Kategoria: Ciekawostka

Lacrimosa. Gothic metal i Kościół Nowoapostolski

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Muzyka, Społeczeństwo
Tagi: anne nurmi, bóg, chrześcijaństwo, franciszek, gothic, gothic metal, gothic rock, illuminati, irwingianizm, jan paweł ii, kontrola umysłu, kościół, kościół katolicki, kościół nowoapostolski, kościół rzymskokatolicki, ksiądz, lacrimosa, masoneria, metal, mk-ultra, monarch, muzyka, nak, papież, religia, rock, teorie spiskowe, tilo wolff, wiara
29. maja 2017 06:00:00

“Lacrimosa NIE JEST
chrześcijańskim zespołem,
ale Tilo jest chrześcijaninem”


Resistencia Underground (stepman628),
użytkownik serwisu YouTube.com



“Wierzę w Boga, jestem chrześcijaninem.
Wiara stanowi ogromną część mojej osobowości,
jest jedną z najważniejszych wartości w moim życiu”


Tilo Wolff w rozmowie z Anną Sadłowską,
Polskie Radio PiK, Lacrimosa.rockmetal.art.pl




Cierpienia młodego poety

Historia Lacrimosy sięga roku 1990. To właśnie wtedy Tilo Wolff, wówczas nadwrażliwy 18-latek w typie goethowskiego Wertera, musiał podjąć decyzję dotyczącą swojej dalszej drogi życiowej. Ale nie było mu łatwo. Ta delikatna mimoza, egzystująca w świecie głębokich uczuć i bujnej wyobraźni, została akurat wyrzucona ze szkoły za noszenie ekstrawaganckich, gotyckich ubrań. Sytuacja przedstawiała się nieciekawie, a sam Tilo - miłośnik poezji, literatury i muzyki - prawdopodobnie zmagał się z dojmującym uczuciem weltschmerz. Nastolatek miał jednak asa w rękawie: od dłuższego czasu pisał wiersze, a poza tym posiadał spore doświadczenie w dziedzinie gry na różnych instrumentach. Pewnego razu, gdy spojrzał na swoje liryki, doszedł do wniosku, że mógłby wzmocnić ich przekaz poprzez dodanie do nich akompaniamentu. Tak powstały pierwsze utwory Wolffa, zatytułowane “Seele in Not” i “Requiem” (gatunek: dark wave). Były to kompozycje proste pod względem formy, czysto keyboardowe, eksperymentalne, a przede wszystkim wyjątkowo depresyjne. Te dwa kawałki znalazły się wkrótce na kasecie demo “Clamor” (1990). Młodzieniec, działający pod szyldem “Lacrimosa“, marzył o pozostaniu niezależnym twórcą. A ponieważ wolność kojarzyła mu się z wolnym rynkiem, postanowił założyć własne przedsiębiorstwo fonograficzne. Przepracowawszy trochę czasu w kilku fabrykach, zdobył kapitał początkowy i założył firmę Hall of Sermon (HoS). W latach 1991-1993 sam sobie wydał trzy płyty (“Angst”, “Einsamkeit”, “Satura”) oraz jeden singiel (“Alles Luge”). Krążki te bardzo przypominały kasetę “Clamor”. Prostymi, mrocznymi dźwiękami odmalowywały ból, strach, rozpacz, obłęd itd.


Od “Inferno” do “Elodii”

W 1993 roku, podczas wspólnej trasy koncertowej Lacrimosy i fińskiej grupy Two Witches, Tilo poznał swoją przyszłą partnerkę sceniczną, a zarazem żonę, Anne Nurmi[1]. Świeżo upieczony duet wydał epkę “Schakal” (1994) i longplay “Inferno” (1995), które przyniosły mu uznanie w mrocznych subkulturach. Krążek “Inferno” był jeszcze głęboko zakorzeniony w solowej twórczości Wolffa, ale ewidentnie zwiastował wielkie zmiany. Piosenki Lacrimosy, choć nadal przygnębiające, brzmiały już dojrzale i melodyjnie. Na CD po raz pierwszy pojawiła się orkiestra symfoniczna. Lecz to dopiero płyta “Stille” (1997) przekształciła gotycki zespół w wybitną formację łączącą metal z muzyką poważną. W dziejach Lacrimosy rozpoczął się złoty wiek, a sam krążek “Stille” zachwycał odbiorcę wyszukanymi melodiami i bogactwem klasycznych instrumentów. Tilo stał się pewny siebie, charyzmatyczny, zdolny do ciągłego zaskakiwania publiczności czymś nowym. Śpiewał “z chlebem” (na “Inferno” zawodził “jakby chciał, a nie mógł”, natomiast wcześniej preferował różne szepty, skrzeki i piski). Muzyka była wyraźnie szybsza, mocniejsza, bardziej dynamiczna. W 1999 roku ujrzał światło dzienne album powszechnie uznawany za opus magnum Lacrimosy. “Elodia”, bo o niej mowa, okazała się płytą utrzymaną w klimatach podobnych do “Stille”, ale jeszcze bliższą twórczości Mozarta, Beethovena, Bacha i Wagnera. Chwytliwe melodie, zawarte na tej długograjce, łatwo wpadały w ucho, a Londyńska Orkiestra Symfoniczna dopełniała dzieła. To właśnie na tym albumie znalazł swoje miejsce singlowy przebój “Alleine Zu Zweit”, utwór o namiętności przywracającej młodość staremu, zaśniedziałemu, ostygłemu związkowi.


Od “Fassade” do “Echos”

Rok 2001 przyniósł światu kolejne CD Lacrimosy, “Fassade”. Był to już siódmy krążek w karierze zespołu, a zarazem czwarty spośród tych, które wbijały słuchacza w fotel swoim niezwykłym patetyzmem i orkiestrowym rozmachem. Najważniejsze dzieło na tej płycie stanowił cykl “Fassade” składający się z trzech monumentalnych, apokaliptycznych, podobnych do siebie pieśni tworzących spójną - brzmieniowo i tematycznie - całość. W ich przypadku ogromne znaczenie miała zarówno muzyka, jak i treść krytykująca (po)nowoczesne społeczeństwo, które nie jest już wspólnotą opartą na tradycyjnych wartościach, tylko zbiorem egoistycznych, materialistycznych, osamotnionych jednostek. W 2003 roku ukazał się album “Echos” zawierający więcej klasyki niż metalu. Otwierała go nieprawdopodobnie pompatyczna uwertura “Kyrie”, w całości wykonywana przez chór i orkiestrę symfoniczną. Twórczość Lacrimosy powoli zaczęła się robić… męcząca. Na płycie “Echos” znalazły się wprawdzie dwa rockowe kawałki, “Durch Nacht Und Flut” i “Malina”, ale brzmiały one dość umownie, zupełnie jakby miały być przeznaczone do wykonywania na żywo w TVP1. Piosenki te były rozdzielone czterema ciepłymi, gładkimi, subtelnymi nagraniami, w rytm których można by rozsmarowywać masło na chlebie lub ustawiać porcelanowe figurki na szklanych półeczkach. Tilo i Anne, wtłoczeni w gorset konwencji, nigdy wcześniej nie wydawali się tak nudni. Ostatni utwór, “Die Schreie Sind Verstummt”, pełnił funkcję kwiatka u kożucha. Odróżniał się od pozostałych tym, że wracała w nim Lacrimosa z czasów “Stille” i “Elodii”. Niestety, było już za późno, żeby cokolwiek zmienić. Wolff i Nurmi zaprzepaścili swoją szansę.


Od “Lichtgestalt” do “Hoffnung”

Nie od dziś wiadomo, że jeśli coś się zbytnio napina, to prędzej czy później musi pęknąć. Tak też było z Lacrimosą, która na kolejnym krążku, “Lichtgestalt” (2005), wyraźnie spuściła z tonu. Po opublikowaniu czegoś tak snobistycznego, jak “Echos”, przyszedł czas na odrobinę pokory. Owszem, nowy longplay znów urzekał klasycznym instrumentarium, ale był zdecydowanie skromniejszy, chwilami wręcz rozrywkowy (“Lichtgestalt”, “Kelch der Liebe”, “Letzte Ausfahrt: Leben”). Poważna, uroczysta atmosfera wracała jednak w ostatnim utworze, czyli we wzruszającym “Hohelied der Liebe” będącym interpretacją biblijnego “Hymnu o miłości” św. Pawła z Tarsu (1 Kor 13). Płyta “Sehnsucht”, która trafiła do sklepów w 2009 roku, stanowiła potwierdzenie woli odejścia od dotychczasowej stylistyki. Z dzisiejszej perspektywy widać, że owo CD było mostem między “Lichtgestalt” a “Revolution” - krążkiem, o którym będzie mowa za chwilę. Album “Sehnsucht” zaprezentował publiczności nową, niestroniącą od elektroniki Lacrimosę. W uszy słuchacza rzucało się zwłaszcza komputerowe chrobotanie wykorzystane w utworze “A.U.S. (Alles Unter Schmerzen)”. Tilo znów zaczął szeptać, skrzeczeć i piszczeć, tak jak to czynił w wieku 18-21 lat. Oczywiście, drobne wstawki elektroniczne występowały już na “Echos”, a dziwne odgłosy Wolffa dawały się słyszeć na “Lichtgestalt”, ale nie na taką skalę! Rok 2012 to data wydania płyty “Revolution”. Krążek ten rozwiewał wszelkie wątpliwości, udowadniał, że Lacrimosa, niegdyś staroświecka, zwróciła się ku futuryzmowi. Następcą CD “Revolution” został depresyjny, elektroniczny album “Hoffnung” (2015). Bezczelnie podkradał on motywy z wcześniejszych płyt duetu.


Tilo i przyjaciele

Oferta Lacrimosy to także pięć składanek: “Live” (1998), “Vintage Classix” (2002), “Lichtjahre” (2007), “Schattenspiel” (2010) i “Live in Mexico City” (2014). Na szczególną uwagę zasługuje dwupłytówka “Schattenspiel” skompilowana z okazji 20-lecia istnienia formacji. Tilo i Anne umieścili na niej alternatywne wersje sześciu starych kawałków oraz utwory nigdy wcześniej niepublikowane. Lacrimosa obdarowała też swoich fanów licznymi materiałami audiowizualnymi. W latach 1995-1997 ujrzały światło dzienne dwie kasety VHS: “The Clips 1993-1995” i “Silent Clips”. Później trafiły w ręce widzów cztery płyty DVD: “The Live History” (2000), “Musikkurzfilme” (2005), “Lichtjahre” (2007) i “Live in Mexico City” (2015). Prawdziwą perłę stanowi film dokumentalny “Lichtjahre”, relacja z trójkontynentalnej trasy koncertowej zespołu. Dyskografia duetu nie byłaby pełna, gdyby nie napomykała o różnorakich singlach (np. “Feuer” - 2009), epkach (np. “Heute Nacht” - 2013) oraz nagraniach będących efektem współpracy z innymi wykonawcami. Gościnne występy Wolffa na cudzych płytach to osobny rozdział jego życia. Piosenki do posłuchania: Kreator - “Endorama”, Kartagon - “Messiah”, Tk. Kim - “Bleib”, Mono Inc. - “Children of the Dark”, Dreams of Sanity - “The Phantom of the Opera”, Joachim Witt - “Abendrot”, Martin Sprissler - “Gimmie Somethin’ To Believe In”, Christian Dorge - “Weltschmerz”, Christian Dorge - “Der Satyr”, Christian Dorge - “Mystische Rosenmadonna”. Tilo realizuje także poboczny projekt muzyczny, Snakeskin. Jego dorobek to trzy albumy electro: “Music For The Lost” (2004), “Canta’Tronic” (2006) i “Tunes For My Santimea” (2016). Usłyszymy na nich przejmujący śpiew Kerstin Doelle i Cariny Bohmer.


Kaznodziejski ton

Czytając wywiady, jakich Tilo Wolff udzielił na przestrzeni ponad dwudziestu lat, można czasem odnieść wrażenie, że artysta wykazuje skłonność do popadania w iście kaznodziejski ton. Przykładem może tutaj być “Wywiad na temat ‘Inferno’”, którego polską wersję językową znajdujemy na stronie Lacrimosa.rockmetal.art.pl. Rozmowa najprawdopodobniej została przeprowadzona około roku 1995. Co z tego, że muzyk wyglądał wówczas ekscentrycznie, skoro jego mentalność nie odbiegała zbytnio od mentalności typowego eschatologicznego chrześcijanina? Pozwolę sobie zacytować odpowiedź, jakiej udzielił Tilo na jedno z pytań dziennikarza. Artysta ustosunkowuje się w niej do utworu “Das Schweigen“ z płyty “Satura” (1993).

TW: “To prawda, raczej nie wierzę w ludzkość. Ludzie są zbyt egoistyczni. Myślą tylko o sobie, ale kiedy tylko pojawiają się jakieś problemy, zwracają się do sąsiadów. A powinno być inaczej. Ludzie są też za bardzo materialistami, ale to tylko symptom. Bóg dał nam dziesięć przykazań, gdybyśmy tylko postępowali zgodnie z nimi, albo przynajmniej trzymali się najważniejszej rzeczy, jakiej uczył nas Jezus: ‘Kochaj bliźniego tak jak siebie‘, życie byłoby o wiele prostsze, a problemy naszego społeczeństwa przestałyby istnieć. Pomyślcie o tym! Zastanówcie się, skąd biorą się nasze problemy! Ten świat stoi na krawędzi, to nie może dłużej tak wyglądać. Ale to nie jest pierwszy raz, a tym razem powinniśmy wiedzieć lepiej. Potop został przepowiedziany i wszyscy byli ostrzeżeni. Noe budował Arkę i chciał ją zapełnić, ale ludzie tylko się z niego śmiali. Po potopie on i jego rodzina wciąż żyli, natomiast wszyscy inni ludzie zginęli. Kojarzy mi się to z naszymi czasami”

Inny przykład popadania w kaznodziejski ton? Fragment arcyciekawego wywiadu dla magazynu “Tylko Rock” (materiał, opublikowany w październiku 2001 roku, nosi tytuł “Samotność długodystansowca“. Kopia rozmowy jest dostępna na stronie Stille.prv.pl). Gdy redaktor Wiesław Weiss pyta Lacrimosę o zawartość merytoryczną tryptyku “Fassade”, Tilo Wolff wygłasza długi, socjologiczny monolog. Narzeka w nim na współczesnych ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo są urabiani przez mainstreamowe media, reklamę, propagandę i odgórne programy nauczania. Twierdzi, że społeczeństwo jest zmanipulowane do tego stopnia, iż czuje się wolne pomimo swojego oczywistego zniewolenia. O ile początek i środek wypowiedzi można jeszcze uznać za manifest anarchisty lub libertarianina, o tyle koniec wywodu brzmi jak kościelne kazanie. Muzyk wypowiada bowiem zdania, jakich nie powstydziłby się nawet ksiądz rzymskokatolicki.

TW: “’Fassade - 2. Satz’ to z kolei wyraz moich przeżyć duchowo-religijnych. Mówi o tym, że w życiu chodzi nie tylko o majątek, wygląd modelki, sławę. Nie lekceważę prostych ludzkich pragnień. Ale w życiu musi być coś jeszcze, co nadaje mu sens. Śpiewam tam na przykład: ‘Nie ma miłości bez prawdy. I nie ma prawdy bez miłości‘… Jeśli nie jesteś wierny swojej miłości - czy naprawdę możesz nazwać ją miłością? Jeśli nie jesteś wierny sobie - czy możesz spojrzeć sobie samemu w twarz? To prawdziwy problem naszych czasów. Większość ludzi jest tak bardzo zakłamana, że dawno straciła orientację, kim w rzeczywistości jest. Co więcej - nie chce wiedzieć”

W wywiadzie “Samotni razem” (czasopismo “Jazgot”, numer 4 z 1999 roku, Lacrimosa.rockmetal.art.pl) pojawia się zagadnienie życia pozagrobowego. Dziennikarz, niejaki Oron, zadaje Wolffowi pytanie: “Twój stosunek do śmierci, obawiasz się jej?”. Odpowiedź artysty doskonale koresponduje z jego innymi poglądami filozoficznymi.

TW: “Nie. Całe nasze życie jest przygotowaniem do jej przyjęcia. Uważam i wierzę w to, że po śmierci istniejemy dalej, kontynuując naszą podróż. Tylko takie nastawienie spowoduje zwalczenie strachu przed nicością. Nie jesteśmy tylko ciałami fizycznymi, to jest tylko jedna z form naszej egzystencji. Owszem, to bardzo ważne, aby dbać o ciało, dawać mu jeść, pielęgnować je, lecz stanowi ono jakby kostium wypożyczony nam do poruszania się w ziemskiej strukturze. Wierząc w życie po śmierci, nie masz żadnych obaw”

Szkoda, że Oronowi nie przyszło do głowy, żeby pociągnąć ten wątek i zapytać: “A piekła się nie obawiasz?”. Mogłaby z tego wyniknąć pasjonująca dyskusja teologiczna. Odkrylibyśmy wówczas, jak wygląda Wolffowa wizja życia pozagrobowego. Czy muzyk na pewno nie odrzuca klasycznej, chrześcijańskiej koncepcji zaświatów - nieba i piekła (tudzież czyśćca i limbusa)? Wszystko jedno. Przejdźmy do następnego wywiadu. W październiku 2003 roku uruchomiono specjalny adres e-mailowy, na który można było nadsyłać dowolne pytania do Lacrimosy. Zakazano tylko wściubiania nosa w prywatne życie duetu. Odpowiedzi na zadane pytania zostały wkrótce opublikowane na stronie internetowej zespołu (“Exclusive Fan-Interview, October 2003”, Lacrimosa.ch). Sprawdźmy, jak Tilo odpisał dwóm osobom pytającym o przekonania religijne formacji, a także irańskiemu muzułmaninowi, który miał dziwny koszmar z Wolffem w roli głównej.

TW (do Danieli Veas): “Tak, wierzymy w Boga i wierzymy w Jezusa Chrystusa, chodzimy do kościoła, ale widzimy również istotne różnice między istniejącymi Kościołami, jak to, że nie wszystkie spośród powszechnie znanych Kościołów chrześcijańskich wydają się dążyć do oryginalnego celu Kościoła Jezusa, którym jest prowadzenie ludzkości drogą do Boga kierowaną przez apostołów opieczętowanych Duchem Świętym, a którym nie jest dążenie do ludzkich i zorientowanych na świat celów! To, oczywiście, jest nasza osobista opinia, a nie jakikolwiek rodzaj osądu, albowiem nie mamy prawa osądzać”

TW (do Yaira Abrahama Gamboy Palomeque): “Tradycyjna wiedza o Bogu pochodzi z Biblii. Tradycyjna wiedza o Szatanie również pochodzi z Biblii. Według Biblii, Bóg jest miłością, a Szatan jest źródłem jej przeciwieństwa. W konsekwencji, jeśli czujesz miłość, czujesz Boga. A ja staram się nie nienawidzić zbyt dużo, kocham i chcę być kochany!”

TW (do Alirezy Ghasemi): “Sen, jaki miałeś, raczej brzmi dla mnie tak, jakbyś widział we mnie zagrożenie dla siebie i swojej wiary, gdyż jestem chrześcijaninem, a Ty muzułmaninem słuchającym mojej muzyki i lubiącym ją. Uwierz mi, nie chcę sprawiać Tobie ani nikomu innemu takich problemów moją muzyką, więc proszę, Alireza, nie rozdzieraj się na pół! Myślę, iż możesz znaleźć rozwiązanie jedynie poprzez to, że albo przestaniesz słuchać Lacrimosy, albo dowiesz się, czy w Twojej religii grzechem jest słuchanie muzyki innej kultury”


Prawda, która szokuje

Zauważywszy, że Tilo i Anne przywiązują ogromną wagę do religii chrześcijańskiej, zaczęłam się zastanawiać: “Jakiego oni są wyznania?”. Ponieważ sądziłam, że znalezienie jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie będzie niemożliwe, postanowiłam ustalić coś innego. “Gdzie oni mieszkają? Jakie tam są związki wyznaniowe?” - główkowałam. Przeglądając zasoby serwisu MoneyHouse.ch, odkryłam, że firma Hall of Sermon była rejestrowana w Bazylei, Schlieren, Riehen i Rheinfelden (Szwajcaria). Sam Tilo Wolff uchodzi obecnie za przedsiębiorcę z Riehen. Zorientowawszy się w sytuacji, pomyślałam: “Riehen to mała gmina pod Bazyleą. Jeśli Tilo i Anne faktycznie tam mieszkają, to ja nie wierzę, że nikt ich nie zna i nie kojarzy”. Moje poszukiwania ruszyły w następującym kierunku: “Tilo Wolff z Riehen. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?”. No i dotarłam do celu. Drodzy Czytelnicy! Mam nadzieję, że siedzicie na tyłkach, bo to, co zaraz przeczytacie, może Was powalić na kolana! Tilo Wolff, lider duetu Lacrimosa, jest duchownym w Kościele Nowoapostolskim (Neuapostolische Kirche, New Apostolic Church, NAK, NAC). W lutym 2013 roku został oficjalnie zaakceptowany przez wyższego kapłana, Markusa Fehlbauma, dzięki czemu awansował z diakona na księdza (“Besuch des Bezirksapostels”, Riehen.nak.ch). We wrześniu 2014 roku własnoręcznie ochrzcił małego Simona (“Taufe Simon Emmanuel Dappen”, Riehen.nak.ch). Ponadto muzyk aktywnie uczestniczy w życiu swojej i pobliskich parafii. Świadczą o tym liczne zdjęcia opublikowane na stronach internetowych NAK. Rosyjscy fani Lacrimosy - użytkownicy portalu VKontakte - zgromadzili co najmniej 24 takie fotografie (Vk.com/album-290858_208397571).


Neuapostolische Kirche

Kościół Nowoapostolski, ośmiomilionowy ruch religijny, należy do nurtu irwingiańskiego, gdyż powstał w wyniku działalności Edwarda Irvinga (XIX-wiecznego charyzmatyka) i jego ambitnych uczniów. Ci ostatni uważali się za “nowych apostołów” kontynuujących misję swoich biblijnych poprzedników. Duchowni tytułowani apostołami do dziś stanowią elitę Kościoła Nowoapostolskiego, a na ich czele stoi prorokujący Główny Apostoł. Oni wszyscy mają do pomocy biskupów, księży i diakonów. Jednym z podstawowych założeń NAK jest wiara w rychłą Paruzję, która zapoczątkuje idylliczne Milenium, czyli tysiącletnie, ziemskie panowanie Jezusa i jego sprawiedliwych wybrańców. Epoka ta zakończy się Sądem Ostatecznym i anihilacją niegodziwych dusz. Neuapostolische Kirche głosi istnienie Trójcy Świętej i uznaje bóstwo Chrystusa. Zezwala na transfuzję krwi i transplantację narządów, potępia zaś niszczenie ludzkich zarodków. W NAK nie wyświęca się kobiet, aktywnych homoseksualistów ani mężczyzn żyjących w konkubinacie. Nie ma też możliwości zawarcia małżeństwa jednopłciowego. Kościół Nowoapostolski oferuje swoim wyznawcom trzy sakramenty: chrzest wodny (odrodzenie z wody), święte pieczętowanie (odrodzenie z Ducha) i świętą wieczerzę (komunię pod postacią opłatka pokropionego winem). Te wielkie dary są dostępne nie tylko dla żywych. Trzy razy do roku odbywają się specjalne nabożeństwa, podczas których żyjący pełnomocnicy przyjmują sakramenty w imieniu osób zmarłych. Najdłużej urzędującym Głównym Apostołem był Niemiec Johann Gottfried Bischoff, kolaborant NSDAP. W 1954 roku ogłosił on dogmat, według którego Chrystus powróci jeszcze za jego życia. Sześć lat później zmarł[2].


Wolffowie i Bischoffowie

Wytwórnia płytowa HoS składa się z dwóch bytów: “Hall of Sermon Publishing, Tilo Wolff” i “Hall of Sermon GmbH”. Pierwszy z nich dwukrotnie (?) był rejestrowany w Riehen. Najpierw pod adresem Storklingasse 38, a potem pod adresem Im Hinterengeli 14 (logo “Tilo Wolff” - adres Im Hinterengeli 22). Z ulicą Storklingasse wiążą się legendarne początki Lacrimosy. Otóż właśnie tam młodziutki Tilo ulokował swoje przedsiębiorstwo w 1992 roku. Intrygującym przypadkiem jest dom przy ulicy Im Hinterengeli 14. Aktualnie w tej posiadłości mają swoje siedziby firmy Friedricha Wolffa i Franka Wolffa. Przypuszczam, że Friedrich to ojciec Tilo, a Frank - rodzony brat artysty. Friedrich, wynalazca solarium[3], jest człowiekiem sukcesu, który zbił kokosy w latach 70. XX wieku. W 2011 roku, mimo choroby Parkinsona, pozostawał aktywny i dyrygował chórem seniorów. Działalność biznesową zawsze ułatwiała mu rodzina, szczególnie bracia (Jorg, Christoph, Dietrich) i żona Ursula z Bischoffów. Pytanie: czy ta kobieta ma coś wspólnego z Johannem Gottfriedem Bischoffem? Główny Apostoł był związany z Frankfurtem nad Menem, a przecież w latach 70. Wolffowie mieszkali dokładnie w tym mieście. Później przenieśli się do Riehen, chyba na Storklingasse 38, bo akurat ten adres figuruje w opisach patentowych Friedricha. Z wynalazcą solarium ściśle współpracuje Corinna Oechsle, która ewidentnie uczęszcza do Neuapostolische Kirche (“Festgottesdienst mit Apostel Wolfgang Eckhardt in Lorrach”, Nak-loerrach.de). Frank Wolff to kolejny ksiądz nowoapostolski (“Gottesdienst mit Apostel Burren”, Riehen.nak.ch). Prowadzi on firmę wraz ze swym kuzynem Felixem Wolffem, diakonem NAK (“Neuer Vorsteher fur die Gemeinden Pratteln und Rheinfelden”, Nak.ch).


Ukryta opcja irwingiańska

Lacrimosa “popełniła” kiedyś utwór przemycający w swojej treści poglądy irwingiańskie. Jest nim mało znane nagranie “The Last Millennium“. W pierwszej zwrotce podmiot liryczny opisuje swoją burzliwą przeszłość: “I to zawsze będą moje drzwi/ Ten konkretny dzień, w którym się urodziłem/ I to zawsze będzie mój poranek/ Wszystkie te lata wpływające na moją tęsknotę/ Kiedy byłem niespokojny, poniekąd bezdomny/ Walczący często o zrozumienie/ Szukający czegoś stabilnego/ Zmęczony kręceniem się w kółko/ Teraz jestem tutaj, żeby pozostać w miejscu, do którego należę”. Po tych słowach następuje refren, w którym Tilo wyje: “Hej! Hej!/ Dzisiaj mówię ‘do widzenia‘!/ Czekając na coś więcej, co przyjdzie/ Witam Ostatnie Milenium/ Hej! Hej!/ Dzisiaj mówię ‘cześć‘!/ Czekałem na to, to jest/ To jest Ostatnie Milenium”. Gdy Wolff wykrzykuje te zdania, Nurmi dośpiewuje: “Witaj/ Musisz się obudzić/ To jest Ostatnie Milenium”. W drugiej zwrotce słyszymy, że wkrótce nadejdzie “całkiem nowa epoka”, która “spłucze nasze piękne życie” (New World Order?). Jest tam również mowa o “arogancji ludzkości” i “zmianie ludzkiej rasy“. Trzecia zwrotka brzmi zaś jak świadectwo nawrócenia: “A kiedy patrzę w swoje życie, widzę/ Że każda łza, którą wypłakałem, była wzmocnieniem mojej duszy/ Nic, tylko miłosierdzie/ Prowadziło mnie przez ból/ I nic, tylko miłosierdzie/ Utrzymywało mnie niezmienionym/ To było miłosierdzie, które uzyskałem/ Raz ofiarowałem/ I to było miłosierdzie/ Dzięki któremu wciąż jestem żywy/ A kiedy patrzę w swoje życie, mogę powiedzieć/ ‘Dziękuję Ci z całego serca za miłosierdzie, które otrzymałem!‘”. Elementy irwingiańskie występują także w piosenkach “Promised Land” i “If The World Stood Still A Day“.


Wojtyła jako heretyk?

Chciałabym teraz napisać kilkanaście zdań o kawałku “Der Ketzer” z płyty “Angst” (1991). Jest to nagranie, w którym 19-letni Tilo Wolff dość ostro krytykuje papieża Jana Pawła II. Oczywiście, człowiek, który nie jest katolikiem, nie ma obowiązku kochać głowy Kościoła rzymskokatolickiego, ale taki “hejterski” utwór stanowi rodzaj “haka” na dzisiejszego księdza nowoapostolskiego. Uwaga! Jeśli dokładnie wczytamy się w tekst utworu “Der Ketzer”, uzmysłowimy sobie, że wcale nie chodzi w nim o czcigodnego Karola Wojtyłę. Ojciec Święty jest tu jedynie symbolem atakowanego związku wyznaniowego (KrK). Zarzuty, jakie padają w piosence, mogłyby zostać postawione każdemu innemu papieżowi: “biedni, ponieważ kradniesz ich pieniądze”, “biedni, ponieważ oni tobie wierzą”, “płaczę nad twoją duszą”, “twoim królestwem jest piekło” (tłum. Trauer, Stille.prv.pl). Ustalmy tożsamość tytułowego “heretyka“. Czy rzeczownik ten odnosi się do osoby mówiącej? A może do… suwerena Watykanu? Ta druga możliwość oznaczałaby, że podmiot liryczny postrzega JP2 jako odszczepieńca, który sprzeniewierzył się nauczaniu Jezusa Chrystusa lub przynajmniej doktrynie Kościoła rzymskokatolickiego. Nie wiem, czy Karol Wojtyła był heretykiem, ale poważnie traktuję hipotezę, że jest nim Jorge Mario Bergoglio. Poczynania jezuity Franciszka tak dalece odbiegają od wskazań Ewangelii (adhortacja “Amoris Laetitia”!) i tradycyjnych zasad KrK, że nawet teolodzy rzymskokatoliccy wyrażają swój niepokój. W środowiskach ultrakatolickich spotkamy wielu sedewakantystów, którzy głoszą, że ostatnim prawowiernym Ojcem Świętym był Pius XII, a wszyscy (po)soborowi papieże to antypapieże. A zatem… Nie wieszałabym psów na jednym irwingiańskim gocie!


Perspektywa teoretycznospiskowa

Co o Lacrimosie powiedzieliby teoretycy spiskowi wyspecjalizowani w analizowaniu wytworów popkultury (Vigilantcitizen.com, Pseudoccultmedia.net)? Niewątpliwie stwierdziliby, że Tilo Wolff i Anne Nurmi pozornie są poza wszelkim podejrzeniem. Przecież Tilo to niezależny artysta, którego trudno uznać za część globalnego przemysłu rozrywkowego. Wiadomo o nim, że powiedział “NIE”, kiedy pracownicy MTV złożyli mu ofertę współpracy. Czy on mógłby być marionetką Illuminati? Czy mógłby być ofiarą kontroli umysłu - projektu Monarch lub MK-ULTRA? A kto niby miałby go kontrolować? Hmmm… Może ktoś z Kościoła Nowoapostolskiego? Albo sama Anne Nurmi? To by wyjaśniało, dlaczego ta skromna, nieśmiała kobieta na zdjęciach bywa ukazywana jako arogancka domina. Symbole BDSM (np. klatki, łańcuchy) jak najbardziej są kojarzone z projektem Monarch. Podobnie zresztą jak inne atrybuty Lacrimosy: arlekiny, karuzele, maski, drzwi, korytarze, schody, kolumny, zegary, łuki architektoniczne oraz kontrastowe zestawienia czerni i bieli.

W 2015/2016 roku duet zaczął wyraźnie nadużywać motywu czarno-białej szachownicy. Istnieją fotografie z czasów płyty “Hoffnung”, na których Tilo i Anne, pokryci takim właśnie wzorem, subtelnie eksponują jedno oko. Zwróćmy też uwagę na okładkę krążka “Intrication” Tk. Kim (przypominam o piosence “Bleib“ nagranej z gościnnym udziałem Wolffa!). Zawiera ona mnóstwo podejrzanych elementów: dziewczynę z zasłoniętym okiem, trójkąt, spiralę, kłódkę, drut kolczasty, węża, motyle monarchy, motyle innych gatunków, szkielet motylich skrzydeł, greckie litery, podłogę-szachownicę, odłamki czegoś rozbitego, Drzewo Życia oraz Wszystkowidzące Oko. Same znaki masońskiej kontroli umysłu… Na okładce DVD “Musikkurzfilme” Lacrimosy znajduje się cyrkiel, kątomierz i przedziwny człowiek-robot, który w pustej głowie ma tylko arlekina i światło. Okładka CD “Fassade” przedstawia pokaz mody. Widzowie, obserwujący roznegliżowane modelki, wyglądają jak robotnicy z filmu “Metropolis” Fritza Langa i noszą na głowach cudaczne aparaty. Tajemnicze ustrojstwo widnieje również na głowie ślepego mężczyzny, reprezentanta tzw. białych kołnierzyków, wyobrażonego na okładce płyty “In the Clinic” zespołu Kartagon (formacji promowanej przez Hall of Sermon). Tytuł albumu, zestawiony z tą sugestywną ilustracją, przywodzi na myśl psychuszkę.

W 2010 roku Tilo Wolff zaprezentował się światu w zupełnie nowej roli: wystąpił jako DJ podczas halloweenowej imprezy w moskiewskim klubie “Toćka” (“Tochka”). Żaden człowiek, bez względu na światopogląd, nie jest w stanie ominąć nocy z 31 października na 1 listopada. Należałoby wszakże zapytać, czy chrześcijanin myślący o posłudze kapłańskiej powinien obchodzić Halloween (jedno z dwóch najważniejszych świąt satanistycznych zalecanych przez Antona Szandora LaVeya) w jakiejkolwiek formie. Żeby nie odbiegać zbytnio od tematu teorii spiskowych, pozwolę sobie przypomnieć, co o Halloween powiedziała Arizona Wilder, słynna rozmówczyni Davida Icke’a, podająca się za byłą ofiarę kontroli umysłu i oskarżająca międzynarodową elitę o przynależność do Illuminati. Poniższe słowa pochodzą z materiału audiowizualnego “Revelations of a Mother Goddess” (“Rewelacje Bogini Matki”) i dotyczą rzekomych okultystycznych praktyk uskutecznianych w pewnym amerykańskim kościele. Autorami polskiego przekładu są Łukasz i Krzysztof, redaktorzy portalu Davidicke.pl.

