spektakularne zwycięstwa ośkowców, np. rozbicie nazistowskiego obozu pracy w Solcu nad Wisłą. W roku 1943 partyzanci BCh dokonali dwóch udanych napadów na niemieckie posterunki w Kroczowie i Grabowie. Później, razem z AK, stoczyli walkę z załogą posterunku Luftwaffe. W sierpniu 1943 roku bechowcy przyjęli pod swoje skrzydła kilku Gruzinów, którzy nie chcieli dłużej służyć Trzeciej Rzeszy. We wrześniu pomścili śmierć 900 Polaków zamordowanych przez SS w Ciepielowie. W grudniu planowali rozbić KL Majdanek. Armia Krajowa wybiła im jednak z głowy ten niewykonalny pomysł.


Zgniły kompromis

Liczne sukcesy militarne sprawiły, że Jan Sońta “Ośka” zdecydował się rozszerzyć działalność swojego zgrupowania na powiaty kozienicki i puławski. Postąpił tak latem 1944 roku. W tamtym okresie armię “Ośki” zasiliła kolejna grupa Gruzinów, która tym razem składała się z dwustu dezerterów z armii Hitlera. Pod koniec lipca 1944 roku (czasy akcji “Burza”) bechowcy podzielili się na dwie drużyny. Pierwsza, pod dowództwem “Ośki”, pozostała na lewym brzegu Wisły, a druga, dowodzona przez Władysława Gołąbka “Borynę”, wyruszyła na prawy brzeg. Partyzanci maszerujący na wschód obronili wsie Janiszów i Wojciechów przed pacyfikacją ze strony Niemców. Na Lubelszczyźnie oddział “Boryny” ujawnił się przed nową, komunistyczną władzą. Doszło wówczas do tragedii. Żołnierze BCh, którzy tak grzecznie współpracowali z Armią Ludową, zostali aresztowani przez NKWD-UB. Zaczęły się tortury i wywózki na Syberię. Ostatecznie bechowcy zgodzili się na zgniły kompromis: wolność w zamian za pracę w Milicji Obywatelskiej. Doszli do wniosku, że w obecnej sytuacji należy zadbać o to, aby ważne stanowiska w Polsce Ludowej zajmowali aktywiści wywodzący się z przedwojennych środowisk niekomunistycznych. Bez wątpienia był to wybór mniejszego zła. Z drugiej strony, ujawniły się tutaj wady stereotypowo przypisywane ludowcom: elastyczność koalicyjna, oportunizm, pogoń za “stołkami”, faworyzacja “swoich ludzi” w przestrzeni publicznej. Władysław Gołąbek zrobił ogromną karierę w PRL (choć uchodził za niepewnego politycznie). W III RP stracił przez nią uprawnienia kombatanckie.


Starachowickie i małomierzyckie

Na początku sierpnia 1944 roku grupa ośkowców, dowodzona przez Tadeusza Wojtyniaka “Bacę”, przygotowała na Niemców zasadzkę wzdłuż drogi Starachowice-Tychów. Udało się wówczas rozbroić 20 hitlerowców i przejąć 7 wojskowych ciężarówek. Wkrótce naziści urządzili na bechowców obławę, która zaowocowała wielką bitwą w lasach starachowickich. Wygrali jednak Polacy. Do kolejnego starcia z Niemcami doszło pod koniec sierpnia. To właśnie tam, pod Starachowicami, niedaleko leśniczówki Kutery, poniósł śmiertelną ranę Tadeusz Wojtyniak. Kolejna potyczka z najeźdźcą miała miejsce pod Gadką (znów okolice Starachowic). Zwycięstwo przypadło Batalionom Chłopskim. Jesienią 1944 roku doszło do istotnej narady partyzantów BCh z partyzantami AL w lasach małomierzyckich. Jej konsekwencją była masakra, którą dość różnie przedstawiają Henryk Szopa i Przemysław Bednarczyk (historyk wypowiadający się w IPN-owskim filmie dokumentalnym “Ośka”). Jan Sońta i Mieczysław Moczar zdecydowali się przerzucić część żołnierzy (głównie Gruzinów z BCh) na przyczółek chotecki. Sowieci mieli być uprzedzeni o całej operacji. Według Szopy, partyzanci mieli skandować hasło “Granit”. Zdaniem Bednarczyka, droga na przyczółek miała być rozminowana. Jedno jest pewne: bechowcy (i alowcy - wersja Szopy) maszerujący w stronę Chotczy zostali ostrzelani przez Armię Czerwoną, a pod ich stopami zaczęły wybuchać miny. Zginęło prawie 300 osób. Szopa twierdzi, że tamtej nocy zawinił wiatr zagłuszający wykrzykiwane hasło oraz brak komunikacji między sowieckim dowództwem a pierwszą linią frontu.


Zwoleń 1942

Jednym z najsłynniejszych dokonań zgrupowania “Ośki” było rozbicie niemieckiego aresztu w Zwoleniu we wrześniu 1942 roku. Piszą o tym Piotr Kutkowski (“Nieznane fakty akcji partyzantów”, internetowe wydanie radomskiego “Echa Dnia”) i Mieczysław Kaca (“Płk. Władysław Owczarek odszedł na wieczną wartę”, serwis Radom24.pl). Żołnierzem, który dowodził całą akcją, był Władysław Owczarek “Bula”, “Bula Matari”. Należał on do lewicujących ludowców. Jako nastolatek marzył o tym, żeby wziąć udział w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie republikanów. Próbował nawet zrealizować ten plan, ale został powstrzymany przez polskiego kolejarza spotkanego przy granicy ze Związkiem Radzieckim. Owczarek trafił do ZSRR dopiero w 1939 roku. Problem w tym, że jako jeniec wojenny, którego Sowieci oddali wkrótce w ręce Niemców. Młodzieniec uratował się dzięki temu, że wyskoczył z pociągu pędzącego do Trzeciej Rzeszy. W oddziale “Ośki” odpowiadał za sprawy wychowawcze, opracował nawet surowy kodeks etyczny. Decyzję o rozbiciu więzienia w Zwoleniu podjął na wieść o zatrzymaniu ważnego konspiratora Antoniego Knecia “Doktorka”. Gdy Owczarek i inni ośkowcy dojechali do miasteczka, przebrali się w niemieckie mundury i rozkazali lokalnej straży cywilnej udać się na cmentarz. Strażnicy wykonali polecenie. Partyzanci, korzystając ze sposobności, przecięli druty telefoniczne i ruszyli w stronę nazistowskiego aresztu. Tam kazali dozorcy otworzyć drzwi. Mężczyzna spełnił ich żądanie i natychmiast został rozbrojony. Bechowcy zdołali uwolnić około 50 osób. Wśród nich był również “Doktorek”.


Co pisał Moczar?

Mieczysław Moczar to “trudny przypadek” w historii PRL. Niewątpliwie sowiecki kolaborant i zbrodniarz stalinowski (w latach 1945-1948 stał na czele łódzkiego WUBP). Po roku 1956 okazał się jednak najbardziej obiecującym politykiem w Polsce. To właśnie on, jako przywódca ZBoWiD-u, zrehabilitował Armię Krajową i próbował zrehabilitować Narodowe Siły Zbrojne. Sam nie lubił eneszetowców, ale uważał, że przynajmniej niektórzy z nich powinni mieć uprawnienia kombatanckie. Moczar budował w PZPR frakcję nacjonalistyczną. Sprzeciwiał się pomawianiu Narodu Polskiego o współudział w Holocauście. Współpracował z Bolesławem Piaseckim, byłym szefem ONR-Falanga. W czasach “Mietka” powstał wybitnie zbowidowski film dokumentalny “Sprawiedliwi”, który opowiada o tym, jak Polacy (np. Jan Mosdorf, lider przedwojennego ONR-ABC) pomagali Żydom podczas okupacji niemieckiej[5]. Przejdźmy jednak do rzeczy. Otóż Moczar wspomniał o zgrupowaniu “Ośki” w swojej książce zatytułowanej “Barwy walki” (1962). Nazwał ośkowców “nowymi sojusznikami, nowymi przyjaciółmi”. Pozytywnie opisał Władysława Owczarka, z którym podobno szybko się zaprzyjaźnił. “Bardzo sympatyczny, rozumny, a jednocześnie romantyczny chłopski działacz młodzieżowy”, “szczery, uczciwy działacz chłopski, prawy żołnierz, patriota”, “szukał wciąż słusznej drogi”, “wychowywał innych” - czytamy w rozdziale “U świtowców”. Moczarowi podobał się egzotyczny pseudonim Owczarka, “Bula Matari”. Alowcy woleli jednak nazywać bechowca “Misjonarzem” (sami mieli “Chrystusa”, Stanisława Szota).


Co pisał Iwańczyk?

Znacznie liczniejsze, choć równie życzliwe wzmianki o zgrupowaniu “Ośki” znajdujemy we wspomnieniach innego wpływowego alowca, Eugeniusza Wiślicza-Iwańczyka (Eugeniusza Iwańczyka “Wiślicza”)[6]. Mowa tutaj o książce “Echa puszczy jodłowej” z 1969 roku. Jednym z jej głównych wątków są stosunki, jakie panowały między różnymi ugrupowaniami partyzanckimi działającymi w powiecie iłżeckim. Autor twierdzi, że Armia Ludowa, Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie były formacjami bardzo zróżnicowanymi. Mimo to, starały się szukać rozwiązań kompromisowych. W jednym z pierwszych rozdziałów Iwańczyk pisze o pewnym domu: “Tutaj odbywały się spotkania pomiędzy nami a dowódcami BCh: ‘Ośką’ - Janem Sońtą i ‘Bulą Matarim’ - Władysławem Owczarkiem. Tutaj też spotkałem się z dowódcą AK Antonim Hedą - ‘Szarym’”. Jak autor zapamiętał Owczarka? “Przystojny i dobrze zbudowany mężczyzna w wieku około 30 lat (…). Wesoły, uśmiechnięty, o odważnym spojrzeniu, jednym słowem - typowy partyzant“. Z książki “Wiślicza” dowiadujemy się, że zgrupowanie “Ośki” nie było ani prolondyńskie, ani promoskiewskie. Odmawiało scalenia z AK. Wytrwale realizowało koncepcję “walki dobra ze złem”. Bechowcy i alowcy mieli “pomagać sobie w razie potrzeby”, “przekazywać sobie wzajemnie doświadczenia z walki” i “utrzymywać ze sobą stały kontakt”. A co z AK? Iwańczyk wspomina Hedę jako rozumnego inteligenta i apolitycznego patriotę. Docenia fakt, że “Szary” nigdy nie zapomniał o swoich chłopskich korzeniach. Podobno jego podkomendni bardzo dbali o higienę. No i chętnie dzielili się amunicją.


Krótkie życie “Bacy”

Chciałabym teraz poświęcić kilka zdań Tadeuszowi Wojtyniakowi “Bacy”. Sylwetkę tego żołnierza przedstawił Tomasz Skiba w artykule “Tadeusz Wojtyniak ps. Baca” (portal “Iłża - Regionalny Serwis Informacyjny”). Tadeusz Wojtyniak urodził się w 1924 roku w Kroczowie Mniejszym. Pochodził z zamożnej rodziny chłopskiej, która wykazywała wyjątkowe zamiłowanie do wszelkich nowinek technicznych w agronomii. Rodzice Tadeusza odznaczali się głębokim patriotyzmem, popierali rozwój wsi i aspiracje jej mieszkańców. Wojtyniak fascynował się wojskowością, podziwiał uczestników dawnych zrywów niepodległościowych. Marzył o tym, żeby zostać lotnikiem. Spodziewał się rychłego wybuchu wojny, toteż prewencyjnie skonstruował prymitywny samopał. Gdy Trzecia Rzesza napadła na Polskę, 15-letni Tadek dołączył do chłopskiego ruchu oporu. Za swoje osiągnięcia w dziedzinie zbierania broni i amunicji z miejscowych pobojowisk otrzymał pseudonim “Chomik”. Kolejny etap działalności Wojtyniaka to służba w zgrupowaniu partyzanckim “Ośki”. Nastolatek - teraz już jako bechowiec “Baca” - dowodził tam jednym z plutonów. Był niezwykle odważnym i skutecznym dowódcą. Cechował się też otwartością. To właśnie pod jego skrzydła trafiło kilkuset Gruzinów, uciekinierów z armii niemieckiej[7]. Jak już wiemy, Tadeusz Wojtyniak zmarł od rany postrzałowej. Według Tomasza Skiby, sam zdecydował o swojej śmierci. Odmówił bowiem amputacji ręki, w którą wdarła się gangrena. “Baca” żył zaledwie 20 lat. W 1972 roku został “wskrzeszony” w książce “Nie wiedział co to lęk” Władysława Gołąbka “Boryny“.


Nadleśnictwo Chwałowice


Na blogu Chwalilza.blox.pl znajduje się tekst “Rozbicie hitlerowskiego sztabu dywizyjnego w Chwałowicach” zredagowany na podstawie dwóch innych prac Władysława Gołąbka: “W oddziałach Batalionów Chłopskich na Kielecczyźnie” (1958) i “Bez rozkazu” (1966). Artykuł mówi o tym, że w lipcu 1944 roku ośkowcy zapragnęli znaleźć się posiadaniu cennych planów operacyjnych, dużych ilości broni i pokaźnych zapasów amunicji, jakie przechowywał niemiecki sztab dywizyjny stacjonujący w Chwałowicach. Okazja ku temu nadarzyła się w pewną niedzielę, kiedy to Niemcy zorganizowali sobie “garden party” w miejscowym nadleśnictwie. Kilkudziesięciu bechowców, dowodzonych przez “Bacę”, przebrało się w niemieckie mundury i ze śpiewem na ustach ruszyło w stronę Chwałowic. Zakamuflowani ośkowcy zostali wpuszczeni na teren nadleśnictwa, początkowo byli nawet witani i pozdrawiani przez balujących nazistów. Gdy Niemcy zorientowali się, że coś jest nie w porządku, muzyka ucichła, a do intruzów podszedł jeden z oficerów. Wówczas partyzanci otworzyli ogień. Uporawszy się z hitlerowcami w ogrodzie, bechowcy przystąpili do szturmu na budynki nadleśnictwa. Po długim, zażartym boju odnieśli zwycięstwo. Niestety, wkrótce oddali zdobyte plany Armii Czerwonej, która “przyszła na gotowe”. Jedno trzeba przyznać: żołnierze “Ośki” wykazywali się wyjątkową naiwnością w odniesieniu do Sowietów. Wielokrotnie płacili za to straszliwą cenę. A przecież byli w Polsce partyzanci, którzy tego błędu nie popełniali. Mówię tutaj o Narodowych Siłach Zbrojnych[8] i większości oddziałów Armii Krajowej.


Upamiętnienie ośkowców

W 1998 roku zawieszono w Kościele Garnizonowym w Radomiu tablicę upamiętniającą Jana Sońtę “Ośkę“. Jej fotografię można zobaczyć w informatorze turystycznym “Radomskie miejsca pamięci II wojny światowej” (plik PDF jest dostępny online). Płyta pamiątkowa zawiera wizerunek “Ośki” oraz napis odwołujący się do wojennej i powojennej działalności partyzanta. W 2015 roku tablica poświęcona ośkowcom zawisła w Starachowicach. Umieszczono ją przy kościele Wszystkich Świętych (warto wiedzieć, że w tej świątyni znajdują się również relikwie Jana Pawła II i Jerzego Popiełuszki!). Na Placu Zwycięstwa w Ciepielowie stoi pomnik Jana Sońty. We wsi Kowalków uczyniono “Ośkę” patronem miejscowej podstawówki. Skromne pomniki przypominające o bohaterstwie ośkowców wzniesiono w Gadce (miejscu leśnej bitwy) i Pakosławiu (miejscu tymczasowego pochówku “Bacy”. Ciało żołnierza, poległego w 1944 roku, zostało pochowane obok pomnika powstańców styczniowych. Dwa lata później nastąpiła ekshumacja zwłok i uroczysty pogrzeb w Kazanowie. Wypada wspomnieć, że w Kazanowie spoczywają także “Ośka“ i “Boryna“. Natomiast “Bula Matari“ został pogrzebany w Ciepielowie). Przy drodze Chotcza-Ciepielów znajduje się pomnik ku czci 900 cywilów zabitych przez Niemców za sprzyjanie Żydom i zgrupowaniu “Ośki”. Do tragedii tej nawiązuje też fabularyzowany dokument “Historia Kowalskich” (TVP 2009). Od 1991 roku wisi w Świesielicach tablica upamiętniająca Jana Gierasińskiego “Potęgę“. Innymi formami uczczenia ośkowców są książki Przemysława Bednarczyka (2007) i Marcina Dobronia (2011).


Natalia Julia Nowak,
22.05. - 26.06. 2016 r.


PS.
Postanowiłam sprawdzić, jak brzmiały teksty przysiąg poszczególnych organizacji konspiracyjnych. Czy były w nich widoczne różnice wynikające z odmiennej mentalności? Czy dałoby się z nich wypisać sformułowania charakterystyczne dla danego obozu politycznego? W przysiędze Armii Krajowej, zbrojnego ramienia rządu emigracyjnego, mówi się o Rzeczypospolitej Polskiej, Prezydencie RP, Naczelnym Wodzu i Dowódcy AK. W przysiędze Narodowych Sił Zbrojnych występuje termin “Wielka Polska”, który odnosi się do ostatecznego celu działalności ruchów endeckich i neoendeckich. W innej przysiędze znajdujemy wyrażenie “Sprawiedliwa Polska Ludowa”. Uwaga, psikus: nie jest ono elementem roty Armii Ludowej, tylko Batalionów Chłopskich! W tekście przysięgi AL w ogóle nie wspomina się o państwie (co wynika z faktu, że tradycyjni marksiści żądali likwidacji państwa i podziałów narodowościowych, a tymczasową “ojczyzną proletariatu” chcieli uczynić ZSRR). Przyrzeka się jednak “wyzwolenie” i “stanie na straży praw” Narodu Polskiego. We wszystkich czterech rotach zawarto zdanie dotyczące dochowywania tajemnic wojskowych. W przysiędze NSZ brzmi ono łagodnie, neutralnie i beztrosko. W przysiędze AK jest bardziej sugestywne, ale wciąż subtelne i pozbawione konkretów. W przysiędze AL zrezygnowano z owijania w bawełnę na rzecz walenia prosto z mostu. Natomiast w przysiędze BCh… Cóż, fragment o niezdradzaniu sekretów brzmi kuriozalnie, wręcz humorystycznie, jakby autor urwał się z choinki. Zresztą, zobaczcie sami. Narodowe Siły Zbrojne: “tajemnic organizacyjnych będę wiernie strzegł”. Armia Krajowa: “tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało”. Armia Ludowa: “dochowam tajemnicy wojskowej i nie zdradzę jej nawet wobec najokrutniejszych tortur”. Bataliony Chłopskie: “powierzonych mi tajemnic nie ujawnię przed nikim, nawet przed najbliższymi mi osobami”. Leżę i kwiczę. No, jak tu nie wierzyć złośliwcom, którzy twierdzą, że “PSL” to skrótowiec utworzony od nazwy “Partia Swoich Ludzi”?! Zgodnie z tym, co powiedział historyk Janusz Gmitruk w filmie dokumentalnym “Żelazne kompanie” (TVP 2002), wiejskie podziemie było niesamowicie hermetyczne. Do BCh przyjmowano wyłącznie kandydatów znanych, sprawdzonych i zaufanych. Nikt z zewnątrz nie miał tam prawa wstępu. Krótko mówiąc: stawiano na “swoich ludzi”. Głównie na członków przedwojennych ugrupowań ludowych.