AW: “Tej nocy jest czczenie i modły do Szatana. I tej nocy wielu ludzi w tym kraju wie, że chodzi tu o Diabła, Szatana. I chrześcijaństwo mówi wciąż… Wierzę, że stworzyli chrześcijaństwo, by było tym, czym jest. Stworzyli również tego Szatana i kontrolują wszystko w ten sposób. I tej nocy jest wiele rozlewu krwi i składa się ofiary Szatanowi. Jest osoba, która gra swoją rolę w tej Wysokiej Radzie, która ma do czynienia z tą Wysoką Radą. Nie jest w Wysokiej Radzie, ale ma do odgrywania rolę Szatana. Jest telewizyjnym kaznodzieją w TBN, przez jakiś czas był czołowym wokalistą w Iron Butterfly, wiele lat temu. Ma długie blond włosy. W tym punkcie nie przypominam sobie jego nazwiska. Rozpoznałam tylko jego twarz, widziałam go ostatnio w TBN, i to jest jego przykrywka albo jest DID[4]. I gra tę rolę Wielkiego Oszusta Szatana tej nocy Halloween w tym kościele. I to się dzieje w Halloween. Powiem jeszcze, że Halloween, które stało się tak popularne w tym kraju, służy również sprofanowaniu w tym ludzi. I nawet odłam chrześcijańskiego ruchu, który chce nazwać to Festynem Żniw, nie zdaje sobie sprawy, że Festyn Żniw jest z druidycznej religii, i znów robią to samo świętując Festyn Żniw, o to chodzi w Festynie Żniw”

Ktoś może burknąć: “Arizona Wilder? To żaden autorytet! Przecież w tym samym wywiadzie, który zacytowano wyżej, kobieta twierdzi, że widziała znane osobistości zamieniające się w Reptilian (zmiennokształtnych jaszczuroludzi)!”. Święta prawda. Ale jest coś, co powinno rozbudzić wyobraźnię każdego konspiracjonisty: zdjęcia Tilo zrobione w ramach promocji jego drugiego projektu muzycznego, Snakeskin. Zauważmy, że na niektórych fotografiach z pierwszej dekady XXI wieku artysta jest przedstawiony jako osobnik zrzucający skórę. Ucharakteryzowano go w taki sposób, że wygląda, jakby pod ludzką powłoką ukrywał gadzią łuskę. Czyżby jakieś reptiliańskie aluzje?! Niestety, to dopiero początek horroru. Jeszcze gorsze są materiały graficzne i audiowizualne promujące najnowszą płytę Snakeskin, “Tunes For My Santimea” (2016). Na jednym ze zdjęć widzimy niemal zupełnie nagą modelkę, siedzącą na jakimś stołku i trzymającą w dłoniach bukiet czerwonych róż. Kobieta ma na sobie czarną (po wewnętrznej stronie - złocistą) szatę z kapturem oraz złotą maskę przywodzącą na myśl starodawnego lekarza zadżumionych. Dopełnieniem tego obrazu jest lśniąca, czerwona zasłona i czarno-biała podłoga imitująca szachownicę. Na fotografii zdecydowanie dominuje kolorystyka złoto-czarno-czerwona. Jeśli to nie jest nawiązanie do filmu “Eyes Wide Shut” (“Oczy Szeroko Zamknięte”) Stanleya Kubricka, to ja się nazywam Eliza Orzeszkowa! Jak wiadomo, “Eyes…” to klasyka okultystycznego kina.

Zerknijmy także na trzy niskobudżetowe teledyski Snakeskin z lat 2016-2017: “Alive”, “Keep Me Alive” i “Keep Me Alive - DC”. Oprócz twardej erotyki LGBT i BDSM (dwa ostatnie video clipy) zawierają one symbolikę związaną z Illuminati i projektem Monarch. We wszystkich trzech filmikach zobaczymy ćmy, wyeksponowane pojedyncze oczy, dziwne maski oraz potłuczone szkło. W “Alive” ujrzymy też trójkątne kształty, a w pozostałych materiałach - lusterko, tatuaże-kokardy, tatuaże-gwiazdy i zwierzęcą (wężową) teksturę. Jedna z pań występujących w “Keep Me Alive” i “Keep Me Alive - DC” płacze krwawymi łzami, które tradycyjnie oznaczają wielkie cierpienie i stanowią atrybut Matki Boskiej. Czy to straumatyzowana ofiara tzw. programowania beta (jak Brice Taylor lub Cathy O’Brien)? Czemu w niektórych ujęciach ma ona wąskie, gadzie źrenice? I dlaczego te lesbijsko-sadomasochistyczno-ezoteryczne pornole zostały połączone z muzyką zawierającą odwołania do katolickich chorałów?! Taka prowokacja nie przystoi kapłanowi żadnego wyznania[5]! Abstrahuję już od tego, że wąż, ukryty w nazwie Snakeskin, to symbol grzechu i fallusa. A przynajmniej tak było do niedawna, dopóki Bergoglio nie palnął, że Jezus stał się “grzechem“, “diabłem“ i “wężem” (Franciszekfalszywyprorok.wordpress.com).

Wróćmy na moment do halloweenowej imprezy w moskiewskiej “Toćce”. Jednym z utworów, jakie Wolff wziął wówczas na warsztat, był “Bad Romance” Lady Gagi. Tak się składa, że LG od dawna uchodzi za typową marionetkę Illuminati. Natomiast teledysk “Bad Romance” bywa wymieniany jako przykład ekstremalnie wolnomularskiego tudzież reptiliańskiego video clipu. Tilo Wolff, członek Kościoła Nowoapostolskiego, nie jest jedynym duchownym chrześcijańskim, którego przyłapano na wykonywaniu/przerabianiu niesławnego hitu Gagi. Parafrazę dokładnie tej samej piosenki zaśpiewali kiedyś na scenie polscy dominikanie (można to zobaczyć w serwisie YouTube.com: watch?v=aP74qJBWsKY). Zakon dominikanów, podobnie jak zakon jezuitów, zmaga się z oskarżeniami o promasońskie sympatie. Według ks. prof. Michała Poradowskiego, autora książki “Problemy II Soboru Watykańskiego”, konszachty dominikanów i jezuitów z wolnomularzami trwają już dobrych kilka wieków.

Na zakończenie niniejszego wywodu chciałabym, tak dla hecy, odnieść się do filmu “Metropolis” Fritza Langa, o którym wzmiankowałam kilka akapitów wcześniej. W tej niemej, niemieckiej antyutopii z 1927 roku wykorzystano motyw dwóch Marii: anielskiej dzieweczki i jej złowrogiego sobowtóra (robota, gynoida). Prawdziwa Maria, świątobliwa prorokini, naucza robotników w kaplicy, a fałszywa - deprawuje kapitalistów jako tancerka erotyczna w klubie “Yoshiwara“. Główny bohater, Freder, wie o obu Mariach, ale ich nie rozróżnia. W pewnej scenie widzimy go czytającego Apokalipsę Świętego Jana. Nagle przychodzi do niego Jozafat, który opowiada mu o straszliwych zbrodniach sprowokowanych przez nierządnicę z “Yoshiwary”. Przybysz rozumie, że Freder zakochał się w cnotliwej prorokini, dlatego oznajmia dyplomatycznie: “Ta kobieta, u stóp której wszystkie grzechy są nagromadzone, też ma na imię Maria”. Wówczas Freder zrywa się i krzyczy: “Ta sama kobieta, którą w Podziemiu uważają za świętą?!” (YouTube.com, watch?v=RK_hTPyK50w). Nie zamierzam tego komentować.


Natalia Julia Nowak,
06.04. - 29.05. 2017 r.


PS 1.
Twórczość Lacrimosy znam od stycznia 2006 roku (miałam wtedy 14 lat i 11 miesięcy). W gimnazjum i w liceum szalałam na punkcie tego zespołu. Udało mi się nawet zdobyć oryginalną koszulkę z obrazkiem z płyty “Live“. Muzyka Lacrimosy towarzyszyła mi mniej więcej do drugiego roku studiów licencjackich. Teraz, po kilkuletniej przerwie, ze wzruszeniem wracam do jej słuchania.

PS 2. Jeśli powyższy artykuł zawiera nieaktualne informacje i/lub błędy związane z chronologią omawianych wydarzeń, to pokornie za nie przepraszam!


PRZYPISY

[1] Anne jest o cztery lata starsza od Tilo. Przyszła bowiem na świat 22 sierpnia 1968 roku w fińskim mieście Tampere (jej mąż urodził się 10 lipca 1972 roku w niemieckim Frankfurcie nad Menem). Oboje małżonkowie mieszkają w Szwajcarii, jednak pozostają obywatelami swoich ojczystych krajów. Wiele wskazuje na to, że formalnie kobieta nazywa się Anne Marjaana Wolff. Na stronie Moneyhouse.ch, w jednym z komunikatów Swiss Official Gazette of Commerce, znajdujemy taką oto adnotację: “Wolff Anne Marjaana, finnische Staatsangehorige, Rheinfelden, Gesellschafterin…” (“Wolff Anne Marjaana, obywatelka fińska, Rheinfelden, akcjonariuszka…“). Niestety, witryna Moneyhouse.ch zawiera również łamańce językowe typu “Wolf-Tilo gen. Tilo Wolff-Nurmi”, “Wolff Wolf-Tilo” czy “Wolff-Nurmi Wolf-Tilo genannt Tilo”. Proszę mnie nie pytać, o co tu chodzi, bo nie mam zielonego pojęcia! Napiszę tylko tyle, że w polskiej i angielskiej Wikipedii drugie imię Anne figuruje w formie “Marjanna”. Jaką funkcję pełni Nurmi w Lacrimosie? Otóż jest ona klawiszowcem, wokalistką i kompozytorką. Chyba właśnie w tej kolejności (większość muzyki zespołu to kompozycje Tilo). Znamienne, że na koncertach artystka stoi/siedzi z boku, przy keyboardzie, ale zawsze ma przy ustach niewielki mikrofon, który umożliwia jej wyśpiewywanie “swoich kwestii” w poszczególnych piosenkach. Czasem Anne wychodzi na środek sceny i wtedy Tilo zastępuje ją przy instrumencie klawiszowym. Dzieje się tak wówczas, gdy kobieta ma do zaśpiewania któryś ze “swoich” utworów. Ale kawałki wykonywane w całości lub w zdecydowanej większości przez Nurmi stanowią margines repertuaru Lacrimosy. Szczerze mówiąc, doliczyłam się ich zaledwie jedenastu: “No Blind Eyes Can See” (1995), “Not Every Pain Hurts” (1997), “Make It End” (1997), “The Turning Point” (1999), “Senses” (2001), “Vankina” (2001), “Apart” (2003), “My Last Goodbye” (2005), “A Prayer For Your Heart” (2009), “If The World Stood Still A Day” (2012), “Thunder And Lightning” (2015). Anne w dużej mierze odpowiada za wizerunek i autoprezentację duetu, ponieważ jest także projektantką mody, krawcową i fotografem. Jakby tego było mało, Finka posiada zdolności i zamiłowania kulinarne. Czy Wolffowie mają dzieci? Po Internecie krąży plotka, że Tilo i Anne doczekali się córki, ale dotychczas nie udało mi się pozytywnie zweryfikować tego doniesienia. Zdołałam za to ustalić, że Wolffowie mają dwóch synów, którzy noszą imiona Tristan Alexander i Tizian Immanuel (WOW! Na płycie “Sehnsucht“ z 2009 roku w chórku dziecięcym śpiewa jakiś Tristan Alexander!). Chłopcy otrzymali nazwisko po ojcu, a obywatelstwo po matce. Od 19 kwietnia 2016 roku Tilo, Anne, Tristan i Tizian są obywatelami gminy Riehen i kantonu Bazylea-Miasto. Potwierdza to Eleonore Spiniello-Behret na łamach lokalnego pisemka “Riehener Zeitung” (29 kwietnia 2016 roku, Riehener-zeitung.ch).

[2] Ciekawostka: w Kościele rzymskokatolickim urząd papieski jest nieomylny. Jeżeli osoba piastująca ten urząd popełnia jakikolwiek błąd w kwestii wiary, to znaczy, że nie jest już papieżem, albowiem prawdziwy Ojciec Święty nigdy by nie zbłądził. Może Główny Apostoł NAK też przestał być Głównym Apostołem? [Prywata: podzielam opinię katotradsów, że Novus Ordo - Vaticanum Secundum (modernistyczny porządek ustanowiony na Soborze Watykańskim II) ma niewiele wspólnego z autentyczną doktryną i liturgią rzymskokatolicką. Zastanawiam się, czy “papież” (?) Franciszek nie jest jakimś dynamitem mającym rozsadzić KrK od wewnątrz. Utrzymuję, że liberalny kler ośmiesza Kościół skuteczniej niż niejeden antyklerykalny satyryk]

[3] “Za datę powstania pierwszego solarium przyjmuje się rok 1975, kiedy to Friedrich Wolff wyprodukował pierwszą świetlówkę UV i zaobserwował, że promienie UVB syntetyzują witaminę D3 i aktywują proces produkcji pigmentu. Lampy następnie umieszczono pod akrylową powłoką, która przepuszczała promienie ultrafioletowe, i tak oto powstało pierwsze urządzenie zwane dziś solarium. Wprawdzie celem Wolffa nie było opalanie, a leczenie za pomocą promieni ultrafioletowych chorób skóry, jednak fakt, że ‘sztuczne słońce’ nie tylko leczyło, ale i dawało piękną opaleniznę spowodował, że powstała nowa usługa, która z powodzeniem działa do dziś” [cytat z tekstu “Bezpieczne i zdrowe opalanie w solarium” zamieszczonego na stronie Solarium.net.pl]

[4] Chodzi o Dissociative Identity Disorder, czyli dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (chorobę psychiczną, na której podobno bazuje kontrola umysłu Monarch). Inna nazwa schorzenia: MPD - Multiple Personality Disorder, osobowość wieloraka. Fenomen DID/MPD polega na tym, że w jednym ciele mieszkają liczne osobowości, które mają różne charaktery/temperamenty/uzdolnienia i zazwyczaj nie wiedzą o sobie nawzajem. Konspiracjoniści wierzą, że Iluminaci - poprzez przemoc fizyczną, psychiczną i seksualną - umyślnie wywołują tę przypadłość w niewinnych dzieciach. Po co? Żeby móc zaprogramować każdą personę do wykonywania określonych (często skrajnie odmiennych!) zadań. Teoria spiskowa o projekcie Monarch nie wzięła się z powietrza. Jej fundamentem jest wiedza o autentycznym projekcie MK-ULTRA, który był realizowany przez CIA w latach 50. i 60. XX wieku. Nielegalne eksperymenty, jakie wówczas prowadzono, miały związek z zimnowojennym wyścigiem zbrojeń. Czy w repertuarze Lacrimosy są piosenki wzbudzające skojarzenia z kontrolą umysłu Monarch? Aktualnie przychodzą mi do głowy dwa tytuły: “Diener Eines Geistes” (1992) i “Erinnerung” (1993). Pierwszy z tych utworów ukazuje konflikt między poszczególnymi kawałkami rozbitej psychiki, a drugi - porusza problem bolesnych wspomnień z dzieciństwa.

[5] Przyznam, że odkryłam te teledyski bardzo późno, gdy miałam już ukończoną większą część niniejszego artykułu. Znaleziska, o których mowa, nie tylko mnie zaskoczyły, ale wręcz pokrzyżowały mi plany. Chciałam bowiem napisać coś w stylu: “Kariera muzyczna Tilo Wolffa to ewolucja w stronę coraz większego konserwatyzmu”. Obecnie jestem zmuszona wycofać się z tego twierdzenia. Gdyby analizowane video clipy miały charakter archiwalny, tzn. powstały przed dołączeniem twórcy do grona duchownych chrześcijańskich, nie sprawiałyby mi żadnego dyskomfortu. Wiem przecież, że w przeszłości Tilo nie bał stosować różnorakich prowokacji artystycznych. Znam teledysk “Satura” z 1993 roku, który stanowi coś w rodzaju mroczniejszej wersji “Like a Prayer” Madonny*. Obejrzałam filmiki “Copycat” (1995), “Stolzes Herz” (1996) i “Siehst Du Mich Im Licht?” (1997), które czerpią pełnymi garściami z subkultury BDSM. Przeczytałam tłumaczenia utworów “Crucifixio” (1993) i “Schakal“ (1994). Sądziłam jednak, że prowokacje obyczajowe Wolffa skończyły się na początku XXI wieku, a prowokacje religijne - już w połowie lat 90. poprzedniego stulecia. Myliłam się. Uznaję swój błąd. I naprawdę, nie przeszkadzają mi same wybryki Tilo, bo szokowanie leży w naturze artysty. Przeszkadza mi to, że ten człowiek wrócił do swoich starych grzechów, będąc już od dawna praktykującym kapłanem. Pewne rzeczy nie licują z godnością księdza. Czy to hipokryzja, czy rozdwojenie jaźni?! Aha, jeszcze jedno. Niektórzy badacze twierdzą, że osoby o skłonnościach masochistycznych wykazują tendencję do popadania w dewocję religijną. Przyczyną tego zjawiska jest głębokie pragnienie, żeby całkowicie zatracić się w miłości do kogoś uwielbianego, wywyższanego, podziwianego, a zarazem surowego, apodyktycznego i mającego nad nami władzę. Różne formy, mechanizm ten sam. Nie próbuję przez to skonstatować, że chrześcijaństwo jest religią sadomasochistyczną, tylko dowieść, że czasem ludzie działają z bardzo niskich pobudek (świadomie lub nieświadomie). [*Drodzy teoretycy spiskowi! Jeśli będziecie kiedyś oglądać video clip “Satura” Lacrimosy, to przypomnijcie sobie złowieszcze słowa Arizony Wilder: “I tej nocy jest wiele rozlewu krwi i składa się ofiary Szatanowi“, “I gra tę rolę Wielkiego Oszusta Szatana tej nocy Halloween w tym kościele”. Ostrzegam! Jednostki wrażliwe religijnie mogą uznać ten teledysk za bluźnierczy!]


ŹRÓDŁA WIEDZY
O LACRIMOSIE I SNAKESKIN:


1. Witryna internetowa Lacrimosa.ch
2. Witryna internetowa Lacrimosa.life
3. Witryna internetowa Lacrimosaforever.com
4. Witryna internetowa Lacrimosa.rockmetal.art.pl
5. Witryna internetowa Stille.prv.pl
6. Witryna internetowa Snakeskin.ch
7. Profil Lacrimosy na Facebooku: LacrimosaOfficial
8. Profil Lacrimosy na Twitterze: LacrimosaBand
9. Profil Lacrimosy na YouTube: LACRIMOSAofficial
10. Profil Tilo Wolffa na Instagramie: lacrimosasnakeskin
11. Polska, angielska i niemiecka Wikipedia
12. Zbiór tekstów piosenek Lyrics.wikia.com
13. Ustalenia własne wynikające z słuchania utworów Lacrimosy i Snakeskin, a także z oglądania zdjęć, obrazków, teledysków, nagrań koncertowych oraz innych materiałów dotyczących Tilo Wolffa i Anne Nurmi

ŹRÓDŁA WIEDZY
O INTERESACH I LOKALIZACJI WOLFFÓW:


1. “Hall of Sermon Publishing, Tilo Wolff” [Easymonitoring.ch]
2. “Hall of Sermon Publishing, Tilo Wolff” [Moneyhouse.ch]
3. “Hall of Sermon GmbH” [Moneyhouse.ch]
4. “Hall of Sermon GmbH. SOGC notifications” [Moneyhouse.ch]
5. “Wolf-Tilo gen. Tilo Wolff-Nurmi” [Moneyhouse.ch]
6. “Adress-Suche. Liste von Marken und Gesuche, welche mit der Adresse ‘Tilo Wolff’ zu tun haben” [Wirtschaft.ch]
7. “Adress-Suche. Liste von Marken und Gesuche, welche mit der Adresse ‘Tilo Wolff Hall of Sermon’ zu tun haben” [Wirtschaft.ch]
8. “Markenregister/Tilo+Wolff/Riehen/01335/2007” [Wirtschaft.ch]
9. “Markenregister/LACRIMOSA/Tilo+Wolff+Hall+of+Sermon/Riehen/07965/1992” [Wirtschaft.ch]
10. “Markenregister/LACRIMOSA/Tilo+Wolff/Rheinfelden/07692/1992” [Wirtschaft.ch]
11. “Hall of Sermon” [Myspace.com/hallofsermon]
12. “Hall of Sermon Shop” [Hos-shop.com]
13. “Friedrich Wolff AG” (3162484691) [Moneyhouse.ch]
14. “GfMI Gesellschaft fur Management-Innovation mbH” (20088440501) [Moneyhouse.ch]
15. “Results for Tilo Wolff” [Moneyhouse.ch/en/pp/tilo-wolff]
16. “Results for Anne Wolff” [Moneyhouse.ch/en/pp/anne-wolff]
17. “Results for Friedrich Wolff” [Moneyhouse.ch/en/pp/friedrich-wolff]
18. “Results for Ursula Wolff” [Moneyhouse.ch/en/pp/ursula-wolff]
19. “Results for Joerg Wolff” [Moneyhouse.ch/en/pp/joerg-wolff]
20. “Results for Frank Wolff” [Moneyhouse.ch/en/pp/frank-wolff]
21. “Results for Felix Wolff” [Moneyhouse.ch/en/pp/felix-wolff]
22. “Results for Corinna Oechsle” [Moneyhouse.ch/en/pp/corinna-oechsle]
23. “Der Erfinder des Solariums gibt nicht auf” [“Badische Zeitung“, Badische-zeitung.de]
24. “Der Name Wolff steht fur Besonnung” [Medikos-wolff.com]
25. “Research Award of the Jorg Wolff Foundation: Arnold Rikli Award 2016” [Aliya Anwar, Blogs.rsc.org]
26. “A short overview of the company roots of JW Holding” [Jw-holding.de]
27. “Skin tanning apparatus. United States of America Patent. Patent no 4703184” [Patentbuddy.com]
28. “European Patent Office - EP 0023311 B2” (“Neue Europaische Patentschrift. Veroffentlichungsnummer: 0 023 311 B2”) [plik PDF, Patentimages.storage.googleapis.com]
29. “Elektrisches Lichtbad - European Patent Office - EP 0275817 A1” (“Europaische Patentanmeldung. Veroffentlichungsnummer: 0 275 817 A1”) [plik PDF, Patentimages.storage.googleapis.com]
30. “Bestrahlungslampe zur Erhohung des Vitamin D3-Spiegels einer Person - European Patent Office - EP 0427917 A2” (“Europaische Patentanmeldung. Veroffentlichungsnummer: 0 427 917 A2”) [plik PDF, Patentimages.storage.googleapis.com]
31. “Exklusives Wohnen im Grunen. Im Hinterengeli 14, 4125 Riehen“ [Home.ch]
32. “Wolff, Friedrich und Ursula (-Bischoff)” [Tel.search.ch]
33. “Frank Wolff” (frankywolff) [Facebook.com]
34. “Christoph Wolff” (christoph.wolff.391) [Facebook.com]
35. “Solarium. Historia solarium” [Pl.wikipedia.org/wiki/Solarium#Historia_solarium]
36. “Indoor tanning. History” [En.wikipedia.org/wiki/Indoor_tanning#History]
37. “Bezpieczne i zdrowe opalanie w solarium” [“Solarium & Fitness”, Solarium.net.pl]
38. Eleonore Spiniello-Behret, “Aufnahme in das Burgerrecht der Gemeinde Riehen” [“Riehener Zeitung”, Riehener-zeitung.ch]

ŹRÓDŁA WIEDZY
O ŻYCIU RELIGIJNYM WOLFFÓW:


1. “Tilo Wolff” + Riehen [wyniki wyszukiwania Google]
2. “Suche. Suchen nach” (trzeba wpisać zapytanie “Tilo Wolff” i nacisnąć przycisk “Suche”. Pojawią się wówczas wyniki wyszukiwania opatrzone nagłówkiem “Suche nach ‘tilo’ und ‘wolff‘”) [Riehen.nak.ch/servicemenu/suche]
3. “Besuch des Bezirksapostels” (Riehen, 13 lutego 2013 roku. Tilo Wolff odbiera gratulacje z okazji awansu na pełnoprawnego księdza) [Riehen.nak.ch/news/?berID=2951]
4. “Taufe Simon Emmanuel Dappen” (Riehen, 7 września 2014 roku. Tilo Wolff chrzci urocze niemowlę) [Riehen.nak.ch/news/?berID=4619]
5. Lacrimosafan - “Neuapostolische Kirche” (pokaźny zbiór fotografii zgromadzony przez rosyjskich fanów Lacrimosy. Jak się okazuje, grafiki zostały skopiowane ze stron różnych parafii nowoapostolskich. Wydarzenia uwiecznione na obrazkach miały miejsce w miejscowościach: Riehen, Oberwil, Tenniken i Bazylea) [Vk.com/album-290858_208397571]
6. Lacrimosafan - “Neuapostolische Kirche. View comments” (dodatkowa fotografia wklejona przez Alexandra Petrovsky’ego) [Vk.com/album-290858_208397571?act=comments]
7. “Himmelfahrt - Der Stammapostel erobert Basel” (Bazylea, 29 maja 2014 roku. Rosjanie przeoczyli zdjęcie numer 1, na którym jest Tilo) [Nak.ch/nc/news/nak-schweiz/?archivYear=2014&start=4081-1401919200&berID=4063]
8. “Amter-Treff ‘Seelsorge‘” (Bazylea, 24 stycznia 2011 roku. Tilo jest na zdjęciu numer 1) [Nak.ch/nc/news/nak-schweiz/?archivYear=2011&start=1806-1295737200&berID=1807]
9. “1.November 2015 - Entschlafenen-Gottesdienst” (Riehen, 1 listopada 2015 roku. Tilo i Anne są na zdjęciu numer 1) [Riehen.nak.ch/news/?start=&berID=5467]
10. “Kindertag 2016 im Bezirk Basel” (Reinach, 4 września 2016 roku. Tilo i Anne są na zdjęciu numer 2. Anne jest ponadto na zdjęciu numer 9) [Bezirk-basel.nak.ch/news/?berID=6200]
11. “Kindergottesdienst vom 19. Marz 2017 in Oberwil” (Oberwil, 19 marca 2017 roku. Tilo i Anne są na zdjęciu numer 6. Tilo jest ponadto na zdjęciu numer 1) [Oberwil.nak.ch/news/?berID=6682]
12. “Gottesdienst mit Apostel Burren” (Riehen, 6 sierpnia 2014 roku. W tekście jest wzmianka o Franku Wolffie. Obaj bracia są widoczni na zdjęciu numer 2. Frank znajduje się także na zdjęciu numer 4) [Riehen.nak.ch/news/?berID=4269]
13. “Neuer Vorsteher fur die Gemeinden Pratteln und Rheinfelden” (Rheinfelden, 25 sierpnia 2010 roku. W tekście jest wzmianka o Feliksie Wolffie. Felix znajduje się także na jedynym zdjęciu dołączonym do newsa) [Nak.ch/nc/news/nak-schweiz/?berID=1559]
14. “Festgottesdienst mit Apostel Wolfgang Eckhardt in Lorrach” (Lorrach, Niemcy, 7 października 2012 roku. W tekście jest wzmianka o Corinnie i Hansie Oechsle. Zapewne są oni również widoczni na zdjęciach) [Nak-loerrach.de/db/8519/Aktuelles/Festgottesdienst-mit-Apostel-Wolfgang-Eckhardt-in-Loerrach]

ŹRÓDŁA WIEDZY
O KOŚCIELE NOWOAPOSTOLSKIM:


1. “Catechism of the New Apostolic Church” [plik PDF dostępny na stronie Nak.org]
2. Andreas Fincke, Michael Utsch - “Kościół nowoapostolski” [plik PDF dostępny na stronie Weltanschauungsfragen.de]
3. Victor Kuligin - “The New Apostolic Church” [“Africa Journal of Evangelical Theology”, plik PDF dostępny na stronie Biblicalstudies.org.uk]
4. Eryl Davies - “Concerning Cults - New Apostolic Church (1)” [“Evangelical Times”, Evangelical-times.org]
5. Eryl Davies - “Concerning Cults - New Apostolic Church (2)” [“Evangelical Times”, Evangelical-times.org]
6. Eryl Davies - “Concerning Cults - New Apostolic Church (3)” [“Evangelical Times”, Evangelical-times.org]
7. Timothy C. Hanline - “Life Line to Members of the New Apostolic Church” (witryna internetowa byłego kapłana nowoapostolskiego z Karoliny Północnej) [Lifelinetonac.com]
8. David J. Stewart - “New Apostolic Church Exposed!” [Jesus-is-savior.com]
9. Dariusz Bruncz - “Kościół Nowoapostolski i Stasi” [Ekumenizm.pl]
10. Armin - “This document is about the doctrine of the New Apostolic Church (NAC)” [Naki.de]
11. “What is the New Apostolic Church, and what do they believe?” [Gotquestions.org]
12. “The New Apostolic Church: The one true church or another erroneous sect?” [Acfar.org]
13. “The Truth About the New Apostolic Church” [Ibtministries.org]
14. “The Bible - Word of God - Versus Errors of - ‘New Apostolic Church‘” [Menorah.org]
15. “New Apostolic Church Chief Apostle Schneider Q&A On Current Church Doctrine” [YouTube.com, Qft Nac, channel/UC-0K3yPSxFJh3xvx89XIjQQ, watch?v=jm8vlvqRXQg]
16. “Redeemed - Reflecting on Service for the Departed | 2016” [YouTube.com, NACTV New Apostolic Church, user/nactvcape, watch?v=87zsMK3LWEI]
17. “NAC Holy Sealing Service” [YouTube.com, Nac Videos, channel/UCSk3TUih-hfZgusDHd76zyA, watch?v=SWkV180a_tQ]
18. “Kościół Nowoapostolski” [Ekumenizm.wiara.pl]
19. “Apostoł w każdym zborze. Kościół Nowoapostolski w Polsce” [Ekumenizm.wiara.pl]
20. “Chronologia eschatologii według Kościoła Nowoapostolskiego” [Ekumenizm.wiara.pl]
21. “Friedrich Bischoff Verlag” [Bischoff-verlag.de]
22. Nak.org, Nak.org.pl, Nak.ch, Nac.today/en
23. Polska, angielska i niemiecka Wikipedia

INNE ŹRÓDŁA WIEDZY:

1. “Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu” [wydawnictwo “Pallotinum“, Poznań 2003, elektroniczna edycja dostępna na stronie Biblia.deon.pl]
2. “Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie polskim W.O. Jakuba Wujka S.J.” [Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy, Kraków 1962, plik PDF dostępny na stronie Madel.jezuici.pl]
3. Wikipedia, Google Maps, Google Street View, Google Translate (podstawowe informacje o geografii Szwajcarii i Niemiec, podziale administracyjnym tych państw, miejscowościach wchodzących w ich skład, wyglądzie różnych budynków, arkanach języka niemieckiego itd.)
4. Vigilantcitizen.com, Pseudoccultmedia.net
5. “Origins and Techniques of Monarch Mind Control” [Vigilantcitizen.com]
6. “Korzenie i techniki kontroli umysłu ‘Monarch‘” [Ukrytawladza.wordpress.com]
7. “Prelekcja o Greenbaumie: Program kontroli umysłu” [Radtrap.wordpress.com]
8. “Przerażający Sekret Ameryki… Kontrola Umysłu” [Davidicke.pl/forum]
9. “Rewelacje Bogini Matki” [Davidicke.pl]
10. “Revelations of a Mother Goddess 09 17 PL rewelacje bogini matki” [YouTube.com, diamentowa brzoza, channel/UCr7saRj3eykaaqxxULS3snA, watch?v=pvh6SStqR5M]
11. Pozostałe części “Revelations of a Mother Goddess” [YouTube.com, diamentowa brzoza, channel/UCr7saRj3eykaaqxxULS3snA]
12. “1927 Metropolis (restored) part 2/3” (TV Arte) [YouTube.com, George Orwell, user/OfficialUtubeUser, watch?v=RK_hTPyK50w]
13. “Madonna - Like A Prayer (Official Music Video)” [YouTube.com, QueenMadonnaHD, user/QueenMadonnaHD, watch?v=BMZtrsuv508]
14. “Dominikanie - Lady Gaga (cover ‘Bad Romance‘)” [YouTube.com, MIDI Online, user/pitosz1975, watch?v=aP74qJBWsKY]
15. “Dominikanie i parafianie (cover ‘Ona tańczy dla mnie‘)” [YouTube.com, MIDI Online, user/pitosz1975, watch?v=Inpww-lezxE]
16. “Taniec w kościele - Uwaga, mocne” [YouTube.com, Sandra Szczęsna, channel/UC-XkpAn0K2Bim5RMe-c1XEA, watch?v=wJN9tE9r6eo]
17. “Cyrk w kościele III Niedziela Adwentu” [YouTube.com, Sandra Szczęsna, channel/UC-XkpAn0K2Bim5RMe-c1XEA, watch?v=gt3lexPBr00]
18. “Profanacja następnego kościoła - W kościele, w którym się śpiewa ‘idzie sobie krasnoludek‘” [YouTube.com, Sandra Szczęsna, channel/UC-XkpAn0K2Bim5RMe-c1XEA, watch?v=yk5UvEWH_JQ]
19. “Ann Barnhardt, Pociąć ten bzdet: 32 Pytania i dosadne odpowiedzi dotyczące Kościoła Katolickiego i antypapieża Bergoglio” [Wobronietradycjiiwiary.wordpress.com]
20. “Czy Franciszek to fałszywy prorok?” (posoborowy blog rzymskokatolicki) [Franciszekfalszywyprorok.wordpress.com]
21. “Msza Święta Katolicka” (witryna sedewakantystyczna) [Msza.com.pl]
22. “Ultra montes - sede vacante” (witryna sedewakantystyczna) [Ultramontes.pl]
23. “Herezje Karola Wojtyły ‘Jana Pawła II’” [Msza.com.pl]
24. “Herezja Jana Pawła II” [Ultramontes.pl]
25. Donald J. Sanborn - “Przygotowania Benedykta XVI do zniesienia limbusa i ogłoszenia nowej herezji” [Msza.com.pl]
26. Mario Derksen - “Habemus Bergoglio. Antypapież Franciszek i soborowy kościół” [Ultramontes.pl]
27. Ks. prof. Michał Poradowski - “Masoneria w Kościele” (fragment książki “Problemy II Soboru Watykańskiego”) [W.kki.com.pl/piojar/polemiki/kosciol]
28. Fritz Springmeier, Cisco Wheeler - “The Illuminati Formula Used to Create an Undetectable Total Mind Controlled Slave” [plik PDF dostępny na stronie Loveforlife.com.au]
29. Fritz Springmeier, Cisco Wheeler - “Deeper Insights into the Illuminati Formula” [plik PDF dostępny na stronie Whale.to]
30. Cathy O’Brien, Mark Phillips - “Trance-Formation of America” [plik PDF dostępny na stronie Freeyourmindaz.com]
31. Brice Taylor - “Thanks for the Memories” [plik PDF dostępny na stronie Files.meetup.com]
32. Ron Patton - “Project Monarch: Nazi Mind Control” [w: Brice Taylor - “Thanks for the Memories”, Files.meetup.com]
33. Anton Szandor LaVey - “Biblia Szatana” [Docer.pl]
34. Stuart L. Charme - “Religion and the Theory of Masochism” [Academia.edu]
35. Kamila Drozd (z d. Krocz), Paulina Stolorz - “Osobowość wieloraka” [Portal.abczdrowie.pl]
36. Natalia Julia Nowak - “Kontrola umysłu - prawda czy teoria spiskowa?” [Njnowak.tnb.pl]
37. Natalia Julia Nowak - “Saturn - planeta Szatana? Mroczne konotacje i teorie spiskowe” [Njnowak.tnb.pl]
38. Natalia Julia Nowak - “Synchromistycyzm. Gra skojarzeń, teorie spiskowe i pogrobowcy Junga” [Njnowak.tnb.pl]
39. Natalia Julia Nowak - “Wiwisekcja Alice’a Coopera. Chrześcijanin, satanista, mormon czy mason?” [Njnowak.tnb.pl]
40. Natalia Julia Nowak - “Na tropie diabła. Tajemnice Black Sabbath” [Njnowak.tnb.pl]
41. Natalia Julia Nowak - “Dziwne teorie Davida Icke‘a” [Njnowak.tnb.pl]
42. Natalia Julia Nowak - “Illuminati i Dajjal. Konspiracjonizm muzułmański w ‘The Arrivals‘” [Njnowak.tnb.pl]
43. Natalia Julia Nowak - “Film ‘Metropolis’ Fritza Langa. Rozbiór na czynniki pierwsze” [Njnowak.tnb.pl]

Józef Różański - podręcznikowy przykład sadysty!