PRZYPISY

[1] Wbrew pozorom, stolicą powiatu iłżeckiego nie była Iłża, tylko Starachowice, które w dniu wybuchu II wojny światowej nosiły nazwę Starachowice-Wierzbnik. Historia Starachowic to historia małej osady przemysłowej, która w pewnym sensie “podbiła” pobliskie miasteczko Wierzbnik i zajęła jego miejsce na mapie Polski. Ale o tym innym razem. Dziś już nie ma powiatu iłżeckiego, lecz jest powiat starachowicki, który od północy graniczy z powiatem radomskim, a od południa - z powiatem kieleckim. Gmina Iłża wchodzi w skład powiatu radomskiego. Jaka jest odległość ze Starachowic do Radomia? Mniej więcej taka, jak do Kielc. A do Warszawy? Mniej więcej taka, jak do Krakowa. Można zatem powiedzieć, że Starachowice znajdują się w “strefie wpływów” czterech większych miast: Radomia, Kielc, Warszawy i Krakowa. Dotyczy to zresztą całego regionu. Oto ciekawostka, którą znalazłam w artykule zatytułowanym “Stroje ludowe na Kielecczyźnie”: “Kielecczyzna to obszar przejściowy pomiędzy Mazowszem i Małopolską, stąd też wynika zróżnicowanie stroju ludowego - na północy noszono ubiory typu mazowieckiego, na południu zaś typu małopolskiego. (…) Na przełomie XIX i XX wieku na Kielecczyźnie występowały liczne odmiany stroju ludowego: strój świętokrzyski, strój kielecki, strój krakowski, strój sandomierski, strój radomski oraz strój opoczyński” (źródło: portal NaLudowo.pl). Starachowicom bliżej do Mazowsza niż do Małopolski. Miejscowość leży bowiem w północnej części województwa świętokrzyskiego.

[2] Z dzisiejszego punktu widzenia koalicja typu AK-AL-BCh wydaje się czymś zdumiewającym, egzotycznym, wręcz kontrowersyjnym. Jednak wtedy, podczas II wojny światowej, takie sojusze po prostu się zdarzały. Dowód: Republika Pińczowska (Kazimiersko-Proszowicka Rzeczpospolita Partyzancka). Załączam dwa cytaty opisujące ten lokalny fenomen. “Rzeczpospolita partyzancka obejmowała terytorium na lewym brzegu Wisły - powiat pińczowski i wschodnią część powiatu miechowskiego (na granicy dzisiejszych województw małopolskiego i świętokrzyskiego). (...) Powstanie Rzeczpospolitej Kazimiersko-Proszowickiej było efektem realizacji akcji ‘Burza‘, przewidującej - w związku z postępującą ofensywą Armii Czerwonej ze Wschodu na Zachód - podjęcie przez polskie podziemie zbrojnych działań lub wzmożonej dywersji przeciwko okupantowi niemieckiemu. (...) W trzeciej dekadzie lipca 1944 r., korzystając z faktu zbliżania się wojsk sowieckich nad Wisłę, polscy partyzanci opanowali niemieckie posterunki policji i żandarmerii w rejonie Pińczowa, a następnie zajęły samo miasto. Niemcy ewakuowali swoje urzędy, ściągnęli także posiłki, jednak nie odzyskali utraconego terytorium. (…) Południowa część partyzanckiej Rzeczpospolitej została opanowana przez AK; władzę pełnił tam komendant obwodu AK i delegat powiatowy rządu emigracyjnego. Na północnym obszarze przejętego przez partyzantów terenu, kontrolowanym przez AL i BCh, utworzono Powiatową Radę Narodową (z siedzibą w Pińczowie) z Józefem Maślanką na czele. (…) W pierwszych dniach sierpnia pod Skalbmierzem i Jaksicami doszło do zaciętych walk, które przesądziły o losie Rzeczpospolitej Kazimiersko-Proszowickiej. Wojska niemieckie ostatecznie zajęły partyzanckie terytorium 10 sierpnia 1944 r” (źródło: “Obchody 70. rocznicy powstania Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej”, portal historyczny Dzieje.pl). “Wspólnym wysiłkiem wyzwolony został obszar o powierzchni 1000 km2. Historyk Andrzej Solarz nazywa Republikę Pińczowską - Rzeczpospolitą Partyzancką. - Na tych terenach powstały głównie delegatury rządu londyńskiego. W Pińczowie była też władza bardziej lewicowa, poczta, wydziały oświaty, czyli pełna struktura państwa, już nawet nie podziemnego, ale w pełni jawnego. Flagi wisiały na domach, na urzędach - opowiada gość Jedynki. (…) Radość trwała niespełna trzy tygodnie, ale Teresa Znojek podkreśla, że to jej najwspanialsze wspomnienie wojenne. - Najważniejsze, że nie udałoby się to wszystko, gdyby nie współpraca wszystkich oddziałów partyzanckich, bez względu na ich przekonania i wizję przyszłej Polski - mówi gość Jedynki” (źródło: “Ewenement w historii. Republika Pińczowska”, serwis informacyjny PolskieRadio.pl). Efemeryda, o której rozmawiamy, jest tematem audiowizualnego reportażu “Republika” Krzysztofa Kąkolewskiego i Piotra Studzińskiego z 1969 roku. Bohaterowie materiału zaznaczają, że proklamowanie Republiki Pińczowskiej (Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej) było zbiorowym sukcesem Armii Krajowej, Armii Ludowej i Batalionów Chłopskich. Ciekawą próbę wypromowania akowsko-alowsko-bechowskiego “państewka” stanowi też szósty odcinek fabularyzowanego serialu dokumentalnego “Rozkaz sumienia” (TVP 2013). Epizod zatytułowany “Wyspa wolności” uwypukla analogię między losami Republiki Pińczowskiej (Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej) a losami Powstania Warszawskiego. W 2004 roku, czyli w 60. rocznicę świętokrzyskiego zrywu, otwarto Izbę Pamięci Republiki Pińczowskiej. Mieści się ona w Ośrodku Dziedzictwa Kulturowego i Tradycji Rolnej Ponidzia w Chrobrzu.

[3] Oto słowa, które wypowiedział historyk Marcin Sołtysiak w filmie dokumentalnym “Ośka” (cykl “Z archiwum IPN”, TVP 2009): “Franciszek Kamiński, komendant główny Batalionów Chłopskich, wydaje polecenie utworzenia nowej organizacji, która miała pokazać, że ludowcy mają siłę zbrojną i mogą skutecznie działać. (…) W ten ruch konspiracyjny włącza się także Jan Sońta ‘Ośka’, który - będąc w Warszawie wysokim oficerem w Komendzie Głównej - ma olbrzymie możliwości. Jedną z pierwszych akcji, w którą zaangażował się Jan Sońta i jego ludzie w ramach Oddziałów Specjalnych Batalionów Chłopskich funkcjonujących po wojnie, był atak, rozbicie kasy Stołecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego w Warszawie. W dniu 7 maja 1945 roku pięciu żołnierzy BCh, służących wówczas w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej, podjeżdża samochodem pod budynek, gmach, gdzie mieściła się kasa. Trzech z nich - kapitan Edward Ciesielski ‘Kula‘, Henryk Jakubczyk i porucznik Jan Rogoziński ‘Ostry’ - wysiadają, wchodzą do budynku, skąd zabierają ponad milion złotych. Pieniądze te poprzez łączniczki przekazują Tadeuszowi Szelągowi ‘Łedzie’, który przekazuje je dalej na cele organizacyjne”. Biorąc pod uwagę fakt, że Jan Sońta “Ośka” partycypował w tak poważnych operacjach, można powiedzieć, iż sam był Żołnierzem Wyklętym. Fascynujące jest to, że potrafił pogodzić tę rolę z rolą człowieka władzy (a nawet więcej niż człowieka władzy: funkcjonariusza aparatu przemocy). To trochę tak, jak z osławionym “kotem Schrodingera“, który może być martwy i żywy w tym samym czasie. Czyżbyśmy znaleźli kolejny dowód na istnienie zjawiska superpozycji?

[4] Druga fala zainteresowania Janem Piwnikiem “Ponurym” i możliwościami jego upamiętnienia miała miejsce w latach 80. XX wieku. W 1984 roku postawiono żołnierzowi pomnik w Wąchocku, maleńkim miasteczku (wówczas wsi) położonym 6 kilometrów na północny zachód od Starachowic. Posąg przedstawiający słynnego cichociemnego znajduje się w centrum miasta. Przejeżdżając przez Wąchock, po prostu nie można go nie zauważyć. “Ponury” został pochowany w białoruskiej wiosce Wawiórka, jednak w roku 1987 jego szczątki sprowadzono do Polski, a następnie pochowano z honorami w klasztorze cystersów w Wąchocku. Uroczystości pogrzebowe, które trwały trzy dni, odbyły się w 1988 roku. Nie da się ukryć, że była to jedna z największych manifestacji patriotycznych w historii powiatu starachowickiego/iłżeckiego. Zainteresowanym polecam film dokumentalny “Major Ponury (Jan Piwnik) - Ostatnia droga komendanta - Wąchock 1988” (YouTube, STARforever37). Inny wartościowy materiał, z którym wypada się zapoznać: “IPN TV pogrzeb Jana Piwnika ps. Ponury” (YouTube, IPNtvPL). W samych Starachowicach również pamięta się o Armii Krajowej, i to od dziesięcioleci. Weźmy na przykład tablicę pamiątkową, którą odsłonięto w 1976 roku w kruchcie kościoła Świętej Trójcy. Jej treść brzmi podniośle: “ŚP TYM, KTÓRZY W POTRZEBIE POSZLI W ŚWIĘTY BÓJ I ODDALI ŻYCIE ZA WIARĘ I OJCZYZNĘ, POLEGŁYM W WALKACH Z OKUPANTEM HITLEROWSKIM NA ZIEMI KIELECKIEJ ŻOŁNIERZOM: z Oddziału Wydzielonego ‘Hubala‘, ze Zgrupowań AK ‘Ponurego’ i ‘Nurta‘, z Oddziału AK ‘Szarego’ i ‘Potoka‘, z ochrony radiostacji AK insp. ‘Jacka‘, z Oddziału AK ‘Jędrusie‘, z Oddziału AK ‘Barabasza‘, z Oddziału BCh ‘Ośki‘, z Oddziałów ‘GL’ i ‘AL’ zamordowanym w Starachowicach. Synom ziemi kieleckiej, którym nie danym było do niej wrócić, poległym w drugiej wojnie światowej na wszystkich frontach świata. Zamordowanym w więzieniach oraz obozach koncentracyjnych. TOWARZYSZE BRONI I SPOŁECZEŃSTWO STARACHOWIC 1976 R” (źródło: publikacja “Tablice pamiątkowe” dostępna na stronie internetowej UM Starachowice). W 1983 roku zawieszono na ścianie kościoła Wszystkich Świętych tablicę upamiętniającą poległych partyzantów Antoniego Hedy “Szarego”. Najstarszą tablicą “akowską” jest ta, która przypomina o zamachu na gestapowca Erika Schutza, jaki przeprowadzili żołnierze podobwodu “Wola” Armii Krajowej (wydarzenie z 1944 roku). Została ona przytwierdzona do ściany jednego z budynków przy ulicy Rynek. Kiedy się tam pojawiła? 27 stycznia 1957 roku, czyli trzy miesiące po odwilży październikowej. Sam napis jest przyzwoity, jednak wygrawerowany Orzeł Biały powinien wreszcie odzyskać koronę. [Wiadomość z ostatniej chwili! 18 czerwca 2016 roku odsłonięto w Starachowicach ławeczkę Zdzisława Rachtana “Halnego”, sławnego podkomendnego Jana Piwnika “Ponurego”. To właśnie “Halny” przyczynił się do budowy kapliczki na Wykusie i pomnika “Ponurego” w Wąchocku. Odpowiadał też za sprowadzenie zwłok Piwnika do Ojczyzny. Autorem rzeźby Rachtana jest Karol Badyna, profesor Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. Więcej na ten temat przeczytacie w newsach: “Piękna ławeczka Halnego stanęła w Starachowicach” (Kazimierz Cuch, elektroniczna edycja kieleckiego “Echa Dnia“) i “W Starachowicach upamiętnią Zdzisława Rachtana ‘Halnego’” (portal Onet.pl)]

[5] O nieznanych, pozytywnych aspektach działalności Mieczysława Moczara “Mietka” (Mykoły Demki, Mikołaja Diomki) pisałam w artykule “Zastać Polskę ludową, a zostawić narodową”. Poruszałam tę tematykę również w tekstach “Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!” i “Stanisław Skalski. Lotnik, bohater, nacjonalista”. Upieram się przy stanowisku, że dla Polski byłoby lepiej, gdyby następcą Władysława Gomułki został właśnie Moczar, a nie kosmopolita Edward Gierek. Pod rządami “Mietka” rozwijałby się w Polsce nacjonalizm, antysyjonizm, antybanderyzm, antygermanizm, militaryzm i ruch przeciwko polonofobii. Możliwe byłyby także pierwsze próby upamiętnienia bohaterów NSZ (gwoli jasności: Mieczysław Moczar utrzymywał, że niektórzy eneszetowcy kolaborowali z Niemcami, ale pozostali byli OK i dlatego należy im się szacunek. Nie słyszałam, żeby jakikolwiek inny komunista wysuwał podobne postulaty. Zdaje się, że “Mietek“ był pierwszy i ostatni). Pozwolę sobie przytoczyć intrygujące słowa prof. Pawła Wieczorkiewicza: “Człowiek, który strzelał się z żołnierzami Narodowych Sił Zbrojnych i występował, co się nie udało tym razem, za uznaniem eneszetowców za kombatantów” (wypowiedź z 15 stycznia 2007 roku. Link do podcastu znajduje się w artykule “Dlaczego kat AK nie został I sekretarzem?” zamieszczonym w serwisie PolskieRadio.pl). Dorzucę jeszcze zdanie z pewnej publikacji dziennikarskiej: “Gdy kilka lat później zasiadł na fotelu ministra spraw wewnętrznych, walczył o uznanie bojowników AK i NSZ za kombatantów” (Rafał Natorski, “Odpowiadał za torturowanie i mordowanie żołnierzy podziemia”, Facet.wp.pl). To tyle o Moczarze. Teraz trochę o jego rywalu. Otóż Gierek był prototypem Tuska. Miłośnikiem cudzoziemszczyzny, postępackim jewropejczykiem, osobnikiem lekkomyślnym i krótkowzrocznym. Nie miał w sobie nic z narodowca. Poza tym, zrujnował polską gospodarkę, a jego długi trzeba było spłacać do roku 2012.

[6] Iwańczyk to kolejne zbowidowsko-moczarowskie dziwadło rzucające wyzwanie logice klasycznej. Człowiek ten (urodzony i zmarły w Jasieńcu Iłżeckim Górnym) rozpoczął działalność konspiracyjną w ZWZ-AK, ale potem zorganizował lewicową bojówkę “Świt”, która następnie przyrzekła wierność GL/AL. Wyraźnie rozczarował się Armią Krajową, lecz zachował do niej pewien sentyment, co widać w książce “Echa puszczy jodłowej”. Do tego kociołka dosypywał jeszcze trwałe, szczere, nieskrywane uznanie dla Batalionów Chłopskich. Był skomplikowaną, dwuznaczną postacią. Przypominał Mieczysława Moczara, który - jakkolwiek szokująco to zabrzmi - w czasie wojny miał pewne związki z AK i BCh. Bo Moczar, moi drodzy Czytelnicy, dowodził kiedyś koalicją AL-AK-BCh-Sowieci, która starła się z Niemcami pod Rąblowem (Lubelszczyzna, okolice Puław, 14 maja 1944 roku). Bitwa oficjalnie uchodzi za nierozstrzygniętą, jednak historycy potwierdzają, że żołnierze Armii Ludowej, Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i ZSRR zadali wówczas Niemcom ogromne straty. Później, jak wiemy, “Mietek” stał się prześladowcą akowców. Jako szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi splamił swoje ręce krwią wielu patriotów (o tych mrocznych, ubeckich czasach opowiada audycja RWE i drugoobiegowa książka “Byłem więźniem Moczara”). Po roku 1956 Mieczysław Moczar z powrotem został przyjacielem Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Niestrudzenie promował te organizacje w życiu publicznym. Wiadomo, że szukał sobie poparcia, bo chciał zostać I sekretarzem KC PZPR, ale dzięki swoim staraniom popchnął peerelowską politykę historyczną na właściwe tory. Życiorysy takich osób, jak Mieczysław Moczar czy Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk “Wiślicz”) są niesłychanie trudne do ocenienia. Trzeba je rozbijać na drobne kawałeczki i dokładnie wskazywać, co jest chwalebne, a co karygodne. Ilekroć o tym myślę, przypomina mi się piosenka “Karma Chameleon” brytyjskiego zespołu Culture Club: “Kameleon karmy. Przychodzisz i odchodzisz. Przychodzisz i odchodzisz. Miłość byłaby łatwa, gdyby Twoje kolory były jak w moich snach. Czerwony, złoty i zielony. Czerwony, złoty i zielony” (czerwony - AL, złoty - AK, zielony - BCh). Skoncentrujmy się jednak na Iwańczyku. Niestety, lewicowy partyzant z Jasieńca Iłżeckiego Górnego również był “kameleonem karmy”. On też potrafił być podły wobec akowców. Zdarzało się, że nie oszczędzał nawet zmarłych, którzy nie mogą się już bronić*.

* Aby się o tym przekonać, należy zajrzeć do artykułu “Czterdziesty pierwszy męczennik” (autor: Grzegorz Sado. Tekst ukazał się pierwotnie w “Naszym Dzienniku” z 28 listopada 2009 roku. Kopię materiału zamieszczono w prawicowym serwisie IAP - Interaktywna Polska). Publikacja traktuje o losach księdza Stanisława Domańskiego “Cezarego“, wikariusza kościoła Świętego Zygmunta w Siennie (powiat iłżecki). Przed wojną Domański, świeżo wyświęcony duchowny, był lokalnym społecznikiem, przyjacielem młodzieży, autorytetem miejscowej ludności. Podczas okupacji niemieckiej służył jako kapelan ZWZ-AK, współpracował z oddziałem Antoniego Hedy “Szarego”. W roku 1945 kapłan zdecydował się kontynuować działalność konspiracyjną, tym razem wymierzoną w reżim stalinowski. Założył antykomunistyczną organizację podziemną, która dzisiaj uchodzi za jedno z wcieleń ROAK - Ruchu Oporu Armii Krajowej. Pod tym pojęciem rozumie się lokalne ugrupowania poakowskie, które “nie miały (…) scentralizowanego kierownictwa politycznego i organizacyjnego”. Oddział “Cezarego” był fenomenem w skali Kraju. Sam dowódca, jako ksiądz, nigdy nie uczestniczył w akcjach zbrojnych, ograniczając się wyłącznie do walki propagandowej. Natomiast jego podwładni, świeccy żołnierze, prowadzili coś w rodzaju “dorywczej” działalności partyzanckiej. Nie mieszkali w lasach, tylko w normalnych domach, zupełnie jak cywilni konspiratorzy. Wszystko wskazuje na to, że byli także najbardziej pacyfistyczną grupą Żołnierzy Wyklętych w Polsce Ludowej. Grzegorz Sado pisze wprost: “Ksiądz Stanisław Domański akceptował działalność o charakterze samoobrony, a nigdy nie dopuszczał do bezsensownego rozlewu krwi. W wyniku działalności jego organizacji po stronie sił represji nie zginął ani jeden człowiek”. Partyzanci “Cezarego” dokonywali ataków na posterunki milicji, obezwładniali wrogów, wykradali im broń, czasem nawet strzelali w nogi, ale zawsze postępowali w taki sposób, żeby nikogo nie zabić. Śmiertelnie poważnie traktowali etykę chrześcijańską i zalecenia samego Domańskiego (proszę o wybaczenie, ale ich styl przywodzi mi na myśl dramat sensacyjny “Rambo: Pierwsza Krew” Teda Kotcheffa. Zauważmy, że w całym filmie - pełnym wybuchów, strzelanin i pościgów - nie dochodzi do żadnego zabójstwa. Jedyny zgon, jaki widzimy na ekranie, to nieszczęśliwy wypadek z udziałem policjanta, który po prostu wypada z helikoptera). Historia dzielnego duchownego kończy się w roku 1946. Właśnie wtedy ksiądz Domański został postrzelony, a następnie dotkliwie pobity przez starachowickich ubeków. Czy bezpieka chciała go zgładzić? Nie wiadomo. Pewne jest tylko to, że po skończonej “robocie” funkcjonariusze UB przetransportowali kapłana z Sienna do Starachowic. Zawieźli go do szpitala miejskiego. Niby próbowali pomóc rannemu, ale niezbyt gorliwie, gdyż brutalnie ciągnęli go za nogi po ziemi. “Cezary” zmarł w starachowickim szpitalu, dokładnie w święto Czterdziestu Męczenników. Kilka tygodni po jego śmierci przybył do Sienna wojewoda kielecki. Podczas przemówienia w remizie strażackiej “wyciągnął pistolet, pokazał go zebranym i oświadczył, że broń ta należała do ks. Domańskiego, który przy jej pomocy dokonywał napadów oraz mordował funkcjonariuszy UB i MO”. Było to rażące oszczerstwo, i to wyjątkowo krzywdzące, gdyż dzielny duchowny nigdy nikogo nie drasnął. Zgadnijcie jednak, kim był ów wojewoda kielecki. Tak, macie rację. Był to Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk “Wiślicz”). Człowiek, który sam miał za sobą akowską przeszłość. Tym, którzy pragną dokładniej poznać dzieje “Cezarego”, polecam film dokumentalny “Ksiądz Stanisław Domański”. Produkcja wchodzi w skład cyklu “Z archiwum IPN” (TVP 2008).