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Historia, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: brystiger, brystygier, brystygierowa, bugajski, elfen lied, goldberg, historia, julia brystiger, julia brystygier, julia brystygierowa, józef goldberg, józef różański, komunizm, krwawa luna, kryminologia, nkwd, polska, polska rzeczpospolita ludowa, prl, psychologia, rodzina, ryszard bugajski, różański, sadyzm, seks, stalinizm, syjonizm, ub, urząd bezpieczeństwa, zaćma, zsrr, żydzi
02. grudnia 2016 00:28:00

UWAGA! PONIŻSZY ARTYKUŁ ZAWIERA
TREŚCI NIEODPOWIEDNIE DLA DZIECI!


Józef/Jacek Różański (właśc. Goldberg) - polski działacz komunistyczny żydowskiego pochodzenia, dyrektor Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zbrodniarz stalinowski. Odpowiedzialny za aresztowanie, torturowanie i mordowanie tysięcy bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego. Czy był sadystą… sensu stricto? Wszystko na to wskazuje. Najpierw sprawdźmy, czym jest sadyzm i kim są ludzie dotknięci tą przypadłością. Później przejdźmy do biografii jednego z największych katów Polaków lat 40. i 50. XX wieku, którego związki z NKWD sięgają jeszcze czasów międzywojennych. Ostrzegam: w niniejszym wywodzie nie ma miejsca na sentymenty rodem z “Zaćmy” Ryszarda Bugajskiego (absurdalnego filmu fabularnego o rzekomym nawróceniu Krwawej Luny - Julii Brystygierowej, dyrektorki Departamentu V MBP)! To nie jest lektura dla przewrażliwionych pensjonarek!

PS. Nie każdy, kto zajmuje się torturowaniem więźniów politycznych, musi być sadystą w znaczeniu medycznym. I nie każdy, kto posiada skłonności sadystyczne, jest skazany na los bezwzględnego dręczyciela. W artykule, który oddaję do rąk Czytelników, koncentruję się na osobie Józefa Różańskiego, czyli na jednej, wybranej postaci historycznej. Chcę pokazać, że życiorys tego oprawcy w dużej mierze pokrywa się z tym, co współczesna nauka wie o jednostkach sadystycznych.


Sadyzm seksualny


W języku potocznym słowem “sadyzm” określa się wszelkie akty okrucieństwa, a także samą skłonność do traktowania innych ludzi (lub zwierząt) w brutalny, niehumanitarny, poniżający sposób. Nowoczesna medycyna kojarzy sadyzm z jedną - bardzo konkretną i coraz lepiej poznaną - jednostką chorobową, jaką jest sadyzm seksualny. Przymiotnik “seksualny” wskazuje, że omawiane schorzenie wiąże się z erotyczną stroną człowieka, a zarazem pozwala je odróżnić od sadyzmu w znaczeniu obiegowym. Wyrażenie “sadyzm seksualny” utrzymuje się również dlatego, że przez kilka lat uznawano, iż chorobliwe okrucieństwo może występować w formie erotycznej lub nieerotycznej. Pod koniec lat 80. i na początku lat 90. XX wieku wyróżniano dwa sadystyczne syndromy: “sadyzm seksualny” i “sadystyczne zaburzenie osobowości” (SZO). Podręcznik DSM-IV, oficjalna klasyfikacja chorób psychicznych wydana przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, nie rozpoznaje już takiego zjawiska, jak SZO. Od tego momentu, czyli od roku 1994, sadyzmem w sensie medycznym jest wyłącznie sadyzm seksualny. Potwierdzają to kolejne edycje podręcznika: DSM-IV-TR (2000) i DSM-5 (2013). W obu tych publikacjach figuruje sadyzm seksualny, lecz nie figuruje sadystyczne zaburzenie osobowości. Więcej o wykreśleniu SZO z listy chorób psychicznych można przeczytać w pracy “Sadistic Personality Disorder and Comorbid Mental Illness in Adolescent Psychiatric Inpatients” Wade’a C. Myersa, Rogera C. Burketa i Davida S. Husteda. Tekst jest dostępny w wirtualnym wydaniu periodyku “Journal of the American Academy of Psychiatry and The Law” (Jaapl.org).


Krocze i głowa

W zrozumieniu sadyzmu może nam pomóc artykuł “Neural Correlates of Pain and Suffering. Observation in Sexual Sadists” zamieszczony na stronie internetowej Value of Suffering Project (Valueofsuffering.co.uk). Autorka materiału, Clare Allely, proponuje następującą definicję zagadnienia: “Sadyzm seksualny to zaburzenie psychiczne, które odnosi się do przyjemności, jaką jednostka czerpie z zadawania bólu, cierpienia i/lub upokarzania innej osoby. Ból i cierpienie ofiary, które mogą być zarówno fizyczne, jak i psychiczne, są dla sadysty istotne do seksualnego pobudzenia i przyjemności”. Allely pisze, że geneza i charakter analizowanego problemu nie zostały jeszcze do końca wyjaśnione. Co najmniej od 30 lat pojawiają się głosy, że sadyzm może być kwestią uszkodzonego układu nerwowego. Wielokrotnie prezentowano bowiem badania, z których wynika, że mózgi sadystów reagują inaczej niż mózgi niesadystów. W 2012 roku Jean Decety odkrył, że gdy jednostka dotknięta sadyzmem ogląda zdjęcia przedstawiające ludzkie cierpienie, w jej najważniejszym organie aktywuje się obszar odpowiedzialny za odczuwanie emocji (ciało migdałowate). Uczony dowiódł także, że sadyści oceniają cudzy ból jako silniejszy niż w rzeczywistości. Wniosek? Osoby sadystyczne nie tylko nie są obojętne na gehennę innych, ale wręcz wykazują większą wrażliwość niż przeciętni obywatele. Szkopuł w tym, że ta ich empatia przejawia się w sposób wyjątkowo antyspołeczny (poprzez zadowolenie). Póki co, sadyzm nie jest zaliczany do schorzeń neurologicznych, tylko do parafilii. Pod pojęciem parafilii kryje się pociąg seksualny do “nietypowych obiektów, sytuacji lub jednostek”.


Z dziejów medycyny

Rozumienie sadyzmu zmieniało się na przestrzeni lat, o czym dowie się każdy, kto zajrzy do opracowania “The DSM Diagnostic Criteria for Sexual Sadism” Richarda B. Kruegera. Tekst, pierwotnie opublikowany przez wydawnictwo Springer International Publishing AG, znajduje się w zasobach CiteSeerX (Citeseerx.ist.psu.edu). W aneksie nr 1 autor przedstawia interesujące nas fragmenty sześciu pierwszych wydań podręcznika DSM. Dzięki nim możemy się przekonać, że problemem sadyzmu zajęto się “na poważnie” dopiero w latach 70. XX wieku. Wcześniej nie zaprzątano sobie głowy takim cudactwem. Ba, nie ułożono nawet osobnej definicji sadyzmu! W latach 50. zdawano sobie, oczywiście, sprawę z istnienia dewiacji seksualnej. Uważano wszakże, że dewiacja jest tylko jedna, a forma, jaką ona przybiera, to kwestia drugorzędna. Taki sposób myślenia powodował, że jednym tchem wymieniano zjawiska, które dzisiaj uchodzą za zupełnie odrębne zagadnienia. W latach 60., u progu rewolucji obyczajowej, uświadomiono sobie, że istnieje wiele różnych dewiacji seksualnych. Jednakże problemy, które zaliczano wówczas do zboczeń, nadal traktowano jako jeden pęczek nieszczęść. W latach 80. sadyzm nagle zatryumfował. Zjawisko, poddawane drobiazgowej analizie w poprzedniej dekadzie, doczekało się wreszcie osobnej definicji (1980). Była ona niezwykle szczegółowa, uwzględniała różnicę między samowolnym katowaniem ofiary a uzgodnioną zabawą sadomasochistyczną. Cóż, rewolucja obyczajowa posunęła się bardzo daleko. W roku 1987 sadyzm “objawił się” światu w postaci erotycznej i nieerotycznej (pojęcie SZO). Ale o tym już przecież rozprawiałam.

Pozwolę sobie zacytować - za Kruegerem, rzecz jasna - fragmenty podręczników DSM-I, DSM-II i DSM-III zawierające odniesienia do sadyzmu seksualnego. Odpuszczę sobie podręczniki DSM-III-R, DSM-IV i DSM-IV-TR, ponieważ umieszczone w nich definicje chorobliwego okrucieństwa są zbliżone do tej współczesnej. Aktualną definicję sadyzmu, pochodzącą z podręcznika DSM-5, przytoczę w takiej formie, jaką podaje Steve Bressert w serwisie PsychCentral (“Sexual Masochism & Sadism Disorder Symptoms” - PsychCentral.com). Na koniec pokażę, jak sadyzm został opisany w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10. Może to dziwne, ale tam wciąż nie traktuje się tej parafilii jako osobnego zjawiska, tylko jako jedno z dwóch wcieleń sadomasochizmu. Drugim jest, naturalnie, masochizm. Podręcznik ICD-10 znalazłam na stronie internetowej Głównego Urzędu Statystycznego (Stat.gov.pl). Cieszę się, że GUS upublicznił dokument w polskiej wersji językowej.

DSM-I (1952) | Hasło “dewiacja seksualna”

“Ta diagnoza jest zarezerwowana dla dewiacyjnej seksualności, która nie jest symptomatyczna dla bardziej rozległych syndromów, takich jak schizofrenia czy reakcje obsesyjne. Termin obejmuje większość przypadków klasyfikowanych dawniej jako ‘psychopatyczna osobowość z patologiczną seksualnością’. Diagnoza sprecyzuje typ patologicznego zachowania, taki jak homoseksualność, transwestytyzm, pedofilia, fetyszyzm czy sadyzm seksualny (włączając gwałt, napaść seksualną, okaleczenie)” [Z angielskiego przełożyła N.J. Nowak]

DSM-II (1968) | Hasło “dewiacje seksualne”

“Jest to kategoria dla jednostek, których zainteresowania seksualne są nakierowane głównie na obiekty inne niż ludzie płci przeciwnej, na akty seksualne niekoniecznie związane z zapłodnieniem lub na zapłodnienie dokonywane w dziwacznych okolicznościach, takich jak nekrofilia, pedofilia, sadyzm seksualny czy fetyszyzm. Nawet, jeśli wielu postrzega swoje praktyki jako niesmaczne, pozostają oni niezdolni do zastąpienia ich normalnym zachowaniem seksualnym. Ta diagnoza nie jest właściwa dla jednostek, które dokonują aktów dewiacyjnych, ponieważ normalne obiekty seksualne nie są dla nich dostępne” [Z angielskiego przełożyła N.J. Nowak]

DSM-III (1980) | Pierwsza poważna definicja sadyzmu

“(1) wobec niedobrowolnego partnera, jednostka wielokrotnie umyślnie zadawała psychiczne lub fizyczne cierpienie w celu wywołania [u siebie - przypis NJN] podniecenia seksualnego
(2) z dobrowolnym partnerem, wielokrotnie preferowany lub wyłączny tryb osiągania podniecenia seksualnego łączy upokorzenie z symulowanym lub łagodnie szkodliwym cierpieniem cielesnym
(3) wobec dobrowolnego partnera, zranienie cielesne, które jest rozległe, trwałe lub potencjalnie śmiertelne, zadawane jest w celu osiągnięcia podniecenia seksualnego” [Z angielskiego przełożyła N.J.Nowak]

DSM-5 (2013) | Współczesna definicja sadyzmu

“Na przestrzeni co najmniej 6 miesięcy, powracające, intensywne, pobudzające seksualnie fantazje, popędy seksualne lub zachowania obejmujące akty (realne, nie symulowane), w których psychiczne lub fizyczne cierpienie (w tym upokorzenie) ofiary jest seksualnie podniecające dla osoby. Fantazje, popędy seksualne lub zachowania wywołują klinicznie znaczącą dolegliwość lub upośledzenie w społecznych, zawodowych lub innych ważnych obszarach funkcjonowania”

[Z angielskiego przełożyła N.J.Nowak. Powyższa definicja jest identyczna jak ta zawarta w DSM-IV (1994). Jeśli chodzi o definicję z DSM-III-R (1987), to w pierwszym zdaniu można dostrzec jedynie drobne różnice gramatyczne. Drugie zdanie, które cytuję za Kruegerem, brzmi zaś tak: “Osoba działała pod wpływem tych popędów lub znacznie jej one dolegają“. W definicji z DSM-IV-TR (2000) pierwsze zdanie jest zbieżne ze swoim odpowiednikiem z DSM-5. Inaczej brzmi tylko zdanie drugie, w którym, podobnie jak w DSM-III, podkreśla się odmienność autentycznej przemocy od obopólnej przyjemności BDSM (Bondage, Discipline, Sadism, Masochism). Przytaczam je w wersji podanej przez Kruegera: “Osoba działała pod wpływem tych popędów seksualnych z niezgadzającą się na to osobą, lub popędy seksualne lub fantazje wywołują znaczną dolegliwość lub trudności interpersonalne“. W roku 1980 (tj. w czasach DSM-III) symulowane akty sadomasochistyczne uchodziły jeszcze za dewiację. Od roku 1987, czyli od momentu ogłoszenia DSM-III-R, patologizuje się wyłącznie akty realne. Im dalej w las, tym głębiej zakorzeniona zasada “chcącemu nie dzieje się krzywda“. Jak za chwilę zobaczymy, podręcznik ICD-10 jest dużo bardziej konserwatywny. Tam wrzuca się do jednego worka egoistyczne maltretowanie ofiary i uzgodnione igraszki BDSM. Przypuszczam, że podręcznik ICD-11, który ukaże się w roku 2018, będzie bardziej “postępowy“]

ICD-10 (wydanie 2008) | Hasło “sadomasochizm”

“Kontakty seksualne, związane z zadawaniem bólu, upokarzaniem, czy zniewalaniem. Jeśli partner woli być odbiorcą takiej stymulacji seksualnej - określa się to masochizmem, jeśli zaś woli wywoływać - sadyzmem. Do pobudzenia seksualnego dochodzi często przy zastosowaniu sadystycznych i masochistycznych metod” [Opracowanie wersji polskiej: Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia]


Zbrodnia sadystyczna

Gdy sadyzm wymyka się spod kontroli, prowadzi do czynów niezgodnych z prawem. Problemowi zbrodni popełnionej z pobudek sadystycznych przyjrzeli się Robert R. Hazelwood, Park Elliott Dietz i Janet Warren w artykule “The Criminal Sexual Sadist” dostępnym na blogu Crime & Clues (Crimeandclues.com). Tekst, pochodzący z czasopisma “FBI Law Enforcement Bulletin”, jest adresowany głównie do pracowników organów ścigania. Autorzy udzielają czytelnikom cennych porad dotyczących odróżniania zbrodni sadystycznych od niesadystycznych. No, więc na co należy zwrócić uwagę podczas badania poważnych przestępstw? Po pierwsze, trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, czy czyn zabroniony przynosił ofierze cierpienie. Żadna zbrodnia nie może zostać uznana za sadystyczną, jeśli nie wiązała się z bólem, strachem, poniżeniem itd. Po drugie, konieczne jest ustalenie, czy katusze były komuś zadawane umyślnie. Wiele przestępstw, takich jak choćby gwałt, stanowi dla ofiary prawdziwą gehennę. Sęk w tym, że zazwyczaj udręczenie to tylko efekt uboczny bezprawnego działania. W przypadku zbrodni sadystycznej męczenie człowieka jest celem samym w sobie. Po trzecie, należy rozważyć, czy okrutne przestępstwo mogło podniecać oprawcę seksualnie. Może kryminalista podchodził do ataku jak do radosnego święta, starannie przygotowując miejsce, narzędzia i scenariusz zbrodni? Może prowadził dziennik, w którym opisywał swoje chore pragnienia? Może zatrzymał sobie jakąś pamiątkę i/lub nieustannie wracał myślami do ataku (np. oglądając zdjęcia zrobione podczas napaści)? Warto też sprawdzić, czy delikwent interesował się pornografią i praktykami BDSM.


Portret sadysty

Hazelwood, Dietz i Warren są również twórcami pracy “The Sexually Sadistic Criminal and His Offenses”. Doczekała się ona publikacji w wirtualnym wydaniu periodyku “Bulletin of the American Academy of Psychiatry and the Law” (Jaapl.org). Zdaniem autorów, większość sadystów nigdy nie wprowadza w życie swoich szalonych wizji. Ale są też tacy, którzy nie chcą lub nie potrafią kontrolować swojego zachowania, i to oni stanowią zagrożenie dla otoczenia. Tym, co naprawdę ekscytuje sadystów, jest nie tyle ból i jego zadawanie, ile poczucie absolutnej władzy nad osobą zdeptaną i sterroryzowaną. Katowanie i poniżanie ofiary to tylko środek do celu: sposób na wcielenie się w rolę boga decydującego o życiu i śmierci ujarzmionego człowieka. Z badań, jakie autorzy przeprowadzili na grupie 30 sadystycznych bandytów, wynika, że wielu sadystów to ludzie szukający intensywnych doznań. 50% badanych sięgało po substancje psychoaktywne. 43,3% skosztowało kiedyś homoseksualizmu. 40% lubiło szybką jazdę samochodem. 30% uprawiało kazirodztwo z własnym dzieckiem (43,3% było żonatych w trakcie dokonywania zbrodni). 20% próbowało swoich sił w transwestytyzmie. 20% miało na sumieniu podglądactwo, ekshibicjonizm i/lub obsceniczne rozmowy telefoniczne. 20% dzieliło się partner(k)ami z innymi mężczyznami. 30% uchodziło w społeczeństwie za statecznego obywatela. 30% fascynowało się czynnościami i sprzętami policyjnymi. 33,3% posiadało doświadczenie militarne. 43,3% kontynuowało edukację po ukończeniu szkoły średniej. 46,7% pochodziło z rodzin, w których zdarzył się rozwód bądź małżeńska niewierność któregoś z rodziców.


Sexual Sadism Scale

Dwaj kanadyjscy naukowcy, William L. Marshall i Steven J. Hucker, opracowali bardzo przydatne narzędzie, które ma pomagać specjalistom w diagnozowaniu sadyzmu seksualnego. Jest to Sexual Sadism Scale, czyli Skala Sadyzmu Seksualnego przedstawiona w rozprawie “Issues in the diagnosis of sexual sadism” (materiał zamieszczono w elektronicznej edycji dziennika “Sexual Offender Treatment”: Sexual-offender-treatment.org). Pozwolę sobie przetłumaczyć wszystkie 17 wierszy tabeli: “1. Przestępca jest seksualnie podniecony sadystycznymi aktami. 2. Przestępca ćwiczy na ofierze władzę/kontrolę/dominację. 3. Przestępca upokarza lub poniża ofiarę. 4. Przestępca torturuje ofiarę lub angażuje się w akty okrucieństwa wobec ofiary. 5. Przestępca okalecza seksualne części ciała ofiary. 6. Przestępca ma historię duszenia konsensualnych partnerów podczas seksu. 7. Przestępca angażuje się w nieuzasadnioną przemoc wobec ofiary. 8. Przestępca ma historię okrucieństwa wobec innych osób lub zwierząt. 9. Przestępca niepotrzebnie rani ofiarę. 10. Przestępca próbuje, lub udaje mu się, udusić, zadusić lub w inny sposób pozbawić ofiarę powietrza. 11. Przestępca zatrzymuje trofea (np. włosy, bieliznę, dowód osobisty) po ofierze. 12. Przestępca zatrzymuje nagrania (inne niż trofea) przestępstwa. 13. Przestępca skrupulatnie planuje przestępstwo. 14. Przestępca okalecza nieseksualne części ciała ofiary. 15. Przestępca angażuje się w zniewalanie konsensualnych partnerów podczas seksu. 16. Ofiara zostaje uprowadzona lub ograniczona. 17. Dowody rytualizmu w przestępstwie”. Punkt 5 pasuje jak ulał do Adama Humera, krwawego zastępcy Józefa Różańskiego.


Kochająca inaczej

Na forum psychologicznym PsychForums.com znajduje się arcyciekawy wątek “Sexual Sadists: Why do we associate pain with love?” (“Sadyści seksualni: dlaczego kojarzymy ból z miłością?”). Myślę, że rzuca on nowe światło na działalność wielu szemranych filantropów. Założycielka tematu, Dita, pisze: “Jestem skrajnie wrażliwą, troskliwą osobą. Chlubię się zdolnością kochania innych tak, jak nikt nie potrafi. Dlatego wiem, że jestem sadystką seksualną, która posiada zdolność do tego, żeby kochać głęboko. (…) Jest chłopak, w którym jestem szalenie zakochana. Nigdy wcześniej nikogo tak nie kochałam ani nie troszczyłam się o nikogo tak, jak o niego. Ale fantazjuję o tym, żeby go zranić. (…) Poczucie winy, które mam z tego powodu, jest nieznośne”. Kilkanaście postów dalej TheHumanBeing odpowiada: “To wyjaśnia dużo na mój temat. (…) Ja też zawsze staram się być osobą dobrą dla innych. (…) Szczerze zaczynam sądzić, że bycie naprawdę dobrą osobą idzie ręka w rękę z sadyzmem seksualnym”. Dita podchwytuje te słowa i wyznaje: “Wszyscy sadyści seksualni, z którymi rozmawiałam, wydawali się dobrymi ludźmi. Moim zdaniem, wszyscy sadyści seksualni są skrajnie wrażliwymi, kochającymi ludźmi, i to jest ich/nasz problem”. Później Internautka zwierza się: “Gdy wyobrażam sobie, że kogoś torturuję, zawsze zastanawiam się, czy rzeczywiście mogłabym to robić. Czy gdybym znalazła się w takiej sytuacji, nie wygrałaby troskliwa strona mnie. Chciałabym, żeby tak było, lecz ta druga strona mnie jest tak potężna i ma tyle kontroli”. Sadyści miłują swoich bliźnich, zwłaszcza tych udręczonych. Ciągnie ich tam, gdzie można kontemplować człowieczą niedolę[1].


Leczenie i rokowania

Skoro sadyzm jest chorobą, to czy da się go leczyć? I czy może on człowiekowi przejść? Pewne rozeznanie w tej problematyce daje nam długa odpowiedź, jakiej udzielił meksykański psychoterapeuta Robert Saltzman nowozelandzkiej 17-latce Brittany, która zwróciła się do niego o pomoc (Askdrrobert.dr-robert.com/sadist.html). Wypowiedź eksperta brzmi raczej pesymistycznie: “Sadyzm ma tendencję do bycia chronicznym z natury i zazwyczaj nasila się wraz z upływem czasu. (…) Leczenie sadyzmu zazwyczaj jest trudne i kończy się niepomyślnie, z sadystą - nawet, jeśli on lub ona powstrzymywał(a) się przez chwilę podczas terapii - powracającym prędzej czy później do dalszej sadystycznej aktywności. (…) Generalnie, sadyzm seksualny jest trudny do zmodyfikowania za pomocą różnego rodzaju technik kognitywno-behawioralnych, które radzą sobie dobrze z tyloma innymi problemami. Chemiczna (farmakologiczna) interwencja może przynieść pewne korzyści, w zależności od jednostki. Wypróbowywano niektóre z antydepresantów, ale tylko z ograniczonym efektem. Niestety, z leczeniem czy bez leczenia akty sadyzmu seksualnego mają tendencję do stawania się wraz z upływem czasu coraz bardziej brutalnymi lub dziwacznymi, więc perspektywy nie są dobre”. Witryna Right Diagnosis (Rightdiagnosis.com) wymienia jeszcze inne formy kuracji: hipnozę, terapię grupową, edukację seksualną, trening umiejętności społecznych, antyandrogeny, normotymiki i fenotiazynę. Nie wspomina zaś o rachunku sumienia, żalu za grzechy, postanowieniu poprawy, szczerej spowiedzi ani zadośćuczynieniu Bogu i bliźniemu. Widocznie te metody nie zdają egzaminu.


Mordercza weganka

List 17-letniej Brittany do Roberta Saltzmana jest naprawdę wstrząsający. Nadawczyni opisuje w nim całe swoje krótkie, sadystyczne życie, chociaż unika jak ognia sfery erotycznej. Dziewczyna opowiada, że już w wieku 5-8 lat dręczyła swoje rówieśnice, uniemożliwiając im wychodzenie do toalety. Później z satysfakcją rozmyślała o tym, jak bardzo musiały się męczyć. Gdy miała 13 lat, próbowała udusić swoją przyrodnią siostrę (ważna uwaga: nastolatka prawdopodobnie pochodzi z rozbitej rodziny, gdyż w jej liście pojawiają się sformułowania “siostra przyrodnia“ i “były chłopak matki“!). Gdy miała 14 lat, zaatakowała swoją mamę żelazkiem w celu zrobienia jej blizny. Obecnie jest totalnie owładnięta fantazjami o ranieniu innych osób. W jednym z ostatnich zdań Brittany deklaruje: “Zdaję sobie sprawę z tego, że zabijanie ludzi jest złe, i de facto jestem weganką”. Co na to doktor Saltzman? “Sądząc po tym, co napisałaś, nie ma żadnych wątpliwości, że jesteś sadystką i że cierpisz na tę parafilię od wczesnego dzieciństwa. Jednak w przeciwieństwie do niektórych sadystów zupełnie nie masz współczucia dla swoich ofiar i mogłabyś zacząć zabijać ludzi, choć oświadczyłaś wyraźnie, że wiesz, iż ‘zabijanie jest złe’. To oświadczenie brzmi dla mnie nie tylko jak sadyzm, ale także w dużej mierze jak kwintesencja psychopatii, albo socjopatii, jak to również jest nazywane. (…) Chociaż czujesz i rozumiesz, czym jest współczucie - odczuwasz je wobec zwierząt - absolutnie nie masz go dla ludzi, nad którymi zamierzasz się pastwić. (…) Twój zakup noża i Twoje kryteria przy wyborze tej konkretnej broni wskazują, że planujesz popełnić morderstwo”. Heh, ostra jazda bez trzymanki!


Sadyści są poczytalni

Czy sadystę, który uległ swoim mrocznym instynktom, można śmiało postawić przed sądem? Artykuł 31 (paragraf 1) polskiego kodeksu karnego stanowi: “Nie popełnia przestępstwa, kto, z powodu choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem”. Według Roberta R. Hazelwooda, Parka Elliotta Dietza i Janet Warren, większość sadystów potrafi kontrolować (i kontroluje) swoje niebezpieczne popędy. Wielu chorych realizuje swoje pragnienia wyłącznie w marzeniach. Niektórzy zadają bliźnim ból, ale tylko w ramach uzgodnionych zabaw sadomasochistycznych. Trafiają się wreszcie tacy, którzy próbują zaspokajać swoje żądze poprzez “torturowanie” obiektów nieożywionych. Wynika z tego, że typowy sadysta jest człowiekiem zdolnym odróżniać dobro od zła. Współczesna medycyna uznaje sadyzm za parafilię, czyli za zjawisko związane z nietypowymi zainteresowaniami seksualnymi, a nie za chorobę ograniczającą ludzką świadomość. Omawiana dewiacja nie jest więc przesłanką do stwierdzenia niepoczytalności. Sadysta, który decyduje się urzeczywistnić swoje makabryczne fantazje, najprawdopodobniej jest jednostką głęboko zdemoralizowaną. Albo - jak sugerują Hazelwood, Dietz i Warren - posiada jeszcze jakieś inne zaburzenia psychiczne. To pierwsze stanowi argument za umieszczeniem takiego osobnika w więziennej celi. To drugie kwalifikuje delikwenta do leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Sadysta, tak jak pedofil, jest człowiekiem wykolejonym. Pozostaje jednak kowalem swojego losu.


JÓZEF/JACEK GOLDBERG/RÓŻAŃSKI
13 LIPCA 1907 R. - 21 SIERPNIA 1981 R.
URODZONY I ZMARŁY W WARSZAWIE
(PRZYCZYNA ŚMIERCI: RAK ŻOŁĄDKA)
SPOCZYWA NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM
PRZY ULICY OKOPOWEJ W WARSZAWIE


Zboczeniec i sadysta


W broszurze “Zbrodnie komunistów - pamiętajmy”, przygotowanej przez Instytut Pamięci Narodowej i dołączonej do gazety “Nasz Dziennik”, znajdujemy krótką notkę biograficzną poświęconą Józefowi/Jackowi Goldbergowi/Różańskiemu. Autor tekstu, Tomasz Łabuszewski, zawarł w niej następujące słowa: “W opinii więźniów był wyrafinowanym sadystą, czerpiącym satysfakcję z fizycznego i psychicznego udręczania ludzi. Mimo wysokiego stopnia służbowego i stanowiska w MBP wielokrotnie sam bił i znęcał się nad więźniami”. Stalinowiec, o którym rozmawiamy, przyznawał się wprawdzie do stosowania wymyślnych tortur, ale nie postrzegał siebie jako jednostki sadystycznej: “Robiliśmy otwarcie szereg skandalicznych rzeczy, robiłem ja sam, biłem po twarzy i nie tylko po twarzy. (…) Doszło do pewnej degeneracji, do pewnego sadyzmu u niektórych pracowników, u mnie sadyzmu nie było”. Inny pogląd głosił Józef Światło, wicedyrektor Departamentu X MBP, który znał Różańskiego jak własną kieszeń. Ten prominentny ubek, który w 1954 roku został współpracownikiem Radia Wolna Europa, co najmniej dwukrotnie nazwał Goldberga “sadystą” i co najmniej trzykrotnie “zboczeńcem” (sprawdź: Zbigniew Błażyński, “Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii”, Łomianki 2012. Wydanie oryginalne: Londyn 1985). Oto kilka stwierdzeń Światły: “Cały skład personalny centrali bezpieczeństwa to przede wszystkim (…) zboczeńcy, jak Różański”, “Po zwolnieniu zarówno Piwińska, jak i Halina Siedlik (…) oskarżyły go, że jest zboczeńcem i sadystą”, “Bo łatwiej wam przy pomocy zboczeńca i sadysty wymuszać zeznania, których potrzebujecie”. Takie zarzuty nie biorą się znikąd.


Rozbita rodzina

O młodości Józefa Różańskiego informuje nas książka “Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce” Barbary Fijałkowskiej (Olsztyn 1995). Rzeczone źródło podaje, że ojcem naszego antybohatera był żydowski dziennikarz Abraham Goldberg, a matką - tajemnicza Anna/Chana Różańska, również narodowości żydowskiej. Abraham zdobył uznanie jako redaktor naczelny syjonistycznego dziennika “Hajnt”, Anna imała się różnych zajęć i przejawiała wiele talentów artystycznych. Państwo Goldbergowie mieli troje dzieci. Jako pierwszy urodził się Beniamin (Nioma), późniejszy Jerzy Borejsza, komunistyczny działacz kulturalny. Drugim dzieckiem była Judyta (Jula), która pewnego dnia wpadła pod tramwaj i straciła obie nogi. Podczas II wojny światowej znalazła się ona w getcie warszawskim. Trzecie dziecko to, oczywiście, Józef Goldberg. W 1944 roku mężczyzna zmienił nazwisko na “Jacek Różański”, ale imię “Jacek” jakoś się nie przyjęło i nawet w oficjalnych dokumentach nazywano go “Józefem Różańskim”. Józef, Jacek… Dla znajomych Żydów tylko “Josek”. Fijałkowska opisuje jego dzieciństwo jako dość traumatyczne: “W 1909 r. Goldbergowie rozeszli się, gdyż Anna chciała niezależności. Abraham zgodził się na separację pod warunkiem, że dzieci pozostaną przy nim. Tak więc dwoje starszych dzieci zamieszkało od razu z ojcem, a najmłodszy, Józef, dołączył do nich w siódmym roku życia”. Dziennikarz zabraniał synom i córce widywania się z matką. Ilekroć Beniamin postępował nieroztropnie, Abraham porównywał go do Anny. Józef, który wizualnie przypominał Różańską, “denerwował ojca swym wyglądem zewnętrznym”. Trudno tu mówić o normalności.


Prawie jak 8. Mila

Dom Abrahama Goldberga był domem wybitnie inteligenckim. Półki uginały się tam pod ciężarem książek, wśród których nie brakowało “białych kruków”. Redaktor naczelny “Hajntu” zdołał przekazać swoim dzieciom pasję bibliofilską. Sam pozostawał w bliskim kontakcie z elitą warszawskiego teatru żydowskiego, przyjaźnił się z Ester Rachel Kamińską. Po rozwodzie z Anną Różańską dziennikarz poślubił niejaką Ewę Glass, która z powodzeniem zastępowała Niomie, Juli i Joskowi matkę. Mieszkanie Goldbergów stanowiło istną “zieloną wyspę” na oceanie chaosu, jakim był przedwojenny Muranów (Murdziel), żydowska dzielnica Warszawy. Barbara Fijałkowska pisze, że w granicach ówczesnego Muranowa toczyły się brutalne wojny między wyznawcami skrajnych ideologii. Bójki, zadymy, donosy - oto codzienność tamtejszych radykałów, nie tylko spod znaku sierpa i młota. Badaczka przytacza ciekawy fragment pamiętników Aleksandra Wata: “Całe bestialstwo już się wtedy zaczęło w tych walkach wewnętrznych, szczególnie na Murdzielu. Bestialstwo, które później tak ładnie się rozwinęło u Różańskiego i innych towarzyszy”. Należy jednak podkreślić, że młody Różański nigdy w tym mordobiciu nie uczestniczył. Był bowiem skrytym, wyobcowanym chłopakiem. “Od dziecka chorowity, przejawiał daleko idącą powściągliwość, nieufność. Brak rozsadzającej starszego brata witalności kompensował konsekwencją, dyscypliną wewnętrzną, ale też pewną zaciętością, czasem porywczością. (…) Pasjonowała go zawsze psychologia” - podaje Fijałkowska. Ten oczytany introwertyk jawił się światu jako dobry uczeń, a następnie ambitny student prawa. W 1936 roku został adwokatem.


Syjonizm i anarchizm

Józef Różański był absolwentem dwujęzycznego (polsko-hebrajskiego) gimnazjum męskiego “Chinuch”. Zadaniem tej placówki było wychowywanie młodych Żydów na syjonistów gotowych do emigracji z Polski, gdy tylko w Palestynie powstanie niepodległe państwo Izrael. “Ogólną orientację szkoły można by określić jako zaszczepianie żydowskiego nacjonalizmu w sposób socjalistyczny. Wśród nauczycieli byli zdeklarowani syjoniści, ale i piłsudczycy, anarchiści, komuniści, brak było natomiast członków Bundu [socjalistów starających się pogodzić żydowskość z polskością - przypis NJN]. W procesie nauczania lansowano przede wszystkim tezę o wyzwoleniu narodu żydowskiego przez utworzenie żydowskiego państwa, z gospodarką opartą na kibucach, z językiem hebrajskim i religią mojżeszową jako bazą kulturową. (…) Zgodnie z tradycją w szkole tej Talmud postrzegany był jako system prawny i księga wszelkiej mądrości życiowej. Jego studiowanie i komentowanie uważano za najwyższe powołanie Żyda, formę służenia przez niego Bogu” - wyjaśnia Fijałkowska. Nauczycielem, który wywarł szczególny wpływ na obu braci Goldbergów, był romanista Gross głoszący idee anarchokomunistyczne. Zarówno Różański, jak i Borejsza zaczynali swoją przygodę z polityką od anarchizmu. Josek opowiadał się po stronie kropotkinowców, Nioma po stronie bakuninistów. Zwolennicy Bakunina dużo mówili o krwawej rewolucji, entuzjaści Kropotkina snuli zaś plany dotyczące organizacji życia społecznego już po udanym przewrocie. Ironią losu jest fakt, że to Różański został bezlitosnym ubekiem, a Borejsza - dyrektorem wydawnictwa dopuszczającego pluralizm światopoglądowy.


Czerwona papuga

Jak to się stało, że Józef i Beniamin ostatecznie zostali komunistami? Niewykluczone, że przyczyniły się do tego dwie osoby: starszy kolega Mojżesz/Moniek Nowogródzki i stryj Lejb Goldberg (fanatyczny komunista działający w ZSRR). Po “nawróceniu” na komunizm Josek założył w szkole marksistowskie kółko samokształceniowe, za co chwilowo został relegowany z “Chinucha”. Później, na studiach (Wydział Prawa UW), zaangażował się w prace OMS “Życie” i ZMK. Kolejnym “stopniem wtajemniczenia” była już KPP. Różański ukończył studia w 1929 roku, lecz dopiero w 1936 udało mu się zdobyć konkretny zawód prawniczy. Adwokatem był raczej miernym. Prowadził kancelarię razem ze swoją uczelnianą przyjaciółką Anką, która podczas studiów wielokrotnie mu pomagała, także finansowo. “Anka była zdolniejsza, brała na siebie najtrudniejsze, a zarazem najbardziej dochodowe sprawy, jemu pozostawiając te ‘polityczne’” - odnotowuje Fijałkowska. Działalność komunistyczna Różańskiego polegała m.in. na redagowaniu lewicowych czasopism. Interesujące, że wspólnikami naszego antybohatera często zostawały kobiety, np. Gina, Maryla i jakaś trzecia, “której nazwiska ani pseudonimu nie zapamiętał”. Skoro jesteśmy już przy tym temacie, zauważmy, że Josek był niezwykle przywiązany do matki i siostry, a potem - do żony i córki. Jego największym wrogiem również okazała się kobieta, Julia Brystygierowa. Stalinowiec dużo zawdzięczał swojej przyjaciółce Ance, a przed śmiercią opowiedział całe swoje życie Barbarze Fijałkowskiej. Czy nie był on odrobinę… zniewieściały? Pamiętajmy, że sadysta seksualny to zupełnie inny typ brutala niż zdrowy osiłek z ulicy.


Kierunek: Wschód

Żona Józefa Różańskiego (Izabela/Izabella Różańska, Bela Frenkiel) przyszła na świat 31 maja 1907 roku. Chociaż pochodziła z rodziny żydowskiej, nie wyglądała na Żydówkę. Wyróżniała się bowiem jasnymi włosami i zielonymi oczami. Para była właściwie konkubinatem, gdyż - jak powiedział Różański cytowany przez Fijałkowską - “zgodę KC partii na żydowski ślub ‘pod baldachimem’ dostał tylko Jakub Berman”. Mimo to, po wojnie Józef i Izabela posługiwali się tym samym nazwiskiem i byli powszechnie postrzegani jako małżeństwo. Różańscy poznali się na przełomie 1935 i 1936 roku w śródborowskim pensjonacie, gdzie Josek dochodził do zdrowia po zapaleniu opon mózgowych, a Bela - po wyniszczającym pobycie w więzieniu w Fordonie. Niemiecki atak na Polskę zastał ich w Warszawie, skąd oboje uciekli na Wschód 6 września 1939 roku. O tym, co się z nimi działo w ZSRR, wiadomo niewiele. Jest pewne, że przez ponad rok przebywali w Kostopolu, a potem znaleźli się we Lwowie (Izabela w październiku 1940 roku, jej mąż - kilka miesięcy później). Obydwoje służyli w NKWD. Josek był oficerem tej formacji, natomiast Bela pełniła jakieś podrzędne funkcje. Żona naszego antybohatera witała ponoć kwiatami Armię Czerwoną wkraczającą do Kostopola. Różańscy znajdowali się w posiadaniu archiwów II Oddziału Sztabu Głównego WP, których polski kontrwywiad nie zdążył zniszczyć. Działali też w jakiejś komisji ewidencjonującej radzieckich Niemców. Józef uczestniczył w leśnych potyczkach, Izabela pracowała w Domu Kultury w Kostopolu. Zdaniem Fijałkowskiej, Różański mógł być agentem NKWD już przed wojną (w latach 1937-1938 wysyłano go do Francji i Palestyny).


Stefa Goldberżanka

Gdy ciężarna Bela została wezwana do Lwowa, mogła liczyć wyłącznie na wsparcie Jerzego Borejszy. To właśnie w takich okolicznościach 15 listopada 1940 roku urodziła się Stefa, podobno jedyne dziecko Józefa Różańskiego. Młoda matka czuła się w szpitalu dyskryminowana ze względu na swoją żydowskość. Kręciła nosem nawet pomimo faktu, że jako enkawudzistka miała zagwarantowane wszelkie przywileje! Wiosną 1941 roku do Lwowa przybył Josek. Wojna niemiecko-sowiecka (czerwiec-grudzień 1941) to najbardziej tajemniczy okres w jego życiu. Istnieje hipoteza, według której Józef uczestniczył w rozstrzeliwaniu polskich jeńców wojennych, ale brakuje na to niezbitych dowodów. Zaraz po ataku Niemiec na ZSRR Izabela otrzymała wezwanie do Moskwy. Jej mąż bywał tu i ówdzie, ponoć także w Starobielsku. “Faktem jest, że jesienią 1941 r. znaleźli się oboje z dzieckiem w Samarkandzie jako cywile. (…) Oboje Goldbergowie pracowali w kołchozie” - podaje Barbara Fijałkowska. Warunki, w jakich przyszło im egzystować, pozostawiały wiele do życzenia. Miało to destrukcyjny wpływ na ich córkę, która ciężko zachorowała i była zagrożona śmiercią głodową. Zrozpaczeni Różańscy zdecydowali się wówczas na zdradę: przyjęli pomoc materialną od delegatury rządu Władysława Sikorskiego. Bela wzięła “2 kg ryżu i trochę mąki”, a Josek “jedną czy dwie puszki skondensowanego mleka”. Troskliwi rodzice musieli się potem słono tłumaczyć przed MOPR-owską komisją, w której szczególnie prześladowała ich Julia Brystygierowa. Kto wie, może późniejsza nadgorliwość Różańskiego wynikała z chęci odzyskania “dobrego imienia“? Ostatecznie, wciąż miał on na karku Krwawą Lunę[2].


Różańszczyzna - metodyka UB

Dalsze losy naszego antybohatera doskonale nakreśla Tadeusz M. Płużański w książce “Bestie” (Warszawa 2011) i artykule “Jacek Różański, kat rotmistrza Witolda Pileckiego i generała Augusta Emila Fieldorfa ‘Nila’” (Historia.wp.pl). Otóż w 1944 roku Różański wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie pełnił funkcję politruka oraz uczestniczył w walkach na Wołyniu i przyczółku warecko-magnuszewskim. Wkrótce przeniesiono go do raczkującego Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN. 1 lipca 1947 roku Josek został dyrektorem Departamentu Śledczego MBP. To, co brat Jerzego Borejszy wyczyniał aż do roku 1954, czyli do końca swojej kariery w peerelowskiej bezpiece, uczyniło go symbolem terroru stalinowskiego w Polsce. Nieludzkie tortury, jakie stosował na szeroką skalę wobec więźniów politycznych, to tylko wierzchołek góry lodowej. Przede wszystkim, był on człowiekiem, który decydował o wyrokach wydawanych w procesach pokazowych. Wiele z tych procesów stanowiło zresztą jego autorską twórczość. Różański wysysał sobie z palca najróżniejsze historie, na podstawie których formułował fałszywe oskarżenia wzmocnione spreparowanymi dowodami. Zmuszał ludzi, żeby przyznawali się do czynów niepopełnionych. Reżyserował rozprawy, podczas których wszystko było z góry ustalone. Gdy sądowe “przedstawienia” szły niezgodnie z planem, osobiście przywracał “aktorów” do pionu. Znany jest incydent z procesu biskupa Czesława Kaczmarka, kiedy to Różański niespodziewanie wyszedł zza kulis. “Ja już skułem mordy obrońcom i przestrzegam księdza biskupa, aby nie poważył się więcej na podobne postępowanie” - warknął zirytowany Josek do duchownego.


Sprawa “Marcysi”

Goldberg potrafił składać bliźnim obietnice bez pokrycia, niekiedy okraszone “oficerskim słowem honoru“. W jego ustach “honor” był jedynie wytrychem umożliwiającym włamanie się do psychiki rozmówcy. To właśnie tego wytrychu użył nasz antybohater w 1945 roku, gdy zależało mu na konkretnych zeznaniach Emilii Malessy “Marcysi”, wdowy po Janie Piwniku “Ponurym“. Historię, do której nawiązuję, opisał Tadeusz M. Płużański w tekście “Po pierwsze honor. Opowieść o Emilii Malessie i Janie Rzepeckim” (“Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, Warszawa 2012). Podczas okupacji niemieckiej Malessa należała do AK, gdzie pełniła funkcję łączniczki “między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie”. Po wojnie konspirowała przeciwko komunistom, za co trafiła do więzienia na warszawskim Mokotowie. Tam, przy ulicy Rakowieckiej, zdradziła nazwiska przywódców WiN-u. “Pułkownik Józef Goldberg-Różański (…) ręczył jej ‘oficerskim słowem honoru’, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Odwoływał się do jej patriotycznych uczuć. (…) Jeśli nie pójdzie na ugodę (…) ’będzie odpowiedzialna za mordownię’. (…) Różański słowa nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania WiN-owców. (…) Jednak (…) to nie ona wpadła na pomysł ujawnienia WiN. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk. Jana Rzepeckiego” - pisze Płużański. Malessa robiła wszystko, co w jej mocy, żeby nakłonić Joska do realizacji danego przyrzeczenia. Dwukrotnie podejmowała głodówkę. Latem 1949 roku popełniła samobójstwo. Tymczasem Rzepecki dożył odwilży październikowej (1956). Szybko został zrehabilitowany i poparł Władysława Gomułkę.


Łamacz umysłów

Ryszard Walicki, autor książki “Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie” (Warszawa 2013), odmalowuje dosyć wnikliwy portret Goldberga: “Różański (…) rozumiał znaczenie szoku emocjonalnego. Toteż jego ofiary pamiętały go dobrze. Gdy jedna z byłych więźniarek, będąc już na wolności, zobaczyła Różańskiego w sklepie przy ulicy Nowy Świat w Warszawie, to zemdlała. (…) Różański osobiście bił rzadko. Niejednokrotnie na początku przesłuchania uderzał więźnia lub więźniarkę w twarz, ale mocno. Czasem zdzielił pasem oficerskim lub kopnął. Długie torturowanie fizyczne zlecał oficerom śledczym. Groził więźniom i pragnął wytworzyć w nich poczucie beznadziejności i wywołać strach. Sam zaś co pewien czas występował w roli życzliwego, współczującego więźniom i oficerom śledczym, mądrego człowieka, zdumionego nieracjonalnym zachowaniem się osób torturowanych. (…) To przypomina opinię o Różańskim byłego więźnia, Wiktora Leśniewskiego, który powiedział mi kiedyś, że Różański potrafił być uroczym człowiekiem. Jednego tylko nie potrafił: uśmiechać się. Płk Różański starał się dotrzeć do umysłu ofiary po to, aby ją złamać”. Walicki ilustruje maniery Joska licznymi cytatami. Oto dwa z nich: “Pewnego dnia w czasie przesłuchania w 1950 r. wszedł w mundurze pułkownika, z reguły chodził w cywilnym ubraniu (…) i powiedział: no, Dobrowolski - już odpiął pasa i palnął mnie 3-4 razy po plecach, karku i uchu (…) i mówi (…): muszę sobie zrobić przyjemność, żeby takiego łobuza bić” (Szczęsny Dobrowolski), “Mnie Różański nigdy nie uderzył palcem. (…) Jak meldowałem Różańskiemu, że mnie biją, powiedział - u nas się nie bije, proszę pana, imaginacja jakaś nadzwyczajna” (Stanisław Szopiński).


Krwawy Jacek

Ryszard Walicki przywołuje również zeznania dotyczące przeżyć Andrzeja Skrzesińskiego: “W obecności Różańskiego włożono mu do ust palącego papierosa, gdy go wypluł, Różański uderzył go z całej siły w twarz i wybił mu dwa zęby, dał mu własną chustkę, rozkazując na klęczkach lizać krew z podłogi”. Leon Wudzki, członek CKKP PZPR, powiedział w 1956 roku: “Całe miasto wiedziało, że Różański zdziera ludziom paznokcie osobiście z rąk” (cyt. za: Władysław Gauza, “Elity III RP. Rodowód”, Oslo 2011). Anglojęzyczna publikacja “Night Voices: Heard in the Shadow of Hitler and Stalin” Heather Laskey (McGill-Queen’s University Press 2003) zawiera wzmiankę o tym, że Goldberg wbijał pewnej kobiecie igły pod paznokcie. Piotr Lipiński, autor książki “Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa” (Wołowiec 2016), opisuje przypadek nieludzkiego katowania Marii Hattowskiej: “Zaprowadzono ją na przesłuchanie; w pokoju czekało ośmiu mężczyzn. Byli wśród nich Józef Różański i Adam Humer. - Różański zaczął pierwszy - opowiadała mi Maria Hattowska. - Kopnął mnie, aż spadłam z krzesła. Humer bił nahajką. Miała na końcu kulkę, która przy uderzeniach przecinała skórę. (…) Bili mnie w krocze. Po tym już nie mogłam mieć dzieci”. Stefan Bałuk, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego “Bezpieka 1944-1956” (reż. Iwona Bartólewska, TVP 1997), twierdził, że Josek wykazywał pewne “objawy neurasteniczne”, tzn. wychodził z pokoju przesłuchań jako człowiek kompletnie wyczerpany i nieobecny, a wracał - jako okaz siły i witalności. Zdaniem ekswięźnia, oprawca mógł czerpać energię z jakichś “dodatkowych bodźców”. Czyżby leki lub narkotyki[3]?


49 rodzajów tortur

Kazimierz Moczarski, męczony przez kilku ubeków na rozkaz Józefa Różańskiego, wspomina o biciu “ręką“, “policyjną pałką gumową“, “drążkiem mosiężnym“, “drutem“, “drewnianą linijką okutą metalem“, “kijem“, “batem“ oraz “suszką i podstawą do kałamarza”. Było to uderzanie m.in. “nasady nosa“, “wystających części łopatek“, “podbródka“, “stawów barkowych“, “wierzchniej części nagich stóp“, “czubków palców rąk“, “czubków palców nagich stóp“ i “obnażonych pięt”. Pokrzywdzony zapamiętał też wyrywanie włosów (“z wierzchniej części czaszki”, “ze skroni, znad uszu i z karku”, “z brody i wąsów”, “z piersi”, “z krocza i z moszny”), przypalanie (“rozżarzonym papierosem - okolic ust i oczu”, “płomieniem - palców obu dłoni”) i wiele innych udręk, np. “miażdżenie palców obu rąk”, “miażdżenie palców stóp”, “siedzenie na kancie stołka”, “siedzenie na śrubie, która rani odbytnicę”. Pełną listę niedozwolonych metod śledczych można znaleźć w artykule “Opis 49 rodzajów tortur stosowanych przez UB wobec Kazimierza Moczarskiego z AK” Jarosława Wróblewskiego (portal Fronda.pl). Kobiety, które trafiały do więzienia na Rakowieckiej, często padały ofiarą przemocy seksualnej. Tadeusz M. Płużański przytacza w “Bestiach” słowa swojego ojca, byłego więźnia stalinowskiego: “Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną ‘szarpali’, gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. (…) W stosunku do żony mojej zastosowano system (…) deptania jej godności kobiecej”. Goldberg był osobnikiem niesłychanie perwersyjnym. Świadczy o tym jego agresja seksualna, wścibstwo i rozwiązły styl życia.


Moralność alfonsa

Któregoś dnia Anatol Fejgin, dyrektor Departamentu X MBP, zastał go w takiej sytuacji: “Na olbrzymim biurku (…) siedzi Jacek, przed nim ustawieni w krąg stoją jego najbliżsi współpracownicy, a w środku jak piłka odbija się nieznany mi mężczyzna. Był puszczony na krąg, każdy z funkcjonariuszy Jacka przykładał mu kuksańca, a Różański, każdorazowo, gdy tamten przelatywał obok biurka, kopał go w miejsca szczególnie uczulone. ‘Jacek! Jak możesz!’ - powiedziałem z oburzeniem. ‘To jest właśnie zabójca Ściborka’ - wyjaśnił Różański, mitygując się. Zaczerwienił się chyba nawet. Krępował się przy mnie swojej brutalności” (Henryk Piecuch, “Spotkania z Fejginem”, Warszawa 1990). Skrępowanie oznacza, że ktoś się wstydzi przyjemności, którą odczuwa. Rozprawiała o tym bodajże Michelle Larivey w książce “Siła emocji” (Warszawa 2006). Zestawmy upiorną anegdotę Fejgina z fragmentem przemówienia Bolesława Drobnera z 1955 roku: “Chciałbym, żeby (…) można było usłyszeć od świadków, iż nie przeszedł ten drab koło więźnia bezbronnego, żeby go nie kopnąć w krocze” (Stanisław Marat i Jacek Snopkiewicz, “Ludzie bezpieki”, Warszawa 1990). Jedna z byłych więźniarek MBP wspominała, że Różański zapoznawał ją z zeznaniami jej męża na temat “Moje życie erotyczne”. Chciał jej również odczytać inny elaborat tego samego człowieka: “Pożycie płciowe z moją żoną” (tamże). Henryk Piecuch wzmiankował o jakichś “orgiach” z udziałem Różańskiego. Józef Światło mówił na antenie RWE: “Różański to bardzo energiczny i czynny kobieciarz. (…) Urządza sobie intymne i wymyślne orgie w swoim gabinecie”. Tadeusz M. Płużański pisał w “Bestiach“, że Josek miał w ZSRR “swoje PPŻ”.


Na smyczy Moczara

Barbara Fijałkowska podaje, że Józef Różański dostał wypowiedzenie z pracy już w marcu 1954 roku. Kilka miesięcy później nastąpiło zaś jego aresztowanie. W roku 1955 Goldberg został skazany na 5 lat więzienia, ale złagodzono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy. W roku 1957 usłyszał wyrok 15 lat pozbawienia wolności, zamieniony potem na 14 lat. Ryszard Walicki cytuje słowa Marka Jabłonowskiego, z których wynika, że Josek “korzystał [w zakładzie karnym - przypis NJN] z nieprzewidzianych regulaminem ulg”. Ostatecznie skazaniec został ułaskawiony w październiku 1964 roku. Dalsze losy naszego antybohatera omawia Radosław Kurek w artykule “Kaci bezpieki na tle Marca’68: Roman Romkowski, Anatol Fejgin i Józef Różański w oczach SB (1964-1968)”. Tekst ukazał się w czasopiśmie “Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944-1989”, którego elektroniczną wersję można pobrać ze strony internetowej IPN-u (Ipn.gov.pl). Według badacza, w czasach moczarowskich Goldberg pracował m.in. w Mennicy Państwowej i był pilnie śledzony przez esbeków. Uczyniono go nawet figurantem sprawy o kryptonimie “Wąsik”. Różański roztaczał wokół siebie “atmosferę człowieka miłego, uprzejmego, a jednocześnie dającego do zrozumienia, że posiada poważną pozycję dzięki swym uprzednim i obecnym znajomościom” (to fragment notatki H. Szyszkowskiego z lutego 1967 roku). Lubił spacerować ulicą Rakowiecką. Tęsknił za epoką bierutowską. Kibicował Izraelowi w zmaganiach z Arabami. W marcu 1968 roku był spokojny, ale jego żona rozpowszechniała jakieś plotki o rzekomym mordowaniu Żydów przez Polaków podczas okupacji niemieckiej. W 1967 roku został “wyrzucony z jadącego trolejbusu” przez swoje dawne ofiary.


Historia i sztuka

A co się stało ze Stefą Goldberżanką? Barbara Fijałkowska zdradza tylko tyle, że czerwona księżniczka posługiwała się nazwiskiem “Stefania Żebrowska”. Na początku 2016 roku znalazłam w Internecie blog artystki plastyczki Justyny Czerniak (Justynaczerniak.blogspot.com). W dziale “Tekst” autorka wyjaśnia, jak jej losy splotły się - pośrednio, acz intensywnie - z losami rodziny Józefa Różańskiego. Otóż Justyna przyjaźni się z niejaką Agnieszką, młodą kobietą, która pracowała jako opiekunka Stefy i towarzyszyła jej aż do końca ziemskiej wędrówki. Starsza pani dopiero pod koniec życia ujawniła swoją prawdziwą tożsamość. Była osobą niezwykle samotną, toteż przed śmiercią zapisała cały swój majątek, łącznie z pamiątkami po ojcu, opiekunce Agnieszce. Wiele z tych staroci - fotografii, listów, pocztówek - trafiło później w ręce Justyny Czerniak, która zrobiła z nich jakieś kompozycje artystyczne w ramach przygotowywanej pracy dyplomowej. Ech, mam nadzieję, że magistrantka wykorzystała wyłącznie kopie tych przedmiotów, a nie oryginały! Przeraża mnie myśl, że ktoś mógłby zniszczyć cenne źródła historyczne w imię “sztuki współczesnej”! Justyna opublikowała w Internecie skany swoich dzieł. Nie znam się na sztuce, ale uważam, że zdjęcia z rodzinnego archiwum Różańskich wyglądałyby znacznie lepiej bez tych wszystkich “artystycznych udziwnień”, takich jak stylizowany kwiatek zasłaniający buzię Stefy. Tak czy owak, nie mam wątpliwości, że na niektórych fotografiach znajduje się Józef Różański. Ta gęba jest niepodrabialna. Również adres widoczny na jednej z pocztówek (ulica Narbutta w Warszawie) zgadza się z tym podanym przez Fijałkowską. Pamiątki są więc autentyczne.


PODSUMOWANIE

Dlaczego uważam, że Józef/Jacek Różański (właśc. Goldberg) to podręcznikowy przykład sadysty? Dlatego, że posiadał on wiele cech, o których wspominali Robert R. Hazelwood, Park Elliott Dietz i Janet Warren w artykule “The Sexually Sadistic Criminal and His Offenses”. Opisywany stalinowiec przeżył w dzieciństwie rozwód swoich rodziców. Po zdaniu matury w prywatnym gimnazjum “Chinuch” kontynuował naukę na Uniwersytecie Warszawskim. Aż do wybuchu II wojny światowej uchodził za statecznego obywatela: prowadził kancelarię adwokacką, nigdy nie był karany przez sądy II Rzeczypospolitej. Gdy wstępował do NKWD i MBP, był już żonaty (no dobrze, żył z Belą w konkubinacie, ale tylko dlatego, że nie zdołał uzyskać zgody na tradycyjny ślub żydowski). Miał doświadczenie militarne, tzn. uczestniczył w leśnych potyczkach, walczył w szeregach LWP. Fascynował się czynnościami i sprzętami policyjnymi, wszak stał na czele Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Brał udział w makabrycznych zabawach o charakterze homoerotycznym, doznawał widocznej przyjemności podczas kopania męskich genitaliów. Ewidentnie dzielił się partner(k)ami z innymi mężczyznami, poza tym korzystał z usług PPŻ - Przechodnich Polowych Żon. Mógł sięgać po jakieś substancje psychoaktywne, gdyż jeden z byłych więźniów posądził go o czerpanie energii z zewnętrznego źródła. Bywał obsceniczny, bezpruderyjny i niepotrzebnie zainteresowany życiem intymnym swoich ofiar. Jak większość sadystycznych bandytów, reprezentował płeć silną. Powyższe ustalenia sugerują, że osławiony Różański to sadysta sensu stricto. Tacy ludzie rządzili kiedyś Polską.


Natalia Julia Nowak,
21.10. - 01.12. 2016 r.


PS.
W polskojęzycznej Wikipedii, pod hasłem “Seryjny morderca”, widnieje intrygujące zdanie: “W rodzinach połowy z nich matka wychowywała syna samotnie od jego drugiego roku życia”. Józef Różański urodził się w roku 1907, a od 1909 pozostawał pod wyłączną opieką swojej rodzicielki. Gdy miał siedem lat, trafił pod skrzydła ojca, macochy i starszego rodzeństwa (to już druga trauma we wczesnym dzieciństwie). Ciekawe, w sumie, dlaczego… Może matka źle go traktowała? Albo nie potrafiła należycie o niego zadbać? Anders Behring Breivik, sprawca krwawych zamachów terrorystycznych w Oslo i na wyspie Utoya, również był synem samotnej matki. Jego rodzice rozstali się, kiedy miał zaledwie roczek.

PS 2. Postać Różańskiego pojawia się w filmie fabularnym “Generał Nil” oraz telespektaklach “Śmierć Rotmistrza Pileckiego”, “Słowo honoru”, “Kontrym” i “Rozmowy z katem”. Josek jest też bohaterem powieści “Niesamowici bracia Goldberg” Wojtka Biedronia. Podejrzewam, że utwór prędzej czy później zostanie zekranizowany, bo jego autor jest zawodowym filmowcem. Nigdy nie miałam w rękach tego czytadła, ale poświęciłam trochę czasu na lekturę jego recenzji. I czego się dowiedziałam? Otóż książka Biedronia zawiera (jak by to określił towarzysz Gomułka) “pornograficzne obrzydliwości”. Obaj bracia Goldbergowie, a zwłaszcza Józef, są tam ukazani jako totalni erotomani. Coś mi się zdaje, że czeka nas produkcja, przy której “Zaćma” i “Ida” to niewinne dobranocki.


PRZYPISY

[1] Tym, którzy nie mogą tego zrozumieć, polecam fragment powieści “Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya w przekładzie Tomasza Mirkowicza (1962/1981). Jest to urywek dialogu, w którym główny bohater, Randle Patrick McMurphy, i jego kolega ze szpitala psychiatrycznego, Dale Harding, dyskutują o demonicznej pielęgniarce Mildred Ratched zwanej Wielką Oddziałową. McMurphy przekonuje Hardinga, że siostra Ratched, pozująca na wrażliwą istotę, to w rzeczywistości sadystka i despotka. Harding, który odpycha od siebie ponurą prawdę o Oddziałowej, wygłasza komiczny pean na jej cześć: “Siostra Ratched to prawdziwy anioł miłosierdzia; spytaj, kogo chcesz! Bezinteresowna jak wiatr, dzień po dniu, przez pięć długich dni w tygodniu pełni dla dobra ogółu swoje niewdzięczne obowiązki. To wymaga poświęcenia, przyjacielu, prawdziwego poświęcenia. Wiem też od godnych zaufania osób, choć nic więcej nie mogę ci o nich wyjawić ponad to, że Martini pozostaje z nimi w bliskich stosunkach, iż również w dni wolne od pracy siostra Ratched służy ludzkości, oddając się działalności charytatywnej. Przygotowuje kosze z takimi delicjami, jak konserwy i mydło, a dla urozmaicenia dorzuca kawałek sera, po czym obdarowuje nimi młode małżeństwa w tarapatach finansowych. (…) Spójrz: oto nadchodzi nasza oddziałowa. Stuka lekko do drzwi. W ręce trzyma kosz ozdobiony wstążkami. Młodemu małżeństwu szczęście zapiera dech. Mąż stoi z otwartymi ustami, żona płacze, nie kryjąc łez. Oddziałowa lustruje ich domostwo. Obiecuje przysłać im pieniądze na… proszek do czyszczenia, a jakże. Stawia kosz na środku podłogi. A kiedy stamtąd wychodzi - posyłając obojgu pocałunki i zwiewne uśmiechy - jest tak upojona słodkim mlekiem miłosierdzia, którym własny czyn wypełnił jej obfite piersi, że nie potrafi powściągnąć swojej szczodrości. Szczodrości, rozumiesz?”. Wkrótce okazuje się, że to McMurphy prawidłowo ocenił siostrę Ratched, oprawczynię torturującą pacjentów elektrowstrząsami i lobotomią. Ktoś może stwierdzić, że zacytowany przeze mnie fragment “Lotu…” niczego nie wnosi, bo pochodzi z utworu beletrystycznego, w dodatku uznawanego za manifest antypsychiatryczny. Ja jednak upieram się przy stanowisku, że objawem sadyzmu może być zarówno czerpanie przyjemności z zadawania komuś udręk, jak i obdarzanie czułością osób cierpiących. Zwróćmy uwagę na sposób, w jaki Józef Różański scharakteryzował swojego przełożonego, Romana Romkowskiego (wiceministra bezpieczeństwa publicznego, który po roku 1956 został skazany na 15 lat pozbawienia wolności). Słowa, które zaraz przytoczę, są nieco podobne do wypowiedzi Hardinga na temat Wielkiej Oddziałowej. Różański powiedział o Romkowskim: “Dla nas Romkowski to był i jest dowódca z prawdziwego zdarzenia. To był i jest człowiek, których nie jest tak wielu. On umiał postawić zagadnienie. On umiał postawić sprawę. I on był wymagający. Miał coś, co w całym bezpieczeństwie czyniło go najbardziej lubianym. On przede wszystkim okazywał niebywale dużo serca wszystkim ludziom w bezpieczeństwie, wszystkim pracownikom. On każdego przyjął, z każdym pomówił. Ileż pomocy on okazywał ludziom w ciężkich warunkach, kobietom i dzieciom, ratował inwalidów, kiedy nie było ustawy, kiedy nie było możliwości. I dlatego go lubiano. I dlatego do niego był stosunek osobisty“. Źródło cytatu: Stanisław Marat i Jacek Snopkiewicz, “Ludzie bezpieki”, Warszawa 1990. Sadysta wciela się w rolę anioła lub diabła, opiekuna lub gnębiciela, wolontariusza lub inkwizytora. Bo, jak słusznie zauważyła Dita, kojarzy ból/bezradność/upokorzenie z miłością/sympatią/erotyką. Dobro i zło mogą być dwiema stronami tego samego medalu. Mogą się uzupełniać jak taoistyczne siły Yin i Yang.

[2] Pytanie do amatorów japońskiej popkultury: pamiętacie doktora Kuramę z serialu animowanego “Elfen Lied” (2004)? Dyrektora badawczego w tajnym laboratorium, bezpośrednio odpowiedzialnego za okrutne eksperymenty na dzieciach z syndromem Dicloniusa? W jednym z ostatnich odcinków okazuje się, że Kurama przyjął stanowisko dyrektora badawczego, żeby uratować swoją nowonarodzoną córeczkę Mariko, która również przyszła na świat z syndromem Dicloniusa i miała zostać poddana eutanazji. Kurama jest ważnym trybikiem w zbrodniczej machinie, zaszantażowanym przez dyrektora generalnego Kakuzawę, który w każdej chwili może zamordować Mariko (uwięzioną w ciemnej izolatce). Gdy Kakuzawa postanawia wykorzystać Mariko do złapania Lucy i zabicia Nany, nadzorczynią dziewczynki zostaje doktor Shirakawa - elegancka, inteligentna, wysoko postawiona kobieta przypominająca Julię Brystygierową. Kurama odnajduje swoją córkę dopiero w ostatnim odcinku.

[3] W filmie dokumentalnym “Bezpieka 1944-1956” zostaje także przytoczona wypowiedź samego Różańskiego: “Wpadliśmy w pewien stan nienormalny. Tłumaczy się to tym, że sypialiśmy po 2-3 godziny na dobę. Po dwa tygodnie nie zmienialiśmy bielizny. Cały czas toczyła się u mnie walka, żeby nie bić, ale sam biłem”. Jakże to zbieżne ze współczesną definicją sadyzmu, a dokładniej - z jej drugim zdaniem (“Fantazje, popędy seksualne lub zachowania wywołują klinicznie znaczącą dolegliwość lub upośledzenie w społecznych, zawodowych lub innych ważnych obszarach funkcjonowania”)! Według Anny Salter, twórczyni filmu edukacyjnego “Listening to Sex Offenders: Part Two. Sadistic vs. Non-Sadistic Sex Offenders. How They Think, What They Do” (Eastern Kentucky University Television 1998), akty okrucieństwa działają na sadystę jak narkotyk. Stąd ekscytacja i ekstaza, a potem uzależnienie i konieczność dostarczania organizmowi coraz większych dawek używki. Dwóch sadystycznych rozmówców Salter określiło swoje doznania wyrazem “haj”. Szkoda, że Goldberg, żyjący w innym miejscu i czasie, nie znał tego przydatnego kolokwializmu. Czerwony zwyrodnialec posługiwał się za to rzeczownikiem “euforia” (sprawdź: Ryszard Walicki - “Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie”).