[7] Dziś już wiadomo, jaki los spotkał po wojnie przynajmniej jednego z tych cudzoziemców. Przypadek został opisany w pracy naukowej “Utracone dzieciństwo w świetle wspomnień i dokumentów świadków historii z czasów II wojny światowej” Katarzyny Dąbrowskiej, Martyny Kieruzel i Krystyny Pęksyk (Radom 2011. Publikacja, przygotowana pod kierunkiem dr Elżbiety Orzechowskiej, wzięła udział w XV edycji konkursu “Historia Bliska” 2010/2011). Otóż Szaława Gogiebaszwili “Polityk” powrócił do ZSRR. W ojczyźnie doświadczył bolesnej niesprawiedliwości: został uznany za zdrajcę narodu i zesłany do obozu pracy. Gdy wyszedł z łagru, postanowił odnaleźć swoich polskich kolegów, dawno niewidzianych partyzantów Batalionów Chłopskich. W październiku 1963 roku wysłał do Polski list adresowany do Tadeusza Wojtyniaka “Bacy”. Nie zdawał sobie sprawy z faktu, że “Baca” zginął prawie 20 lat wcześniej. Usłyszał o tym dopiero w roku 1965, kiedy przyjechał do PRL i spotkał się ze starymi znajomymi w redakcji radomskiego “Słowa Ludu”. Gogiebaszwili wykorzystał swój pobyt w Polsce najpełniej, jak potrafił. Odwiedził miejsca polskiej martyrologii oraz gospodarstwa Wojtyniaków i Gołąbków. Nie zabrakło go również na wieczornym ognisku, podczas którego były śpiewane partyzanckie pieśni i omawiane wydarzenia z czasów okupacji hitlerowskiej. W wielkim spotkaniu z “Politykiem” uczestniczyła m.in. Bogusława Wojczakowska. To właśnie ta kombatantka, była działaczka LZK (Ludowych Zespołów Kobiecych, Ludowego Związku Kobiet) opowiedziała całą historię autorkom opracowania “Utracone dzieciństwo…”. Nie zaszkodzi wspomnieć, że ojciec Wojczakowskiej był jednym z najbliższych współpracowników “Bacy”. Rodzina Bogusławy często udzielała gościny żołnierzom “Ośki”. Niejednokrotnie dawała także schronienie Żydom ukrywającym się przed nazistami.

[8] Chociaż Brygada Świętokrzyska NSZ popełniła inny błąd. Chłopcy, którzy przez tyle lat dzielnie walczyli z Niemcami, ostatecznie wyszli z Polski wraz z wycofującą się armią niemiecką (potwierdza to nawet oficjalna witryna internetowa Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Gdzie? W notce reklamującej album “Brygada Świętokrzyska NSZ w fotografiach i dokumentach“ Leszka Żebrowskiego. Wersję tę podtrzymuje również Elżbieta Cherezińska, autorka powieści “Legion“, w rozmowie z Tadeuszem M. Płużańskim. Wywiad opublikowano w wirtualnym wydaniu “Super Expressu“). To było bardzo nieromantyczne. Ja na ich miejscu pozostałabym w Polsce, kontynuowałabym antystalinowskie zmagania. Gdybym doszła do wniosku, że nie mam żadnych szans w konfrontacji z NKWD-UB, popełniłabym honorowe samobójstwo. Owszem, poniosłabym klęskę. Ale umarłabym przekonana, że “zachowałam się jak trzeba”. W mojej hierarchii wartości Honor stoi wyżej niż Życie. Idealizm jest mi bliższy niż pragmatyzm (jestem taka nienowoczesna, niepraktyczna, nieeuropejska! Co gorsza, cenię Józefa Becka, wbrew modnym ostatnio tezom Piotra Zychowicza! I nie, nie potępiam wybuchu Powstania Warszawskiego! Oto ja, reinkarnacja Wandy, co nie chciała Niemca!). Wiem, że wielu akowców, obawiających się schwytania przez gestapo, nosiło przy sobie ampułkę z cyjankiem potasu. Józef Kuraś “Ogień” (Żołnierz Wyklęty, były bechowiec, kontrowersyjna postać) odebrał sobie życie, kiedy został otoczony przez UB i KBW. Emilia Malessa “Marcysia”, wdowa po Janie Piwniku “Ponurym”, popełniła samobójstwo, gdy uświadomiła sobie, że została oszukana przez Józefa Różańskiego (to było tak: naiwna Malessa, uwierzywszy w zapewnienia ubeka, “wsypała” członków I Komendy Zrzeszenia “Wolność i Niezawisłość”. Antykomuniści zostali aresztowani, chociaż mieli uniknąć jakichkolwiek represji). Decyzja “Marcysi” przypominała - pod względem ideowym, symbolicznym - japońskie harakiri/seppuku. Chodziło w niej przecież o to, aby poświadczyć własną krwią, iż miało się czyste intencje. Wracając do Brygady Świętokrzyskiej: doceniam fakt, że eneszetowcy wyzwolili żeński obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie. Podobno uratowane kobiety “w dowód wdzięczności podarowały im serduszka uszyte z pasiaków” (Marta Brzezińska-Waleszczyk, “Pięć lektur na długi weekend”, portal Fronda.pl). To akurat było romantyczne. Oby więcej takich happy endów!


ZASKAKUJĄCA CIEKAWOSTKA

Na Kielecczyźnie był możliwy układ AK-AL-BCh, ale bez udziału NSZ. Tymczasem na Porytowym Wzgórzu, gdzieś na Równinie Biłgorajskiej, walczyły pod jednym sztandarem: AK, AL, BCh, NOW-AK i partyzantka radziecka. NOW (Narodowa Organizacja Wojskowa) to prekursorka NSZ. W 1974 roku stanął na Porytowym Wzgórzu okazały pomnik autorstwa Bronisława Chromego. Przedstawia on m.in. pięciu żołnierzy wyglądających jak superbohaterowie. Cała ta historia jest tak osobliwa, że można ją uznać za błąd w Matriksie. Przywodzi mi ona na myśl pewną powtarzalną sekwencję z dziecięco-młodzieżowego serialu “Mighty Morphin Power Rangers”. Sekwencję, w której pięć potężnych robotów bojowych (Mastodont, Pterodaktyl, Triceratops, Tygrys Szablozębny i Tyranozaur) łączy się w superpotężnego Megazorda, żeby zadać wrogowi ostateczny cios. Każda z tych maszyn ma inny kształt i kolor. Razem są jednak niepokonane. [Fotografia pomnika wzniesionego na Porytowym Wzgórzu: Garnek.pl/olalli/14523383/porytowe-wzgorze-lasy-janowskie]

Bohaterka na miarę Pileckiego i Moczarskiego

Autor: njnowak | Kategorie: Historia, Inne, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: auschwitz, birkenau, brzezinka, gestapo, historia, irma grese, kazimierz moczarski, komunizm, maria mandel, maria mandl, nazizm, niemcy, oświęcim, patriotyzm, polska, prl, stalinizm, stanisława rachwał, stanisława rachwałowa, ub, urząd bezpieczeństwa, win, witold pilecki, wojna, wolność i niezawisłość, żołnierze wyklęci
26. kwietnia 2016 05:57:00

Muzyczne motto

“A jeśli oni zechcą czegoś spróbować,
my będziemy próbować mocniej.
A jeśli oni zechcą pokonać dystans,
my zajdziemy dalej.
A jeśli oni zechcą
trzymać się tego do końca czasu,
wówczas my będziemy walczyć dłużej.
Bo co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Tchórze zawsze chcą rządzić resztą,
uciskając nas swoimi poglądami
i mówiąc, że wiedzą lepiej.
Oni się nas boją,
bo wiedzą, że jesteśmy niezależni
i nie troszczymy się o ich zasady,
nie troszczymy się o to, co myślą”


Jenny Woo - “Stronger“,
tłum. Natalia J. Nowak




Patriotka godna pomnika

Stanisława Rachwał (Stanisława Rachwałowa z domu Surówka) to postać łącząca w sobie najlepsze cechy Witolda Pileckiego i Kazimierza Moczarskiego. Bez wątpienia jest jedną z najdzielniejszych Polek wszech czasów. Jednostką, która nie tylko dorównuje wielu popularniejszym od siebie Bohaterkom, ale wręcz przewyższa je niezłomnością i skutecznością. Niestety, dotychczas nie została nawet w połowie doceniona tak, jak na to zasługuje. Wciąż pozostaje postacią mało znaną: niedostrzeżoną, zapomnianą, ukrytą w cieniu mniej zasłużonych konspiratorek lat 1939-1956. Taki stan rzeczy to wielka niesprawiedliwość. Lecz czy na pewno wyrok? Możemy przecież wziąć sprawy w swoje ręce. Możemy sami powalczyć o godne upamiętnienie Rachwałowej. Jeśli my tego nie zrobimy, to kto? Nic samo się nie zdziała: nie zbierzemy plonów, dopóki nie uświadomimy sobie, że wcześniej trzeba zasiać ziarno. A nasza Bohaterka to postać fenomenalna. Dwukrotnie zatrzymana i katowana przez gestapo. Więziona w trzech obozach koncentracyjnych (Auschwitz-Birkenau, Ravensbruck i Neustadt-Glewe). Po wojnie aresztowana przez UB, poddawana torturom i skazana na karę śmierci. Zdolna, wpływowa i ceniona działaczka Polskiego Państwa Podziemnego. Uczestniczka ruchu oporu w Generalnym Gubernatorstwie, Oświęcimiu-Brzezince i Polsce Ludowej. Członkini ZWZ-AK i WiN. Patriotka godna pomnika. Wzór do naśladowania dla kobiet i mężczyzn.


Z okolic Lwowa

Według różnych źródeł, Stanisława Surówka, czyli późniejsza Rachwałowa, przyszła na świat w roku 1903 lub 1906[1]. Dużo informacji na jej temat zgromadził IPN-owski historyk Filip Musiał, który poświęcił naszej Bohaterce co najmniej dwa popularnonaukowe artykuły: “Stanisława Rachwałowa: Bohaterka podziemia - prześladowana przez Niemców i komunistów” (opublikowany w “Dzienniku Polskim” i w serwisie Nowa Historia należącym do Grupy Interia) oraz “Pilecki w spódnicy” (zamieszczony w broszurze “Żołnierze Wyklęci”, dodatku specjalnym do “Gazety Polskiej” z 3 marca 2010 roku). Musiał podaje, że Stanisława Rachwał pochodziła z Kresów Wschodnich, a dokładniej z miejscowości Rudki niedaleko Lwowa. Wychowała się w patriotycznej rodzinie, ukończyła lwowskie Gimnazjum Sióstr Urszulanek. Miłością jej życia okazał się Zygmunt, oficer Wojska Polskiego i Policji Państwowej, z którym wzięła ślub i któremu urodziła dwie córki: Krystynę i Annę (różnica wieku między dziewczętami wynosiła trzy lata). Gdy wybuchła wojna, Zygmunt Rachwał został pojmany przez sowieckich agresorów. Na wiele lat słuch po nim zaginął. O tym, co się stało z mężem, Stanisława dowiedziała się długo po zakończeniu konfliktu zbrojnego. Otóż Zygmunt nie tylko przeżył okres uwięzienia, ale również zdołał wstąpić do armii generała Andersa. Niestety, ciężka choroba uniemożliwiła mu powrót do domu. Żołnierz zmarł na gruźlicę w 1943 roku. Miało to miejsce na terenie Palestyny.


Krakowska twardzielka

Zimą 1939 roku Stanisława Rachwałowa, teraz już mieszkająca w Mieście Królów Polskich, rozpoczęła antyniemiecką działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej. Wstąpiła w szeregi kontrwywiadu Okręgu Kraków ZWZ, a jej bezpośrednim przełożonym został Jan Hartwig “Cyprian”. W tamtym okresie Rachwał posługiwała się pseudonimami “Herbert” (lub “Herburt”), “Herburta”, “Rysiek” i “Ryś”. Była bardzo skuteczną konspiratorką, o czym świadczy fakt, że szczegóły jej działalności wciąż pozostają dla historyków tajemnicą. W kwietniu 1941 roku Stanisława została po raz pierwszy aresztowana przez gestapo. Jej zatrzymanie miało związek ze sprawą Aleksandra Bugajskiego “Halnego”, przywódcy krakowskiego oddziału Związku Odwetu ZWZ. Niemieccy śledczy bynajmniej nie patyczkowali się ze swoją aresztantką. Jak wynika z relacji Rachwałowej, cytowanej przez Filipa Musiała, hitlerowscy oprawcy sięgali po niedozwolone metody interrogacji: bicie, kopanie, rozbieranie do naga. W wyniku tortur kobieta straciła dziewięć zębów. Mimo udręki, nie wyjawiła gestapowcom żadnych istotnych informacji. Zdołała ich nawet przekonać, że nigdy nie należała do ruchu oporu. Pod koniec maja Związek Walki Zbrojnej wykupił naszą Bohaterkę z więzienia. Nieustraszona Rachwał powróciła do działalności podziemnej, co przypłaciła kolejnym aresztowaniem w październiku 1942 roku. Naziści pastwili się nad nią aż do grudnia.


W Oświęcimiu-Brzezince

Filip Musiał pisze, że Niemcy nie dali się oszukać po raz drugi. Pewni, że schwytali prawdziwą konspiratorkę, wysłali ją do obozu koncentracyjnego Auschwitz, a ściślej do obozu kobiecego funkcjonującego w ramach Auschwitz II - Birkenau. Było to miejsce zarządzane przez bezwzględną Marię Mandel (Marię Mandl)[2]. Stanisława otrzymała status więźniarki politycznej, kazano jej nosić znaczek przedstawiający literę “P” w czerwonym trójkącie. Na jej przedramieniu wytatuowano numer obozowy 26281. Rachwałowa przeżyła w Oświęcimiu-Brzezince bardzo dużo. Przeszła tyfus plamisty, przepracowała trochę czasu w rozmaitych komandach. Trudne warunki i bolesne doświadczenia nie zniechęciły jej jednak do działalności konspiracyjnej. Nasza Bohaterka bez wahania dołączyła do obozowego podziemia. Od kwietnia 1943 roku miała szerokie pole do działania, gdyż zaangażowano ją do sporządzania kartotek rzeczy odebranych więźniom. Rachwał potajemnie pisała wówczas raporty, które dotyczyły poszczególnych transportów przybywających do lagru. Utrzymywała kontakt z konspiratorami w obozie męskim, przekazywała im podsłuchane lub wyczytane w gazetach informacje o charakterze politycznym i wojskowym. W styczniu 1945 roku Stanisława znalazła się wśród więźniarek ewakuowanych do KL Ravensbruck. Później była przetrzymywana w KL Neustadt-Glewe, skąd ostatecznie wyswobodzili ją alianci. Odzyskawszy wolność, przez trzy tygodnie leczyła się w angielskim szpitalu.


Genialna wywiadowczyni

Wiosna 1945 roku to początek nowej okupacji. Sowieci, którzy rzekomo wyzwolili naszą Ojczyznę, wcale nie zamierzali jej opuścić. Przeciwnicy nowego porządku, a także ludzie niewygodni dla władzy komunistycznej, stawali się ofiarami brutalnych prześladowań. Wielu Polaków dostrzegało konieczność kontynuacji działalności konspiracyjnej. Do takich osób należała Stanisława Rachwałowa. Według Filipa Musiała, nasza Bohaterka przybyła do Ojczyzny pod koniec maja, a pod koniec czerwca była już zaangażowana w prace podziemia antykomunistycznego. Najpierw związała się z Delegaturą Sił Zbrojnych na Kraj. Potem wstąpiła do powstałego na bazie DSZ Zrzeszenia “Wolność i Niezawisłość”. Rachwał przyjęła pseudonim “Zygmunt” i zajęła się gromadzeniem wszelkich informacji o nowym reżimie. Interesowały ją sprawy polityczne, gospodarcze i wojskowe, działalność bezpieki, milicji i urzędów, postępowanie konkretnych funkcjonariuszy, planowane akcje przeciwko dysydentom, nastroje panujące wśród samych aparatczyków. Zdobytą wiedzę przekazywała swoim przełożonym z Brygad Wywiadowczych WiN. Nasza Bohaterka stała na czele siatki liczącej co najmniej dwanaście osób. Pracowali dla niej ludzie zatrudnieni m.in. w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Cenzurze Wojskowej, Sądzie Grodzkim i Urzędzie Wojewódzkim. Stanisława wiedziała, co się dzieje w Krakowie, w Warszawie, na Podhalu i na Śląsku. Budowała też sieć wywiadowczą na Pomorzu i w Polsce centralnej.


Między życiem a śmiercią

Jak podaje Musiał, w drugiej połowie 1946 roku funkcjonariusze UB założyli w mieszkaniu naszej Bohaterki “kocioł“ (rodzaj zasadzki). Rachwałowa, powiadomiona o czekającej na nią pułapce, schroniła się w tajnym lokalu podziemia, a później wyjechała do Warszawy. Czy wiedziała, że Krystyna Żywulska, koleżanka z Auschwitz-Birkenau, u której zdecydowała się zamieszkać, jest żoną prominentnego ubeka Leona Andrzejewskiego? Trudno powiedzieć. W każdym razie, Stanisława przed uwięzieniem zdążyła jeszcze zrobić jedną rzecz: udać się na Pomorze w celu udzielenia instrukcji członkom nowo utworzonej przez siebie siatki wywiadowczej. Sama chciała uciec na Zachód, miała już nawet przygotowaną drogę przerzutową. Gdy wróciła do Warszawy, zrządzeniem losu spotkała na ulicy Andrzejewskiego, który ją rozpoznał i postanowił aresztować. Kobieta została zatrzymana na dzień przed planowaną emigracją. Potem było więzienie, jedenastomiesięczne tortury i sfingowany proces. Początkowo skazano ją na dożywocie, ale wyrok ten nie spodobał się warszawskim elitom, toteż zamieniono go na karę śmierci. Bolesław Bierut podjął jednak decyzję o przywróceniu poprzedniego wyroku. Rachwał spędziła w stalinowskich kazamatach dziesięć lat. “Zaliczyła” Warszawę, Kraków, Fordon, Inowrocław i szpital więzienny w Grudziądzu. Odzyskała wolność na fali odwilży gomułkowskiej. Po roku 1956 nie prowadziła żadnej działalności politycznej. Ani oficjalnej, ani opozycyjnej.