Ho Chi Minh. Wietnamski Gomułka i jego nacjonalkomunizm

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Historia, Polityka
Tagi: azja, gomułka, historia, ho, ho chi minh, komunizm, mieczysław moczar, moczar, moczaryzm, nacjonalizm, niepodległość, patriotyzm, rambo, rewolucja, socjalizm, suwerenność, wietnam, wojna, wojna w wietnamie, wojna wietnamska, władysław gomułka
02. sierpnia 2016 04:01:00

“Jeśli jutro Wietnamczycy
staną się komunistami,
będą wietnamskimi komunistami.
I to jest coś, czego Wy
nigdy nie rozumieliście.
Wy, Amerykanie”

“If tomorrow the Vietnamese
are Communists,
they will be Vietnamese Communists.
And this is something that you
never understood,
you American”


Cytat z filmu
“Czas Apokalipsy”
(“Apocalypse Now“)
Francisa Forda Coppoli



Mniejszość w mniejszości

W Europie Środkowo-Wschodniej, a więc również w Polsce, pronarodowa odmiana komunizmu była koncepcją słabo znaną i niewiele znaczącą. Komuniści, którzy odrzucali tradycyjny, antynarodowy, globalistyczny marksizm, stanowili mniejszość w mniejszości. Najdobitniej świadczy o tym wyrażenie “odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, które w latach 40. i 50. XX wieku stanowiło rodzaj łatki przypinanej ludziom pokroju Władysława Gomułki. Już samo słowo “odchylenie” sugeruje, że mamy do czynienia z jakąś herezją, ekstrawagancją, innowacją, rozbieżnością z obowiązującą linią ideologiczną. Zgodnie z tym, co powiedział prof. Kazimierz Kik w jednym z odcinków programu “Spór o historię” (TVP 2011), propolski Gomułka “nie pasował do tamtej epoki”. Zdaniem historyka, w stalinowskim świecie nie było miejsca dla takich jednostek, zwłaszcza w samym środowisku komunistycznym. Jeśli jakiś “odchyleniec”, mimo niesprzyjającego klimatu politycznego, otwarcie wyrażał swoje nieprawomyślne poglądy, najczęściej był po prostu mordowany. “Wiemy, że cała Europa Środkowo-Wschodnia została zrównana z ziemią prawie, jeżeli chodzi o dysydentów, znaczy o ludzi, komunistów myślących kategoriami narodowymi. (…) Los Gomułki był jednak najłagodniejszy, wiemy wszyscy, że Bierut go wyratował, uratował od stryczka czy od więzienia” - stwierdził Kik. Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja na kontynencie azjatyckim. Tam tendencje prawicowo-nacjonalistyczne nie były odchyleniem, tylko panującym standardem. Dobrym tego przykładem jest kazus Wietnamu. A wszystko przez niejakiego Ho Chi Minha.


Problem z Chińczykami

Wietnam to kraj obdarzony bogatymi tradycjami niepodległościowymi. Naród, który na przestrzeni kilku tysiącleci wielokrotnie stawiał opór potężnym agresorom, okupantom i zaborcom, po prostu nie mógł wyrosnąć na kosmopolityczną masę. Romantyczne dzieje wspólnoty wietnamskiej przedstawiła Małgorzata Ławacz, autorka publikacji “Ważniejsze daty z historii Wietnamu” zamieszczonej w roczniku “Azja-Pacyfik” (tom XII, 2009 rok, Wydawnictwo Adam Marszałek, Towarzystwo Azji i Pacyfiku, SWPS). Przeglądając rzeczone kalendarium, można odnieść wrażenie, że odwiecznymi wrogami Wietnamczyków byli/są Chińczycy, którzy niejednokrotnie podejmowali próby podbicia Wietnamu. Choć w sferze militarnej starania te często kończyły się sukcesem, Państwo Środka nigdy nie zdołało odebrać Wietnamczykom ich tożsamości narodowej. Wietnamczycy pozostali przekonani o swojej odrębności od Chińczyków i nie zmieniła tego nawet polityka sinizacji prowadzona przez chińskich najeźdźców. Owszem, naród wietnamski pozwolił sobie wcisnąć chińską filozofię, ale sprytnie pogodził ją z tradycyjnymi kultami plemiennymi. Twórcy wietnamskiej kultury również postawili na oryginalność. Nawet, jeśli czasem podpatrywali Chińczyków, zawsze traktowali ich wzorce jedynie jako inspirację do rozwoju kultury narodowej. Wietnamczycy chętnie podnosili rękę przeciwko zaborcom. Pierwszy wielki zryw miał miejsce w latach 40-43 naszej ery. Powstanie ostatecznie upadło, a jego dowódczynie, siostry Trung, popełniły honorowe samobójstwo. Mimo to, duch w narodzie nie zginął. Później było jeszcze wiele patriotycznych buntów.


Problem z Francuzami

Z publikacji Ławacz wynika, że w XVI-XVII wieku Wietnamczycy “dorobili się” kolejnego wroga: Europejczyków, zwłaszcza Francuzów. Przybysze ze Starego Kontynentu (który, ze względu na swoją krótką historię, powinien być nazywany Nowym Kontynentem) zaczęli zakładać na ich ziemiach faktorie kupieckie, a potem także osady. Gospodarczej kolonizacji Wietnamu towarzyszyły próby akulturacji tubylców. Biali intruzi budowali bowiem chrześcijańskie świątynie i prowadzili akcję chrystianizacji autochtonów. Zemściło się to na nich w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy to cesarzem Wietnamu został Minh Mang. Władca ten postawił sobie za cel wykorzenienie chrześcijaństwa z Wietnamu. Zwalczał nie tylko obcą religię, ale również, niestety, jej wyznawców. Prawdę mówiąc, okrutnie ich prześladował. Jakby tego było mało, Minh Mang prowadził wojnę z buddyzmem i taoizmem, umacniał natomiast konfucjanizm. Od roku 1858 trwał zbrojny podbój Wietnamu przez Francję. Pod koniec lat 60. XIX stulecia całe południe kraju było już w rękach Francuzów. Lata 1883-1884 to czas ostatecznej, francuskiej wasalizacji Wietnamu. Rodacy Napoleona uczynili z niego niesuwerenne terytorium podzielone na trzy części: Tonkin, Annam i Kochinchinę. Tej ostatniej przyznali status kolonii, pozostałe ziemie funkcjonowały zaś jako protektoraty. W następnych latach Francuzi powołali do życia Unię Indochińską, jednocząc pod tym szyldem Wietnam, Kambodżę i Laos. Na początku XX wieku zrodził się wietnamski ruch narodowo-demokratyczny. W latach 20. endecy zaczęli wyraźnie skręcać w lewo i wysuwać postulaty rewolucyjne.


Problem z Japończykami

Uwarunkowania, które opisałam w poprzednich akapitach, to swoista gleba, na której wyrósł narodowy komunista Ho Chi Minh. Według Małgorzaty Ławacz, wspomniany człowiek już w latach 30. XX wieku sympatyzował z radykalną lewicą. To on, a nie kto inny, założył Komunistyczną Partię Indochin, przemianowaną później na Komunistyczną Partię Wietnamu. Zachował jednak w sercu tradycyjny, wietnamski patriotyzm, co dało o sobie znać podczas II wojny światowej. Od roku 1940 Indochiny znajdowały się pod panowaniem rządu Vichy, który w Europie kolaborował z Niemcami, a w Azji z Japonią. Pronazistowscy Francuzi wyrazili zgodę na wkroczenie wojsk japońskich do Indochin. Tego było już za wiele. Honorowi Wietnamczycy, bez względu na poglądy polityczne, doszli do wniosku, że trzeba wreszcie powiedzieć “NIE” obcemu zwierzchnictwu. Na czele buntowników stanął Ho Chi Minh, który powołał do życia “szeroki front porozumienia narodowego Viet Minh”. Był to patriotyczny ruch oporu współpracujący z aliantami, a dokładniej - ze Stanami Zjednoczonymi. Celem Viet Minhu było wyzwolenie Indochin spod japońskiej okupacji, obalenie francuskich władz kolonialnych i wskrzeszenie niepodległego państwa wietnamskiego. Wszystko byłoby OK, gdyby nie poglądy samego Ho Chi Minha, który liczył na to, że odrodzony Wietnam będzie państwem komunistycznym. W sierpniu 1945 roku wybuchło ogólnonarodowe powstanie, które zakończyło się zwycięstwem Viet Minhu. Proklamowano Demokratyczną Republikę Wietnamu, na razie jeszcze liberalną i pluralistyczną. Nasuwało się pytanie: co dalej, zwłaszcza z Francuzami?


Problem z Amerykanami

Zgodnie z tym, co podaje Ławacz, w drugiej połowie 1945 roku zaczęło się wielkie rozbrajanie wojsk japońskich stacjonujących w Wietnamie. W południowej części kraju zajmowali się tym Brytyjczycy, a w północnej - nacjonalistyczni Chińczycy (Kuomintang). Wszystko wskazywało na to, że Wietnam wróci kiedyś w ręce Francuzów. Ho Chi Minh znajdował się w trudnym położeniu. Marzył o tym, żeby jego ojczyzna była suwerenna i urządzona według zasad komunizmu. Wiedział jednak, że stoi w obliczu czterech nieprzyjaciół: Francuzów (znienawidzonych kolonizatorów), Japończyków (okupantów z czasów II wojny światowej), Chińczyków (odwiecznych wrogów) i Amerykanów (kapitalistycznych imperialistów). Naród wietnamski także dostrzegał, że sytuacja jest skomplikowana. Wszyscy chcieli niepodległości, ale różnie oceniali stopień zagrożenia ze strony poszczególnych graczy. Wietnamczycy bali się powrotu francuskiej władzy, lecz byli i tacy, których jeszcze bardziej przerażała obecność Chińczyków. Mieszkańcy Wietnamu różnili się światopoglądowo, a zatem mieli rozmaite wizje powojennej rzeczywistości. Niektórzy - z Ho Chi Minhem na czele - życzyli sobie ustroju komunistycznego. Inni mówili: “Komunizm? Po moim trupie!”. Do tego dochodził problem z Amerykanami. Nikt nie negował faktu, że USA pomogły Wietnamczykom pokonać Japończyków, ale przecież zaczynała się zimna wojna i trzeba było wybrać którąś ze stron barykady. Francuzi nie chcieli rezygnować ze swoich wpływów w Azji Południowo-Wschodniej. Napięcie wciąż rosło. Wszystko zmierzało ku nowemu konfliktowi. A nawet dwóm konfliktom.


I wojna indochińska

Małgorzata Ławacz pisze, że w 1946 roku Francja rozpętała I wojnę indochińską. Powodem tej decyzji była niezgoda na usamodzielnienie się Tonkinu, Annamu i Kochinchiny. Rodacy Napoleona postanowili użyć siły, chociaż Wietnamczycy od dłuższego czasu zabiegali o pokojowe rozwiązanie sporu. Francuzom udało się zdobyć tylko południową część Wietnamu. Zresztą, nie na długo, bo już w 1954 roku ponieśli sromotną klęskę pod Dien Bien Phu. Właśnie wtedy, w połowie lat 50. XX wieku, dawni kolonizatorzy przegrali nie tylko bitwę, ale i wojnę. Porażka pod Dien Bien Phu była smutnym finałem ich szarogęszenia się na Półwyspie Indochińskim. Francuzi zrozumieli wreszcie, że muszą zwinąć manatki i wynieść się z Wietnamu. W lipcu 1954 roku doszło do ratyfikacji układów genewskich. Przewidywały one między innymi “ustalenie linii demarkacyjnej wzdłuż 17. równoleżnika do czasu przeprowadzenia w 1956 r. wyborów w celu zjednoczenia kraju”. Elekcja, którą zapowiedziano na rok 1956, nie doszła do skutku, gdyż “demokraci” z Zachodu przestraszyli się jej możliwego wyniku. Zachodniacy woleli odwołać głosowanie niż pozwolić Wietnamczykom na wybranie Ho Chi Minha. Granica między Wietnamem Północnym a Wietnamem Południowym została zachowana. Wkrótce okazało się, że wśród ludzi zmuszonych do życia w Wietnamie Południowym są fanatyczni zwolennicy Ho Chi Minha, którzy zrobią bardzo wiele, aby zjednoczyć kraj i uczynić swojego mistrza wodzem wszystkich Wietnamczyków. Z tej grupy desperatów utworzono narodowo-komunistyczną partyzantkę, czyli Wietkong. Rząd północnowietnamski ewidentnie maczał w tym palce.


II wojna indochińska

Z dalszej części artykułu Ławacz dowiadujemy się, że działalność Wietkongu (na Południu) i polityka nacjonalkomunistów (na Północy) stały się przyczyną wybuchu II wojny indochińskiej, znanej powszechnie jako “wojna w Wietnamie” lub “wojna wietnamska”. Tym razem agresorem były Stany Zjednoczone, które w 1964 roku rozpoczęły bombardowanie Wietnamu Północnego. Rok później Amerykanie użyli swoich wojsk w Wietnamie Południowym, żeby wspomóc tamtejszą armię w zmaganiach z szalejącym Wietkongiem. Okazało się jednak, że świetnie wyszkoleni i znakomicie uzbrojeni Jankesi nie mogą sobie poradzić z prymitywną partyzantką z kraju Trzeciego Świata. Po dziewięciu latach syzyfowej pracy (a raczej walki) USA postanowiły dać sobie z nią spokój. W styczniu 1973 roku podpisano układy paryskie, które zakończyły kompromitujący, nieuzasadniony, bezproduktywny i przynoszący same szkody pobyt Amerykanów na Półwyspie Indochińskim. Jankesi uciekli z płaczem do mamusi, tak jak niegdyś Francuzi. Dwa lata później stało się to, co stać się musiało. Doszło do zjednoczenia Wietnamu Północnego z Wietnamem Południowym, ale nie na drodze dyplomatycznej, tylko w wyniku najazdu Północy na Południe. Armia północnowietnamska przekroczyła granicę swojego południowego sąsiada, zdławiła wszelki opór, zlikwidowała demoliberalny aparat władzy i wprowadziła własne, represyjne, autorytarne rządy. Stolica Wietnamu Południowego, Sajgon, została przemianowana na Ho Chi Minh City. Reżim nacjonalkomunistyczny zelżał dopiero w roku 1986, po swoistej pieriestrojce zwanej “doi moi” (“odnowa”).


Wypełnione przeznaczenie

Ho Chi Minh był głową Wietnamu Północnego w latach 1954-1969 (okres niemal całkowicie pokrywający się z epoką gomułkowską w Polsce!). Nie dożył scalenia swojej ojczyzny. Zmarł w środku II wojny indochińskiej, gdy przyszłość Wietnamu jawiła się światu jako wielka niewiadoma. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, północnowietnamski prezydent nie był entuzjastą Wietkongu. Ho sprzeciwiał się podejmowaniu radykalnych działań zmierzających do szybkiego połączenia Północy z Południem (pod tym względem również przypominał Gomułkę, który protestował przeciwko szowinistycznemu wchłonięciu PPS przez PPR. Towarzysz “Wiesław“, broniąc Polskiej Partii Socjalistycznej, mocno podkreślał jej niepodległościowe tradycje). Wojna, prowadzona rękami wietkongistów, musiała być dla niego ogromnym stresem. Podobno przyczyną śmierci starego patrioty okazał się zawał serca. Ho Chi Minh, który umarł w 1969 roku, nie miał nic wspólnego z atakiem Wietnamu Północnego na Wietnam Południowy w połowie lat 70. Trudno go zatem winić za pacyfikację Południa, czyli bezwzględny terror, jaki towarzyszył instalowaniu nowej władzy w anektowanym państwie południowowietnamskim. Czy historia musiała się potoczyć w ten sposób? Czy II wojnie indochińskiej i dalszym tragediom można było zapobiec? Wszystko wskazuje na to, że przeznaczeniem Wietnamu było zjednoczenie Północy z Południem. Ale wypełniłoby się ono mniej dramatycznie, gdyby w roku 1956 odbyły się planowane od dawna wybory. Jak pamiętamy, głosowanie zostało udaremnione przez Zachód, który widocznie uwierzył w możliwość oszukania losu.


Konkwista 1975

Zatrzymajmy się teraz przy problemie terroru, w jakim pogrążyła się część Wietnamu, gdy napastnicza Północ przyłączyła do siebie napadnięte Południe. Temat ten został starannie opisany przez Artura Dmochowskiego w książce “Wietnam 1962-1975” (cykl “Historyczne bitwy”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2003). Rzeczone źródło podaje, że jedną z form represji wobec podbitej społeczności była dyskryminacja Południowców w życiu publicznym. Kluczowe stanowiska w aparacie państwowym zarezerwowano dla ludzi o północnowietnamskim rodowodzie. Zasada ta dotyczyła także obszarów południowych, na które wysyłano partyjnych aparatczyków z Wietnamu Północnego. Temu rozmyślnemu blokowaniu karier towarzyszyło umniejszanie roli południowych rebeliantów w dziele zjednoczenia kraju. Liczni nacjonalkomuniści z Południa, w tym bojownicy Wietkongu, czuli się więc zdradzeni. W Sajgonie aresztowano demoliberalnych urzędników, a na prowincji organizowano procesy pokazowe, które niejednokrotnie kończyły się wyrokami śmierci i bestialskimi egzekucjami. Morderstwa polityczne nie były jednak zjawiskiem masowym. Reżim narodowo-komunistyczny nie dążył do wybicia swoich przeciwników, wolał ich raczej reedukować, czyli poddawać praniu mózgu (“cai tao” - “reforma myśli”). Nawracaniu opozycjonistów służyła sieć obozów koncentracyjnych, którą badacz Nguyen Van Canh określił epitetem “bambusowy Gułag”. Centra indoktrynacji otwierano w miejscach trudnodostępnych: niegościnnych dżunglach. Więźniowie byli okrutnie traktowani i narażeni na choroby tropikalne, takie jak choćby malaria.


“First Blood”

Skoro już jesteśmy przy temacie wietnamskich obozów koncentracyjnych, zajrzyjmy do amerykańskiej powieści sensacyjnej, w której pojawia się motyw bambusowego łagru funkcjonującego na długo przed rokiem 1975. Książka, którą mam na myśli, to bestsellerowa “Pierwsza krew” Davida Morrella. Utwór został opublikowany w 1972 roku. Dziesięć lat później doczekał się swobodnej, złagodzonej adaptacji w postaci filmu Teda Kotcheffa. Polski przekład powieści, do którego udało mi się dotrzeć, jest dziełem Roberta Stillera. Główny bohater “Pierwszej krwi” (Rambo) to bezdomny weteran, który prowadzi żywot włóczęgi wdającego się w nieustanne awantury. Gdy zostaje aresztowany przez pewnego szeryfa, powracają do niego drastyczne wspomnienia z obozu pracy, w którym przebywał podczas wojny wietnamskiej. “Jama była głęboka na trzy metry, a tak wąska, że ledwie mógł usiąść w niej z wyciągniętymi nogami. Wieczorem przychodzili czasem z latarkami, żeby przyjrzeć mu się z góry przez bambusową kratę. (…) Z początku nie rozumiał, po co mu opatrują rany, kiedy jest nieprzytomny: te cięcia na piersi, gdzie oficer wbijał mu raz po raz cienki nóż i ciągnął nim w poprzek, zgrzytając po żebrach; i poszarpane plecy, gdzie oficer czaił się, aby nagle smagnąć. (…) Niebawem zaczęli na niego zwalać coraz więcej robót, coraz to cięższych, jeść mu dawali coraz mniej, pracować kazali dłużej, spać krócej. Połapał się, w czym rzecz. (…) Nie mogąc już wydobyć z niego informacji, opatrzyli mu rany, żeby się z nim jeszcze pobawić i sprawdzić, ile zniesie, zanim go to zabije” - czytamy w utworze. Takie piekło zgotował jankeski rząd swoim obywatelom-żołnierzom.


“Rambo: First Blood Part II”

W 1985 roku wszedł na ekrany film “Rambo II” oparty na oryginalnym scenariuszu przygotowanym przez Jamesa Camerona i Sylvestra Stallone‘a. Produkcję wyreżyserował George Pan Cosmatos. David Morrell napisał na jej podstawie powieść, która okazała się zaostrzoną wersją kinowego przeboju. Akcja obu dziełek kręci się wokół bambusowego łagru funkcjonującego już w zjednoczonym Wietnamie. Podobno jest to ten sam łagier, w którym protagonista cierpiał podczas II wojny indochińskiej. Oto kilka zdań z książki, a raczej z polskiego przekładu autorstwa Jana Kraśki: “Nigdy nie oglądał obozu z tej perspektywy, mimo to natychmiast to miejsce rozpoznał. (…) Szambo, kozły, liny i krzyże, na których go torturowano, bambusowe klatki tak ciasne i małe, że nie można było w nich ani usiąść, ani stać, bolące, bo wiecznie zgięte kolana, broda wiecznie przyciśnięta do piersi, koszmarny ból wiecznie zgiętego karku (…). Po obu stronach, w najbardziej newralgicznych punktach, rozmieszczono wieże strażnicze. Ich projektanci wykorzystali fakt, że u podnóża stoków rosły dwa wysokie drzewa - pnie posłużyły za podstawę wież, a na rozłożystych konarach ulokowano strażnicze budki. (…) Kolczasty drut rozciągnięty między drewnianymi słupami otaczał cały obóz, tworząc koślawy kwadrat. (…) Wejście do obozu - wielka drewniana brama z budką strażnika po prawej stronie - znajdowało się bezpośrednio pod nimi; i w tym wypadku wykorzystano miejscowy budulec - za tylną ścianę budki służył szeroki pień drzewa”. Utwór Morrella to czysta fikcja, ale tajne łagry w azjatyckich dżunglach istniały naprawdę. Potwierdza to historyk Dmochowski[1].


“Rambo III”

Po porażce wietnamskiej, która ośmieszyła amerykańskich decydentów, przyszła zupełnie nieśmieszna porażka afgańska. Jankesi, chcąc zrobić na złość Sowietom, zaczęli bowiem finansować mudżahedinów. Najpierw ucierpiał na tym sam Afganistan, w którym przejęli władzę talibowie. Następnie “dostało się” niewinnym mieszkańcom Nowego Jorku, którzy zginęli w zamachu na World Trade Center. Kolejne lata to liczne, amerykańskie wojny w krajach MENA. Przyniosły one śmierć, zniszczenie, destabilizację regionu oraz kryzys imigracyjny, z którym wiążą się coraz częstsze ataki terrorystyczne w Europie. W filmie “Rambo III” z 1988 roku (reżyseria: Peter MacDonald. Scenariusz: Sheldon Lettich, Sylvester Stallone) tytułowy bohater jest namawiany do udziału w jankeskiej misji na terenie Afganistanu. Mimo gorących próśb ze strony pułkownika Trautmana, Rambo nie wykazuje żadnego zainteresowania wspieraniem mudżahedinów. Trautman postanawia, że pojedzie bez swojego ulubieńca. Po dotarciu na miejsce pułkownik zostaje pojmany przez Sowietów. Rambo, na wieść o uprowadzeniu Trautmana, wyjeżdża do Afganistanu. Nie po to, żeby wspierać dżihadystów, tylko po to, żeby odbić swojego przyjaciela. Gdy oficer zostaje uratowany, główny bohater grzecznie, lecz stanowczo odmawia Afgańczykom pozostania w ich kraju. Filmowi mudżahedini wydają się dość sympatyczni. Ale już w powieści Davida Morrella, przetłumaczonej na polszczyznę przez Macieja Pertyńskiego, islamiści są nieżyczliwi i niebezpieczni. Zmuszają nawet Rambo, żeby zdjął swój wisiorek z Buddą. Cytat: “Jeśli go nie zdejmie, może spowodować własną śmierć”.


“Mój przyjaciel słoń”

Wróćmy jednak do problematyki wietnamskiej. Ciekawym opowiadaniem, które odkryłam zupełnie przypadkowo, jest “Mój przyjaciel słoń” Wojciecha Żukrowskiego (1957). Utwór, adresowany do starszych dzieci, ukazuje Wietnam w przededniu wybuchu II wojny światowej, a później także podczas brutalnej okupacji japońskiej. Autor tekstu wiedział bardzo dużo zarówno o wojnie, jak i o realiach życia na Półwyspie Indochińskim. Umiał też zrozumieć wietnamski nacjonalkomunizm. Podczas okupacji niemieckiej - na terenie Polski - Żukrowski służył w AK i AL. W latach 50. pracował jako korespondent wojenny w Wietnamie, a w latach 60. obracał się w środowisku moczarowców. To właśnie on napisał scenariusz do filmu “Barwy walki” Jerzego Passendorfera. Podobno to również on był prawdziwym autorem książki “Barwy walki” przypisywanej Mieczysławowi Moczarowi. Głównym bohaterem “Mojego przyjaciela słonia” jest ubogi wietnamski chłopiec, Hoang Kao Wan, w którym rozwija się bunt przeciwko niesprawiedliwości społecznej. Dzieciak zaczyna jednak dostrzegać, że bogaty Wietnamczyk, który wyzyskuje okolicznych chłopów, jest takim samym niewolnikiem jak oni. Pan Bao zmusza swoich pracowników, żeby oddawali coraz większe ilości ryżu, gdyż właśnie tego wymagają od niego Francuzi. Hoang rośnie na małego marksistę. Ale już wkrótce przyjdzie mu się przekonać, że istnieje coś jeszcze ważniejszego od dobrobytu: wolność. Gdy nadejdą okrutne rządy Japończyków, chłopiec wstąpi do patriotycznego ruchu oporu. Wraz z dzielnymi partyzantami i mądrym słoniem-robotnikiem weźmie udział w akcji odbicia męczonego więźnia.


Nguyen Sinh Cung

Dzieje Ho Chi Minha zostały opisane w artykule “Ho Chi Minh - życie i działalność (w 120. rocznicę urodzin)” Mariusza Karwowskiego. Tekst doczekał się publikacji na łamach periodyku “Azja-Pacyfik”. Zamieszczono go w tym samym numerze, w którym przedstawiono materiał Małgorzaty Ławacz. Wartościowym źródłem, z którego można zaczerpnąć odrobinę informacji dotyczących słynnego Wietnamczyka, jest także film dokumentalny “Ho Chi Minh” (cykl “Biography”, A&E Television Networks, 2009 rok, Planete Polska, Studio Publishing). Ho urodził się jeszcze w XIX wieku, w pierwszej połowie lat 90. tego stulecia. Pochodził z patriotycznej rodziny, która nie wahała się prowadzić działalności antykolonialnej. Region, w którym przyszedł na świat, słynął z bohaterskiego oporu przeciwko Chińczykom w starożytności i średniowieczu. To właśnie tutaj, w prowincji Nghe An, powstała także wietnamska endecja. Ho Chi Minh nazywał się naprawdę Nguyen Sinh Cung. Obrana droga życiowa zmuszała go jednak do nieustannego zmieniania nazwisk. Jeden z pierwszych pseudonimów, jakimi posługiwał się przyszły prezydent, brzmiał “Nguyen Ai Quoc” - “Nguyen Patriota”. Nacjonalkomunista został “Ho Chi Minhem” stosunkowo późno, bo dopiero podczas II wojny światowej. Imię, pod którym przeszedł do historii, oznacza w języku wietnamskim “Niosący Światło”. Ho nagminnie zmieniał nie tylko tożsamości, ale i sojusze polityczne. Jedynym stałym elementem w jego życiu był cel nadrzędny: niepodległość Wietnamu. Azjata złożył na ołtarzu ojczyzny swoją własną reputację. Wykorzystywał bliźnich w imię wyższego dobra (cel uświęca środki?).


Światowiec-niepodległościowiec

Ho Chi Minh nie wywodził się z klasy robotniczej. Był synem urzędnika, człowieka wykształconego, zamożnego i wpływowego. Przyszły polityk - posłany, z przyczyn prestiżowych, do francuskiej szkoły - wcześnie zetknął się z ideami Wolności, Równości i Braterstwa. Podobały mu się te hasła, ale dostrzegał, że Francuzi kompletnie o nich zapominają na podbitych przez siebie terenach. W orientalnym młodzieńcu kształtowało się jednocześnie kilka postaw: wrażliwość społeczna, reformatorskie zapędy, patriotyzm oraz nacjonalizm niewykluczający otwartości umysłowej. Ojciec Ho Chi Minha, angażujący się w działalność narodowowyzwoleńczą, został ostatecznie zdegradowany, skazany na więzienie i zmuszony do wykonywania prostych prac. Młody Ho również doświadczył francuskich represji. W roku 1908 relegowano go z uczelni za udział w antykolonialnych rozruchach. Konflikt z okupantami, a także osobiste ambicje zadecydowały o jego wyjeździe z Indochin w 1911 roku. Chłopak popłynął do Marsylii, gdzie próbował wstąpić do akademii kształcącej urzędników kolonialnych. Francuzi odrzucili jego podanie. Od tej pory młodzieniec był proletariuszem zmieniającym środowiska i kontynenty jak rękawiczki. Mieszkał w Nowym Jorku, Bostonie, Londynie i Paryżu. W 1919 roku rozpoczął poważną działalność polityczną. Współpracował z czołowymi przedstawicielami wietnamskiej emigracji niepodległościowej oraz pogłębiał swoje marksistowskie zacietrzewienie. Pisał artykuły do czasopism lewicowych i antykolonialnych. Ponadto zamieszczał swoje teksty w prasie sportowej i recenzował filmy dla magazynu “Cinegraph”.


Rozczarowanie Zachodem

O tym, że Ho Chi Minh związał się z komunistami, przesądziła lektura jednej z broszur Włodzimierza Lenina, w której autor obłudnie pochylał się nad losem zniewolonych narodów. Faktem jest, że w okresie okołorewolucyjnym bolszewicy udawali ludzi przejętych dolą uciśnionych etnosów. Ale faktem jest też, że bardzo szybko zrzucili z siebie tę maskę, a współczucie i tolerancję zamienili na czystki etniczne i politykę rusyfikacji. Socjalistą, który chwilowo uwierzył w szlachetne intencje bolszewików, był sam Józef Piłsudski. Tym, co pchnęło Ho Chi Minha w ramiona Kominternu, było zlekceważenie kwestii wietnamskiej na Konferencji Wersalskiej. Gdy skończyła się I wojna światowa, Ho i inni wietnamscy aktywiści postanowili zawalczyć o swój kraj. Wystosowali do dyplomatów oficjalne pismo, w którym upomnieli się o autonomię dla Wietnamu. Niestety, Ho Chi Minh i jego przyjaciele nie mieli takiego talentu, jak Roman Dmowski. Ich patriotyczny list został zignorowany. Ho doszedł do wniosku, że skoro Zachód nie chce pomóc Wietnamczykom, to należy poszukać pomocy gdzieś indziej. Wybrał Sowietów i ich popleczników. W 1923 roku Ho Chi Minh “walczył” o niepodległość ojczyzny na forum Trzeciej Międzynarodówki. W późniejszych latach wykonywał wiele zadań zleconych mu przez Komintern, np. organizował partie komunistyczne w Tajlandii, Hongkongu i południowych Chinach. Odważnie łączył postulaty marksistowskie z antykolonialnymi. Wierzył, że czerwona rewolucja przyniesie Wietnamowi suwerenność. Marzył o “socjalizmie w jednym kraju”. Wiedział jednak, że aby zbudować taki socjalizm, najpierw trzeba mieć ów kraj.


Chorągiewka na wietrze

Ho Chi Minh zawsze stosował taktykę, którą śmiało można nazwać polityczną prostytucją. Azjata podlizywał się każdemu, od kogo mógł coś uzyskać. Jako komunista w kuomintangowskich Chinach korzystał z gościnności tamtejszych narodowców. Później, gdy przyszło co do czego, gratulował Mao Tse-tungowi zwycięstwa nad Czang Kaj-szekiem. Wietnamczyk zapewne nie lubił Chińczyków, ale bił im pokłony, kiedy zależało mu na uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu przez Chińską Republikę Ludową. Ho, który około roku 1920 sprzymierzył się z Sowietami, często odwiedzał ZSRR. W latach 30. przestał być tam mile widziany. Stalinowcy traktowali go coraz gorzej. Dawali mu odczuć, że jest człowiekiem z innej bajki, ma niewłaściwe poglądy i burżuazyjne pochodzenie. Mimo to, Ho Chi Minh do samego końca lizał buty Stalinowi, szczególnie wtedy, gdy sowiecki dyktator był mu do czegoś potrzebny. Na początku zimnej wojny Ho zaczął również łasić się do USA. Tak nachalnie, że w wydawanych przez siebie dokumentach stosował sformułowania rodem z amerykańskiej deklaracji niepodległości. Pertraktując z Amerykanami, porównywał wietnamską walkę o suwerenność do wydarzeń, które miały miejsce w Ameryce Północnej w drugiej połowie XVIII wieku. Dwadzieścia lat później prowadził z Jankesami krwawą wojnę. Ho Chi Minh przez większość swojego życia zwalczał francuski kolonializm. Lecz gdy zbliżała się I wojna indochińska, pojechał do Europy, żeby umizgiwać się do Francuzów. Zaproponował im “niepodległy Wietnam we francuskiej strefie wpływów”[2]. Mężczyzna cenił byt swojego kraju bardziej niż własną godność.


Hierarchia wartości

“Wujek Ho” (jak go pieszczotliwie nazywano) był postacią szalenie skomplikowaną. Należał do jednostek, które można kochać lub nienawidzić. Bez wątpienia był zdolnym politykiem: sprytnym, zręcznym i skutecznym. Dyskusyjną kwestią pozostaje to, czy obrana przez niego strategia mieściła się w granicach etyki życia publicznego. W poprzednim akapicie zawyrokowałam, że zachowanie Azjaty w dużej mierze przypominało prostytucję. Ale chyba właśnie na tym polega prawdziwa polityka. Ho Chi Minh nie działał zresztą w imię osobistych korzyści, tylko w imię sprawy narodowej, która była dla niego priorytetem. Wietnamczyk przyjął wybitnie nacjonalistyczną hierarchię wartości, tzn. najpierw ojczyzna, a dopiero potem inne dobra (w jego przypadku: rewolucja społeczno-gospodarcza). Kiedy osiągnął główny cel, czyli obalił francuski kolonializm, mógł już przystąpić do realizacji celów drugorzędnych. I wówczas zaczął się problem. Okazało się bowiem, że Ho Chi Minh kocha swoich rodaków, ale nie wszystkich. Gdy powstało suwerenne państwo północnowietnamskie, “wujek Ho” zajął się maoistowską reformą rolną. Jej przebieg przypominał wylewanie dziecka z kąpielą. Nagle wyszło na jaw, że część Wietnamczyków, która zapewne marzyła o wolności tak samo jak reszta, jest w Wietnamie Północnym niechciana i niepotrzebna. Mowa tutaj o bogatych przedstawicielach klasy posiadającej, których po prostu wymordowano. Umiłowany Ho, architekt wietnamskiej niepodległości, stał się katem własnego narodu. Ludobójstwo popełnione na “zawadzających” Wietnamczykach (dziedzicach, obszarnikach) kładzie się cieniem na jego życiorysie.