Pilecki i Moczarski

Dzieje Stanisławy Rachwał są łudząco podobne do dziejów Witolda Pileckiego. Bohaterska postawa podczas drugiej wojny światowej, udział w lagrowym ruchu oporu, tworzenie raportów, aktywność wywiadowcza w Polsce Ludowej, ubeckie tortury, niezasłużony wyrok śmierci… Wszystko się zgadza. Rachwałowa i Pilecki pochodzili z patriotycznych rodzin, żyli na Kresach Wschodnich, mieli po dwoje dzieci. Witold był przez pewien czas żołnierzem generała Andersa, zupełnie jak mąż Stanisławy. Ale losy Rachwałowej wykazują również duże podobieństwo do losów Kazimierza Moczarskiego. Mężczyzna ten był oficerem Armii Krajowej zajmującym się głównie informacją i propagandą. Po wojnie został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa, obciążony fałszywymi zarzutami, poddany okrutnym praktykom i skazany na karę śmierci, którą później zamieniono na dożywocie. Moczarski spędził ponad dziesięć lat w komunistycznym więzieniu, wyszedł na wolność w wyniku odwilży październikowej. To właśnie on jest autorem słynnej listy “49 rodzajów tortur stosowanych przez UB“. Warto wiedzieć, że Moczarski był męczony nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Przykładowo, osadzono go w jednej celi z esesmanem Jurgenem Stroopem, niemieckim zbrodniarzem wojennym odpowiedzialnym za likwidację getta warszawskiego. Kazimierz opisał potem to doświadczenie w swojej książce “Rozmowy z katem“. No dobrze, ale cóż to ma wspólnego z historią Rachwałowej?


Krwawa Mary

Aby znaleźć odpowiedź na postawione wyżej pytanie, trzeba zerknąć kilka akapitów wstecz i zatrzymać się przy nazwisku Marii Mandel (Marii Mandl). Co wiadomo o tej osobie? Zajrzyjmy choćby do artykułu “W obozie nazywali ją ‘bestią‘. Po wojnie trafiła do tego samego więzienia, co jej ofiary” zamieszczonego w serwisie Wirtualna Polska. Autor tekstu pisze, że Maria Mandel przyszła na świat 10 stycznia 1912 roku w austriackiej miejscowości Munzkirchen. Gdy jej kraj został wcielony do Trzeciej Rzeszy, wyjechała w głąb państwa zaborczego, do niemieckiego Monachium. Jako zwolenniczka nazizmu, wstąpiła do załogi SS i podjęła pracę w obozach koncentracyjnych. Najpierw służyła w Lichtenburgu, później w Ravensbruck, aż w końcu w Auschwitz-Birkenau, do którego przybyła jesienią 1942 roku. Mandel już w Ravensbruck dała się poznać jako wyjątkowa sadystka, uwielbiająca zadawać bliźnim ból. Często biła więźniarki: do krwi, do utraty przytomności. Według jednego ze świadków, najchętniej celowała w “dolną część brzucha”. Na domiar złego, kazała osadzonym chodzić boso po żwirze. W Auschwitz-Birkenau zachowywała się równie okrutnie. Uczestniczyła także w selekcjonowaniu ludzi do komór gazowych. Miała romans z inną nadzorczynią, Irmą Grese, która nosiła przy sobie “wysadzany perłami pejcz“. Po wojnie Mandel wylądowała w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Tam spotkała i rozpoznała swoją dawną ofiarę, Stanisławę Rachwał. Ona też ją zidentyfikowała.


Pod jednym dachem

Rachwałowa, niegdysiejsza więźniarka Oświęcimia-Brzezinki, została zmuszona do zamieszkania pod jednym dachem ze swoją byłą oprawczynią. A właściwie oprawczyniami, bo oprócz Marii Mandel przebywały tam również inne niemieckie zbrodniarki, np. Therese Brandl. Po latach, już na wolności, nasza Bohaterka uwieczniła swoje przeżycia w utworze wspomnieniowym “Spotkanie z Marią Mandel”. Praca powstała w roku 1965, a dwadzieścia pięć lat później doczekała się druku na łamach periodyku “Przegląd Lekarski - Oświęcim”[3]. Zweryfikowane i skomentowane fragmenty tekstu można znaleźć w artykule “Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau cz. 6. Życie w więzieniu” Stanisława Kobieli. Autor zamieścił go na swojej stronie internetowej TajemniceHistorii.pl. Ze wspomnień Rachwałowej, cytowanych i omawianych przez Kobielę, dowiadujemy się, jak wyglądało więzienne życie skazanych nazistek i ich relacje z polskimi osadzonymi. Czy sytuacja, w której kaci i ofiary zostają ze sobą zrównani, może być łatwa dla którejkolwiek ze stron? Czy wspólna walka o przetrwanie, a nieraz nawet zamiana ról między dominującymi a zdominowanymi, przekształca coś w ludzkiej świadomości? Publikacja “Proces załogi…”, zawierająca fragmenty utworu Stanisławy, udziela nam arcyciekawych odpowiedzi na te pytania. W następnych akapitach postaram się krótko zreferować rzeczony tekst. Opowiedzieć, jak to było ze spotkaniem Rachwałowej z hitlerowskimi przestępczyniami wojennymi.


Potęga resentymentu

Gdy Stanisława zobaczyła w więzieniu Marię Mandel, ogarnęło ją uczucie mściwej satysfakcji. Był to widok, o którym w Auschwitz-Birkenau mogła tylko pomarzyć. Oto Maryśka: wtedy pani życia i śmierci, obecnie odizolowana od świata kajdaniara. Jeszcze kilka lat temu dręczyła niewinnych ludzi, a dziś musi szorować na kolanach “więzienne flizy“. Obok niej haruje w pocie czoła Johanna Langefeld[4]. Rachwałowa bynajmniej nie zamierzała się litować nad swoimi germańskimi współwięźniarkami. Kiedy znalazła sposób na zaszkodzenie Mandel, bez wahania przystąpiła do akcji. To ona stała za przeniesieniem nazistki do gorszej celi (wcześniej MM siedziała w “wolnej celi roboczej“). Maria, niegdyś patrząca na Stanisławę z wyższością, teraz zaczęła się jej bać. Tym bardziej, że Rachwałowa, jako świadek hitlerowskiego ludobójstwa, mogła złożyć obciążające ją zeznania i wbić jej ostatni gwóźdź do trumny. Nie dało się ukryć, że skończyły się czasy, w których Mandel była górą, a Rachwał dołem. Sytuacja uległa odwróceniu. Jakże wielka i groźna jest potęga resentymentu! To właśnie resentyment zagrzmiał niczym grom, gdy nasza Bohaterka, poproszona przez oddziałową o wyjaśnienie czegoś Niemkom, weszła do ich celi i ryknęła: “Achtung!”. Nazistki, słysząc ten wyraz, zerwały się na równe nogi. Stanęły na baczność i bez słowa słuchały, jak Stanisława obrzuca je nieprzystojnymi epitetami (po niemiecku). Myślały, że za chwilę Polka zacznie je bić. Lecz ona nie zniżyła się do ich poziomu.


Przebaczenie i pojednanie

Rachwałowa nawet w ubeckiej tiurmie potrafiła wyegzekwować swoje prawa. Przykładowo, dała strażniczkom do zrozumienia, że nie życzy sobie wspólnej kąpieli z nazistkami. Personel więzienny spełnił jej żądanie. Hitlerowskie bandytki, zwłaszcza Maria Mandel, przechodziły obok niej “pojedynczo, zmieszane i naprawdę przestraszone”. Stanisława była w pełni świadoma swojej moralnej przewagi nad Niemkami. Przypuszczała wręcz, że gdyby zaatakowała je fizycznie, żadna z nich nie miałaby odwagi się bronić. Mandel i Rachwał, kobiety z dwóch różnych bajek, zostały skazane przez komunistyczny sąd na najwyższy wymiar kary. Obie wiedziały, że każdy dzień zbliża je do śmierci. I z każdym dniem stawały się coraz dojrzalsze. Stanisława obserwowała, jak Maria powoli zamienia się w jednostkę smutną, pokorną i zadumaną. Sama również zgubiła gdzieś dawną złość, nienawiść i żądzę zemsty. Więźniarki, osadzone w sąsiednich celach, wyraźnie słyszały się przez ścianę. Rachwałowa dała sobie wreszcie spokój ze swoimi łaziennymi wymaganiami. Któregoś wieczoru, podczas wspólnej kąpieli, Maria Mandel i Therese Brandl podeszły do naszej Bohaterki. Obie były nagie, mokre i zapłakane. Błagały o przebaczenie. Stanisława, mimo zaskoczenia, zdobyła się na ten krok, a one padły na kolana i zaczęły ją całować po rękach. Z trzech uczestniczek tej niezwykłej sceny tylko Rachwał doczekała się ułaskawienia. Nazistki zostały powieszone w styczniu 1948 roku. Polka zmarła zaś ponad trzydzieści lat później.


Świadek oskarżenia

Zgodnie z tym, co pisze Stanisław Kobiela, nasza Bohaterka już latem 1945 roku zaczęła się starać o ukaranie hitlerowskich przestępców wojennych. Chociaż była członkinią podziemia niepodległościowego, sprzeciwiającą się uzależnieniu Polski od ZSRR i zaniepokojoną totalitarnym charakterem bierutowskiego państwa, zdecydowała się wejść na drogę oficjalną. Złożyła zeznania przed Główną Komisją Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, a później przed Okręgową Komisją w Krakowie. Lokalny sędzia, który zajmował się jej sprawą, został wkrótce jej współpracownikiem w Zrzeszeniu “Wolność i Niezawisłość”. Rachwałowa zeznawała przeciwko gestapowcom, którzy podczas drugiej wojny światowej terroryzowali ludność Miasta Królów Polskich. Sporządziła też dokładne charakterystyki pracowników KL Auschwitz-Birkenau[5]. Opisy nadzorców i nadzorczyń, przygotowane przez Stanisławę, okazały się przydatne podczas procesu Rudolfa Hoessa w 1947 roku (uwaga: nie należy mylić tego osobnika z Rudolfem Hessem zmarłym w roku 1987!). Co do samego Hoessa, nasza Bohaterka miała okazję spotkać go w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Wspominała potem, że po aresztowaniu stał się zupełnie innym człowiekiem. Nie przypominał już dumnego, groźnego władcy obozu oświęcimskiego. Był blady i zrezygnowany, przeczuwał, że nie uniknie egzekucji. Podobna zmiana zaszła zresztą w Maximilianie Grabnerze. Zwierzchnik lagrowego gestapo trząsł się jak osika.


Fordon i Inowrocław

Stanisława, jako więźniarka polityczna, była również przetrzymywana w Fordonie i Inowrocławiu. Tam, w Polsce północnej, “wymiatała” tak samo jak w południowej. Widać to w odpowiedzi naczelnika Centralnego Więzienia w Fordonie na pismo Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie (1951). Wiadomość nosi tytuł “Opinia więźnia karnego Rachwał Stanisławy“ i zawiera następujące stwierdzenia: “Była już trzykrotnie karana dyscyplinarnie, co świadczy, że nie zawsze przestrzega przepisów więziennych. Odnośnie swych przełożonych stara się ona być posłuszna i zdyscyplinowana, lecz stosunek ten jest tylko powierzchowny, gdyż zasadniczo jest ona ujemnie ustosunkowana do administracji więzienia, jak również jest wrogo ustosunkowana w stosunku do Państwa Ludowego, jej rządu. (…) Nie przejawia żadnego przełomu w swych wrogich poglądach politycznych“[6]. Myliłby się ten, kto by powiedział, że Rachwałowa, odzyskawszy wolność w 1956 roku, bez problemu przebaczyła swoim “czerwonym” ciemiężycielom. Autor publikacji “Więzienie dla kobiet o zaostrzonym reżimie. Sierpień 1952 - marzec 1955” (InowroclawFakty.pl) podaje, że nasza Bohaterka zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez naczelniczkę inowrocławskiej tiurmy. Oskarżyła ją o znęcanie się nad uwięzionymi kobietami. Niestety, “z powodu niechęci Ryszardy Szelągowskiej do składania zeznań jako świadek sprawa nie miała dalszego ciągu”. Gnębicielka Obiałowa uniknęła więc sprawiedliwości.


Madame Butterfly

Wiele nowych informacji na temat Stanisławy Rachwał zaczerpniemy z czterdziestominutowego reportażu radiowego “WiNna nieWiNna” Patrycji Gruszyńskiej-Ruman (Polskie Radio 2008). Materiał zawiera wypowiedzi kilku Polek będących świadkami życia i działalności naszej Bohaterki. Relacje te przeplatają się z kwestiami aktora wcielającego się w rolę stalinowskiego oskarżyciela. Dopełnieniem całości są poruszające przerywniki, w których Ewa Kania czyta fragmenty wspomnień Rachwałowej. Z reportażu dowiadujemy się, że Stanisława przyszła na świat 29 kwietnia 1906 roku. Podczas wojny polsko-bolszewickiej, w roku 1920, zwróciła uwagę na jednego z polskich oficerów, którzy przybyli wyzwolić jej miasteczko spod panowania najeźdźców. Majestatyczny patriota w mundurze zrobił na niej piorunujące wrażenie. Dziewczyna szaleńczo się w nim zakochała, a potem “bardzo młodo wyszła za mąż”. Czy to oznacza, że Surówka poznała swojego przyszłego męża w wieku czternastu lat, a poślubiła go niedługo później? Wbrew pozorom, to możliwe. Na ziemiach byłego zaboru austriackiego obowiązywało bowiem prawo, które zezwalało kobiecie na zawarcie małżeństwa po ukończeniu czternastego roku życia. Potrzebna była jedynie zgoda ojca (źródło: Jerzy Antoni Pielichowski, “Zawarcie małżeństwa w zarysie historycznym”, AdwokatKoscielny.com.pl). Do czego można to porównać? Najbliższe skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to opera “Madame Butterfly” Giacoma Pucciniego[7].


Beka z ubeka

Nietypowy wiek, w którym Stanisława założyła rodzinę, bywał dla otoczenia dość kłopotliwy. Pewnego dnia Rachwałowa, jako mężatka, została poproszona o zaopiekowanie się obcą panną, która “szła na bal [pułkowy] bez rodziców“. Jak się wkrótce okazało, wspomniana panna była dwa razy starsza od niej. Państwo Rachwałowie mieszkali razem w koszarach wojskowych. Stanisława zdążyła więc poznać uroki żołnierskiego życia. Koleżanki z więziennej celi zapamiętały ją jako osobę pogodną, życzliwie nastawioną do świata, obdarzoną wielkim darem wymowy. Rachwałowa nigdy nie wracała z przesłuchań zapłakana. Przeciwnie, kiedyś nawet wróciła ubawiona. Rozśmieszył ją młody funkcjonariusz UB, który spostrzegł na jej przedramieniu numer obozowy i zapytał zdumiony: “To pani tyle lat w Oświęcimiu, a teraz my panią jeszcze przesłuchujemy?!”. Z mojej wiedzy wynika, że nie był to pierwszy raz, gdy kobieta zaszokowała bezpiekę swoją zuchwałą postawą. Do naszych czasów przetrwał cyniczny liścik, który Stanisława wysłała ubowcom okupującym jej krakowskie lokum: “Wiedząc, że ten list dostanie się w wasze łajdackie ręce, zawiadamiam, że na próżno czekacie i niewinnych ludzi zamknęliście w moim mieszkaniu. Możecie długo na mnie czekać pod drzwiami. R”. Spójrzmy także na urzędowy dokument “Postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej“ z września 1947 roku. Rachwał nie podpisała tego druku. Ale umieściła na nim własną uwagę: “Akt oskarżenia niezgodny z prawdą”[8].


Do tańca i do różańca

Jakie jeszcze ciekawostki dotyczące Rachwałowej kryją się w reportażu Gruszyńskiej-Ruman? Na przykład informacja, że nasza Bohaterka była jednostką o wysokim statusie ekonomicznym. Mając ojca-adwokata i męża-oficera, nigdy nie narzekała na brak pieniędzy. Zewnętrzną oznaką dobrobytu, w którym żyła, uczyniła modny, elegancki, wyszukany ubiór. Stanisława zawsze chciała być stylowa i olśniewająca, chętnie pokazywała się bliźnim w kapeluszu i rękawiczkach. Nawyku dbania o cerę nie straciła nawet w Auschwitz-Birkenau. Gdy otrzymywała od Niemców odrobinę margaryny, tylko połowę tego produktu wykorzystywała do celów spożywczych. Reszta służyła jej za krem do twarzy. Rachwałowa była religijna, jak wielu ludzi w czasach okołowojennych. Ceniła osoby, które potrafią pokornie się modlić lub przynajmniej uszanować modlitwę innych. W podziemiu współpracowała głównie z mężczyznami. Podczas wojny, a być może i później, dawała schronienie polskim partyzantom. Swoim córkom, które były jednocześnie jej pomocnicami w konspiracji, udzieliła arcyciekawej wskazówki na wypadek “badania“. Otóż miały one wmawiać gestapowcom/ubekom, że liczni panowie, z którymi Rachwał się spotykała, byli jej kochankami. Taktyka Stanisławy, choć niewątpliwie upokarzająca, wyróżniała się skutecznością. Filip Musiał pisze, że to właśnie ta argumentacja (plus łapówka zapłacona przez ZWZ) przesądziła o jej zwolnieniu z nazistowskiego aresztu w 1941 roku.


Mistrzowski styl

Rachwałowa zaliczała się do osób niesłychanie błyskotliwych i elokwentnych. Potrafiła nie tylko snuć intrygujące opowieści, ale również posługiwać się grą słów i formułować cięte riposty. Gdy do więziennej celi w Krakowie przyprowadzono nową osadzoną, Stanisława zadała jej specyficzne pytanie, umiejętnie akcentując wybrane sylaby: “A pani jest WiNna czy nieWiNna?”. Naturalnie, chodziło o przynależność do Zrzeszenia “Wolność i Niezawisłość”. Zdarzyło się także, iż to Rachwał została o coś zapytana przez nieznajomą współwięźniarkę. Ciekawska spytała: “Jak pani sobie radzi z paznokciami?”. Stanisława odpowiedziała jej w iście mistrzowskim stylu: “Te u rąk to sobie obgryzam, ale te u nóg pani mi będzie musiała obgryzać”. Nasza Bohaterka bardzo się martwiła o swoje córki. Wiedziała, że one też zostały schwytane przez UB, i to z jej powodu. Aby uspokoić swoje sumienie, zdecydowała się porozmawiać z osiemnastoletnią więźniarką, która znajdowała się w sytuacji analogicznej do jej dzieci (tzn. siedziała w tiurmie ze względu na własną matkę). Próbowała dociec, czy nastolatka ma do swojej rodzicielki jakieś pretensje. I wyraźnie się rozchmurzyła, kiedy usłyszała, że wcale tak nie jest. Na wolności, gdy już było po wszystkim, Rachwałowa nigdy nie robiła z siebie męczennicy. Zachowywała się w taki sposób, jakby bolesne doświadczenia “nie zrobiły na niej większego wrażenia”. A gdy ktoś ją pytał o obóz oświęcimski, “zbywała go pół-żartem”. Była dumna, zacięta, nikomu się nie żaliła.


Making of

Reportaż radiowy “WiNna nieWiNna” Patrycji Gruszyńskiej-Ruman spotkał się z pozytywnym odbiorem słuchaczy zarówno w Polsce, jak i za granicą. Dziennikarski majstersztyk został uhonorowany Główną Nagrodą Wolności Słowa SDP, międzynarodową nagrodą Prix Italia (“radiowym Oscarem”) i Białą Kobrą na Ogólnopolskim Festiwalu Mediów w Łodzi “Człowiek w zagrożeniu”. Reportażystka skomentowała swoje dzieło w kilku wywiadach, tzn. w rozmowie z Jerzym Ignatowiczem (“Dwa totalitaryzmy w jednym życiu”, portal SDP), Markiem Palczewskim (“Rozmowa dnia - 4 stycznia 2012”, portal SDP) i Elżbietą Rutkowską (“Polski reportaż radiowy jest silny”, miesięcznik “Press”). Wyznała swoim kolegom po fachu, że praca nad audycją o Rachwałowej kosztowała ją wiele wysiłku. Przygotowanie tak ambitnego materiału zajęło jej około dziewięciu-dziesięciu miesięcy. Twórczy trud polegał na wertowaniu archiwalnych dokumentów, poszukiwaniu ludzi pamiętających Stanisławę, konsultacjach z historykiem Filipem Musiałem oraz wnikliwej lekturze wspomnień naszej Bohaterki[9]. Dziennikarka dowiedziała się o życiu “WiNnej nieWiNnej” zupełnie przypadkowo. Odkryła tę postać podczas przeglądania listy polskich więźniów KL Auschwitz-Birkenau. Zwróciła uwagę na nazwisko “Rachwał“, gdyż było to rodowe miano jej matki. Tak zaczęła się jej przygoda z badaniem losów Stanisławy. Przeznaczenie? Na pewno kamień milowy w przywracaniu pamięci o niezwykłej Bohaterce.


Bolesław Surówka (cz. 1)

Znając datę i miejsce urodzenia Rachwałowej, jej panieńskie nazwisko, imiona rodziców i zawód ojca, postanowiłam poszukać w Internecie wzmianek na temat jej rodziny. Bardzo szybko znalazłam informacje dotyczące Bolesława Surówki: wybitnego publicysty, krytyka teatralnego, prawnika, żołnierza kampanii wrześniowej. Wszystko wskazuje na to, że dziennikarz ten był bratem naszej Bohaterki. Mistrz pióra urodził się w roku 1905, czyli w tej samej dekadzie, co Stanisława Rachwał. Pochodził z Rudek koło Lwowa. Jego ojciec, Karol, pracował jako adwokat. Matka, Emilia, wywodziła się z rodu Tustanowskich (źródło: Sejm-Wielki.pl/n/Tustanowski). Czyżbym namierzyła bliskiego krewnego Rachwałowej? A może to tylko zbieg okoliczności? Prawdopodobieństwo, że mamy tu do czynienia z dziełem przypadku, nie wydaje mi się wysokie. Szansa na to, że w małych Rudkach trafi się dwóch adwokatów o nazwisku Karol Surówka, raczej nie jest duża. W serwisie MyHeritage.pl opisano kilku mężczyzn noszących dokładnie takie miano. Jedna z notek brzmi: “karol surówka i emilia surówka byli małżeństwem. Mieli 2 córek: stanisława rachwał i jedno inne dziecko. karol zmarł”. Czy nie ma w tym tekście drobnego błędu? Może państwo Surówkowie nie mieli dwóch córek, tylko córkę i syna? Może tajemnicze “jedno inne dziecko” (tutaj rodzaju nijakiego) to właśnie Bolesław Surówka? Twardy charakter, słowiańskie imię i antyniemieckie poglądy również upodabniają Bolesława do Rachwałowej.


Bolesław Surówka (cz. 2)

Osoby, które zainteresowały się postacią domniemanego brata Stanisławy, powinny zajrzeć do artykułu “Zapomniany dziennikarz - zapomniane dziennikarstwo. Górny Śląsk oczami Bolesława Surówki” Krzysztofa Trackiego. Materiał jest dostępny w witrynie internetowej Sołectwa Mikołów - Śmiłowice (Smilowice.Mikolow.eu). Z tekstu wynika, że Bolesław Surówka pochodził z Kresów Wschodnich, ale związał swoje losy z Ziemiami Zachodnimi[10]. Był orędownikiem polskości Śląska, stronnikiem Wojciecha Korfantego, demaskatorem proniemieckich sentymentów utrzymujących się w tym regionie. Mówił stanowcze “NIE” ruchom ślązakowskim, mentalnym przodkom Ruchu Autonomii Śląska. Zarzucał im brak lojalności wobec Polski, pragnienie oderwania Silesii od Macierzy oraz finansowe powiązania z antypolskimi siłami w Niemczech. Deptał po piętach Śląskiej Partii Ludowej, miał też na pieńku z obozem piłsudczykowskim. Przeciwnicy obrzucali go najrozmaitszymi wyzwiskami, np. “wesołek korfantowy”. Surówka cechował się wytrwałością i samozaparciem, dzięki czemu nie pozwolił się uciszyć reżimowi sanacyjnemu. Jak w jego życiu wyglądał 1 września 1939 roku? “Atak niemiecki przywitał Surówkę w zabudowaniach koszar w Oświęcimiu (tam gdzie niedługo niemieccy naziści utworzą obóz zagłady Auschwitz!)” - pisze Krzysztof Tracki. Po wojnie Bolesław pozostał dawnym Bolesławem. Kontynuował karierę dziennikarską. Promował i pielęgnował polski patriotyzm na Śląsku.


Wezwanie do działania

Stanisława Rachwał była ponadprzeciętną jednostką. Wyjątkowo odważną i zasłużoną reprezentantką Polskiego Państwa Podziemnego. Jak długo będziemy godzić się na to, żeby pozostawała jedynie “statystką” w opowieściach o niemieckich barbarzyństwach? Nazwisko Rachwałowej, jako świadka brutalnej okupacji, często przywoływane jest w tekstach dotyczących hitlerowskich zbrodniarek wojennych. Jednocześnie prawie wcale nie pisze się o niej artykułów monograficznych. Dlaczego? Przecież to ona, a nie np. Irma Grese, powinna wzbudzać podziw i fascynację! Nazistowska morderczyni doczekała się licznych wielbicieli, także w naszej Ojczyźnie[11]. Tymczasem Rachwałowa nadal czeka na odpowiednie upamiętnienie. Dobrze, że kilka osób przypomniało o niej w związku z Narodowym Dniem Pamięci “Żołnierzy Wyklętych”, ale to wciąż bardzo mało. Stanisława Rachwał zasługuje na pomnik i najwyższe państwowe odznaczenia. Jej imieniem powinno się chrzcić ulice, aleje, parki i skwery. W miejscach związanych z jej życiem i działalnością powinny wisieć tablice pamiątkowe. Każdego roku aktywni patrioci powinni organizować imprezy (tzn. marsze, biegi) ku jej czci. O Rachwałowej wypadałoby też nakręcić film dokumentalny bądź fabularny. A jeśli nie film, to przynajmniej teledysk, choćby na wzór “Desenchantee” Mylene Farmer lub “Beliy Plaschik (No Mercy Remix)” t.A.T.u. Jak widać, mamy ogrom pracy do wykonania. Nie stójmy więc bezczynnie, tylko weźmy się do roboty!


Natalia Julia Nowak,
14.03. - 26.04. 2016 r.



PS. Rachwałowa bije na głowę wszystkie filmowe, komiksowe i kreskówkowe superbohaterki. Przy niej bledną takie heroiny, jak Lara Croft z “Tomb Raidera” czy Sarah Connor z “Terminatora 2. Dnia Sądu”. W porównaniu z nią, Wonder Woman, Black Canary, She-Ra, Sailor Moon, Superświnka, Czarodziejki W.I.T.C.H., Odlotowe Agentki i Wojowniczki z Krainy Marzeń to cherlawe mimozy dla grzecznych dziewczynek. Jeśli chodzi o umiejętność zdobywania ściśle tajnych danych w ekstremalnie trudnych warunkach, to Trinity, Motoko Kusanagi, Lisbeth Salander i Maggie Chan mogłyby brać od niej korepetycje. Stanisława jest kolejną postacią w naszym narodowym panteonie, która udowadnia, że polscy patrioci nie mają sobie równych. Tak to już jest, że największymi herosami (na skalę globalną) okazują się ci, którzy walczyli pod flagą biało-czerwoną, w cieniu skrzydeł Orła Białego. Nasz Naród nie musi sobie wymyślać fikcyjnych superbohaterów, bo miał ich wystarczająco wielu w prawdziwym życiu. To Amerykanie, Japończycy i Zachodni/Północni Europejczycy odczuwają potrzebę kreowania - na własny użytek i dla poklasku świata - nudnych, tandetnych, nierealistycznych gierojów pełniących funkcję kompensacyjną. Bardzo mi przykro, ale taka jest prawda. Akurat w latach trzydziestych i czterdziestych (czytaj: w czasach, gdy rodziły się Supermany i Batmany) z autentycznymi aktami bohaterstwa było u nich średnio. Co innego u nas. My mieliśmy całe zastępy herosów. Rachwałowa niewątpliwie znajdowała się w ścisłej czołówce polskich megatwardzielek. Cześć jej pamięci. Chwała wszystkim Polakom walczącym z hitleryzmem i/lub stalinizmem.


PRZYPISY

[1] Rok 1903 jest datą błędną, ale został podany na dość wiarygodnej stronie “Archiwum ofiar terroru nazistowskiego i komunistycznego w Krakowie 1939-1956” prowadzonej przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa (Krakowianie1939-56.mhk.pl). Niestety, nie udało mi się ustalić, który rok śmierci Stanisławy Rachwał jest właściwy: 1984 czy 1985? Źródła, z których korzystałam, nie są zgodne co do daty zgonu patriotki. Nawet Instytut Pamięci Narodowej plącze się w zeznaniach. Ech, powiem krótko… Przed historykami-profesjonalistami i historykami-amatorami jeszcze dużo wytężonej pracy!

[2] “Kolejna sadystka, główna nadzorczyni obozu dla kobiet Auschwitz II - Birkenau. (…) Zabijała własnoręcznie, maltretowała, jednym słowem skazywała na śmierć lub zsyłała do domów publicznych funkcjonujących na terenie obozu. Bez litości obchodziła się nawet z noworodkami. Te ginęły od uderzeń, z głodu lub w płomieniach. (…) Postrach kobiet w Auschwitz, osławiona ‘Mańcia Migdał’ - jak ją nazywano w obozie - została osądzona w drugim procesie oświęcimskim. Zawisła na szubienicy” (Waldemar Kowalski, “Sadyści z Auschwitz. Oprawcy, którym zabijanie więźniów sprawiało nieskrywaną radość”, portal NaTemat.pl). “Bicie w paroksyzmie wściekłości sprawiało jej przyjemność i widocznie było dla niej środkiem pielęgnowania piękności, bo po każdej takiej egzekucji robiła się jeszcze piękniejsza; mięśnie, których grę widać było przez bajecznie uszyte, a niesłychanie obcisłe ubranie, chodziły jak żywe węże, zielonkawe oczy świeciły jak gwiazdy, delikatny róż twarzy nabierał żywości, nawet złote włosy zdawały się bardziej błyszczeć” (zeznania Heleny Tyrankiewicz, książka “Fotograf z Auschwitz” Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl). “U niej nie było prawa łaski. (…) Posyłała do gazu, jeśli ktoś miał obtartą piętę albo odmarznięty palec. Nic nie pomagały prośby więźniarek, które całowały jej buty” (zeznania Anny Szyller, książka “Fotograf z Auschwitz” Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl). “Zna tylko język niemiecki, mówi narzeczem wiedeńskim. (…) Człowiek-okrutnik, znęcała się i katowała osobiście więźniarki. Siła jej uderzenia była okrutna, jednym uderzeniem pięści wybijała szczękę, a specjalnością jej było kopanie w podbrzusze tak kobiet, jak i mężczyzn” (pismo Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, książka “Fotograf z Auschwitz” Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl).

[3] Gdyby ktoś pytał: pierwszy fragment “Rozmów z katem” Kazimierza Moczarskiego został opublikowany w 1968 roku. Tekst ukazał się w warszawskim tygodniku “Polityka”. Cały utwór, podzielony na odcinki, był drukowany we wrocławskiej “Odrze” (miało to miejsce w latach 1972-1974). Książkowe wydanie “Rozmów z katem” pojawiło się na księgarskich półkach dopiero w roku 1977. Była to jednak wersja okrojona, zapewne z przyczyn politycznych. Pełna, nieocenzurowana wersja dzieła ujrzała światło dzienne w 1992 roku. Źródło tych informacji: artykuł “Kazimierz Moczarski - autor książki ‘Rozmowy z katem‘” (materiał jest dostępny w serwisie internetowym Polskiego Radia). Zobacz też: przypis dziewiąty niniejszego opracowania.

[4] Według Stanisława Kobieli, Rachwałowa pomyliła Johannę Langefeld (byłą komendantkę obozu kobiecego w Oświęcimiu-Brzezince, poprzedniczkę Marii Mandel) z mniej prominentną Dorotheą Binz. W oryginalnym tekście, napisanym przez Stanisławę, widnieje nazwisko “Binz”, ale jest to ewidentny błąd merytoryczny. Z badań Kobieli wynika, że osoba określona przez Rachwałową jako “Binz” to w rzeczywistości Langefeld. Wskazują na to informacje, jakie autorka podaje na temat rzekomej “Binz”, a także fakt, iż prawdziwej Dorothei Binz nie było wówczas w Krakowie. O paniach Langefeld, Binz, Mandel i Rachwał przeczytamy również w liście otwartym “Joanna Langefeld” Stanisława Kobieli. Pismo wyświetla się na blogu TajemniceHistorii.pl. Nadawca wystosował je w odpowiedzi na artykuł “Tajemnica kobiet” Marty Grzywacz (wydrukowany w “Wysokich Obcasach”, dodatku do “Gazety Wyborczej” z 4 lipca 2015 roku). Zacytuję urywek tego listu: “Stanisława Rachwałowa (…) pisze o swoim pierwszym spotkaniu z Joanną Langefeld i Marią Mandel na korytarzu więzienia Montelupich jak boso, na kolanach myły mokrą szmatą posadzkę korytarza. Bez trudu rozpoznała z KL Auschwitz Marię Mandel, złożyła raport opisując kim Mandel była w KL Auschwitz i Mandel cofnięto do celi, pozbawiając ją przywilejów więźniarki niecelowej. Rachwałowa nie znała natomiast Joanny Langefeld i dlatego pozostała ona nadal więźniarką niecelową. W więzieniu dowiedziała się, że siedzi tam także inna komendantka KL Ravensbruck i błędnie przyjęła, że nazywa się ona Binz i pod takim nazwiskiem wspomina Langefeld“. Frapująca historia, czujny badacz.

[5] Twórcy tekstów dziennikarskich poświęconych nazistowskim zbrodniarkom wojennym chętnie przytaczają charakterystykę Irmy Grese autorstwa Stanisławy Rachwał. Oto co nasza Bohaterka napisała na temat osławionej funkcjonariuszki niemieckich obozów koncentracyjnych: “Grose [powinno być “Grese” - przypis NJN] Irma, lat około 22, wzrost około 163 cm. Zbudowana proporcjonalnie, ładnie. Jasna blondynka o dużej urodzie, oczy duże, niebieskie, brwi ciemne, ładnie zarysowane w łuk; rzęsy ciemne, długie, cera bardzo ładna, jasna o ładnym rumieńcu; nos proporcjonalny, usta proporcjonalne, pełne, czerwone; zęby śliczne, drobne, białe; piękna, ładnie osadzona szyja. Głos miała miły, niski, nogi śliczne, stopy drobne. Była lesbijką. Do mężczyzn SS-manów odnosiła się wprost wrogo, mówiąc, że zna dobrze ten element. Natomiast wśród więźniarek miała sympatię, gustowała w młodych, ładnych dziewczętach, specjalnie Polkach” (cyt. za: Katarzyna Pawlak, “Piękne bestie“, portal DlaStudenta.pl). Irma Grese - masowa morderczyni, sprawczyni tortur, przestępczyni seksualna - została po wojnie osądzona przez Brytyjczyków i powieszona 13 grudnia 1945 roku. Nie jest jednak prawdą, że była lesbijką. Hitlerowska kryminalistka nawiązywała kontakty intymne z przedstawicielami obu płci, a jednym z jej najsłynniejszych kochanków był szalony “naukowiec” Josef Mengele. Maria Mandel również zaliczała się do biseksualistek. W tym miejscu wypada przypomnieć, że władze Trzeciej Rzeszy oficjalnie potępiały ludzi współżyjących z osobami tej samej płci. Za podejmowanie działań o charakterze homoerotycznym można było nawet wylądować w obozie koncentracyjnym (mężczyzn oznaczano różowym trójkątem, a kobiety czarnym). Jak widać, teoria teorią, a praktyka praktyką. Dodatkowym potwierdzeniem tej tezy mogą być: noc długich noży i plotki dotyczące prywatnego życia Rudolfa Hessa.

[6] Cytowany list znajduje się dziś w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej. Materiał był prezentowany na wystawie “Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie w latach 1946-1955” (Kraków 2008-2009). Fotokopię dokumentu można zobaczyć w Internecie na oficjalnej stronie IPN-u. Galeria skanów związanych z Rachwałową, przyporządkowana do kategorii “Działacze opozycji politycznej”, nosi tytuł “Stanisława Rachwał z d. Surówka” (Ipn.gov.pl/strony-zewnetrzne/wystawy/skaz_na_smierc_krakow/galeria.html).

[7] Akcja utworu rozgrywa się w latach 1904-1907 na Wyspach Japońskich. Główną bohaterką jest piętnastoletnia gejsza, Chocho-san*, która w atmosferze skandalu decyduje się poślubić białego, dorosłego, chrześcijańskiego, amerykańskiego oficera Benjamina Franklina Pinkertona. Niestety, cała historia kończy się tragicznie. Warto jednak zaznaczyć, że w opowieści występuje motyw wieloletniego oczekiwania na męża, który nie daje znaków życia (chociaż Pinkerton staje się nieuchwytny z zupełnie innych przyczyn niż Zygmunt Rachwał). “Madame Butterfly” była ulubioną operą Marii Mandel. Nazistka tak bardzo lubiła ten utwór, że wielokrotnie zmuszała lagrową orkiestrę do jego wykonywania na terenie obozu. [*Mirosław Bańko, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, wyjaśnia: “Wynikałoby stąd, że gdy mowa o operze, należałoby stosować formę Chocho-fujin, a gdy mowa o bohaterce, to Chocho-san. To jednak teoria, miłośnicy muzyki przyzwyczaili się już do wersji Cio-Cio-San, znanej z libretta, oraz do obocznego zapisu Cho-cho-san, bliższego systemowi Hepburna, często używanemu na Zachodzie do transkrypcji imion i nazwisk japońskich”. Więcej szczegółów w poradni językowej PWN]

[8] Oba źródła historyczne - liścik do ubeków i prokuratorskie pismo - spoczywają w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Swego czasu pokazywano je na wystawie “Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie w latach 1946-1955” (Kraków 2008-2009). Reprodukcje dokumentów udostępniono w wirtualnym albumie na oficjalnej stronie Instytutu (Ipn.gov.pl/strony-zewnetrzne/wystawy/skaz_na_smierc_krakow/galeria14.html).

[9] Podobno w latach siedemdziesiątych Stanisława Rachwał zgłosiła swój utwór do jakiegoś konkursu zorganizowanego przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu (ówczesna nazwa instytucji: Państwowe Muzeum Oświęcim-Brzezinka). Tak przynajmniej twierdzi Patrycja Gruszyńska-Ruman, która przytoczyła tę ciekawostkę w rozmowie z Jerzym Ignatowiczem. W programie radiowym “Studio Reportażu i Dokumentu prezentuje” Gruszyńska-Ruman, odpowiadająca na pytania Małgorzaty Raduchy, podała informację, że w 1972 roku wspomnienia naszej Bohaterki zostały uhonorowane zasłużoną nagrodą. Prowadząca, Raducha, słusznie porównała “Spotkanie z Marią Mandel” Stanisławy Rachwałowej do “Rozmów z katem” Kazimierza Moczarskiego. Nazwała je “drugą, damską wersją” tej wstrząsającej książki. Zapis audycji “Studio Reportażu…”, opublikowany 27 października 2008 roku, czeka na słuchaczy w serwisie internetowym Polskiego Radia.