Upiory dżungli

Wróćmy teraz do pojęcia, które w niniejszym artykule pojawiło się kilkakrotnie. Wietkong. Na dźwięk tego słowa amerykańscy komandosi “robili” w portki ze strachu. Czym była organizacja, która dała Jankesom wycisk, jakiego nigdy wcześniej nie zasmakowali? Fenomenowi Wietkongu przyjrzał się Artur Dmochowski w przywoływanej już książce “Wietnam 1962-1975”. Autor pisze, że oficjalna nazwa nacjonalkomunistycznej partyzantki brzmiała Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego. Określenie “Wietkong” - “Wietnamscy Komuniści” stworzył południowowietnamski dyktator Ngo Dinh Diem. Liczył on na to, że brzydkie miano, a raczej negatywna konotacja związana z wyrazem “komuniści” skutecznie odstraszy Południowców od groźnej bojówki. Przeliczył się. Dmochowski konstatuje: “Diem wymyślił nie tylko nazwę Viet Congu, ale wspólnie z Nhu stał się jego współzałożycielem, bowiem do zorganizowanego przez komunistów Narodowego Frontu Wyzwolenia pchnął wiele grup, które inaczej nigdy by się tam nie znalazły”. Co to ma znaczyć? Otóż Ngo prowadził niezwykle represyjną politykę wobec swoich przeciwników. Ograniczał wolność słowa, więził niepokornych i poddawał ich wymyślnym torturom. Jego ofiarą padali komuniści, jak również ludzie, którzy nie sympatyzowali z ruchem robotniczym (np. narodowcy). Znaczną część wietkongistów stanowiły zatem osoby, które nie miały nic wspólnego z komunizmem, ale szły do lasu - azjatyckiej dżungli - gdyż zmuszała je do tego sytuacja polityczna. Byli to patrioci pragnący jedności, suwerenności i obalenia Diema. Warto o tym pamiętać podczas dyskusji o historii.


Public Relations

Według Dmochowskiego, Wietkong (“zdalnie sterowany” przez przywódców Wietnamu Północnego, ale pozujący na spontaniczną inicjatywę Południowców) w dużej mierze żerował na legendzie Viet Minhu. Narodowo-komunistyczna propaganda ukazywała go jako kolejne wcielenie pluralistycznego, ogólnowietnamskiego ruchu niepodległościowego, tym razem wymierzonego w okupanta amerykańskiego. Na kongres założycielski partyzantki zaproszono członków różnych partii i stowarzyszeń. Sprowadzono też przedstawicieli środowisk młodzieżowych, inteligenckich, robotniczych, buddyjskich i kobiecych. W oficjalnych materiałach, skierowanych do społeczeństwa południowowietnamskiego, odwoływano się do ideałów patriotycznych i demokratycznych. Obiecywano postęp cywilizacyjny: mądre reformy, wzrost gospodarczy, sprawiedliwość społeczną oraz rozwój kultury i oświaty. Przyszłe, zjednoczone państwo wietnamskie miało być neutralne, a więc bezpieczne i wolne od wyniszczających wojen. Te wszystkie populistyczne zabiegi służyły jednemu celowi. Chodziło w nich o to, żeby zwerbować do Wietkongu jak najwięcej ochotników. Tam, gdzie wietkongiści zdołali przejąć władzę, stosowano także metodę “dobrowolnego przymusu”. Każdy, kto żył na tych terenach, musiał należeć do którejś z oficjalnych organizacji. Sęk w tym, że wszystkie te organizacje były kontrolowane przez rebeliantów. Wietkong cieszył się sympatią zachodniej lewicy, która nie miała pojęcia, co tak naprawdę się dzieje na Półwyspie Indochińskim. Partyzantka nacjonalkomunistyczna skrzętnie ukrywała swoje prawdziwe oblicze. A było ono totalitarne.


Król partyzantów

Jeśli uważnie przyjrzymy się zdjęciom dokumentującym późną działalność Ho Chi Minha, spostrzeżemy, że słynnemu politykowi często towarzyszy pewien czarnowłosy dżentelmen. Młodszy o jedno pokolenie i obdarzony przeszywającym spojrzeniem. To generał Vo Nguyen Giap, były partyzant Viet Minhu, minister obrony. Człowiek, który pobił Francuzów pod Dien Bien Phu i doprowadził do wypędzenia Amerykanów z Wietnamu. Według polskojęzycznej Wikipedii, ustalenie dokładnej daty urodzenia generała jest bardzo trudne. Różne źródła podają, że przyszedł on na świat w roku 1910, 1911 lub 1912. Kiedy umarł, a było to w roku 2013, prawdopodobnie miał już ponad 100 lat. Artur Dmochowski twierdzi, że Vo Nguyen Giap był najbliższym współpracownikiem Ho Chi Minha. Gdy Ho był nieobecny, zastępował go właśnie Vo. Pogromca zachodnich najeźdźców dał się poznać jako wybitny strateg, ale również osobnik despotyczny, który bez mrugnięcia okiem dławił opozycję polityczną. Radykalizm Giapa wynikał zapewne z jego głębokiego nacjonalizmu. “Historia Wietnamu budziła w nim dumę, uczucie wyższości i wiarę w możliwości narodu, a także nienawiść do tych, którzy poniżali i krzywdzili jego kraj” - wyjaśnia Dmochowski. Generał mógł też się zmagać ze zwykłym, ludzkim resentymentem. “Jego żona, również działaczka antyfrancuskiego ruchu oporu, zmarła wskutek tortur zadanych w więzieniu” - podaje Bogusław Brodecki, autor książki “Dien Bien Phu 1954” (“Historyczne bitwy”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 1998). Rola, jaką Giap odegrał w Wietnamie Północnym, jest nie do przecenienia. Ho bez Vo to jak Gomułka bez Moczara.


Natalia Julia Nowak,
10.07. - 02.08. 2016 r.


PS.
Co o “wujku Ho” sądził prof. Władysław Góralski, znany orientalista związany z Uniwersytetem Warszawskim i Polską Akademią Nauk? “- Był nie tylko wybitną, ale również ciekawą postacią. Cieszył się olbrzymim autorytetem we własnym kraju i szacunkiem przeciwników. Symbolem uznania był fakt, że kiedy zmarł, Stany Zjednoczone ogłosiły zawieszenie broni na czas żałoby - mówił na antenie PR dyplomata i historyk Władysław Góralski. (…) - To był działacz ruchu rewolucyjnego, którego marzeniem była niepodległość Wietnamu. Na tej drodze gotów był współpracować ze wszystkimi, którzy chcieli i mogli tą walkę poprzeć - podsumował ekspert”. Źródło: mjm, “Ho Chi Minh stworzył Wietnam”, serwis PolskieRadio.pl.


PRZYPISY

[1] “Zatrzymani przechodzili w obozach intensywny kurs indoktrynacji politycznej. Polegał on na słuchaniu wykładów i obowiązkowej lekturze pism partyjnych. (…) Więźniowie musieli szczegółowo opisywać swe ‘zbrodnie przeciwko ludowi‘, prosić Rewolucję o łaskę i składać przyrzeczenia lojalności wobec władz. (…) Bicie i tortury były na porządku dziennym. Więźniów zmuszano do niewolniczej pracy. Za niewykonanie normy lub ‘brak entuzjazmu do pracy’ mogli zostać rozstrzelani. A nawet bez tych wszystkich szykan przeżycie pobytu w obozie, położonym zwykle w bagnistej, malarycznej dżungli, nie należało do łatwych. Pracujący ponad siły więźniowie otrzymywali zaledwie 500 gramów żywności dziennie, a spali na ziemi lub w błocie. (…) Dla tych, którym udało się przeżyć obóz i zakończyć ‘reedukację‘, wyjście na wolność nie oznaczało końca cierpień. Byli naznaczeni piętnem ‘wrogów ludu‘, szykanowani, inwigilowani, pozbawieni pracy. (…) A społeczeństwo, do którego powracali w miarę upływu czasu, coraz mniej przypominało to, które znali sprzed 1975 r. O tych, którzy opuszczali obozy w roku 1976 czy 1977, trudno już było powiedzieć, że wychodzą ‘na wolność‘” [A. Dmochowski, “Wietnam 1962-1975”, Warszawa 2003, s. 305-308]

[2] Informacja z filmu dokumentalnego “Ho Chi Minh” (A&E Television Networks 2009). Mariusz Karwowski, twórca tekstu zamieszczonego w roczniku “Azja-Pacyfik”, wyłuszczył sprawę następująco: “Przeszkodą w pełnym urzeczywistnieniu deklarowanej niepodległości stały się postanowienia mocarstw podjęte podczas konferencji w Poczdamie. Na ich mocy czasową administrację w Indochinach miały pełnić wojska chińskie i brytyjskie. Ho dostrzegał szczególne zagrożenie związane z obecnością wojsk północnego sąsiada. W obawie przed przekształceniem tej tymczasowej sytuacji w trwałą okupację zdecydował się na podjęcie rozmów ze stroną francuską. Ceną za wycofanie chińskich oddziałów i uznanie podmiotowości było znaczne ograniczenie suwerenności i włączenie DRW w struktury Federacji Indochińskiej i Unii Francuskiej. Podpisane porozumienie zostało w Wietnamie przyjęte z rozczarowaniem. Ho zdawał sobie jednak sprawę, że układ nie będzie trwały, zaś dążenie każdej ze stron do przejęcia pełni władzy doprowadzi wkrótce do konfliktu”. Wojna, która wybuchła kilka/kilkanaście miesięcy po negocjacjach z Francuzami, przyniosła Wietnamczykom całkowite wyzwolenie spod kolonialnego jarzma. Pełna niepodległość i zjednoczenie kraju nadeszły dopiero w latach 70. XX wieku.

Dylematy moralne w "Elfen Lied" (konspekt)

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Film, Inne, Społeczeństwo
Tagi: animacja, anime, dobro, eksperymenty, elfen lied, etyka, eugenika, eutanazja, japonia, kat, kontrowersje, kultura, manga, moralność, ofiara, resentyment, serial, trauma, zło
28. maja 2015 15:20:00

Uwaga! Poniższy konspekt zawiera spoilery! Publikacja stanowi uzupełnienie refleksji, które zawarłam w mojej recenzji “Elfen Lied. Jak ofiary stają się katami?” z sierpnia 2014 r. Konspekt, który przedstawiam Czytelnikom, powstał z myślą o kolorowej prezentacji multimedialnej. Stwierdziłam jednak, że jest na tyle treściwy, iż powinnam go opublikować jako artykuł w nietypowej formie. Dlaczego zdecydowałam się ponownie przeanalizować “Elfen Lied”? Bo ogrom relatywizmu moralnego, zawartego w tej produkcji, nie dawał mi spokoju.

Natalia Julia Nowak

PS. “Elfen Lied” powinno być pozycją obowiązkową dla studentów socjologii, kryminologii, psychologii i pedagogiki. Mało tego… Powinni oni pisać z niego kolokwia!

PS 2. Cytaty z “Elfen Lied”, które przytaczam w niniejszym konspekcie, mogą być niedokładne. Powód tego stanu rzeczy jest prozaiczny: nie znam języka japońskiego. Aby zrozumieć, o czym jest mowa w serialu, musiałam korzystać z polskich i angielskich przekładów dostępnych w Internecie. Wierzę jednak, że sens cytatów został zachowany.


“Urodziłeś się winnym,
choć niewinną masz jeszcze twarz”


Bajm - “Nagie skały”


“Mogła być tylko dzieckiem,
ale krew Dicloniusa jest silna”


Kakuzawa Junior


Tytuł oryginalny: “Erufen Rito”
Tytuł międzynarodowy: “Elfen Lied”
Reżyseria: Mamoru Kanbe
Produkcja: Japonia 2004-2005
Forma: serial animowany (anime)
Liczba odcinków: 13 + 1
Target: seinen (mężczyźni, 18-30 lat)
Na podstawie mangi pod tym samym tytułem
(Lynn Okamoto, Japonia 2002-2005)


“Elfen Lied” - z czym to się je?
Krótki opis serialowej fabuły.


Z tajnego ośrodka badawczego, położonego na niewielkiej wyspie, ucieka nieletnia Lucy, przedstawicielka przeznaczonej do eksterminacji rasy Dicloniusów. Populacja mutantów, do której należy bohaterka, wyróżnia się charakterystycznym wyglądem, posiada też nadnaturalne moce i skłonności sadystyczne. Dicloniusy, uznawane za zagrożenie dla społeczeństwa, najczęściej są zabijane zaraz po urodzeniu. Niektórym z nich pozwala się jednak przeżyć, żeby można było je poddawać brutalnym eksperymentom. Lucy, cierpiąca z powodu osobowości wielorakiej, nieświadomie zmienia tożsamość, przeobrażając się w niedorozwiniętą umysłowo Nyu. Wskutek dziwnego zbiegu okoliczności dziewczyna trafia pod opiekę Kouty i Yuki, nastoletnich absolwentów szkoły średniej. Tymczasem władze instytutu, z którego uciekła bohaterka, wysyłają za nią pościg. Nyu nie zdaje sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa. Ale Lucy jest gotowa zabić lub okaleczyć każdego, kto tylko spróbuje ją powstrzymać.


Problem z Dicloniusami.
Zakała ludzkości czy wybrańcy Boga?


O serialowych mutantach krążą dwa przeciwstawne poglądy. Dicloniusy:
1. Są zakałą ludzkości, istotami złymi z natury. Stanowią ekstremalne zagrożenie dla każdego człowieka. Mordują, katują, okaleczają, roznoszą wirusa, mnożą się w zastraszającym tempie. Wielu zwolenników tego poglądu uważa, że Dicloniusy należy wybić dla dobra Homo sapiens.
2. Są następcami ludzkości, wybrańcami Boga działającymi z jego upoważnienia. Ich agresja skierowana w stronę ludzi bierze się stąd, że przyszłość należy do Dicloniusów, a ludzkość musi odejść w niebyt. Wielu zwolenników tego poglądu uważa, że dla dobra Dicloniusów trzeba przyspieszyć proces wymierania Homo sapiens.


Co było pierwsze: jajko czy kura?
Gdzie jest przyczyna, a gdzie skutek?


1. Czy Dicloniusy są poniżane i dyskryminowane, ponieważ atakują ludzi? A może atakują ludzi, bo są poniżane i dyskryminowane?
2. Czy Dicloniusy są trzymane w ciemnych izolatkach, ponieważ stanowią zagrożenie dla otoczenia? A może stają się groźne dla otoczenia, bo są trzymane w ciemnych izolatkach?


Rozbrajanie bomby czy polowanie na czarownice?
Niegodne życie vs godna śmierć.


1. Czy fakt, że ktoś posiada nieodpowiednie cechy, to wystarczający powód, żeby skazać go na śmierć? Czy wolno kogoś zabić prewencyjnie, kierując się tym, co może, choć nie musi nastąpić w przyszłości? Czy wolno wydać wyrok na niewinną osobę, tylko dlatego, że jest potencjalnie niebezpieczna dla społeczeństwa?
2. Czy z tych samych względów wolno kogoś torturować, poddawać drastycznym eksperymentom itd.? Czy skazanie kogoś na męki to faktycznie słuszne rozwiązanie? A może lepiej pozwolić mu umrzeć? Może, z dwojga złego, lepszy jest zgon? Co jest bardziej humanitarne: znęcanie się nad kimś czy umożliwienie mu odejścia z godnością?
[Uwaga: według informacji, podanej w serialu, badania prowadzone na Dicloniusach muszą być bolesne. Zmutowane jednostki nie mogą używać psychokinezy, kiedy cierpią fizycznie. Bestialskie praktyki mają na celu uczynienie ich bezbronnymi. Gdyby nie tortury, doświadczenia na buntowniczych obiektach nie byłyby możliwe]


Demoniczność Dicloniusów.
Diabelskie nasienie czy konstrukt społeczny?


1. Argumenty za tym, że okrucieństwo Dicloniusów jest kwestią genów:
a) wszystkie znane Dicloniusy, bez wyjątku, są nosicielami sadystycznych i morderczych skłonności. Te skłonności da się stłumić i poddać kontroli, ale nie da się ich w pełni wyeliminować. Odpowiednia socjalizacja może uczynić Dicloniusa osobnikiem cywilizowanym, jednak nigdy nie wyleczy go w stu procentach. Dowód? Nawet tak pacyfistyczna, współczująca, przestrzegająca norm moralnych osoba, jak Nana, nosi w sobie złowrogie instynkty. Ona także odczuwa czasem potrzebę, żeby kogoś skrzywdzić lub zabić*. Oczywiście, Nana nigdy nie ośmieliłaby się tego zrobić (gdyby jakimś cudem to uczyniła, pogrążyłaby się w wyrzutach sumienia). Ale fakt jest faktem: Nana to Diclonius ze wszystkimi tego konsekwencjami.
b) zarówno Dicloniusy, jak i ludzie przeżywają czasem bolesne chwile. Cierpienie jest wpisane w życie każdej jednostki: zmutowanej i niezmutowanej. Trauma i resentyment nie są spotykane wyłącznie u Dicloniusów. Jednak to Dicloniusy - pod wpływem własnej krzywdy - dopuszczają się barbarzyńskich czynów. Ludzie bywają mściwi, ale rzadko zdarza się, żeby dokonywali masowych morderstw w odpowiedzi na mniejsze lub większe upokorzenie. Takie zachowanie jest typowe dla mutantów.
2. Argumenty za tym, że okrucieństwo Dicloniusów jest kwestią doświadczenia:
a) małe Dicloniusy, pod względem psychologicznym, nie różnią się zbytnio od ludzkich dzieci. One też są wrażliwe, kochające, ciekawe świata. Potrzebują ciepła, miłości, akceptacji, bezpieczeństwa. Niestety, te niewinne istoty są przez ludzi poniżane i odrzucane (praktycznie od urodzenia). Na Dicloniusach zamkniętych w ośrodku badawczym prowadzi się brutalne eksperymenty. Dicloniusy żyjące na wolności często słyszą wyzwiska i obelgi. Podlegają dehumanizacji i demonizacji. Dowiadują się, że “nie są ludźmi“, tylko “pomiotami demona“. Czy należy więc się dziwić, że typowy Diclonius, po wielu takich incydentach, faktycznie przestaje “być człowiekiem“, a staje się “pomiotem demona“? Istnieje wszak zjawisko samospełniającej się przepowiedni.
b) Dicloniusy nie zaczynają mordować/katować bez powodu. Nie wkraczają na drogę zbrodni dla zabawy. Aby mutant mógł zostać zabójcą i oprawcą, musi wcześniej przejść przez piekło, które wyzwoli w nim żądzę zemsty. Nawet, jeśli Dicloniusy mają wrodzoną skłonność do mordu i sadyzmu, odkrywają ją w sobie pod wpływem trudnych przeżyć. Czyż z ludźmi nie jest identycznie? Historia zna przypadki zbrodniarzy, którzy popełniali odrażające czyny, bo sami dużo wycierpieli. Resentyment może obudzić ciemną stronę nie tylko Dicloniusa, ale również zwykłego człowieka. Dlaczego koncentrujemy się wyłącznie na mutantach? To niesprawiedliwe.
3. Z podanych wyżej argumentów wynika, że Dicloniusy rodzą się z pewnymi niepokojącymi tendencjami, ale to, w jakim stopniu te tendencje się rozwiną, w dużej mierze zależy od środowiska, okoliczności i doświadczeń. Złowrogich instynktów Dicloniusów nie można całkowicie wyeliminować. Można jednak uczynić je mniej szkodliwymi. Potrzeba tylko ludzi dobrej woli, którzy zawsze będą gotowi okazywać bliźnim życzliwość. Krótko mówiąc, trzeba zmienić świat. Ale czy taki projekt jest wykonalny?
[* Chodzi mi tutaj o popadanie w morderczy (obłąkańczo-opętańczy) nastrój oraz o świadome rozważanie możliwości uśmiercenia kogoś. Takie myśli chodzą Nanie po głowie w odcinku specjalnym wydanym na DVD]


Nic nie zależy od rasy.
Wszystko zależy od osoby.


Twórcy serialu przekonują, że w ostatecznym rachunku obie skonfliktowane grupy są równe.
1. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki niejednoznaczne: pogrążone w resentymencie, popełniające błędy, posiadające liczne wady, próbujące wybrać “mniejsze zło” (Lucy, Mariko, Numer Trzeci, Kurama, Shirakawa).
2. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki podłe do szpiku kości (Bando, ojczym Mayu, Kakuzawa Senior, Kakuzawa Junior).
3. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki bezgrzeszne (Nana, Mayu).


Ludzie decydują o losie mutantów.
Ale kto decyduje o losie ludzi?


Gdy się ogląda “Elfen Lied”, zwraca się uwagę na niechlubną rolę ludzi w całej opowieści. To oni uprzykrzają życie Dicloniusom. To oni spychają odmieńców na margines społeczeństwa. To oni realizują program eugeniki. To oni robią z Dicloniusów króliki doświadczalne. Czasem odnosi się wrażenie, że Lucy miała rację, mówiąc do swoich pierwszych ofiar: “Tymi, którzy nie są ludzcy… Tymi, którzy nie są ludźmi… Jesteście wy!”. Lecz gdy już dochodzi się do wniosku, że to ludzie, a nie mutanty, są prawdziwymi potworami, zostaje odsłonięta ostatnia karta. Okazuje się, że mężczyzna, który odpowiada za działalność ośrodka badawczego - Dyrektor Generalny, Kakuzawa Senior - sam jest Dicloniusem. I nie chodzi mu o powstrzymanie wirusa, tylko o jego rozprzestrzenienie. Odkrycie tej prawdy jest dla widza ciosem w serce. No, bo jaki wniosek można z tego wysnuć? “To Dicloniusy Dicloniusom… i ludziom… zgotowały ten los” (parafraza motta “Medalionów” Zofii Nałkowskiej).


Każdy człowiek i Diclonius jest inny.
Nie ma dwóch takich samych jednostek.


1. W jaki sposób należy się opiekować dzieckiem, u którego wykryto syndrom Dicloniusa? Czy taka osóbka powinna być surowo wychowywana i nieustannie kontrolowana? Czy trzeba ją bacznie obserwować, dotkliwie karać, obarczać licznymi nakazami i zakazami? A może przeciwnie? Może powinno się jej okazywać jeszcze więcej czułości i zrozumienia niż zdrowemu dziecku? Czy to nie jest tak, że małych ludzi obciążonych sadystycznymi i morderczymi skłonnościami należy (jeszcze bardziej niż ich rówieśników) przyzwyczajać do empatii? Czyż to nie takie istotki wymagają specjalnej troski?
2. Rozwiązania, które przynoszą pozytywne rezultaty w przypadku jednej osoby, mogą nie przynieść żadnych efektów w przypadku drugiej. Dowód? Eksperyment psychologiczny* z rodzicielskim traktowaniem torturowanego dziecka. Zastosowano go wobec dwóch Dicloniusów: Nany i Mariko. Jeśli chodzi o Nanę, skutek był zdumiewający. Dziewczyna, choć poddawana drastycznym doświadczeniom, wyrosła na osobę lojalną wobec ludzi, moralną, etyczną, pokojową, zdolną do kontrolowania swoich mrocznych instynktów. Co więcej, pokochała Dyrektora Kuramę, który zastępował jej ojca.
3. Tego spektakularnego sukcesu nie udało się powtórzyć w przypadku Mariko. Biologiczna córka Kuramy, mimo wysiłku naukowców, nie wyrosła na porządną jednostkę, tylko na wyjątkowo brutalną sadystkę i morderczynię. Nigdy nie pokochała młodej laborantki, która wcielała się w rolę jej matki. Przeciwnie, zabiła ją od razu, gdy znalazła ku temu okazję. Wniosek? Ludzie - zmutowani i niezmutowani - są różni. Nie powinno się stosować żadnych uogólnień. Każdego trzeba poznawać i oceniać indywidualnie.
[* Nazwałam to działanie eksperymentem psychologicznym, ale wypada podkreślić, że nie było ono oficjalnym, zaplanowanym, kontrolowanym przedsięwzięciem. Kurama troszczył się o Nanę, gdyż chciał dać upust swojemu ojcowskiemu instynktowi rozbudzonemu po narodzinach Mariko. Inni naukowcy sądzili, że Kurama robi to wyłącznie po to, żeby uchronić Nanę przed utratą rozumu (która w jej przypadku nie byłaby niczym dziwnym. Iluż ludzi postradało zmysły wskutek niekończącej się przemocy fizycznej i psychicznej?). Co się tyczy młodej laborantki, utrzymującej kontakt z Mariko, ona również łączyła aspekt racjonalny z irracjonalnym. Sprawowanie pieczy nad dziewczynką było jej obowiązkiem zawodowym. Nie zmienia to jednak faktu, że rozmowy z Mariko, choć zapośredniczone technologicznie, stały się ważnym elementem jej życia. Relacja między nią a kilkulatką przerodziła się w coś więcej niż relację “strażnik-więzień”, “badacz-obiekt” czy “kat-ofiara”. Prawdę powiedziawszy, zaczęła ona przypominać stosunek “przysposabiający-przysposabiany”. Jak należy to rozumieć? Istnieją osoby, które wykonują niewdzięczną pracę, lecz nie tracą przy tym swojego człowieczeństwa. W głębi serca, współczują ludziom, wobec których muszą być bezwzględne. Gdybyśmy dobrze poszukali, znaleźlibyśmy wielu rozdartych wewnętrznie policjantów, żołnierzy i komorników (a nawet nauczycieli zmuszonych zostawić ucznia na drugi rok w tej samej klasie). Rola społeczna to jedno, autentyczna osobowość to drugie. Może wystąpić między nimi rozbieżność. W świecie przedstawionym w “Elfen Lied“ większość uczonych zdaje sobie sprawę z tego, że zajmuje się rzeczami wątpliwymi moralnie. Spójrzmy na Shirakawę, która często bywa poruszona, choć stara się tego nie okazywać]


Żelazna logika Dyrektora Kuramy.
Gmatwanie życia czy zwykła hipokryzja?


1. Jako młody naukowiec rozpoczął pracę w ośrodku badawczym. Był przerażony i zniesmaczony, kiedy odkrył, że w owym ośrodku prowadzi się eutanazję niemowląt oraz bestialskie eksperymenty na dzieciach i młodzieży.
2. Mimo to, nie zrezygnował z pracy. Naciskał na wiele rodzin, żeby zdecydowały się na eutanazję noworodka. Ponad dziesięcioro dzieci zabił własnoręcznie. Uczestniczył też w krwawych doświadczeniach pseudomedycznych.
3. Twierdził, że lepiej zabić dziecko niż skazać je na nieustanne męki. Przekonywał, że utrzymanie Dicloniusa przy życiu to narażanie zwykłych ludzi na niebezpieczeństwo.
4. Jego własna córka, Mariko, urodziła się z syndromem Dicloniusa. Kurama, wbrew swoim poglądom, nie zabił jej, tylko zamknął ją w instytucie.
5. Dyrektor Generalny, Kakuzawa Senior, uczynił Kuramę Dyrektorem Badawczym. Wiedział, że Kurama, w obawie o życie córki, będzie mu bezwzględnie posłuszny.
6. Kurama, nie mogąc się widywać z Mariko, bardzo cierpiał. Rekompensował sobie tę stratę, okazując miłość innemu Dicloniusowi, Nanie.
7. Traktował Nanę w ojcowski sposób, a jednocześnie kierował makabrycznymi eksperymentami, które na niej wykonywano.
8. Doświadczenia, prowadzone na Nanie, były niezwykle krwawe. Kurama, aplikując nastolatce takie tortury, skazywał ją na męczarnie. Ale gdy Nana została pozbawiona kończyn przez Lucy, Dyrektor Badawczy powiedział, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby “złagodzić ból Nany choćby o jedną tysięczną“.
9. Sprawił, że Nana go pokochała. Sam również się do niej przywiązał. Podarował jej nowoczesne protezy kończyn i pozwolił uciec z instytutu. W ten sposób złamał rozkaz Kakuzawy Seniora i naraził swoją prawdziwą córkę na ryzyko utraty życia.
10. Bezdusznie odtrącił Nanę, gdy już odzyskał kontakt z Mariko.


Jakie życie, taka śmierć?
Czy warto płakać po Kuramie?


1. Dyrektor Kurama to bohater trudny do jednoznacznej oceny. Przez prawie cały serial był on przedstawiany jako czarny charakter. Jawił się jako ktoś, kto zadaje innym cierpienie, posługuje się groźbami i szantażem, manipuluje ludźmi, decyduje o cudzym życiu i śmierci. Jego córka, choć niewątpliwie pokrzywdzona, również została ukazana jako schwarzcharakter, tzn. morderczy, sadystyczny Diclonius mający szansę przewyższyć Lucy. Większość scen, ukazujących Kuramę i Mariko*, zrealizowano w taki sposób, że widz nie solidaryzuje się z tymi postaciami. Nawet, jeśli wie, że ich postępowanie w dużej mierze wynika z warunków zewnętrznych.
2. Mimo to, śmierć Kuramy i Mariko była jednym z najbardziej dramatycznych, wzruszających, chwytających za serce fragmentów “Elfen Lied“. Część widzów z pewnością uroniła wówczas łzę. I żałowała, że te dwie postacie, skądinąd niedoskonałe, odeszły ze świata żywych. Paradoks? A może przypomnienie, że wielu zbrodniarzy, znanych z historii powszechnej, w prywatnym życiu było kochającymi członkami rodzin? Pomyślmy o filmie “Chłopiec w pasiastej piżamie” Marka Hermana. Jeden z bohaterów produkcji, Ralf, jest komendantem obozu koncentracyjnego, a zarazem wspaniałym mężem i ojcem. Czyż z Kuramą (i Mariko, jego córeczką, dziewczynką-zbrodniarką) nie jest podobnie?
3. To, że Dyrektor Badawczy jest postacią niejednoznaczną, zostało zasygnalizowane już w pierwszych minutach serialu. Mowa tutaj o krótkiej scence ukazującej rozmowę Kisaragi z innymi sekretarkami. Wynika z niej, że zdania na temat Kuramy są podzielone. Część obserwatorów postrzega go jako człowieka “przerażającego”. Pozostali jednak uważają, że Dyrektor Badawczy “nie jest taki zły”.
4. Bez względu na to, jak oceniamy Kuramę, z jego biografii wydaje się płynąć jedna uniwersalna refleksja. Są osoby, które skazują bliźnich na tortury i śmierć. Nie mają dla nich litości. Ciekawe, czy byłyby równie bezlitosne, gdyby przyszło im torturować lub zabić kogoś bliskiego. Łatwo jest niszczyć ludzi, z którymi nie jest się emocjonalnie związanym. Trudniej jest niszczyć własnych krewnych. Szkoda tylko, że ci “niszczeni obcy” też mogą być przez kogoś kochani. Zanim wyrządzimy komuś krzywdę, powinniśmy się zastanowić, co byśmy poczuli, gdyby podobne zło wyrządzono naszym bliskim. Czy nadal bylibyśmy tacy cyniczni?
[* Oczywiście, tylko w jednej scenie Kurama i Mariko występują razem]


Choroby, zaburzenia, przypadłości…
Problemy psychiczne bohaterów produkcji.


1. Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (osobowość wieloraka) - przypadek Lucy. Główna bohaterka, która od najmłodszych lat życia doświadczała traumy, posiada alternatywną osobowość. Dwie persony bohaterki, Lucy i Nyu, są kompletnymi przeciwieństwami. Dzieli je wszystko: charakter, temperament, wrażliwość, wyraz twarzy, barwa głosu, stosunek do otoczenia, a przede wszystkim inteligencja i samoświadomość. Lucy wie o istnieniu Nyu*, ale nie ma kontroli nad swoimi zmianami tożsamości. Nie posiada również dostępu do wspomnień swojej współtowarzyszki. Nyu jest zupełnie nieświadoma istnienia Lucy. Jak nietrudno odgadnąć, nie podziela jej wspomnień.
2. Amnezja dysocjacyjna (amnezja psychogenna) - przypadek Kouty. Z pamięci nastolatka zniknęły traumatyczne wspomnienia dotyczące okoliczności śmierci jego najbliższych (ojca i siostry). Razem z tym, co bolesne i wstrząsające, wyparowało wiele innych wspomnień, także pozytywnych. Prawda, choć wyparta ze świadomości Kouty, wciąż jest obecna w jego podświadomości. Stąd niepokojące flashbacki. Młody mężczyzna, pragnąc zapełnić luki w swojej pamięci, wmawia sobie różne rzeczy. I naprawdę w nie wierzy.
3. Zespół stresu pourazowego (PTSD) - przypadek Nany. Sympatyczna przedstawicielka rasy Dicloniusów wykazuje objawy, które potwierdzają, że była ona poddawana brutalnym eksperymentom. Dziewczyna posiada skłonność do popadania w panikę, zwłaszcza na widok elementów, które kojarzą jej się z przebytymi torturami. Reakcje Nany bywają nieadekwatne do okoliczności. Zwykła błahostka, na którą większość ludzi nie zwróciłaby uwagi, może doprowadzić nastolatkę do histerii. Napady lęku, które przeżywa dziewczyna, często idą w parze z uruchomieniem mechanizmu obronnego polegającego na wykrzykiwaniu frazesów typu “To wcale nie boli!”. Nana cierpi z powodu koszmarów sennych. Typowe dla tej postaci jest również serwilistyczne kajanie się za każdy błąd (przepraszanie, samooskarżanie, podkreślanie chęci poprawy).
4. Osobowość dyssocjalna (psychopatia) - przypadek Mariko. Biologiczna córka Kuramy sprawia wrażenie jednostki narcystycznej, egocentrycznej, gwałtownej, niecierpliwej, pozbawionej empatii, traktującej bliźnich przedmiotowo, a nawet niepostrzegającej ludzi jako ludzi. Dowodem na to może być scena, w której Mariko, poddawana rekonwalescencji, morduje przypadkowego człowieka, żeby sprawdzić, czy już odzyskała swoje moce. Po tej zbrodni dziewczynka radośnie oświadcza, że najwyraźniej wróciła do pełni zdrowia.
[* Na jakiej podstawie formułuję taki wniosek? Otóż w piątym odcinku Lucy mówi do Kakuzawy Juniora: “Moja druga połowa jest uśpiona”]


W każdej bajce jest ziarnko prawdy.
A tutaj znajdziemy ich całą garść.