[10] Krzysztof Tracki odnotowuje, że ojciec Bolesława Surówki, prawnik Karol, również przeniósł się na zachód Polski. Został nawet “adwokatem w Syndykacie Hut Żelaznych” (czyli w Katowicach). Przeprowadźmy porządne googlowanie, posprawdzajmy hasła typu “Karol Surówka”, “Surówka”, “Surówczyna”, “Surówczanka”, “Surówkowa” czy “Surówkówna”. W razie trudności dodajmy do nich słowa kluczowe “Lwów“, “Rudki”, “Śląsk“, “Katowice“ itp. Jaki będzie efekt? Otóż przekonamy się, że istnieje wiele publikacji z pierwszej połowy XX wieku, które wspominają o Surówkach mieszkających na Kresach Wschodnich i na Śląsku. Czy to rodzina Bolesława Surówki i/lub Stanisławy Rachwał? Czy to dowód na pokrewieństwo wybitnego publicysty z naszą Bohaterką? Wyrazy “Surówczyna” i “Surówkowa” często występują wraz z wyrazem “Emilia”. A tak właśnie brzmiało imię matki/matek Bolesława i Stanisławy. Rzeczownik “Emilia” niejednokrotnie idzie też w parze z rzeczownikiem “Karol”. Jest to zgodne z imieniem ojca/ojców Surówki i Rachwałowej. W gazecie “Siedem Groszy. Dziennik Ilustrowany dla Wszystkich o Wszystkiem” z 11 czerwca 1936 roku (fotokopia na stronie DocPlayer.pl) wydrukowano komunikat o śmierci Emilii Surówczyny: działaczki społecznej, narodowej i katolickiej. Czytamy w nim, że “Emilja” zmarła w wieku pięćdziesięciu sześciu lat. Była żoną “radcy Karola Surówki”, a jej panieńskie nazwisko brzmiało “Pustanowska”. Czy nie powinno być “Tustanowska”? Mniejsza z tym… Autor newsa kończy swój wywód słowami: “Osierociła dwie córki i dwóch synów, z których młodszy, Bolesław jest członkiem redakcji ’Polonji’. Dotkniętemu smutkiem Koledze redakcja ’Polonji’ i ’Siedmiu Groszy’ wyraża swe głębokie i serdeczne współczucie”. Heh, nabieram coraz większego przekonania, że Karol, Emilia, Bolesław i Stanisława to jedna rodzina. Zajrzyjmy jeszcze do dwóch popularnonaukowych artykułów Filipa Musiała: “Pilecki w spódnicy” i “Stanisława Rachwałowa: Bohaterka podziemia - prześladowana przez Niemców i komunistów”. Z tego pierwszego dowiadujemy się, że Rachwał “miała swoich ludzi (…) w Katowicach”. W tym drugim znajdujemy następujące zdanie: “Na Śląsku korzystała z wiadomości uzyskiwanych od swojej córki - Krystyny ps. ‘Beata’ (w związku ze sprawą swej matki skazanej na 4 lata więzienia) oraz Bilskiego ps. ‘B’”. Możliwe, że młodziutka Krystyna została oddelegowana na Ziemie Zachodnie, bo najzwyczajniej w świecie miała tam krewnych. A skoro jej wujek był zawodowym dziennikarzem, to na pewno doskonale wiedział, co się dzieje w raczkującej PRL.

[11] Patrz: reportaż “Nadzorczyni z SS“ Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego zamieszczony w elektronicznej edycji “Wysokich Obcasów“. Lektura uzupełniająca: artykuł “Piękne bestie” Małgorzaty Schwarzgruber (materiał z miesięcznika “Polska Zbrojna” przedrukowany przez portale Onet, Interia i Wirtualna Polska). Dodatkowe info o postaci: tekst “Piękna bestia - kim była Irma Grese?” Sylwii Laskowskiej dostępny w archiwum Wirtualnej Polski.

Stanisław Skalski. Lotnik, bohater, nacjonalista

Autor: njnowak | Kategorie:
Tagi: andrzej lepper, czesław kiszczak, grunwald, historia, ii wojna światowa, iii rp, iii rzeczpospolita, kiszczak, lech wałęsa, lepper, magdalenka, masoneria, mieczysław moczar, moczar, moczaryzm, nacjonalizm, patriotyzm, polityka, polska, polska rzeczpospolita ludowa, prl, stanisław skalski, wałęsa, wojna, wolnomularstwo
28. lutego 2016 20:53:00

“Gdy rodziny Michników, Kuroniów,
Mazowieckich, Geremków
i innych obecnych prominentów
wiernie służyły Stalinowi,
gdy tworzyły aparat terroru
przeciwko narodowi polskiemu,
ja i dziesiątki tysięcy Polaków
siedzieliśmy w więzieniu.
Ja z wyrokiem śmierci”


Stanisław Skalski, “Samoobrona”,
24 XII 1992 r. (cyt. za: Wikicytaty/Wikiquote)



“Gdy [Lech] Wałęsa jechał do Niemiec,
zadzwoniłem do Belwederu i powiedziałem,
żeby znalazł dla mnie miejsce w samolocie.
Mówiłem, że pojednanie między politykami
to jedno, a między narodami drugie.
Niech młodzież uczy się ode mnie.
Wałęsa miejsca dla mnie nie znalazł,
choć chciałem zapłacić za podróż”


Stanisław Skalski w rozmowie z Pawłem Smoleńskim,
“Gazeta Wyborcza” - dodatek “Magazyn”,
29 X 1993 r. (cyt. za: internetowe wydanie “GW”)



“Jako gorący patriota i wnikliwy,
realistyczny obserwator spraw krajowych,
generał Skalski szybko się jednak zorientował,
że kolejne rządy, poczynając od Rakowskiego,
przez Mazowieckiego po Suchocką,
narzuciły nam nowy system zniewolenia,
zastąpiły jedną zależność inną zależnością.
Co z tego, że, być może, prawa jednostki
są u nas dziś szersze, niż były za komuny,
skoro drastycznie narusza się i ogranicza
prawa i wolność narodu, jako całości!”


Andrzej Lepper, “Samoobrona. Dlaczego? Przed czym?”,
Warszawa 1993 (cyt. za: Wikicytaty/Wikiquote)




Od autorki

Wszyscy znamy nazwisko Stanisława Skalskiego, najwybitniejszego polskiego lotnika czasów II wojny światowej, bohatera bitwy o Anglię, człowieka cenionego w Polsce i za granicą. Nie każdy z nas zdążył jednak zapoznać się z historią życia tego wyjątkowego Polaka. Bez wątpienia warto to uczynić, gdyż Stanisław Skalski (ur. 27 listopada 1915 r., zm. 12 listopada 2004 r.) był niezwykle barwną, wyrazistą, silną i zadziorną postacią. Dla narodowców dobrą wiadomością może być fakt, że generał brygady pilot Skalski należał nie tylko do wielkich patriotów, ale również do wielkich nacjonalistów (nurt antysyjonistyczny, neomoczarowski, grunwaldowski, lepperowski). Zapraszam do lektury mojego tekstu: opowieści o niepokornym żołnierzu, który także po śmierci wzbudza zachwyt swoich wielbicieli, strach nieprzyjaciół i uznanie historyków. Stanisław Skalski to postać imponująca, intrygująca i inspirująca. Choć nie żyje już od kilkunastu lat, można go szczerze polubić. Mnie się to udało.

Do niniejszego artykułu dołączyłam aneks poświęcony przykrej prawdzie, że Polska Rzeczpospolita Ludowa de facto nigdy nie została zlikwidowana. Uległa jedynie modyfikacji, przekształceniu w swoje lustrzane odbicie. PRL wciąż trwa: tutaj i teraz. Wnikliwi obserwatorzy polskiej sceny politycznej, np. Stanisław Skalski, dostrzegali to już dawno temu. Ciągłość historyczna między PRL-em a III RP jest tak oczywista, że nie widzę powodu, aby dzielić historię na “przed 1989” i “po 1989”. Bardziej adekwatny wydaje mi się podział na “przed 1956” i “po 1956”. Jestem ekstremalnym antysystemowcem: uznaję porozumienie w Magdalence i obrady Okrągłego Stołu za nieważne. Wielki przełom, który rzekomo nastąpił w 1989 roku, postrzegam jako udany spektakl dla gawiedzi. I naprawdę, mam więcej szacunku do odwilży 1956 niż do transformacji ustrojowej 1989 (a co za tym idzie: więcej aprobaty dla Gomułki i Moczara niż dla Wałęsy i Michnika). Polski październik przynajmniej był uczciwy. Jakże różnił się od tej wielkiej hucpy wałęsowsko-kiszczakowskiej…

Za najciekawszą organizację lat 80. uważam Zjednoczenie Patriotyczne “Grunwald”[1], do którego zresztą należał Skalski. Jeśli chodzi o wizję przyszłości, to marzę o absolutnie suwerennej, niepodległej, niezależnej Polsce w luźnym, partnerskim, nieformalnym sojuszu z Chinami i Indiami. Niestety, żadna ze znaczących partii politycznych nie ma czegoś takiego w swojej “ofercie programowej”. Wiem, że Andrzej Lepper promował opcję chińską, ale to już zamierzchła przeszłość. Mogę tylko się cieszyć, że mój bohater, Stanisław Skalski, współpracował z lepperowską “Samoobroną“. Mówiąc kolokwialnie: wiedział facet, co dobre!

N.J. Nowak

PS.
Jestem polską nacjonalistką z odchyleniem lewicowo-socjalistycznym. Szukam interesujących postaci historycznych o podobnych poglądach (wszelkie sugestie mile widziane).



Marzenie o lataniu

Podstawowe informacje na temat Stanisława Skalskiego znajdziemy w książce “Poczet polskich bohaterów narodowych. Od Zawiszy Czarnego do Lecha Wałęsy”[2] (patrz: notka biograficzna autorstwa Beaty Wojciechowskiej). Według tego źródła, Skalski urodził się w Kodymie na Podolu, a w lotnictwie zakochał się jako dwunastolatek, “kiedy pierwszy raz zobaczył prawdziwy samolot”. Aby zostać lotnikiem, musiał jednak trochę poczekać: ukończyć gimnazjum, zdać maturę, a potem zrobić kurs szybowcowy. Osiągnął ten cel w 1934 roku. Zanim tego dokonał, przez krótki czas podejmował studia w Szkole Nauk Politycznych. Szybko jednak zamienił je na naukę w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie (1936-1938). Umiejętności, dzięki którym przeszedł do historii, zdobył w Wyższej Szkole Pilotażu w Grudziądzu. To właśnie tam, w 1938 roku, odbył przeszkolenie myśliwskie. Następnie, aż do wybuchu wojny, służył w 4. Pułku Lotniczym w Toruniu. Gdy niemieckie wojska napadły na Polskę, Stanisław Skalski wziął udział w heroicznej obronie Ojczyzny i już pierwszego dnia konfliktu strącił nieprzyjacielski samolot. Załoga niemieckiego myśliwca przeżyła zestrzelenie, a Skalski - obawiając się gwałtownej reakcji ze strony miejscowych cywilów - udzielił jej pierwszej pomocy. Tego typu gesty, staroświeckie i rycerskie, należały w czasie II wojny światowej do rzadkości.


Bohater i męczennik

Połowa września 1939 roku to kolejny ważny moment w życiu szlachetnego pilota. On i inni polscy lotnicy zostali wówczas oddelegowani na Zachód (droga tradycyjnie prowadziła przez Rumunię). W Wielkiej Brytanii Stanisław Skalski służył w licznych dywizjonach polskich i brytyjskich. Podczas bitwy o Anglię udało mu się zestrzelić kilka wrogich myśliwców. Sam również został trafiony: miało to miejsce w pierwszej połowie września 1940 roku (uratował się dzięki spadochronowi). W 1943 roku Skalski walczył nad Afryką Północną. Należał wówczas do Polskiego Zespołu Myśliwskiego, którego członkowie byli nazywani “polskimi diabłami” (gdyż wzbudzali grozę wśród hitlerowców) i “cyrkiem Skalskiego” (gdyż wykazywali się swoistym artyzmem). W czerwcu 1944 r. nasz bohater uczestniczył w desancie w Normandii. Gdy wojna dobiegła końca, Stanisław Skalski, wbrew namowom aliantów, zdecydował się wrócić do Polski. Granicę Ojczyzny przekroczył w 1947 roku. Ale to już nie była ta Ojczyzna, którą znał wcześniej. Chociaż wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, nie zdołał uniknąć tragicznego losu: aresztowania, fałszywego oskarżenia o szpiegostwo, tortur i wyroku śmierci (zamienionego później na dożywocie). Stalinowcy po raz kolejny pokazali, jaki mają stosunek do polskich bohaterów wojennych. Na szczęście, stalinizm upadł w 1956 roku, a Skalski odzyskał upragnioną wolność.


Bandyci i wirtuozi

Kilka akapitów o powojennej gehennie Skalskiego napisał historyk Tadeusz M. Płużański w książce “Bestie”. Autor podaje, że “nad Stanisławem Skalskim (…) znęcało się wielu oprawców: Humer, Kobylec, Midro, Serkowski, Szymański. (…) 7 kwietnia 1950 r. w więzieniu na Mokotowie odbył się proces kiblowy. (…) Skalski (…) został ‘ułaskawiony’ przez Bieruta, ale nikt nie raczył go o tym poinformować. (…) Na wolność wyszedł w kwietniu 1956 r. i został całkowicie zrehabilitowany”. Informacje przytoczone przez Płużańskiego należy uzupełnić i uściślić. Przede wszystkim, wypada odnotować, że śledztwo przeciwko Skalskiemu prowadził sam Józef/Jacek Różański, osławiony dyrektor Departamentu Śledczego MBP. Pisze o tym Andrzej Kałwa w artykule “100 lat temu urodził się Stanisław Skalski, as lotnictwa” (serwis Dzieje.pl). Jak pilot zapamiętał swoich oprawców? Kałwa cytuje: “Byli zwyczajni bandyci i byli wirtuozi. (…) Ci nie zniżali się do kija i kopniaków, nie dawali się ponieść sadystycznemu upojeniu. Bili z zimnym wyrachowaniem, z premedytacją; bili gumami oraz czymś co wydawało świst - chyba były to paski miedzianej blachy lub druty”. Czy lotnik faktycznie został zrehabilitowany w 1956 roku? Z polonijnego programu telewizyjnego “Polish Studio” (odcinki z 29 listopada i 6 grudnia 2014 r.) dowiadujemy się, że jego sprawa została jedynie umorzona. A III RP nic w tej kwestii nie uczyniła.


Odwrócenie ról

Chociaż postkomunistyczna Polska nigdy nie rozpieszczała bohaterskiego pilota, zdarzyło się kiedyś, że to on wystąpił w roli oskarżyciela swoich dawnych oprawców. Stanisław Skalski zeznawał jako świadek na procesie Adama Humera, niesławnego ubeka, który katował jego i wielu innych polskich patriotów. Proces, o którym mowa, toczył się w latach 90. XX wieku i został uwieczniony w filmie dokumentalnym “Humer i inni” Aliny Czerniakowskiej (1994). “Ja po to przyszedłem, Wysoki Sądzie, jako świadek, żeby bronić tych, których oni robili morderców, tak jak AK-owców i tak dalej. (…) Mnie o nic nie chodzi. Tu chodzi o tych, którzy oddali życie. Przez nich, przez tych sędziów-morderców” - mówi pokazany w filmie Skalski. Nie wiem, czy słynny lotnik faktycznie zeznawał jako pierwszy, ale w produkcji Czerniakowskiej jego wypowiedź została zaprezentowana przed pozostałymi wypowiedziami. Można przypuszczać, że weteran bitwy o Anglię został potraktowany jako VIP, któremu, ze względu na zasługi dla Ojczyzny i świata, należy się pierwszeństwo. Z opowieści Skalskiego wynika, że zaczęto go bić dopiero w roku 1949 (aresztowanie miało miejsce w 1948). Pilot przywołuje wiele drastycznych szczegółów, takich jak pozbawianie ubrania, wiązanie nóg spodniami czy zatykanie ust dywanem. Wspomina też o swoim sędzim, Mieczysławie Widaju, który praktycznie nie wydawał innych wyroków niż śmierć.


Autorytet i gwiazda

Stanisław Skalski był jednym z tych szczęściarzy, którym los - po roku 1956 - wynagrodził doznane krzywdy i niesprawiedliwości (szkoda, że większość więźniów stalinowskich nie doczekała się tak radykalnej zmiany passy!). Opowiada o tym Wojciech Krajewski, twórca broszury “Generał brygady pilot Stanisław Skalski. As polskiego lotnictwa” opublikowanej przez Muzeum Wojska Polskiego. Według autora, gomułkowska Polska sama upomniała się o naszego bohatera, powołując go do LWP, a następnie przyznając mu stopień podpułkownika (1957) i pułkownika (1965). Pod koniec lat 60. i w pierwszej połowie lat 70. Skalski zajmował kierownicze stanowiska w Aeroklubie PRL. Już wtedy spotykał się ze swoimi wielbicielami, popularyzował historię i lotnictwo. Prawdziwym autorytetem i gwiazdą stał się jednak po odejściu na emeryturę (1972). Miał wówczas więcej czasu, żeby podróżować po Kraju, wygłaszać prelekcje, zamieszczać artykuły w czasopismach, udzielać wywiadów, współpracować z filmowcami jako konsultant historyczny, promować swoją książkę “Czarne krzyże nad Polską” (która po raz pierwszy ukazała się w roku 1957, ale była tak poczytna, iż wielokrotnie ją wznawiano). Skalski od drugiej połowy lat 60. wyjeżdżał na Zachód, gdzie uczestniczył w ważnych zlotach i uroczystościach rocznicowych. Był nawet obecny na londyńskiej premierze filmu “Bitwa o Anglię” Guya Hamiltona (1969).


Działalność społeczno-polityczna

Wbrew pozorom, legendarny lotnik wcale nie był konformistą ani bezwolną marionetką ówczesnego systemu. Pilot nigdy nie wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a ponadto bywał bardzo krytyczny wobec władz państwowych. Krajewski pisze, że na przełomie lat 1975 i 1976 Stanisław Skalski został jednym z sygnatariuszy Listu 59. Nie wspomina jednak o tym, że weteran bitwy o Anglię zasiadał w zarządzie Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, a w latach 80. działał w Zjednoczeniu Patriotycznym “Grunwald”. Informację taką podaje za to Beata Wojciechowska, autorka omawianej już notki biograficznej z “Pocztu polskich bohaterów narodowych”. Piotr Zychowicz, twórca tekstu “Dwa oblicza Skalskiego. Między Polską a komuną” wydrukowanego w tygodniku “Do Rzeczy. Historia” nie może przeboleć faktu, że sławny pilot “stopień generała otrzymał od Wojciecha Jaruzelskiego”. Publicysta używa w swojej wypowiedzi sformułowań typu “wstąpił tam do komunistycznego lotnictwa” czy “tragiczne doświadczenia nie zraziły go jednak do czerwonych”. No, ale któż to jest Zychowicz? Młody historyk, który gloryfikuje pronazistowskich kolaborantów z czasów II wojny światowej (książka “Opcja niemiecka”). Zaciekły wróg komunistów, którego mentor, Paweł Wieczorkiewicz, był długoletnim członkiem PZPR, nawet w stanie wojennym. Piękny przykład “niezrażania się” ani do czerwonych, ani do brunatnych.


ZP “Grunwald”

Zatrzymajmy się na moment przy Zjednoczeniu Patriotycznym “Grunwald”. Obszerną charakterystykę tej organizacji napisał bloger o pseudonimie “Socjal-nacjonalista” (SocjalNacjonalista.wordpress.com). Z artykułu zatytułowanego “ZP Grunwald (1980-89) - ważne dziedzictwo polskiego ruchu socjal-narodowego” dowiadujemy się, że interesujące nas stowarzyszenie miało charakter nacjonalistyczny i antysyjonistyczny. Powstało w odpowiedzi na działalność Komitetu Obrony Robotników, którego liderzy (np. Adam Michnik, przyrodni brat Stefana) byli postrzegani jako spadkobiercy “żydokomuny”, tj. stalinowców żydowskiego pochodzenia. Grunwaldowcy zarzucali KOR-owcom brak patriotyzmu, mentalne zakorzenienie w stalinizmie, przedkładanie obcych interesów nad polskie, gotowość wyprzedaży majątku narodowego i bogacenia się kosztem społeczeństwa. Przywracali pamięć o polskich patriotach mordowanych w latach 1944-1956. Wskazywali ludzi odpowiedzialnych za zgładzenie gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”. Oburzali się bezkarnością osób, które kiedyś budowały stalinowski reżim, a które obecnie należą do elity towarzyskiej i intelektualnej. ZP “Grunwald” było swoistym porozumieniem ponad podziałami. Dołączali do niego narodowcy, katolicy, kombatanci AK, milicjanci, PZPR-owcy… Słowem: wszyscy, którzy dostrzegali zagrożenie ze strony “żydokomuny” i jej pogrobowców. Organizacja nie kwestionowała ówczesnego “status quo”.


Prawo Godwina

W 1993 roku ukazał się w “Magazynie”, dodatku do “Gazety Wyborczej”, paskudny reportaż “Bohaterowie są zmęczeni” Pawła Smoleńskiego (kopię artykułu zamieszczono 21 lat później w internetowym wydaniu “GW”). Materiał jest próbą zniechęcenia odbiorców do Stanisława Skalskiego, strącenia go z piedestału i odczarowania jego legendy. Autor usiłuje ośmieszyć polskiego lotnika, ukazać go jako człowieka niespełna rozumu: zbzikowanego starca, który nawet mógłby być groźny dla społeczeństwa, gdyby nie był pozbawiony wpływu na cokolwiek. Już sam tytuł tekstu sugeruje, że Skalski to przebrzmiała ikona, której pomieszczało się w głowie i która powinna wreszcie zamilknąć. Smoleński robi ze Skalskiego zoologicznego antysemitę, choć z wypowiedzi pilota jednoznacznie wynika, że miał wiele pozytywnych wspomnień związanych z narodem żydowskim. Dziennikarz nie pozwala czytelnikom zapomnieć o autorytarnych skłonnościach generała, jego poparciu dla rządów silnej ręki i umiłowaniu wojskowego drylu. Zwieńczeniem tego wszystkiego jest dorozumiane, niewyrażone wprost porównanie do nazizmu (w formie zwrócenia uwagi na to, że Skalskiemu imponował teatralny charakter przemówień Hitlera). Omawiany reportaż to przeokropny paszkwil. Świństwo wyrządzone komuś, kto podczas wojny walczył z Niemcami, a po wojnie został skrzywdzony przez stalinowców żydowskiego pochodzenia. Prawo Godwina, cios poniżej pasa.


Wróg masonów

Dla osoby, która ceni postać Stanisława Skalskiego, artykuł Pawła Smoleńskiego jest nieprzyjemną lekturą. Mimo to, można wycisnąć z tego tekstu wiele nieznanych ciekawostek. Na przykład fakt, że słynny lotnik dobrze się wypowiadał o Mieczysławie Moczarze[3]. Albo fakt, że weteran bitwy o Anglię był przeciwnikiem masonerii i posiadał w swoich zbiorach antymasońskie publikacje. Skalski zwierzył się Smoleńskiemu, że w czasie wojny, na terenie Wielkiej Brytanii, próbowano go zwerbować do wolnomularstwa. Pilot nie skorzystał z tej oferty, toteż bał się, że masoni dokonają na nim zemsty. Stanisław Skalski twierdził, że wolnomularze maczali palce w polskiej transformacji ustrojowej, a więc również w jej błędach i wypaczeniach. No cóż… Mówiąc słowami Morfeusza: “Jak na ironię, to nie odbiega od prawdy”[4]. Dziś, w dobie Wikipedii, wiadomo już, że w obradach Okrągłego Stołu uczestniczyło co najmniej trzech masonów: Jan Olszewski, Kazimierz Morawski i Klemens Szaniawski. Z KOR-em flirtowali zaś tacy “bracia”, jak Jan Olszewski, Jan Józef Lipski, Jan Kielanowski, Klemens Szaniawski, Edward Lipiński, Ludwik Cohn czy Bronisław Wildstein. Wolnomularzami byli ponadto Aleksander Małachowski i Ryszard Siciński. Tylu masonów udało się ustalić z całą pewnością (lecz mogło być ich więcej!). Wracając do Skalskiego: lotnik zarzucał Europie Zachodniej, że nie doceniła Polaków za niegdysiejsze rozgromienie Tatarów i Turków.


Przeciwko antypolonizmowi

Stanisław Skalski opowiedział o swoim spotkaniu z Pawłem Smoleńskim w kontrowersyjnym filmie dokumentalnym “Żydokomuna” Edwarda Maciejczyka. Z relacji pilota wynika, że dziennikarz “Gazety Wyborczej” próbował delikatnie manipulować rozmową. Lotnik jest przekonany, że reporter usiłował skłonić go do potwierdzenia, iż w okresie stalinizmu męczyli go Polacy, a nie Żydzi. Skalski odebrał to jako próbę przerzucenia odpowiedzialności z jednego narodu na drugi, obarczenia Polaków winą za aresztowanie, torturowanie i skazanie na śmierć polskiego bohatera, czyli jego. Innymi słowy, uznał postawę swojego rozmówcy za antypolonizm. Wyjaśnił dziennikarzowi, że owszem, katowali go Polacy, ale byli to zwykli oficerowie śledczy, którzy wykonywali rozkazy swoich przełożonych. A tak się składa, że owi przełożeni wywodzili się z narodu żydowskiego[5]. Istotnie, Józef/Jacek Różański i Adam Humer przyszli na świat w rodzinach żydowskich. Żydem był ponadto sędzia Mieczysław Widaj. W tym miejscu wypada przypomnieć, że działalność Różańskiego i Humera nie ograniczała się wyłącznie do rozkazywania. Oni również bili i torturowali więźniów. Skalski zdawał sobie z tego sprawę, o czym świadczą jego słowa dotyczące Różańskiego: “Wiedziałem, że to nie jest subtelny morderca zza biurka, że sam potrafi katować”. Zdanie to pochodzi z książki “Jako i my odpuszczamy” Henryka Nakielskiego cytowanej przez portal Niezwykle.com.


Po stronie Leppera

Każdy, kto przeczytał tekst Smoleńskiego, wie, że dziennikarz zakpił z przynależności Skalskiego do “Samoobrony” Andrzeja Leppera (“Generale, co pan, świetny pilot, wojenny bohater, robi w takim towarzystwie?”). Wie również, że lotnik okazał się znakomitym prognostą politycznym (“Lepper to ludowy demagog, daleko zajdzie”). Z perspektywy czasu można powiedzieć, że dołączenie Skalskiego do lepperowców było dobrą decyzją. Polacy coraz częściej piszą, że chociaż Lepper był prostym człowiekiem, przysłużył się Ojczyźnie, ujawniając wiele afer (“8 minut, które zabiło Andrzeja Leppera” - YouTube, Tusk Vision Network) i zbrodni (sprawa tajnych więzień CIA, torturowania ludzi podejrzanych o terroryzm). Lider “Samoobrony” uchodził za osobę o poglądach antyamerykańskich i eurosceptycznych. Mówił “NIE” wojnie w Iraku, obawiał się o suwerenność Polski. Dziś już nie można mieć wątpliwości, że miał rację. Stany Zjednoczone, burząc ład na Bliskim Wschodzie, doprowadziły do powstania ISIS, a co za tym idzie - do kryzysu imigracyjnego i brutalnych konfliktów etniczno-religijnych w Europie. W UE nasza Ojczyzna niemal całkowicie straciła swoją podmiotowość (nakazy, zakazy, prośby, groźby, sankcje, kary, baty). Została także zmuszona do przyjęcia niechcianych imigrantów z krajów MENA (przykład zazębiania się polityki unijnej z amerykańską). Związki Skalskiego z “Samoobroną” to duży plus. I dowód wielkiej mądrości.


Tajemniczy zgon?

Najcięższym, po stalinizmie, okresem w życiu lotnika była III Rzeczpospolita. Przekonamy się o tym, czytając artykuł “Wielki samotnik - Ostatnie lata Stanisława Skalskiego” pióra Stanisława Błasiaka (tekst znajduje się na stronie StanislawSkalski.pl). Autor pisze, że na przełomie XX i XXI wieku nasz bohater zaczął doświadczać licznych okrucieństw starości: omdleń, upadków, opuchlizn, zaburzeń percepcji, pogorszenia wzroku i słuchu. Problemom zdrowotnym towarzyszyła gorycz z powodu trudnej sytuacji w Polsce oraz lęk o przyszłość ukochanej Ojczyzny. Schorowanemu kombatantowi pomagała rodzina i zaufani przyjaciele. Niestety, oprócz uczciwych opiekunów trafili się również oszuści, którzy wyczyścili konto bankowe generała i przepisali jego mieszkanie na swoją hipotekę. Przestępstwami tymi zajęły się organy ścigania, ale śledztwo w pierwszej sprawie zostało umorzone zaraz po śmierci ofiary. Wojciech Krajewski (twórca broszury “Generał brygady pilot…”) podaje, że z mieszkania weterana zniknęło wiele cennych pamiątek, a niektóre z nich zastąpiono tanimi falsyfikatami. Najgorsza rzecz miała się jednak wydarzyć niedługo przed śmiercią lotnika. Według biskupa Tadeusza Płoskiego, cytowanego przez portal Wirtualna Polska, “najwybitniejszy polski pilot myśliwski trafił we wrześniu do zakładu opieki ze śladami pobicia”. Wielu Internautów zalicza całą sprawę do “tajemniczych zgonów III RP”. Tym bardziej, że Skalski był stronnikiem Leppera.


Życie rodzinne

Zgodnie z tym, co pisze Błasiak, Stanisław Skalski był rozwiedziony. Wydaje się jednak, że lotnik i jego eksżona pozostali przyjaciółmi, wszak utrzymywali ze sobą kontakt nawet po ustaniu małżeństwa. Weteran bitwy o Anglię poślubił swoją ukochaną, Marię, gdy ta wychowywała już własne dziecko. Wynika to z informacji, według której pilot i jego pasierbica zamieszkali w jednym domu, kiedy dziewczynka miała osiem lat. Przybrana córka Skalskiego, Jolanta Pusłowska, również pozostała ważną osobą w jego życiu. Słynny lotnik nie miał biologicznego potomstwa. I chociaż z Jolantą nie łączyły go więzy krwi, udało im się nawiązać oraz utrzymać serdeczną relację. Zarówno była żona, jak i pasierbica, opiekowały się Stanisławem Skalskim, gdy starość uczyniła go słabym i niesamodzielnym. Wojciech Krajewski poświęcił sferze uczuciowej generała trzy zdania w rozdziale zatytułowanym “W ludowym lotnictwie”. Brzmią one następująco: “W tym okresie próbował również ułożyć sobie życie osobiste. W 1959 r. wstąpił w związek małżeński z Marią Janiną Sobiczewską. Małżeństwo to przetrwało 11 lat”. Pani Maria nie była pierwszą miłością pilota. Paweł Smoleński zauważył, że Skalski (rzekomy antysemita!) związał się przed wojną z Żydówką Zuzanną Fiszman. Niestety, dziewczyna nie przeżyła okupacji hitlerowskiej. Poniosła śmierć w getcie żydowskim. Ale lotnik nigdy nie zapomniał o swojej młodzieńczej sympatii. Zachował nawet jej fotografię.


18 lub 22

Ile niemieckich maszyn zestrzelił Stanisław Skalski? Wojciech Zmyślony, autor notki biograficznej opublikowanej w serwisie PolishAirForce.pl, podaje: “Zgodnie z oficjalnie zaliczonym wynikiem na ‘liście Bajana‘, zestrzelił samodzielnie 18, a wspólnie z innymi pilotami 3 samoloty, co oznacza, że był najskuteczniejszym polskim myśliwcem”. Pod tekstem Zmyślonego znajduje się tabela zawierająca szczegółowe informacje. W jej podsumowaniu widnieją statystyki dotyczące trafionych przez Skalskiego aeroplanów. “Zniszczony na pewno”: 18 i 11/12. “Zniszczony prawdopodobnie”: 2. “Uszkodzony”: 4 i 1/3. Paweł Smoleński pisze o osiągnięciach naszego bohatera: “Wojenny bilans - co najmniej 22 strącone samoloty”. Wojciech Krajewski: “Do dzisiejszego dnia trwa spór o liczbę zestrzelonych przez niego samolotów wroga. Najnowsze badania historyków pozwalają przyjąć, że od 1 września 1939 r. do 8 maja 1945 r. zestrzelił 18 samolotów na pewno, kilka prawdopodobnie i kilka uszkodził”. Na stronie internetowej 1. Regionalnego Ośrodka Dowodzenia i Naprowadzania im. gen. bryg. pil. Stanisława Skalskiego czytamy: “Do dnia dzisiejszego historycy wojskowości sprzeczają się, ile samolotów wroga Generał SKALSKI strącił naprawdę. Liczba ta mieści się w przedziale od 18 do 22 samolotów”. Bez względu na to, który bilans jest prawdziwy, Stanisław Skalski pozostaje najlepszym polskim lotnikiem czasów II wojny światowej. Jest po prostu bezkonkurencyjny.


Zmienność losu

Weteran bitwy o Anglię zmarł w listopadzie 2004 roku, piętnaście dni przed swoimi 89. urodzinami. Gdyby żył, miałby dziś 100 lat (rocznikowo 101). Została po nim książka “Czarne krzyże nad Polską” i ustne opowieści zarejestrowane na taśmach video. Stanisław Skalski był kawalerem licznych odznaczeń polskich, brytyjskich i francuskich. Do najważniejszych z nich należały, oczywiście, Krzyż Złoty Orderu Wojennego Virtuti Militari i Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari. Słynnego pilota szanowali nie tylko dorośli, ale również dzieci, o czym świadczy fakt, iż uhonorowano go Orderem Uśmiechu. Zapoznanie się z biografią Stanisława Skalskiego powinno być dla nas bodźcem do refleksji nad zmiennością ludzkiego losu. W życiu, jak to w życiu. Raz jesteśmy na szczycie, innym razem na dnie. Czasem przeżywamy chwile tryumfu i satysfakcji, a czasem - momenty upokorzenia i niesprawiedliwości. Nawet, jeśli będziemy osiągać liczne sukcesy i żyć tak uczciwie, jak tylko się da, nigdy nie zabraknie łotrów gotowych nas skrzywdzić (“Są tacy, to nie żart, dla których jesteś wart mniej niż zero” - śpiewał wokalista grupy Lady Pank). Skalski zrobił dla Polski i świata bardzo dużo, a jednak został okrutnie potraktowany przez system stalinowski i III Rzeczpospolitą. Mimo wszystko, doceniono go już za życia. Pod tym względem miał więcej szczęścia niż Witold Pilecki i August Emil Fieldorf “Nil“. Choć o mały włos nie skończył tak jak oni. Dostał przecież wyrok śmierci.


Natalia Julia Nowak,
7-28 lutego 2016 roku


PS.
Czepiacie się Stanisława Skalskiego, bo wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego? No i co z tego, że wstąpił? Irena Sendlerowa była długoletnią członkinią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (w latach 1948-1968). Mimo to, nasz Naród ją uwielbia. Uwiecznia ją na muralach, odsłania tablice pamiątkowe ku jej czci, nazywa jej nazwiskiem ulice, aleje, ronda i szkoły. Nikt nie ośmieliłby się pomyśleć o desendleryzacji przestrzeni publicznej. Nawet najzagorzalsi zwolennicy PiS-u (czytaj: zwłaszcza najzagorzalsi zwolennicy PiS-u). Członkiem PZPR był też Jan Pietrzak, bard “Solidarności”, prawicowy publicysta. W PRL-owskiej partii rządzącej udzielał się także Andrzej Lepper, polityk o poglądach ludowo-narodowych, późniejszy koalicjant Prawa i Sprawiedliwości (dziś przypomina o jego istnieniu tablica pamiątkowa w Alejach Jerozolimskich). Jerzy Robert Nowak, znany z Radia Maryja i Telewizji Trwam, działał w Stronnictwie Demokratycznym, przybudówce do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. A co z cudzoziemcami szanowanymi w naszym Kraju? Niejaki Joseph Ratzinger należał kiedyś do Hitlerjugend. Później został Ojcem Świętym, przyjął imię Benedykta XVI, a niektórzy komentatorzy uznają go za ostatniego “prawdziwego” papieża przed nadejściem fałszywego proroka (Antychrysta, którym rzekomo ma być reformator Franciszek). Ale po co ja się zajmuję Stanisławem Skalskim? Teraz “na topie” jest inny dowódca LWP, Ryszard Kukliński, skądinąd ulubieniec PiS-owców. Czepialscy, nie bądźcie tacy “hop do przodu”, bo Wam z tyłu zabraknie! Uważajcie też, żeby współczesny antykomunizm nie zamienił się w swoje przeciwieństwo, tak jak to się stało ze współczesnym antyfaszyzmem!


PRZYPISY

[1] Do spuścizny “Grunwaldu” nawiązuje skinheadowski zespół rockowy Sztorm 68.

[2] Tak, wiem, że tytuł tej książki (a właściwie pomocy naukowej) brzmi obciachowo. O wiele lepsza byłaby nazwa “Poczet polskich bohaterów narodowych. Od Zawiszy Czarnego do Andrzeja Leppera”. Dlaczego Leppera? Bo próbował bronić Ojczyzny przed zakusami Waszyngtonu i Brukseli, ujawniał wielkie skandale polityczne, a zmarł śmiercią tragiczną w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Wielu ludzi przypuszcza, że Andrzej Lepper nie popełnił samobójstwa, tylko został zamordowany. Wizję tego, jak mogły wyglądać jego ostatnie chwile, zawarł Patryk Vega w filmie fabularnym “Służby specjalne“ z 2014 roku. Uwaga! Jeśli znacie innych bohaterów walki z amerykańskim kolonializmem i europejskim zaborem, to koniecznie dajcie mi znać! Chętnie umieszczę ich na mojej prywatnej liście herosów! Co do Lecha Wałęsy, dedykuję mu piosenkę “But, What Ends When the Symbols Shatter?” (“Ale co się kończy, gdy symbole ulegają rozbiciu?”) brytyjskiej grupy Death in June. Moim zdaniem, rozbicie symbolu Wałęsy zakończyło pewną epokę. Erę wiary w to, że PRL kiedykolwiek został rozwiązany. Teraz dla wszystkich Polaków powinno być jasne, że III RP to kolejny etap PRL-u, tak jak gomułkowszczyzna, gierkowszczyzna czy jaruzelszczyzna. Różnica polega na tym, że przed rokiem 1989 naszym Wielkim Bratem była Moskwa, a obecnie mamy podwójnego Wielkiego Brata w postaci Waszyngtonu i Brukseli. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższych latach sytuacja miała ulec poprawie. Nawet, jeśli Unia Europejska się rozpadnie, wciąż będziemy ubezwłasnowolnieni przez Stany Zjednoczone. Ponadto nadal będą do nas napływać dyrektywy z Berlina, Watykanu, Kijowa i Tel-Awiwu. Nie ma powodów do radości. Ogólna zapaść pomału zamienia się w uświęconą tradycję.

[3] Faktycznie, Mieczysław Moczar, znany również jako Mykoła Demko i Mikołaj Diomko, to ciekawa osobistość. Podczas wojny i w okresie stalinizmu zrobił dużo złego, ale później, po roku 1956, działał na rzecz “unarodowienia” polskiego socjalizmu, zawzięcie piętnował syjonizm, wzywał do walki z antypolonizmem, rehabilitował żołnierzy AK, bezskutecznie walczył o prawa kombatanckie dla NSZ-owców oraz sprzeciwiał się represjonowaniu działaczy “Solidarności” (więcej na ten temat można przeczytać w moim artykule “Zastać Polskę ludową, a zostawić narodową”. Tekst jest dostępny online). Jakby tego było mało, to właśnie Moczar, jeszcze przed odwilżą gomułkowską, doprowadził do złagodzenia Antoniemu Hedzie “Szaremu” wyroku z kary śmierci na dożywocie. Podziękował mu w ten sposób za ocalenie życia w czasach partyzanckich (źródło: Łażący Łazarz, “Rok 1976 - ostatnia akcja Komendanta ‘Szarego’”, WolnaPolska.pl). Oczywiście, nic nie zmieni faktu, że Mykoła Demko był zbrodniarzem stalinowskim oraz sowieckim kolaborantem z czasów II wojny światowej. Stanisława Sojczyńskiego “Warszyca” potraktował równie okrutnie, jak “żydokomuna” potraktowała Stanisława Skalskiego. Zainteresowanym polecam film dokumentalny “Czy warto było tak żyć?” Aliny Czerniakowskiej z 2007 roku. W produkcji znajduje się informacja, że podwładni Moczara (szefa łódzkiego WUBP w latach 1945-1948) stosowali wobec “Warszyca“ takie metody, jak bicie, łamanie kości kamieniem czy wbijanie gwoździ pod paznokcie. Koszmarne, nie do pozazdroszczenia. Żadna ludzka istota nie powinna doświadczać takich cierpień. Szkoda, że Diomko nigdy nie poniósł kary za swoje bestialstwo. I piszę to jako osoba, która potrafi docenić jasną stronę jego biografii (tę z epoki późniejszej, popaździernikowej).

[4] Cytat z filmu “Matrix” Andy’ego i Lany (Larry’ego) Wachowskich. W aneksie będzie więcej odniesień do tego fantastycznonaukowego arcydzieła.

[5] Jaki był odsetek Żydów piastujących najwyższe stanowiska w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego? Odpowiedzi na to pytanie udziela Krzysztof Szwagrzyk w publikacji “Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom I. 1944-1956” (można ją pobrać z oficjalnej witryny Instytutu Pamięci Narodowej). Otóż w centrali MBP dyrektorzy żydowskiego pochodzenia stanowili 37% wszystkich dyrektorów. Na prowincji, czyli w jednostkach terenowych, doliczono się 13,7% szefów-Żydów. W Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego mogli ponadto pracować Żydzi zajmujący średnie i niskie szczeble hierarchii zawodowej. Wypada wspomnieć, że w analizowanym okresie ludność żydowska była już bardzo nieliczna, stanowiła mniej niż 1% polskiego społeczeństwa. Można zatem stwierdzić, że w stalinowskim resorcie siłowym Żydzi (jako mniejszość etniczna/narodowa) byli wyraźnie nadreprezentowani. Zdaniem Ryszarda Walickiego, autora książki “Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie”, faktycznej kontroli nad MBP nie sprawował minister Stanisław Radkiewicz, tylko Kierownictwo Partii (Bolesław Bierut, Jakub Berman, Hilary Minc) i dyrektorzy/wicedyrektorzy czołowych departamentów (Józef Różański, Anatol Fejgin, Roman Romkowski, Józef Światło). Radkiewicz, przedstawiciel Narodu Polskiego, miał więc mniej do powiedzenia niż sześciu Żydów (Berman, Minc, Różański, Fejgin, Romkowski, Światło) i jeden Polak (Bierut). Wszyscy wymienieni mężczyźni musieli być jednak lojalni wobec Józefa Stalina i Ławrientija Berii. Tymczasem Stalin i Beria byli… Gruzinami! Nie Żydami!



ANEKS [w nawiązaniu do fragmentów o Lepperze]
III Rzeczpospolita. Świat po drugiej stronie lustra.
Czy wiesz, że żyjesz w odwróconym PRL-u?


Historia Polski po roku 1945 jest prosta jak budowa cepa. Gdy wojska niemieckie opuściły Polskę, ich miejsce zajęły wojska sowieckie. Gdy wojska sowieckie opuściły Polskę, ich miejsce zajęły wojska amerykańskie. Polska Rzeczpospolita Ludowa nie mogłaby powstać, gdyby nie ludzie, którzy w latach 20. i 30. XX wieku kontaktowali się z wywiadem sowieckim. III Rzeczpospolita nie mogłaby powstać, gdyby nie ludzie, którzy w latach 70. i 80. XX wieku kontaktowali się z wywiadem amerykańskim. W PRL-u mówiono, że Sowieci pomogli Polakom przegonić Niemców. W III RP mówi się, że Amerykanie pomogli Polakom przegonić Sowietów. W PRL-u wybudowano pomnik Józefa Stalina. W III RP wybudowano pomnik Ronalda Reagana. W PRL-u istniał problem tajnych więzień NKWD. W III RP istniał/istnieje problem tajnych więzień CIA. W PRL-u gloryfikowano Armię Ludową, a Narodowe Siły Zbrojne oskarżano o bandytyzm i kolaborację. W III RP gloryfikuje się Narodowe Siły Zbrojne, a o bandytyzm i kolaborację oskarża się Armię Ludową (to akurat jest OK, ale wspominam o tym, bo doskonale wpisuje się w schemat). Władcy PRL-u musieli się liczyć ze zdaniem Moskwy. Władcy III RP muszą się liczyć ze zdaniem Waszyngtonu.

W okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej obawiano się, że Polska, u boku Związku Sowieckiego, będzie prowadzić wojnę ze Stanami Zjednoczonymi. W III Rzeczypospolitej zachodzi obawa, że Polska, u boku Stanów Zjednoczonych, będzie prowadzić wojnę ze spadkobierczynią Związku Sowieckiego, Rosją. PRL-owscy dygnitarze uważali się za ofiary poprzedniego (sanacyjnego) reżimu. Dygnitarze III RP również uważają się za ofiary poprzedniego (PRL-owskiego) reżimu. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej głoszono, że prawdziwa wolność i demokracja zaczęły się 22 lipca 1944 roku. W III Rzeczypospolitej głosi się, że prawdziwa wolność i demokracja zaczęły się 4 czerwca 1989 roku. W PRL-u obywatele byli szpiegowani przez SB i wywiad sowiecki. W III RP obywatele są szpiegowani przez ABW i wywiad amerykański (patrz: rewelacje Edwarda Snowdena). W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej każde dziecko musiało się uczyć języka rosyjskiego. W III Rzeczypospolitej każde dziecko musi się uczyć języka angielskiego. W PRL-u szkoły były laickie, ale społeczeństwo wydawało się religijne. W III RP szkoły są ureligijnione, ale społeczeństwo wydaje się zlaicyzowane. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej obywatele marzyli o otwarciu granic. W III Rzeczypospolitej obywatele marzą o zamknięciu granic.

Podsumowując: III RP jest odwrotnością PRL-u, tak jak kolor niebieski jest odwrotnością koloru czerwonego. Żyjemy w świecie po drugiej stronie lustra, gdyż współczesna rzeczywistość stanowi przeciwieństwo rzeczywistości minionej. To jest świat na opak, zdjęcie w negatywie, wklęsła strona kuli. Nie da się zrozumieć III Rzeczypospolitej bez zrozumienia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (podobnie przedstawia się sytuacja temperatury: ktoś, kto nie zna zimna, nigdy nie pojmie, czym jest ciepło). Tak czy owak, trzeba przyznać architektom obecnego ustroju, że wykazali się idealnym wyczuciem symetrii. Ich twór i PRL uzupełniają się niczym Filidor i Anty-Filidor z “Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Teoretycy spiskowi mogliby powiedzieć, że odwrócenie wszystkiego do góry nogami to ewidentnie robota masonerii. Ja niczego nie sugeruję. Ale te symetryczne odwzorowania mają dużo wspólnego ze Świętą Geometrią.

System, w którym żyjemy - niebieska strona lustra - to jedna wielka fikcja. Wmawia nam się, że od 4 czerwca 1989 roku mieszkamy w Wolnej Polsce. Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej. Otóż przyszło nam żyć w zakłamanym, sztucznie wykreowanym (przy Okrągłym Stole) świecie będącym parodią PRL-u, czyli czerwonej strony lustra. Polska Rzeczpospolita Ludowa to prawdziwa, pierwotna wersja otaczającej nas rzeczywistości. III Rzeczpospolita to twór wtórny, epigoński, odtwórczy, a zarazem fałszywy, bo stanowiący lustrzane odbicie pierwowzoru. My, młodzi ludzie wychowani w III RP, połknęliśmy niebieską pigułkę i uwierzyliśmy w propagandę traktującą o Wolnej Polsce. Jeśli chcemy odkryć, czym tak naprawdę jest świat, w którym egzystujemy, powinniśmy sięgnąć po czerwoną pigułkę i dokładnie poznać PRL. Gdy tak uczynimy, uświadomimy sobie, że nasz system, III Rzeczpospolita, to Matrix, wirtualna rzeczywistość wzorowana na Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. III RP to lustrzane odbicie PRL-u. Innymi słowy, III RP to PRL oglądany w lustrze.

Urodziłam się w roku 1991, lecz nie robiłoby mi większej różnicy, gdybym się urodziła w 1951. Mam 25 lat. Gdybym przyszła na świat w roku 1951, osiągnęłabym dwudziestkę piątkę w 1976. I co? I nic. Miałabym to samo, co teraz, tylko w formie lustrzanego odbicia. A zamiast podejrzanej działalności Komitetu Obrony Demokracji śledziłabym podejrzaną działalność Komitetu Obrony Robotników (ale nuda!). Na każdym kroku odkrywam elementy łączące III Rzeczpospolitą z Polską Rzeczpospolitą Ludową. Otwarta pozostaje kwestia, czy to świadczy na korzyść PRL-u, czy na niekorzyść III RP. Tak czy siak, odrzucam myślenie magiczne, zgodnie z którym w 1989 roku, na skutek kilku czarodziejskich podpisów, sytuacja w Polsce uległa radykalnej zmianie. Według mnie, PRL trwa nadal, ale przestąpił z lewej nogi na prawą. Pytacie: “Co z tym zrobić?”. Odpowiadam pytaniem: “A czy w ogóle da się z tym coś zrobić?”. Żyję, realizuję swoje pasje, a bieżącą polityką się nie przejmuję, zupełnie jak większość ludzi w poprzednim (czytaj: wciąż obowiązującym) systemie. Na pewno znajdą się osoby, które zarzucą mi konformizm lub oportunizm. Niestety, nie będą mieć racji, albowiem moja postawa zasługuje raczej na miano cyniczno-dekadencko-nihilistycznej.

Mam lekceważący stosunek do III Rzeczypospolitej, tak jak starsze pokolenia miały lekceważący stosunek do Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Kiedy byłam nastolatką, potrafiłam płakać przez naszych decydentów. Teraz szkoda mi łez na takie głupstwa. Ech, w PRL-u przynajmniej nie było bezrobocia, imigrantów, pedofilskiej edukacji seksualnej ani zagrożenia terrorystycznego ze strony islamskich fundamentalistów. Dziś jednak nie strzela się do protestujących robotników (chociaż antykomunista, wolnorynkowiec, libertarianin Kelthuz śpiewa, że się powinno). Czy Polska kiedykolwiek ucieknie z żelaznego uścisku USA? Czy wyjdzie z domu niewoli, jakim niewątpliwie jest Unia Europejska? Czy amerykańskie wojska opuszczą kiedyś nasze ziemie? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Znam za to adekwatny fragment piosenki zespołu Łzy: “Codziennie pytam, czy kiedyś to się skończy. I nienawidzę słów: nic nas nie rozłączy”. Okrągły Stół niczego nie zmienił. On tylko uśpił naszą czujność, odebrał nam świadomość naszego położenia. Wierutnie nas oszukał.

Lata mijają, kolejne rządy przychodzą i odchodzą, a pechowa gwiazda jak świeciła, tak świeci. Jedyne, co mogę dziś uczynić, to zacytować kilkanaście zdań z utworu “Love (Will Change The World)” Boyda Rice’a: “Rozmawialiśmy o miłości non stop przez ostatnie kilka dekad, faktycznie przez ostatnie kilka tysięcy lat. Dokąd dokładnie nas to zaprowadziło? Czy jesteśmy jeden krok bliżej raju? Ledwo. Miłość nie zakończyła wojny, nie wyleczyła zbrodni ani nie wymazała ubóstwa. (…) Spójrz na jakąkolwiek oznakę poprawy, a gwarantuję Ci, że zobaczysz tylko najbardziej kosmetyczne zmiany. Mydlenie oczu. Pusty symbolizm. Thatcherowska przyśpiewka. (…) W rzeczywistości, rzeczy obróciły się w g***o. Społeczny i moralny rozkład jest jak niekontrolowany rak, który przejął kontrolę. Rak zrodzony z miłości. (…) Tak więc werdykt w sprawie miłości jest jednocześnie zły i dobry. Złą wiadomością jest to, że miłość obróciła świat w ściek. Dobrą wiadomością jest to, że ludzie nauczyli się kochać zapach g***a”. Potraktujmy to jako podsumowanie lat 1989-2016 (za słowo “miłość“ możemy ewentualnie podstawić “solidarność“). Heh, przypomina mi się hasło 25. rocznicy wyborów czerwcowych: “Dziękujemy za wolność”. Wiecie, jak powinna brzmieć odpowiedź na ten slogan? “Nie ma za co”.

Popieram ideę lustracji, ujawnienia byłych agentów UB i SB. Uważam jednak, że trzeba zrealizować jeszcze jedno ambitne przedsięwzięcie, a mianowicie zdemaskować wszystkich wolnomularzy i tajnych współpracowników CIA/NSA (zarówno byłych, jak i obecnych). Wypadałoby także zmusić Wielkiego Brata do odtajnienia wszelkich skrywanych informacji na temat Izaaka Fleischfarba vel Józefa Światły. Mało tego, należałoby się domagać udostępnienia pełnych danych dotyczących Operacji Cyclone, która polegała na finansowaniu mudżahedinów w Afganistanie, “Solidarności” w Polsce i paru innych beneficjentów w różnych zakątkach świata. Z innej beczki: uroczyście oświadczam, że w najbliższym czasie NIE zamierzam popełnić samobójstwa. I nie, nie wybieram się na Kubę. A składam tę deklarację, gdyż naprawdę boję się krwawych jankeskich instytucji odpowiedzialnych za Guantanamo, Abu Ghraib, PRISM, Bluebird, MK-ULTRA i Hugo-Wie-Co-Jeszcze. One są zdolne do wszystkiego, a ja jestem tylko pyłkiem na wietrze. Cóż, nie czuję się wolna we własnej Ojczyźnie. Dlatego nigdy nie świętuję takich dat, jak 4 czerwca czy 31 sierpnia.

N.J. Nowak

PS 1.
Najlepszym dowodem na to, że III Rzeczpospolita to Matrix, jest “fakt medialny”, iż Lech Wałęsa przeskoczył ultrawysoki mur (3,5 metra). W Realnym Świecie nie byłby w stanie tego dokonać. W wirtualnej rzeczywistości jest to jednak możliwe. Wystarczy “uwolnić swój umysł”, tak jak nauczał Morfeusz. I nie trzeba być żadnym Wybrańcem, którego milicyjne kule się nie imają. Hehehe… A oglądaliście “nowe-stare” nagrania z Magdalenki? Adam Michnik kradnie show! Oscarowa rola! Gość jest bardzo kordialny, chyba zbyt dosłownie potraktował motto filmu “Metropolis” Fritza Langa: “Pośrednikiem między Umysłem a Dłońmi musi być Serce”. Czesław Kiszczak mroczny, poważny, elegancki jak Joh Fredersen. Lech Wałęsa prosty, hardy, nieokrzesany jak Grot. Lech Kaczyński zdystansowany, onieśmielony, uduchowiony jak Maria (ta prawdziwa, a nie jej sobowtór, którym może być nieobecny Jarosław). Tylko Michnik… Sprawiający wrażenie zbyt zuchwałej, przerysowanej, wynaturzonej wersji Fredera Fredersena, syna Joha. Po tym wszystkim następuje Gruba Kreska, która pełni taką funkcję, jak w filmie “Metropolis” wielki, wyraźny, wykonany drukowanymi literami napis “KONIEC.” (z niepozostawiającą złudzeń kropką). Gdybym miała nadać tym nagraniom jakiś tytuł, brzmiałby on: “Polskie Metropolis. Historia prawdziwa”. Zastanawiam się jedynie, kto w tej opowieści odgrywał rolę Rotwanga. Przypomnę, że Rotwang stworzył Fałszywą Marię i pośrednio wywołał rewolucję.

PS 2. Jeśli chodzi o Wałęsę, to niemal cała Polska śpiewa mu dzisiaj piosenkę Kasi Kowalskiej: “Zrzucę ciężar Twych kłamstw powtarzanych co dnia, zacznę wierzyć w to, że żyć bez Ciebie się da”. Cieszę się, że można już swobodnie o tych sprawach rozmawiać, bo przestały być wreszcie teorią spiskową. Każdej osobie urodzonej po 1 września 1939 roku, a zwłaszcza po 4 czerwca 1989, dedykuję słowa Morfeusza: “Jesteś niewolnikiem. Jak wszyscy inni urodziłeś/urodziłaś się w kajdanach”. Dla mnie jest rzeczą oczywistą, że żadnej Wolnej Polski na świecie nie ma, i to od prawie 77 lat. Z tego właśnie powodu nie traktuję poważnie “rocznic wolności“ i nie żywię sentymentu do symboli związanych z hucpą wałęsowsko-kiszczakowską. III RP to połączenie “Matrixa” z “Metropolis”. Związek Wałęsy z Kiszczakiem pobłogosławiony przez Michnika. Uważacie, że wytrysnął ze mnie jakiś jad? I bardzo dobrze! Przez osiem lat, odkąd tylko odkryłam ten problem, starałam się być w miarę powściągliwa. Na co czekałam? Na odpowiedni moment. Na chwilę, w której uzyskam stuprocentową pewność, że mam rację i że zostanę zrozumiana. Ta chwila właśnie nadeszła. Precz z antypatriotyczną polityką nastawioną na realizację obcych interesów (choć dziś już nie moskiewskich)! Precz z Brukselą (nasza Ojczyzna ma być państwem, a nie częścią Stanów Zjednoczonych Europy)! Precz z amerykańskim wojskiem (tu jest Polska, a nie Irak)! No, a Wałęsa niech się schowa do mysiej dziury. Przypomnijcie sobie, jak we wrześniu 2013 roku, w wywiadzie dla ITAR-TASS, czyli rosyjskiej agencji prasowej, Wielki Lechu nawoływał do zbudowania jednego mocarstwa polsko-niemieckiego. Wąsaty elektryk powiedział wtedy: “Czas stworzyć Nowy Porządek Świata”. Źródło tego cytatu? Artykuł “Nowy pomysł Wałęsy: zjednoczyć Polskę i Niemcy” zamieszczony w serwisie internetowym Polskiego Radia. Ten człowiek nie jest i nigdy nie był propolski. Jeżeli gdańskiemu lotnisku zostanie odebrane imię Lecha Wałęsy, to nadajcie mu nowego patrona - kogoś związanego z lotnictwem, np. Stanisława Skalskiego. Wolę bohatera wojennego od bankruta politycznego.

PS 3. Mam nadzieję, że po ostatniej aferze z “szafą Kiszczaka” nikt już nie będzie mi wmawiać, iż żyję w Wolnej Polsce. Bo nie żyję i nigdy nie żyłam. Dokładnie to samo można powiedzieć o większości obywateli naszego Kraju (“większości” - albowiem nie ma już zbyt wielu ludzi urodzonych 31 sierpnia 1939 roku lub wcześniej). Piszę po raz kolejny, że nigdy, dosłownie nigdy nie świętowałam żadnej z “rocznic wolności”. Mogę więc się śmiać z naiwnych, którzy świętowali, a teraz rozpaczają, bo uzmysłowili sobie swój błąd. Niewykluczone zresztą, że w tym roku uroczystości rocznicowe w ogóle się nie odbędą. Dla mnie to żadna strata. Nie płaczę, bo nie mam po czym. Witajcie w Realnym Świecie, w nieśmiertelnym PRL-u! W państwie Bieruta, Ochaba, Gomułki, Gierka, Kani, Jaruzelskiego, Rakowskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego, Komorowskiego i Dudy! Jeśli bolą Was oczy, to dlatego, że nigdy ich nie używaliście! Utwór dla osób pogrążonych w szoku poodłączeniowym: Evanescence - “Everybody’s Fool”. Dopuszczalne tłumaczenia tytułu piosenki: “Każdy jest głupcem” i “Głupiec [należący do] wszystkich” (wyraz “fool” można także rozumieć jako “oszukać”). Jeszcze jedno… Co bym robiła, gdybym żyła w “tamtym” PRL-u? Zapewne to samo, co obecnie. Zachwycałabym się Stanisławem Skalskim, krytykowałabym USA, potępiałabym “żydokomunę” oraz głosiłabym wyższość duetu “Gomułka & Moczar” nad duetem “Wałęsa & Michnik”. Sympatyzowałabym ze Zjednoczeniem Patriotycznym “Grunwald”. I słuchałabym Filipinek, mojego ulubionego starego girlsbandu.

 

trzykropek | pulablogpl | madziczka | renatka-1 | nike | Mailing