Dlaczego warto obejrzeć serial animowany “Elfen Lied”? Choćby dlatego, że nie jest on tak do końca oderwany od rzeczywistości. Niektóre z zawartych w nim motywów są analogiczne do problemów, z jakimi musiała borykać się ludzkość w XX wieku. Ludobójstwo, eugenika, nieetyczne projekty naukowe… To wcale nie są wymysły twórców anime i mangi. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że “Elfen Lied” to niejawna próba poradzenia sobie Japończyków z własną historią. W latach ‘30 i ‘40 Kraj Kwitnącej Wiśni faktycznie utrzymywał ośrodki badawcze, w których prowadzono okrutne eksperymenty na żywych ludziach. Instytucją, która okryła się szczególną niesławą, była Jednostka 731 założona na terenie podbitej Mandżurii. Władze Japonii do dziś nie przyznały się do jej funkcjonowania. Ale temat Jednostki 731 jest powszechnie znany na Dalekim Wschodzie. Nawet, jeśli Japończycy nie dowierzają w tę historię, zagadnienie podejrzanych doświadczeń pseudomedycznych jest stale obecne w ich (pod)świadomości. Dowodem na to mogą być produkcje typu “Elfen Lied” czy “Akira”. Współcześnie eksperymenty na ludziach - w tym na dzieciach i młodzieży - są prowadzone w Korei Północnej, totalitarnym państwie leżącym w japońskim kręgu kulturowym. Według doniesień medialnych, rodzice kalekich i upośledzonych dzieci są tam nakłaniani do oddawania swoich pociech do ośrodków badawczych. Dla tych niepełnosprawnych maluchów instytuty stają się domami, a niebezpieczne eksperymenty - ponurą codziennością. Czyż nie przypomina to scenariusza “Elfen Lied”? Wątki, które wydają nam się fikcją, bywają czasem bardziej realne niż sądzimy.


“I nie pier… mi jeden z drugim,
że to farsa, że to temat wyssany z palca.
Płacę respektem
niewinnym dzieciakom gorszego boga.
Pani redaktor!”


Karramba - “Dzieci gorszego boga”


Konspekt przygotowała
Natalia Julia Nowak



PS. Przesłanie płynące z serialu “Elfen Lied“
można sformułować w następujący sposób:

“Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
że według Bożego rozkazu,
nie może być katem, oprawcą,
kto nie był ofiarą ni razu.
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
że odkąd ten świat jest tym światem,
kto nie był ni razu ofiarą,
ten nigdy nie stanie się katem”


(parafraza słów Adama Mickiewicza)


PS 2.
Kilka przydatnych filmików.

Mariko - ofiara czy kat? A może jedno i drugie?
(“Mariko’s first scenes”)
YouTube, watch?v=-MWAOGPgGYo

Ostatnie minuty Kuramy i Mariko. Wyciskacz łez.
(“The End of Kurama and #35; Mariko. /#\Spoiler Warning /#\“)
YouTube, watch?v=d5bNh97MG80

“Tymi, którzy nie są ludźmi, jesteście wy!”
(“Elfen Lied Dog Scene - English Sub”)
YouTube, watch?v=euUUxg0XnDM

Rzeź, masakra… Ucieczka Lucy z ośrodka badawczego.
(“Elfen Lied - Lucy kicking ass”)
YouTube, watch?v=HFvhKxWumcc

Lucy mocno masakruje Nanę. Elementy gore od 1:40.
(“Elfen Lied - Lucy vs. Nana”)
YouTube, watch?v=E5pgqAMBCR4

Retrospekcja. Jak Lucy trafiła do instytutu?
(“The REAL saddest Elfen Lied scene!”)
YouTube, watch?v=IblduScZtFk

“Requiem for Kurama” - fanowski teledysk.
(“Requiem for Kurama”)
YouTube, watch?v=bHe8Ba092WM

“Mejores Muertes” - fanowski teledysk.
(“Elfen Lied Mejores Muertes [Evanescence - Bring Me To Life]”)
YouTube, watch?v=KprPZT-GjvY

“Elfen Lied” - oficjalny trailer.
(“Elfen Lied - Trailer HD 1080p”)
YouTube, watch?v=2ceKarhU1P4

“Elfen Lied” - przegląd spotów reklamowych.
(“Elfen Lied DVD Trailer HD”)
YouTube, watch?v=IItTqRrRkqI

Synchromistycyzm. Gra skojarzeń, teorie spiskowe i pogrobowcy Junga

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Film, Inne
Tagi: illuminati, masoneria, synchromistycyzm, synchromysticism, wolnomularstwo
26. grudnia 2013 22:39:00

Nowy wspaniały wyraz

“Synchromistycyzm” (neologizm będący połączeniem słów “synchroniczność” i “mistycyzm”) to mało znane pojęcie, które w polskim Internecie pojawiło się zaledwie kilka razy. Wyraz “synchromistycyzm” jest kalką językową naśladującą angielski rzeczownik “synchromysticism” (“synchronicity” + “mysticism”). W anglojęzycznej części Internetu termin “synchromysticism” upowszechnił się na tyle mocno, że został uwzględniony w wolnym słowniku En.wiktionary.org. Opublikowana tam definicja synchromistycyzmu brzmi następująco:

“Nakreślanie powiązań w nowoczesnej kulturze (filmach, tekstach piosenek, wydarzeniach historycznych i wiedzy ezoterycznej); odnajdywanie powiązań, które mogą pochodzić ze ‘zbiorowego nieświadomego umysłu’; odnajdywanie powiązań między wiedzą okultystyczną (np. ezoterycznymi bractwami, kultami i sekretnymi rytuałami), polityką i środkami masowego przekazu”

“The drawing of connections in modern culture (movies, music lyrics, historical happenings and esoteric knowledge); and finding connections that could be coming from the ‘collective unconscious mind‘; and finding connections between occult knowledge (i.e. esoteric fraternities, cults and secret rituals), politics and mass media”


Sztuka czytania znaków

Jak wiadomo, mistycyzm to przekonanie o możliwości obcowania z wyższą duchową siłą (Bogiem, Absolutem). Ale co to jest synchroniczność? I dlaczego można się do niej zbliżyć poprzez mistycyzm? Pojęcie synchroniczności, wchodzące w skład synchromistycyzmu, wywodzi się z dorobku Carla Gustava Junga. Informują o tym redaktorzy serwisu Synchromystic.wikia.com. Żeby zrozumieć, czym jest owa jungowska koncepcja, zajrzymy do artykułu “Zjawisko synchroniczności - na czym polega?” Aleksandry Nowakowskiej (miejsce publikacji: “Zwierciadło”. Konsultacja: Jarosław Józefowicz, psychoterapeuta). Autorka definiuje synchroniczność jako “współwystępowanie zdarzeń psychicznych i faktów zewnętrznych, które dla danej osoby mają to samo znaczenie. Zdarzenia psychiczne to między innymi: przeczucia, sny, wrażenia”. Czyżby chodziło o łączenie obiektywnych fenomenów z subiektywnymi przeżyciami? O przeplatanie dwóch skrajnie różnych sfer?

Nowakowska pisze, że “osoba doświadczająca synchroniczności musi wiązać znaczeniem to, co przeżywa w psychice i co obserwuje w świecie zewnętrznym”. W ostatnim akapicie stwierdza: “Nowoczesna fizyka kwantowa coraz śmielej wyraża pogląd, że na pewnym poziomie świat jest jednością, gdzie wszystko się przenika, cząstki przechodzą w fale a fale w cząstki. (…) Jednak nie jest to nic nowego. Podobne przekonania możemy odnaleźć na przykład w filozofii starożytnych Chin (…). Wszystkie te koncepcje w dużej mierze opierają się na wierze i intuicji ich twórców, a w małej - na dowodach”. Z przytoczonych cytatów wynika, że wiara w synchroniczność prowadzi do przypisywania znaczeń zjawiskom, które (na pierwszy rzut oka) wydają się pozbawione znaczenia. Co więcej, staje się ona uzasadnieniem/wyjaśnieniem takich działań i przeżyć, jak wróżenie z fusów czy dostrzeganie wizerunku Matki Boskiej na brudnej szybie okiennej. Intrygujące i kontrowersyjne.


Obsesja teoretyków spiskowych

Każdy, kto interesuje się teoriami spiskowymi, wie, że demaskowanie synchroniczności stało się istną obsesją konspiracjonistów badających media i popkulturę. Tym właśnie jest synchromistycyzm. Analizowaniem wytworów kultury pod kątem nawiązań do wolnomularstwa, pogaństwa, okultyzmu, satanizmu, projektu MK-ULTRA itp. Istnieje wiele stron internetowych i prezentacji multimedialnych, które przekonują odbiorców, że popularne piosenki, kultowe filmy, a nawet fakty z życia celebrytów posiadają zakamuflowane znaczenia. Niezwykłe sensy, ukryte pod płaszczem fantazji lub fanaberii, mogą zostać dostrzeżone tylko przez tych, którzy posiedli odpowiednią wiedzę. Na przykład przez teoretyków spiskowych, historyków masonerii, miłośników mitologii i znawców ezoteryki.

W środowisku konspiracjonistów synchromistycyzm nie jest niczym rzadkim. Uprawia się go bardzo często, chociaż nie zawsze nazywa po imieniu. Termin “synchromistycyzm” został spopularyzowany (ukuty?) przez bloggera przedstawiającego się jako Jake Kotze. Tak przynajmniej sugeruje news dostępny w serwisie Magia.gildia.pl. Twórca notatki, Kormak, donosi: “Gościem audycji Occult Of Personality jest Jake Kotze, autor bloga The Brave New World Order. Opowie o swojej teorii synchromistycyzmu: nadzwyczajnych powiązaniach między okultystyczną symboliką a wydarzeniami na świecie (m.in. atakami na World Trade Center), ezoterycznych wątkach w programach telewizyjnych i filmach. Czy te synchroniczności zachodzą naprawdę, czy są jedynie wytworem naszej wyobraźni - a może jedno i drugie?”.


VigilantCitizen i Pseudoccultmedia

Jedną z najbardziej znanych witryn propagujących synchromistycyzm jest VigilantCitizen.com. Założyciel strony zapewnia, że próbuje “wykraczać poza wartość nominalną symboli znajdowanych w popkulturze, aby odkrywać ich ezoteryczne znaczenie” [“go beyond the face value of symbols found in pop culture to reveal their esoteric meaning”]. Co upoważnia go do tego typu działalności? Internauta wymienia kilka cech. Po pierwsze: tytuł licencjata w dziedzinie komunikacji i polityki. Po drugie: negatywne spostrzeżenia związane z pracą w przemyśle muzycznym. Po trzecie: wieloletnie zainteresowanie dziejami okultyzmu i tajnych stowarzyszeń. Administrator VigilantCitizen.com utrzymuje, że wolnomularskie i ezoteryczne symbole są stałymi elementami kultury współczesnej. Obawia się jednak, że mogą one być narzędziami masowej manipulacji.

Inną witryną, która powinna zaciekawić badaczy synchromistycyzmu, jest Pseudoccultmedia.net. Redaktor strony nawiązuje do tego zjawiska w sposób jawny i otwarty. W dziale “Disclaimer” (“Zrzeczenie się”) znajdujemy następujące oświadczenie: “Ten blog jest osobiście pisany i edytowany przeze mnie. Pierwotnie inspirowany przez synchromistycyzm; poglądy, powiązania, interpretacje i zawartość zamieszczona na tym blogu są w pełni spekulacyjne, wyrażane opinie autora (…) nie powinny być brane za stwierdzenia faktów” [“This blog is a personal blog written and edited by me. Originally inspired by synchromysticism; the views, connections, interpretations and content contained in this blog are entirely speculative, expressed opinions of the author (…) should not be taken as statements of fact”]. Niestety, nowe publikacje pojawiają się w tym serwisie coraz rzadziej.


Synchroniczność a synchromistycyzm

Synchromistycyzm nie jest dokładnie tym, o czym pisał Carl Gustav Jung (tzn. synchronicznością). W przypadku teorii Junga, mieliśmy do czynienia z szukaniem niejasnego związku między subiektywnym przeżyciem a zewnętrznym fenomenem. Jeśli chodzi o synchromistycyzm, polega on na poszukiwaniu powiązań między motywami występującymi w kulturze a szeroko pojętym światem Illuminati (wierzeniami, rytuałami, postępkami, znakami i gestami globalnej elity). Konspiracjoniści, zajmujący się analizą popkultury, opierają swoje badania na wolnych skojarzeniach, odważnych porównaniach i budowaniu nieoczywistych analogii. Wnioski, formułowane przez synchromistyków, mogą być odkrywcze i zaskakujące, a jednocześnie niepewne i nieweryfikowalne. Łatwo bowiem przekroczyć granicę między interpretacją a nadinterpretacją. Skąd wiadomo, że podejrzany symbol, zawarty w danym utworze, został wykorzystany świadomie? Skąd pewność, że w ogóle jest tam jakiś symbol? Może to tylko złudzenie nadgorliwego/paranoicznego badacza? Sceptycy (z przeciwnikami teorii spiskowych na czele) zawsze będą zadawać takie pytania.

Dobrym przykładem synchromistycyzmu jest “dostrzeganie związku” między ubiorem sławnych wokalistek a uwikłaniem tych kobiet w projekt Monarch (oczywiście, mówimy o uwikłaniu czysto hipotetycznym). Noszenie odzieży przypominającej futro drapieżnych kotów bywa postrzegane jako objaw kontroli umysłu. Jakie jest pochodzenie tego dziwnego przeświadczenia? Otóż wywodzi się ono z dylogii “The Illuminati Formula” Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler. Cykl, o którym mowa, zawiera opisy niewiast poddawanych “programowaniu beta“ i zamienianych w “sekskociaki“ (niewolnice seksualne pełne kociej zmysłowości). Inny przykład synchromistycyzmu: jedna z dyskusji prowadzonych na stronie SynchromysticismForum.com. Internauci próbują ustalić, czy popularny motyw “kobiety w czerwieni” ma coś wspólnego z boginią Ishtar, Nierządnicą Babilońską i Szkarłatną Kobietą (bohaterką rozważań Aleistera Crowleya). Elementy synchromistycyzmu można również znaleźć w amatorskim filmie dokumentalnym “Illuminati: The Music Industry Exposed” Farhana Khana. Niewykluczone, że nagonka na Hello Kitty to także rodzaj synchromistycyzmu.


“Pszypadeg? Nie sondze!”

Jeśli chcesz uprawiać synchromistycyzm, możesz mówić, co Ci ślina na język przyniesie. Warunek jest tylko jeden: Twoje skojarzenia muszą mieć coś wspólnego z ezoteryką, pogaństwem, satanizmem, okultyzmem, masonerią i/lub kontrolą umysłu. Cała zabawa jest łudząco podobna do psychoanalizy Freuda. Różnica polega na tym, że w psychoanalizie wszystko sprowadza się do seksualności, a w synchromistycyzmie - do Illuminati i Nowego Porządku Świata. Niezwykłą sztukę analizowania popkultury można opisać za pomocą ironicznego powiedzonka “Pszypadeg? Nie sondze!”. Gdy uzmysłowisz sobie, jak często pojawiają się w mediach piramidy, trójkąty, szachownice, pojedyncze oczy, dwie kolumny, odłamki szkła, zwielokrotnione postaci, zwierzęce wzory, białe króliki, ptasie klatki, sowy, zegary, roboty, lalki, lustra, labirynty, motyle, maski, manekiny i marionetki, dojdziesz do wniosku, że wolnomularstwo faktycznie podporządkowało sobie cały świat. Dopadnie Cię wówczas “syndrom Neo“. Już nigdy nie spojrzysz na rzeczywistość tak samo jak przedtem.

Synchromistycyzm posiada zarówno zalety, jak i wady. Stosowany z umiarem, uczy spostrzegawczości i syntezy faktów (może nawet wzbudzić zainteresowanie antropologią kulturową). Stosowany bez umiaru, zaśmieca umysł i grozi poważną paranoją. Polecam go jako hobby, ale namawiam do zachowania krytycyzmu. Przestrzegam zwłaszcza przed traktowaniem analiz synchromistycznych jako “jedynych słusznych interpretacji”. Każdy, kto zajmuje się badaniem ukrytych znaczeń, musi wiedzieć, że symbole są niejednoznaczne. Powinien również pamiętać, że nie należy szukać wieloznaczności tam, gdzie ich nie ma. Ktoś może mruknąć: “Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić“. Rzeczywiście, utrzymanie zdrowego rozsądku nie jest proste. Trzeba jednak znać granice, żeby później nie narzekać na nadmiar głupich skojarzeń. Ja niedawno przyłapałam się na tym, że logo prostego programu komputerowego skojarzyło mi się z projektem Monarch. Program nosi nazwę “FreeMind” (“WolnyUmysł”), a jego emblemat przedstawia pomarańczowego motyla, zapewne monarchę. Przypadek?



PRZYKŁADOWA ANALIZA
SYNCHROMISTYCZNO-HERMENEUTYCZNA

Matrix wokół “Matrixa”



Przekonajmy się, jak dużo można “wycisnąć” z trylogii “Matrix” rodzeństwa Wachowskich. Pisząc o rzekomych “ukrytych treściach” w “Matriksie”, będę się opierać na materiałach z bloga HollywoodSubliminals.wordpress.com (wielu tamtejszych publikacjach), dyskusjach ze strony SynchromysticismForum.com (wszczętych przez użytkowników shawnsparxx i Sheep No More), nieprofesjonalnym serialu dokumentalnym “The Arrivals” (przygotowanym przez muzułmańskich konspiracjonistów) oraz prezentacjach multimedialnych dostępnych w serwisie YouTube.com (na profilach: 777alucard, ALPHAandOMEGA44, Etappendienst, illuminatipuppet333, IyanAhmath12, jchavarr1, KhazarKosherFace, PronStarKiIIuminati, TheGrowingAwareness, TheSagaciousD). Dodam też dużo własnych refleksji, skojarzeń i spostrzeżeń. Zacznę od stwierdzenia, że kultowe dzieło Andy’ego i Lany (Larry’ego) Wachowskich bywa analizowane nie tylko w sposób synchromistyczny, ale także czysto hermeneutyczny. Szukanie aluzji do Biblii i mitologii nie jest bowiem niczym osobliwym. Synchromistycyzm zaczyna się wraz z wejściem na grunt masońsko-pogańsko-ezoteryczny.

Głównym bohaterem trylogii jest Thomas “Neo” Anderson. Nazwisko i pseudonim protagonisty są znaczące. Thomas/Tomasz był jednym z dwunastu apostołów. Zasłynął z tego, że nie uwierzył w zmartwychwstanie Chrystusa i wypowiedział słowa: “Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę”. Cytat ten doskonale koresponduje z głównym wątkiem opowieści. Nazwisko “Anderson” to kontaminacja słów “andros” (“człowiek”, “mężczyzna”) i “son” (“syn”). Pseudonim “Neo” znaczy “Nowy”. A zatem główny bohater, skądinąd zbawca świata, jest Nowym Synem Człowieczym. Thomas, oddając życie za ludzkość, leży w pozycji ukrzyżowanego. Przez chwilę widać iluzję krzyża i anielskich skrzydeł. Gdy bohater umiera, inteligentna maszyna mówi: “Wykonało się” (“It is done“). Śmierć Neo, ukazana w trzeciej części cyklu, bynajmniej nie jest jedyną. W pierwszej części Anderson zostaje zastrzelony przez agenta Smitha, ale cudownie zmartwychwstaje (później zaś unosi się ku niebu. Czyżby wniebowstąpienie?). Ostatnim miastem ludzi, które zachowało się w Realnym Świecie, jest Zion/Syjon.

Neo i jego przyjaciele podróżują statkiem powietrznym “Nabuchodonozor”. Biblijny Nabuchodonozor był pogromcą królestwa Judy. Ukochana kobieta Thomasa nosi pseudonim Trinity (Trójca - jak Święta Trójca). W trylogii “Matrix” pojawia się również motyw zdrajcy. Sprzedawczykiem, istnym Judaszem, okazuje się Cypher (Lucyfer?). Filmowe imiona/pseudonimy rodem z mitów greckich: Morfeusz, Niobe, Persefona, Wyrocznia. “Neo” to anagram liczebnika “One” (“Jeden”). Pewnie dlatego, że bohater uchodzi za Wybrańca (The One). Chociaż Thomas Anderson jest figurą Chrystusa, posiada cechy everymana, czyli postaci uniwersalnej, z którą każdy może się utożsamić. Stąd już tylko jeden krok do gnostycyzmu i wiary w samozbawienie. Kolejny judeochrześcijański smaczek: w pierwszej części serii Neo zostaje nazwany “Zbawicielem” (“Savior”) i “osobistym Jezusem Chrystusem” (“personal Jesus Christ”). Trzyczęściowe dzieło Wachowskich czerpie pełnymi garściami z filozofii. Znajdziemy w nim elementy platońskie, kartezjańskie, buddyjskie, a nawet nietzscheańskie.

Przede wszystkim jest to jednak cykl kryptomasoński i kryptopogański. Tak uważają konspiracjoniści spod znaku synchromistycyzmu. Dość wspomnieć, że w trylogii występuje omawiany już motyw “kobiety w czerwieni”. Raz jest to tajemnicza pani z części pierwszej, innym razem - uwodzicielska Persefona, żona Merowinga (wypada wspomnieć, że Iluminaci są domniemanymi spadkobiercami dynastii merowińskiej). W “Matriksie” niejednokrotnie pojawia się podłoga-szachownica rodem ze świątyni wolnomularskiej. Widzimy ją choćby wtedy, gdy Neo udaje się do Morfeusza, aby zostać “oświeconym” w kwestii Matrixa. Scena, w której Anderson jest już u swojego guru, obfituje w masońskie gesty. Morfeusz prosi Thomasa o wybranie jednej z dwóch pigułek. Pierwsza z nich jest symbolem Niebieskiej Loży (Rytu York), a druga - Czerwonej Loży (Rytu Szkockiego). Kiedy Thomas budzi się w Realnym Świecie, zostaje złapany za szyję przez robota (inicjowani wolnomularze są rytualnie zmuszani do milczenia). Chwilę później robot eksponuje jedno ze swoich oczu. Wszystkowidzące Oko?

Neo zostaje odłączony od maszyny i wrzucony do wody. Ratuje go mechaniczna ręka obsługiwana przez załogę statku “Nabuchodonozor”. Bohater zostaje wyłowiony i uniesiony ku trzem światłom tworzącym trójkąt/piramidę. Oświetlają one wejście do statku. Trójka, trójkąt, piramida, światło i drzwi to symbole masońskie. Inne filmowe znaki: liczby 101 i 303. Jeśli usuniemy z nich zera, wyjdą nam wolnomularskie numery 11 i 33. Warto odnotować, że “pokój 101” stanowi aluzję do sali tortur z powieści “Rok 1984” George’a Orwella. Przypatrzmy się scenie, w której Neo i Morfeusz podłączają się do wirtualnej rzeczywistości o nazwie Construct/Konstrukt. Ciemnoskóry mistrz dwukrotnie posługuje się satanistyczną lub okultystyczną mową ciała. Staje w pozycji Baphometa, realizując układ “as above, so below” - “jak wyżej, tak niżej”. Następnie układa dłonie w kształt trójkąta lub piramidy. Później zachęca Thomasa do obejrzenia kasety video (z tyłu telewizora widnieje wielki, odwrócony trójkąt). Jeśli chodzi o Wyrocznię, ma ona w mieszkaniu zasłonę z dwugłowymi orłami.

Masoni często określają Boga mianem Wielkiego Architekta Wszechświata. W dziele Wachowskich pojawia się postać Architekta. Jest to twórca Matrixa, starszy pan z białą brodą (de facto program komputerowy). Numer 555, ukazujący się jako zielona liczba na czarnym tle, symbolizuje Hirama Abiffa, bohatera wolnomularskich legend. Pierwsza część trylogii zawiera wiele elementów uznawanych przez synchromistyków za symbole solarne. Najbardziej wyraziste z nich to: rzeźbione głowy lwów, zegar w kształcie słońca oraz złoty obraz przedstawiający trzy “słoneczniki“ (?). Nie należy również zapominać o dziwnych, słonecznych kształtach wyświetlających się na monitorach w Realnym Świecie. Gdy Thomas Anderson bije się z agentem Smithem, w tle widać graffiti “Sol” (“Słońce”). W “Reaktywacji” i “Rewolucjach” doszukano się wielu motywów przypominających Czarne Słońce. Przykład: Deus Ex Machina (Bóg z Maszyny). Niektórzy badacze twierdzą, że Czarne Słońce odnosi się do Saturna. Według jednej z teorii spiskowych, Saturn jest maszyną utrzymującą nas w wirtualnej rzeczywistości.

Rozmawiając o “ukrytych treściach” w trylogii Wachowskich, nie możemy pominąć nawiązań do kontroli umysłu. W latach ‘50 i ‘60 XX wieku Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) badała możliwość sterowania ludzkim mózgiem. Przedsięwzięcie, które przeszło do historii jako MK-ULTRA, zostało oficjalnie potępione przez Kongres i Prezydenta USA. Wielu konspiracjonistów wierzy, że szemrane eksperymenty wciąż są prowadzone, ale pod kryptonimem Monarch (nazwa projektu ma pochodzić od motyla monarchy). Projekt Monarch opiera się ponoć na dręczeniu małych dzieci. Ofiary, wskutek straszliwych doświadczeń, popadają w chorobę psychiczną zwaną dysocjacyjnym zaburzeniem tożsamości (DID) lub osobowością wieloraką (MPD). Dziecięca psychika ulega rozbiciu na wiele osobowości. Każda z tych osobowości zostaje później poddana intensywnemu programowaniu. Kluczowym słowem w projekcie Monarch jest “dysocjacja”. Chodzi tutaj o zjawisko psychologiczne: oddzielenie się umysłu od rzeczywistości w celu zapomnienia o traumatycznych przeżyciach.

Synchromistycy twierdzą, że temat kontroli umysłu bezustannie pojawia się w popkulturze. Zazwyczaj jest on sygnalizowany za pomocą ściśle określonych symboli. Czytelnicy, którzy pragną je poznać i zrozumieć, powinni zajrzeć do artykułu “Project Monarch: Nazi Mind Control” Rona Pattona, dylogii “The Illuminati Formula” Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler oraz materiałów ze stron VigilantCitizen.com i Pseudoccultmedia.net. W trzyczęściowym cyklu “Matrix” pojawia się sporo motywów związanych z projektem Monarch. Stłuczone szkło, rozbite lustro, zwielokrotniona sylwetka, sobowtór, podobizna, lustrzane odbicie to symbole DID/MPD (roztrzaskanej psychiki i mnogich tożsamości). Roboty i obwody komputerowe, jakże ważne w filmach Wachowskich, często są zaliczane do tzw. triggerów (tajnych znaków umożliwiających sterowanie ofiarą poprzez indukcję hipnotyczną). Biały królik także ma związek z kontrolą umysłu. Mówi się, że dwiema baśniami, wykorzystywanymi do programowania dzieci, są “Alicja w Krainie Czarów” i “Czarnoksiężnik z Krainy Oz”.

Wróćmy do najważniejszych wydarzeń z pierwszej części trylogii. Thomas “Neo” Anderson połyka czerwoną pigułkę i zostaje zaprowadzony do pokoju komputerowego. Podchodzi do lustra, które jest tak popękane, że odbija tylko jedno z jego oczu (mamy tutaj trzy symbole: lustro, potłuczone szkło i masońskie oko). Gdy bohater pochyla głowę, lustrzany obraz się zmienia. Ukazują się dwie identyczne twarze połączone wspólnym tułowiem (metafora osobowości wielorakiej). Nagle zwierciadło ulega cudownemu scaleniu. Dwa oblicza Thomasa łączą się w jedną całość (złudzenie spójności: kontrola umysłu i DID/MPD nie są widoczne na zewnątrz). Anderson dotyka lustra i odkrywa, że szklana tafla zachowuje się jak gęsta ciecz. Odbiciem bohatera można więc manipulować, zupełnie jak umysłem ofiary projektu Monarch. Kamera pokazuje widzom Morfeusza. Mężczyzna jest filmowany w taki sposób, że jedno z jego oczu (a raczej jedno ze szkieł okularów przeciwsłonecznych) zostaje zasłonięte. Skórę Neo zalewa płynne lustro. Thomas Anderson zaczyna krzyczeć, a potem budzi się w Realnym Świecie.

Główny bohater, podłączony do maszyny za pomocą licznych przewodów, wygląda trochę jak kukiełka na sznurkach (ofiary kontroli umysłu bywają określane jako “marionetki”). Młody człowiek jest głęboko zszokowany. Równie zszokowana była tytułowa bohaterka filmu “Sybil” Josepha Sargenta, kiedy poznała prawdę o swoich traumatycznych przeżyciach i alternatywnych osobowościach. Neo przez całe życie przebywał w wirtualnej rzeczywistości. Sybil, od wczesnego dzieciństwa, zamykała się w fikcyjnych personach. On nie był świadomy, że żyje z mózgiem podłączonym do maszyny. Ona nie była świadoma, że w jej głowie istnieją liczne tożsamości i wyparte wspomnienia. Oboje egzystowali w totalnej iluzji. A może Matrix to alegoria dysocjacji?! Anderson spostrzega wielopoziomowe konstrukcje pełne żywych baterii. Na wszystkich poziomach leżą ludzie uwięzieni w czerwonych zbiornikach i podłączeni do elektronicznego molocha. Od czasu do czasu widać wyładowania elektryczne. Straszna wizja, w dodatku podobna do tego, o czym pisali Fritz Springmeier i Cisco Wheeler.

W pierwszej części “The Illuminati Formula” znajdujemy opis bazy China Lake, tj. rzekomego miejsca traumatyzacji marionetek. Autorzy donoszą: “Wielu ocalałych pamięta tysiące klatek mieszczących w sobie małe dzieci od sufitu do podłogi. Klatki były podłączone do prądu (…), toteż dzieci zamknięte w środku mogły otrzymywać do ciała przerażające elektrowstrząsy, żeby ich umysły zostały oczyszczone w celu rozszczepienia na wielorakie osobowości” [“Many survivors remember the thousands of cages housing little children from ceiling to floor. The cages were hot wired (…) so that the children who are locked inside can receive horrific electric shocks to their bodies to groom their minds to split into multiple personalities”]. Według Springmeiera i Wheeler, ofiary projektu Monarch były hipnotyzowane światłem. Miały bowiem “myśleć, że przechodzą do innego wymiaru, będąc rażonymi wysokim napięciem” [“think they are going into another dimension when they are blasted with high voltage”]. Brzmi matrixowo, nieprawdaż? Ciała podłączone do prądu i umysły oderwane od rzeczywistości… Dodajmy, że jedną z głównych barw programowania była czerwień.

Thomas “Neo” Anderson, już na statku “Nabuchodonozor”, zostaje poddany zabiegowi mającemu zregenerować jego mięśnie. Zobaczmy, jak to wygląda. W dość ciemnym pomieszczeniu, na metalowym stole, leży główny bohater, a z jego ciała wystają liczne igły. Widać różne światła, w tym świetlne punkciki. Na ekranach wyświetlają się informacje dotyczące czynności życiowych pacjenta. Czy to kolejny obraz rodem z China Lake? Fritz Springmeier i Cisco Wheeler piszą: “Stół do badań był metalowy, zimny dla ofiary, ale dobry do mycia przez asystentów. Ofiara (…) mogła zaobserwować białe kropki świecące w różnych wzorach nad drzwiami na panelu świetlnym. (…) Asystent monitorował cały scenariusz na wykresach (…). Igły były wbite w dziecko, pokój był zaciemniany, a potem rozjaśniany” [“The examining table was metal, which was cold for the victim, but easy to wash for the attendants. The victim (…) could observe white dots light up in different dot patterns over the door on a panel of lights. (…) An attendant monitored the entire scenario on charts (…). Needles were poked in the child, the room was made dark and then lit”].

Twór rodzeństwa Wachowskich uchodzi za jedno z dzieł filmowych będących przepowiedniami lub zapowiedziami zamachów 9/11. Synchromistycy odkryli, że istnieją stare filmy i kreskówki, w których pojawiają się liczby, daty, a nawet wizje dotyczące ataku na World Trade Center. Jedną z takich “proroczych” produkcji jest właśnie “Matrix”. W pierwszej części trylogii (pochodzącej z roku 1999) możemy zobaczyć paszport Neo. Data ważności tego paszportu to 11 września 2001 roku. Ta sama część cyklu zawiera wizję zniszczonych wież WTC. Mowa tutaj o scenie, w której Morfeusz pokazuje głównemu bohaterowi Realny Świat. Domniemana wróżba tragedii 9/11 znajduje się także w “Matriksie. Reaktywacji”. Produkcja miała swoją premierę w 2003 roku, ale była kręcona znacznie wcześniej. Dowodem na to jest fakt, że w filmie występuje aktorka Gloria Foster, która zmarła 29 września 2001 roku. W “Reaktywacji” pojawia się motyw wybuchającego drapacza chmur. Zdaniem licznych konspiracjonistów, wieże World Trade Center zostały wysadzone w powietrze (zobacz: “Zeitgeist” Petera Josepha).

Niejaki Rob Ager przekonuje, że pierwsza część “Matrixa” okazała się prorocza również w innych kwestiach. Według niego, film Wachowskich stanowi przepowiednię nowoczesnego autorytaryzmu. Po wydarzeniach 9/11 w Stanach Zjednoczonych drastycznie nasiliła się kontrola i inwigilacja społeczeństwa. Zniewolenie jednostki, ograniczenie prywatności, prześladowanie dysydentów, medialne manipulacje, brutalne przesłuchania, agresywna propaganda, ignorancja konformistów… To wszystko zostało zasygnalizowane już w “Matriksie”. Ager zauważa, że w dziele Wachowskich osobami walczącymi z systemem są hakerzy (odpowiednicy ruchu Anonymous?). Lider opozycji, Morfeusz, jest zaś wyzywany od terrorystów. Zdaniem Roba, reżyserzy filmu przewidzieli komputeryzację życia społecznego oraz problem ludzi spędzających większość czasu w Internecie. “Matrix” ma być apelem o odrzucenie materializmu, zachętą do zwrócenia się ku duchowości i alternatywnym stylom życia. Podsumowując: omawiana produkcja science-fiction to refleksja nad światem przełomu XX i XXI wieku.


* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Źródła, wskazówki, wyjaśnienia
* * * * * * * * * * * * * * * * * *


Prezentacje multimedialne, z których korzystałam
podczas pracy nad powyższą analizą:

777alucard - “The Matrix Exposed!”
ALPHAandOMEGA44 - “Occult Symbolism In The Matrix”
Etappendienst - “The Matrix Decoded: Matrix Predicts WTC Destruction by Nuclear Bomb”
illuminatipuppet333 - “Saturn and Moloch Symbolism - Let’s Stop Worshipping ‘Them‘“
IyanAhmath12 - “Symbolism: The Matrix Decoded”
jchavarr1 - “Christian Symbolism in The Matrix 1 of 3”
jchavarr1 - “Christian Symbolism in The Matrix part 2 of 3”
jchavarr1 - “Christian Symbolism in The Matrix part 3 of 3”
KhazarKosherFace - „Black Sun Worship - Saturn Occult Science 101”
PronStarKiIIuminati - „Illuminati & Pre-9/11 Subliminals and Symbolism in Movies (Re-edit)”
TheGrowingAwareness - “The Matrix Scene .. Hidden parts revealed”
TheSagaciousD - “’The Matrix’ analysis by Rob Ager (pt.1 of 2)”
TheSagaciousD - “’The Matrix’ analysis by Rob Ager (pt.2 of 2)”
[wymienione filmiki znajdują się w portalu YouTube.com]

Dyskusje ze strony SynchromysticismForum.com:

Sheep No More - “The Matrix” (dział “Synchromysticism general”)
shawnsparxx - “The Woman In The Red Dress” (ten sam dział)

Publikacje z bloga HollywoodSubliminals.wordpress.com, poświęcone wszystkim trzem częściom “Matrixa”, są bardzo liczne i rozsiane po różnych kategoriach. Poszukiwanie tych materiałów należy rozpocząć od wejścia na podstrony:

/?s=matrix&x=0&y=0
/franchise/the-Matrix/
/tag/the-matrix/
/tag/the-wachowskis/

Amatorskiego serialu “The Arrivals” (którego autorami są Noreagaaa i Achernahr) proszę szukać w serwisach WakeUpProject.com i YouTube.com.

Książki/artykuły na temat projektu Monarch:

Fritz Springmeier, Cisco Wheeler - “The Illuminati Formula Used To Create An Undetectable Total Mind Controlled Slave”
Fritz Springmeier, Cisco Wheeler - “Deeper Insights Into The Illuminati Formula”
Cathy O’Brien, Mark Phillips - “Trance-Formation of America”
Brice Taylor - “Thanks For The Memories”
Ron Patton - “Project Monarch: Nazi Mind Control” (w: Brice Taylor - “Thanks For The Memories”)

O kontroli umysłu można też poczytać na stronach VigilantCitizen.com i Pseudoccultmedia.net. Informacje dotyczące historycznego projektu MK-ULTRA znajdują się w polskiej i angielskiej Wikipedii.

Czytelnicy, którzy zainteresowali się fenomenem synchromistycyzmu, mogą zajrzeć do moich tekstów o tematyce teoretycznospiskowej: “Kontrola umysłu - prawda czy teoria spiskowa?”, “Wiwisekcja Alice’a Coopera. Chrześcijanin, satanista, mormon czy mason?”, “Na tropie diabła. Tajemnice Black Sabbath”, “Saturn - planeta Szatana? Mroczne konotacje i teorie spiskowe”, “Dziwne teorie Davida Icke’a”, “Illuminati i Dajjal. Konspiracjonizm muzułmański w ’The Arrivals’”. Tym, którzy chcieliby wiedzieć więcej o DID/MPD i filmie “Sybil”, polecam mój artykuł “Krótka recenzja filmowa. ‘Sybil’ Josepha Sargenta”.

Jeśli chodzi o film dokumentalny “Zeitgeist” Petera Josepha, jest to produkcja intrygująca, ale uznawana niekiedy za masońską propagandówkę. Warto mieć to na uwadze.

Podstawowe informacje na temat trylogii “Matrix” można znaleźć w serwisach Pl.wikipedia.org, En.wikipedia.org i Filmweb.pl. Do źródeł religijnych, mitologicznych i filozoficznych (wzmiankowanych w mojej analizie synchromistyczno-hermeneutycznej) proszę dotrzeć samodzielnie.


Natalia Julia Nowak,
19-26 grudnia 2013 r.

Illuminati i Dajjal. Konspiracjonizm muzułmański w "The Arrivals"

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Inne, Społeczeństwo
Tagi: dajjal, illuminati, islam
28. listopada 2013 14:44:00

Alternatywa dla alternatywy

Teoriami spiskowymi zainteresowałam się w 2010 roku. Najpierw zwróciłam uwagę na dramatyczne ostrzeżenia dotyczące zbliżającego się chipowania ludzi (motyw “znamienia Bestii“). Później zaciekawiły mnie pogłoski oscylujące wokół Nowego Porządku Świata, Rządu Światowego, projektu Blue Beam i uchwały Codex Alimentarius. W końcu, zainspirowana przekładem pewnego artykułu, zaczęłam szukać informacji na temat kontroli umysłu i ciemnej strony show-biznesu. Tak trafiłam na amatorski film dokumentalny “Illuminati: The Music Industry Exposed” autorstwa młodego muzułmanina Farhana Khana. Seans “Illuminati…” (a następnie “Illuminated” tego samego twórcy) uważam za faktyczny moment rozpoczęcia się mojej przygody z teoriami spiskowymi.

Obecnie wiem, że Khan - jako islamski konspiracjonista - nie jest żadnym oryginałem, tylko przedstawicielem całkiem sporej społeczności. Jego produkcje mają zaś charakter wtórny (zwłaszcza w stosunku do serii “The Arrivals”, o której pragnę dziś opowiedzieć). Muzułmańscy teoretycy spiskowi jawią mi się jako “alternatywa dla alternatywy“. Znajdują się poza głównym nurtem konspiracjonizmu, ale prezentują arcyciekawe treści i wnoszą dużo do spiskowej teorii dziejów. Na czym polega ich sekret? Otóż na tym, że patrzą na świat z innej perspektywy niż chrześcijanie, ateiści czy ezoterycy. Islamscy teoretycy spiskowi, jako reprezentanci egzotycznej kultury, dostrzegają rzeczy, na które inni konspiracjoniści nie zwracają uwagi. Przede wszystkim, przełamują europo- i amerykanocentryzm.


Osiem godzin eschatologii

“The Arrivals” to ośmiogodzinny, amatorski film dokumentalny (lub, jak kto woli, serial, składający się z 50 odcinków, intro i outro) przygotowany przez Internautów o pseudonimach Noreagaaa i Achernahr. Autorzy pracowali nad nim od 1 czerwca do 7 listopada 2008 roku. Dziełko powstało w ramach szerszej inicjatywy “Wake Up Project” (Wakeupproject.com). Jest ono również kontynuacją twórczości takich autorów, jak Freedomtou czy Abdullah Hashem (Hashemsfilms). Tytuł produkcji pochodzi od angielskiego wyrazu “arrival” - “przybycie”, “przyjście”, “przylot”, “przyjazd” (litera “s” na końcu rzeczownika wskazuje na liczbę mnogą).

Noreagaaa i Achernahr opisują swój twór następująco: “Ta seria będzie badać przybycie Antychrysta Dajjala, Imama al-Mahdiego oraz Powtórne Przyjście Chrystusa” (“This Series will Investigate the Arrivals of the Antichrist Dajjal, Imam al-Mahdi, and The Second Coming of the Christ”). Szczęka opada, czyż nie? Z serią “The Arrivals” jest maleńki problem. Jak autorzy sami zauważyli, odcinki dziełka od czasu do czasu znikają z serwisu YouTube, lecz później są ponownie publikowane przez użytkowników. Jeśli ktoś chce obejrzeć/skompletować całość, może mieć z tym nie lada kłopot. Nigdy nie wiadomo, czy się czegoś nie pominie.


W sprawie niedomówień

Streszczenie, które prezentuję poniżej, nie jest pełne. I to nie tylko dlatego, że mogłam przegapić któryś z odcinków produkcji. Dokładne opisanie czegoś tak długiego, jak “The Arrivals”, zajęłoby mi zbyt dużo czasu i miejsca. To, co napisałam, już teraz wydaje mi się obszerne. A przecież skoncentrowałam się na kwestiach najistotniejszych, bez zbędnego zagłębiania się w szczegóły! Co do opisów filmów Farhana Khana, można je znaleźć w moich artykułach z 2010 roku (“Farhan Khan i Zakon Iluminatów”, “Farhan Khan i Masońska Islamofobia”. Obie publikacje są ogólnodostępne w Internecie). No dobrze, oto streszczenie “The Arrivals”. Życzę przyjemnej lektury i przepraszam za niedopowiedzenia (tudzież za inne problemy, jeśli takowe wystąpią)!


NOREAGAAA & ACHERNAHR - “THE ARRIVALS”

STRESZCZENIE

Stare, muzułmańskie źródło (Sahih Bukhari cytujący Mahometa) podaje, że na Ziemię przybędzie kiedyś Dajjal. Zapowiadany osobnik, którego można utożsamić z chrześcijańskim Antychrystem, będzie miał tylko jedno oko. Istnieje grupa, która od tysięcy lat przygotowuje się na przybycie Dajjala. Ślady jej działalności prowadzą do starożytnego Egiptu, Babilonu i cywilizacji Majów. Są również obecne we współczesnym świecie. Zauważmy, że jesteśmy otoczeni symbolami piramid, trójkątów, szachownic, odwróconych krzyży i pojedynczych oczu. O co tutaj chodzi? Czy to jakiś spisek? Twórcy “The Arrivals” znają odpowiedzi na te pytania. Według świętej księgi islamu, Iblis (Szatan) próbuje zwodzić ludzi na manowce. W naszym świecie trwa nieustanna walka dobra ze złem. Musimy wiedzieć, co się dzieje wokół nas i przekazywać tę wiedzę innym. Świadomość stanowi bowiem klucz do ocalenia i wolności. Słudzy Iblisa posługują się magią/kabałą, nawiązują do króla Salomona oraz czerpią z tradycji egipskiej i babilońskiej. Kiedyś postępowali tak templariusze, a dziś - masoni i Iluminaci. Wolnomularze budują satanistyczną dyktaturę: Nowy Porządek Świata (New World Order). Można zatem powiedzieć, że islamskie proroctwo spełnia się na naszych oczach.

Wiadomo, że ten, kto chce zapanować nad światem, musi zapewnić sobie “rząd dusz”. Iluminaci czynią to za pośrednictwem mediów i popkultury. Manipulacja, propaganda, reklama, przekazy subliminalne, erotyczne podteksty, wciskanie pustej rozrywki, odwracanie uwagi od istotnych spraw, zastępowanie użytecznej wiedzy bezwartościową papką - oto masowa kontrola umysłu! Przed ogłupianiem społeczeństwa ostrzegali George Carlin i David Icke. Wolnomularze są tym bardziej perfidni, że uderzają w młode pokolenie, utrudniając mu prawidłowy rozwój psychiczny, seksualny i intelektualny. Kolejną nikczemnością jest - według autorów “The Arrivals” - robienie z Arabów i muzułmanów kozła ofiarnego. Na wymienione grupy ciągle zrzuca się winę za kłopoty Zachodu. Niestety, Noreagaaa i Achernahr sami nie są wolni od etnicznych i religijnych uprzedzeń. Podkreślają bowiem, że wielu masonów i propagandzistów ma żydowskie pochodzenie i/lub syjonistyczne poglądy. Twórcy filmu sugerują, że skoro właścicielami mediów są Żydzi, to negatywny wizerunek Arabów nie powinien nikogo dziwić (patrz: konflikt żydowsko-arabski). Naturalnie, jest to tylko teoria spiskowa. A autorzy “The Arrivals” (jako strona zaangażowana) nie są obiektywni.

Noreagaaa i Achernahr lubią jednak chrześcijan. Cytują fragment Apokalipsy Świętego Jana. Pokazują widzom brytyjski herb i demaskują jego sekretne znaczenie (biblijną symbolikę Antychrysta). Twórcy “The Arrivals” przekonują, że znaki Antychrysta/Dajjala są obecne nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale także w USA, Kanadzie i Australii. Nie brakuje ich na opakowaniach rozmaitych produktów. W przestrzeni publicznej stale pojawiają się również: Gwiazdy Dawida i symbol Skull & Bones. Wszystkie instytucje polityczne, biznesowe, syjonistyczne i masońskie są od siebie uzależnione, a ich jedność wyraża się właśnie we wspólnej ikonografii. Iluminaci, od czasów starożytnych, wznoszą budowle, których okultystyczne właściwości mają wpływać na ludzkie życie. Wiara w świętą geometrię wcale nie wymarła, wszak nadal buduje się piramidy i obeliski. Te konstrukcje, przywołujące negatywną energię, wytwarzają atmosferę odpowiednią dla Antychrysta/Dajjala. Siła geometrii przyczynia się do intensyfikacji wszelkich niegodziwości, jakie mają miejsce w masońskich budynkach (chodzi głównie o rytuały okultystyczne). A co z pozytywną energią będącą przeciwwagą dla wolnomularskich zaklęć? To proste: emitują ją meczety, kościoły i synagogi.

Zakon Iluminatów stanowi realne zagrożenie dla społeczeństwa. W pełni kontroluje on Stany Zjednoczone, ponieważ jest ich założycielem. Wyznawcy islamu, chrześcijaństwa i judaizmu (oprócz syjonistów) powinni się zjednoczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. Noreagaaa i Achernahr zachwycają się tym, że Koran jest wiecznie aktualny, a występująca w nim postać faraona może być utożsamiana z różnymi osobistościami. Na przykład z królową brytyjską, którą otaczają symbole starożytnego Egiptu. Czyżby Windsorowie byli potomkami faraonów i rządzili światem od tysięcy lat? Podobizny egipskich władców i bogów, piramidy, obeliski, sfinksy spotykamy w wielu zakątkach świata. Czy to może być przypadek? Dlaczego Dubaj, wypełniony egipskimi motywami, jest również pełen znaków masońskich? Twórcy “The Arrivals” stawiają sprawę jasno: żyjemy w świecie opanowanym przez popleczników Antychrysta/Dajjala. Musimy jednoznacznie określić swój stosunek do problemu. Noreagaaa i Achernahr wybrali jasną stronę mocy. Nie są jednak pierwszymi muzułmańskimi pogromcami Illuminati. Wyprzedził ich Abdullah Hashem, młody dokumentalista, który pojawił się nawet w mainstreamowej telewizji. Człowiek ten ma już status legendy i ojca rewolucji.

Autorzy “The Arrivals” dostrzegają paralelę między własną działalnością a misją Morfeusza z trylogii “Matrix”. Chcą bowiem otworzyć ludziom oczy, pokazać im prawdę o dzisiejszym świecie. Czym jest New World Order? Takim Matrixem, który nas otacza, chociaż nie uświadamiamy sobie jego istnienia. Obejmuje on wszystkie dziedziny życia i zniewala nasze umysły. Kim jest Dajjal? Osobnikiem przekonującym, że świat doczesny jest “jedynym, w którym warto żyć”. Kto promuje materializm, konsumpcjonizm, hedonizm i bezrefleksyjność? Oczywiście, Illuminati. Ta sama klika, która posługuje się symbolem jednego oka (Dajjal ma być jednooki). Ważną agendę NWO stanowi przemysł rozrywkowy. Jego składniki to m.in. bałwochwalczy kult idoli, fascynacja mrokiem, pochwała grzechu i zepsucia, symbolika pogańska, wolnomularska, satanistyczna, okultystyczna i kabalistyczna. W mediach często pojawia się motyw kobiety w czerwieni. Powinniśmy, zgodnie z radą Morfeusza, wystrzegać się takich pań, a raczej uosabianych przez nie pokus (rozpusty, sławy, bogactwa). Nie możemy żyć w świecie iluzji tworzonym przez środki masowego przekazu. Gwiazdy są bowiem sztucznie kreowane, a hollywoodzkie filmy ukazują zniekształcony obraz rzeczywistości.

Z badań naukowych wynika, że w amerykańskiej kinematografii dominuje niekorzystny wizerunek Arabów. Niestety, wpływa to na opinię publiczną, która łatwiej akceptuje politykę Stanów Zjednoczonych wobec Bliskiego Wschodu. Taki stan rzeczy sprzyja również syjonistom (nie mylić ze zwykłymi, porządnymi Żydami!). Antyarabskie i antyislamskie treści sączą się ponadto z serwisów informacyjnych. Ludność arabską i wyznawców islamu ukazuje się jako terrorystów, dzikusów, sadystów itp. Nie mówi się, że zdecydowana większość z nich żyje, myśli i pracuje normalnie. Media nie pokazują kochających się rodzin, roześmianych dziewcząt ani bujnego życia kulturalnego. Zawsze prezentują ekstremizm, fanatyzm i patologię. Co w tym jest najdziwniejsze? To, że Arabowie i muzułmanie, opluwani po 11 września 2001 roku, prawdopodobnie są niewinni. Wiele wskazuje na to, że zamach na World Trade Center był dziełem Illuminati i władz USA. Aaron Russo twierdzi, że Nick Rockefeller - jedenaście miesięcy przed zamachem - zapowiedział wydarzenie, które w konsekwencji doprowadzi do najazdu na Afganistan i Irak. Takich poszlak jest znacznie więcej (donoszą o nich różne źródła). A Osama bin Laden może być fikcyjną postacią graną przez Tima Osmana.

Noreagaaa i Achernahr ubolewają nad faktem, że Stany Zjednoczone uchodzą za symbol wolności, demokracji i humanitaryzmu, a czynią rzeczy przeczące tym wartościom. Działania zbrojne w Afganistanie, Iraku, Libanie i Palestynie wiążą się przecież ze śmiercią i cierpieniem niewinnych ludzi. Co gorsza, wiele państw europejskich wspiera zbrodniczą politykę USA. Są one jednak w mniejszości. Większość krajów świata nie ma zaufania do Ameryki. Także wielu obywateli amerykańskich nie aprobuje decyzji swoich dygnitarzy. Polityka Stanów Zjednoczonych to po prostu NWO i syjonizm. Z innej beczki: Iluminaci ciągle karmią nas opowieściami o Niezidentyfikowanych Obiektach Latających. W rzeczywistości, większość spotkań z UFO i kosmitami to spotkania z zaawansowaną technologią militarną (amerykańską, ale częściowo opartą na odkryciach nazistów). Wolnomularstwo chce, byśmy wierzyli, że grozi nam niebezpieczeństwo z Kosmosu. Jeśli w to uwierzymy, będziemy skłonni zaakceptować Nowy Porządek Świata jako formę mobilizacji i obrony. Amerykański rząd dysponuje wynalazkami, o jakich zwykłym obywatelom nawet się nie śniło. Zna też nowoczesne metody prania mózgu i kontroli umysłu.

Twórcy “The Arrivals” są dumni z tego, że zdołali “obudzić” wielu widzów. Czują się jednak prześladowani przez system, gdyż YouTube konsekwentnie usuwa ich dzieła. Tak czy owak, zapewniają, że będą działać dalej. Noreagaaa i Achernahr podsumowują swoje ustalenia i przypominają, że toczy się wojna o wolność całej ludzkości. Cytują rzekomą wypowiedź jednego z Rockefellerów, z której wynika, że Lucyfer jest bogiem Iluminatów. Doszukują się elementów satanistycznych w popkulturze i prezentują zdjęcia znanych ludzi wykonujących gest “diabelskie rogi”. Analizują mapę Waszyngtonu, znajdując na niej pentagram i masońską sowę. Przekonują, że New World Order jest antyreligijny, więc trzeba go atakować z pozycji religijnych (ateizm na niego nie podziała). Apelują do widzów, żeby ratowali swoje dusze. Wyjaśniają islamskie pojęcia “dunya” (doczesność) i “akhira” (wieczność). Martwią się, że ludzie tak bardzo inwestują w swoje ciała. Operacje plastyczne, makijaże, fryzury, nadmierny retusz zdjęć, moda na wynaturzone piękno… A co z dbałością o wnętrze? Stajemy się robotami: sztucznymi i bezdusznymi. Nie idźmy tą drogą. Myślmy, dyskutujmy, zdobywajmy i weryfikujmy wiedzę. Elita usypia naszą czujność, a my musimy zachować trzeźwość umysłową.

Odłączyliśmy się od Matrixa, więc przyjrzyjmy się realności. Pomysł Nowego Porządku Świata nie pochodzi od istot ludzkich. Wpływowe osobistości, które budują NWO, sprzedały swoje dusze w zamian za władzę i majątek. Iluminaci są narzędziami w rękach Jednookiego Oszusta (Dajjala/Antychrysta). To autentyczny byt. Zawsze wybiera on państwo będące światowym liderem. Najpierw była to Wielka Brytania. Gdy przekazała ona pałeczkę Stanom Zjednoczonym, to właśnie USA stały się siedzibą Dajjala. Teraz wszystko wskazuje na to, że Stany Zjednoczone przekazują pałeczkę Izraelowi. A więc Izrael jest nową ojczyzną Jednookiego Oszusta. Dajjal pragnie kontrolować globalny system finansowy. Jego słudzy mają mu to umożliwić, likwidując tradycyjne pieniądze i zastępując je wirtualną walutą (koncepcja rejestrowanych transakcji dokonywanych za pomocą podskórnego chipa). Gdy wszystkie cele zostaną osiągnięte, Jednooki Oszust zmaterializuje się i przejmie władzę nad światem. Nie będzie to jednak koniec historii. Ostateczne zwycięstwo przypadnie dobrym ludziom podążającym za Imamem al-Mahdim i powtórnie przybyłym Jezusem. Zaraz, zaraz… Czy wśród światowych przywódców nie ma wyznawców islamu, chrześcijaństwa i judaizmu?

Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że Iluminaci są przedstawicielami głównych religii monoteistycznych. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Wiarą, wyznawaną przez naszych oprawców, jest satanizm lucyferiański. Dowód: nagranie Alexa Jonesa zarejestrowane potajemnie w Bohemian Grove. Pokazuje ono, że najważniejsze persony świata gromadzą się w wyznaczonym miejscu, żeby składać ofiary ogromnej, kamiennej sowie. Kult diabła jest tym, co łączy tajne bractwa w jedną czarnoksięską sieć. Nie dziwmy się, że nasze otoczenie jest przepełnione szatańskimi i masońskimi motywami. To nasi decydenci skrupulatnie oznaczyli swój teren. Przyjrzyjmy się pomnikowi Jerzego Waszyngtona. Czyż ojciec niepodległych Stanów Zjednoczonych nie został wyrzeźbiony w pozycji Baphometa? Typową cechą satanistów jest świętowstręt, który prowadzi do wyśmiewania religii, krzewienia antyteizmu i usuwania elementów sakralnych z przestrzeni publicznej. Islam, chrześcijaństwo i judaizm próbuje się także niszczyć od wewnątrz (poprzez podstawionych prowokatorów czyniących okropieństwa w imię Jedynego Boga). Iluminaci od wieków zawierają pakty z istotami nazywanymi w różnych wspólnotach “dżinami”, “demonami” lub “upadłymi aniołami”.

Byty, o których mowa, są na Ziemi niesamowicie aktywne. Świadczą o tym rozmaite przekazy kulturowe. Niebieski dżin (geniusz) pojawia się w kreskówkach o Aladynie. Istoty z piekła rodem przekazują globalnej wierchuszce tajemną wiedzę (“Illuminati” znaczy “Oświeceni”). Autorzy “The Arrivals” sądzą, że politeistyczni bogowie są tożsami z tymi nadprzyrodzonymi bytami. Bóstwa egipskie, sumeryjskie, majańskie, greckie i indyjskie to właśnie dżiny. Jest nawet malowidło, które przedstawia małego Krishnę jako niebieskiego chłopca na podłodze-szachownicy. Aktualnie sporą popularnością cieszy się wiara w obcych: Szaraków, Reptilian i innych. Lecz to znowu te same byty. Noreagaaa i Achernahr dokonują muzułmańskiego wyznania wiary. Oświadczają, że nie ma boga poza Allahem. Zapewniają jednak, że jest to ten sam Bóg, o którym rozprawiali Jezus i Mojżesz. Nie wszystkie dżiny są niegodziwe. Z tymi, które faktycznie mają złą wolę, kontaktują się wolnomularze poprzez skomplikowane obrzędy. Dżiny żyją w innym wymiarze. Dostają się na Ziemię przez “gwiezdne bramy”. Masońska podłoga-szachownica symbolizuje podróże międzywymiarowe, dlatego umieszczono ją w filmie “Matrix” (patrz: klatka schodowa w bloku Morfeusza).

Co do symbolu dwóch kolumn, jedna z nich ma oznaczać światło (świat ludzi), a druga ciemność (świat dżinów). Materialna rzeczywistość przeplata się z niematerialną, tak jak biel na szachownicy przeplata się z czernią. Teraz już wiadomo, dlaczego standardowym wyposażeniem lóż masońskich są kolumny i podłogi-szachownice. Demony przechodzą między kolumnami tworzącymi rodzaj bramy. Krwawy rytuał umożliwia otwarcie wrót. Ulubioną bronią Szatana jest oszukiwanie ludzi, wmawianie im bzdur dotyczących duchowości, wieczności, natury i nauki. Iblis podrzucił społeczeństwu ateizm, islamofobię, ufologię, scjentologię, mormonizm i teorię ewolucji. Iluminaci propagują te zjawiska, ale się z nimi nie zgadzają. Dla nich wiarygodna i wartościowa jest kabała (źródło wiedzy o liczbach i kształtach). Czy to jest to, w co warto wierzyć? Według twórców “The Arrivals”, nie. Trzeba wierzyć w Boga, gdyż stworzył on doskonały Wszechświat oraz wspaniałą przyrodę ożywioną i nieożywioną. Urokliwe zakątki, cudaczne zwierzęta, niezwykłe rośliny… Ten, kto szuka prawdy, odnajdzie ją w naturze. Wielkość przyrody świadczy o wielkości Allaha. OK, ale skąd ucisk, przemoc i niesprawiedliwość? Stąd, że człowiek otrzymał wolność wyboru.

Iluminaci, chcąc powstrzymać pobożną opozycję, zajadle walczą z islamem, chrześcijaństwem i judaizmem. Walka ta opiera się na ateizacji społeczeństwa, promowaniu darwinizmu, sekularyzmu i libertynizmu. Rozpowszechniana jest również teoria dotycząca interwencji kosmitów w życie na Ziemi. Tego typu przekonania pochodzą od diabła. Noreagaaa i Achernahr utrzymują, że główne religie monoteistyczne są atakowane, bo przekazują prawdę i chronią przed tyranią władców. Islam, chrześcijaństwo i judaizm to właściwie jedno. Owszem, różnią się szczegółami, ale to już wina ludzi, a nie Boga. Szkoda, że monoteiści nie chcą się zjednoczyć. Przy jerozolimskim meczecie Al-Aksa prowadzone są podejrzane wykopy. Czy ich celem jest odnalezienie skarbu Salomona (magicznej księgi zarekwirowanej poddanym)? Nie, bo znaleźli go templariusze, poprzednicy wolnomularzy. Wykopy mają doprowadzić do zniszczenia meczetu, ponieważ zajmuje on miejsce Świątyni Salomona, która była wzorem dla lóż masońskich. Mamy III wojnę światową, tym razem religijną. Na razie walczą ze sobą zwolennicy Mahometa, Chrystusa i Mojżesza. Ale to jeszcze nie jest prawdziwa wojna. Realny konflikt będzie się toczył między “rodem faraonów” a “rodem proroków“.

Jeśli chodzi o chrześcijaństwo, zostało ono mocno zinfiltrowane przez Illuminati. Z filmu “Zeitgeist” Petera Josepha dowiadujemy się, że oficjalna biografia Jezusa opiera się na historii egipskiego boga Horusa. Ów, walcząc z Setem, stracił jedno oko. Jak można było utożsamić Jezusa z Horusem?! Autorzy “The Arrivals” przypuszczają, że chodziło tu o “przygotowanie świata na akceptację jednookiego Dajjala jako prawdziwego Mesjasza”. Jezus był autentycznym prorokiem, ale jego dzieje kompletnie przeinaczono. Nawet film “Zeitgeist” to w dużej mierze dezinformacja. Prawdy o Chrystusie należy szukać w Koranie. Z drugiej strony, niedziela to faktycznie święto boga słońca. Chrześcijanie są oszukiwani, muszą czcić Dajjala podszywającego się pod Jezusa. Oko Opatrzności niczym się nie różni od Wszystkowidzącego Oka (Oka Horusa). Skąd te problemy? Stąd, że wiarę w Chrystusa rozpropagowali Rzymianie i Żydzi. Te same narody, które przyczyniły się do jego śmierci. Rzymianie stworzyli wyznanie katolickie, a Żydzi - ideologię syjonistyczną. Watykan i Izrael realizują wspólne cele. Noreagaaa i Achernahr proszą widzów, żeby się nie obrażali, bo przecież jest tylko jeden Bóg. Wyznawcy islamu, chrześcijaństwa i judaizmu powinni ze sobą współpracować.

Twórcy “The Arrivals” prezentują odbiorcom historię i główne założenia religii muzułmańskiej. Opowiadają im o Koranie, Mahomecie i Malcolmie X (człowieku, który poprawnie zrozumiał pokojowe przesłanie islamu, ale został zabity przez agresywnych islamistów). Islam, podobnie jak chrześcijaństwo, bywa obiektem manipulacji i przeinaczeń. Mahomet, na łożu śmierci, prosił o traktowanie kobiet “z dobrocią i szacunkiem”. Niestety, nie wszyscy muzułmanie stosują się do tej zasady. Kolejna sprawa: losy potomków Proroka pozostają dla wielu muzułmanów nieznane. A tak się składa, że ich dzieje były dramatyczne. Jedenastu z nich zamordowano, a dwunasty, Imam al-Mahdi, ma dopiero nadejść. Noreagaaa i Achernahr wierzą, że Mahdi stoczy walkę z Illuminati i Dajjalem. Autorzy “The Arrivals” nie pochwalają konfliktu między sunnitami a szyitami. Uważają się za muzułmanów bezwyznaniowych (i wcale nie sieją szyickiej ani sufickiej propagandy!). Wracając do głównego wątku: kim są Iluminaci? Otóż jest to rodzina, która od czasów staroegipskich rządzi naszą planetą. Czystość krwi stanowi dla niej świętość. Członkowie rodu Iluminatów mają dostęp do szczególnie naenergetyzowanych punktów Ziemi. Mogą więc “przekraczać bariery wymiarowe”.

Iluminaci są zatwardziałymi okultystami. To, że stoją ponad prawem, umożliwia im bezkarne odprawianie obrzędów. Naginanie czasoprzestrzeni - za pomocą świętej geometrii - nie jest dla nich trudnością. Wielki rytuał, jakim był zamach na World Trade Center, miał pogrążyć Ziemię w negatywnej energii. Wieże WTC przypominały masoński symbol dwóch kolumn, a razem z budynkiem nr 7 imitowały Świątynię Salomona i piramidy w Gizie. Między drapaczami chmur stała rzeźba The Sphere. Autor zaczął ją tworzyć w Bawarii (kolebce Zakonu Iluminatów). Sama rzeźba symbolizowała islamską Kaabę. Iluminaci wierzą w Boga i Szatana, ale wybierają tego drugiego, bo obiecuje im mądrość i wyzwolenie. Członkowie tej sitwy lubią także astrologię i numerologię. Liczby i fakty, związane z nowojorską tragedią, pokrywają się z tajemnymi naukami. Spójrzmy na ród Bushów (krewnych Aleistera Crowleya). George W. Bush, w dniu zamachu na World Trade Center, był prezydentem USA. Dokładnie 11 lat wcześniej jego ojciec, również prezydent, opowiedział publicznie o “wielkiej idei New World Order”. Masoni uwielbiają jedenastkę. A zniszczenie dwóch wież i The Sphere (symbolu Kaaby) było zapowiadane w popkulturze na długo przed 11 września 2001 roku.

Czym odznacza się prawdziwa Kaaba? Otóż stoi ona w najbardziej naenergetyzowanym miejscu na Ziemi. Linie energii, krzyżujące się w tym punkcie Mekki, dają niewiarygodną moc. Energia obraca się w tym samym kierunku, w którym muzułmanie krążą wokół Kaaby. Okrążanie świętego obiektu uwalnia człowieka od ograniczeń czasoprzestrzeni. No dobrze, ale dlaczego Iluminaci dokonali zamachu na WTC, The Sphere i Pentagon? Z czterech powodów: żeby rzucić wyzwanie Bogu, żeby zainscenizować zniszczenie Kaaby, żeby wpłynąć na globalną politykę i żeby stworzyć “jedną z najmroczniejszych gwiezdnych bram na Ziemi”. Dwie wieże nawiązywały do dwóch masońskich kolumn oznaczających bramę (“gate”). Pentagon przypomina zaś satanistyczną pięcioramienną gwiazdę (“star”). Star + gate = stargate (gwiezdna brama). Wypada odnotować, że Iluminaci stale atakują ludzkie czakry. Jeśli chcemy być zdrowi ciałem, duchem i umysłem, musimy odpowiednio postępować ze swoim układem rozrodczym, żołądkiem, sercem, gardłem i głową. Noreagaaa i Achernahr udzielają kilku islamskich porad dotyczących dbania o samego siebie. Tymczasem wróg pragnie, byśmy byli chorzy, zestresowani, zgorzkniali, zdegenerowani i zaniedbani duchowo.

Światowy kryzys gospodarczy to pierwszy krok do ustanowienia nowego systemu ekonomicznego opartego na chipach RFID. Zauważmy, że już teraz posługujemy się elektronicznymi pieniędzmi. Niektórzy w ogóle nie dotykają tego, co zarobili. Nasza ekonomiczna rzeczywistość jest rzeczywistością wirtualną (Matrix). Wyzwólmy się wreszcie spod panowania maszyn. Komputery i inne urządzenia odgrywają zbyt dużą rolę w naszym życiu. Żyjmy naturalnie, miłujmy przyrodę, wykorzystujmy odnawialne źródła energii. Ale miejmy oczy otwarte. Wiemy już o NWO, Illuminati i Dajjalu. Na szczęście, wkrótce nadejdzie Imam al-Mahdi, który “przygotuje świat na powrót naszego prawdziwego Mesjasza” (Chrystusa). Ród faraonów to nie wszystko. Jest jeszcze ród Abrahama. Prorok ten miał dwóch synów: Izaaka i Ismaela. Z linii Izaaka wywodził się Jezus, a z linii Ismaela - Mahomet. Mahdi będzie spokrewniony z Mahometem i Jezusem, gdyż jego ojciec będzie pochodził od Ismaela, a matka od Izaaka. Prawi ludzie, zjednoczeni przez Imama al-Mahdiego, ruszą do walki z siłami ciemności. Przygotowujmy się na te wydarzenia, ale unikajmy ekstremizmu, bo przegapimy Mahdiego i Powtórne Przyjście Chrystusa. Ekstremizm zaślepia!

Te dwie postaci, Imam i Jezus, zadadzą klęskę Dajjalowi, a pomogą im w tym umiarkowani wyznawcy islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. Iluminaci jeszcze nie wiedzą, że są skazani na porażkę, toteż nieprzerwanie budują swój Nowy Porządek Świata. A jaki jest cel “The Arrivals”? Noreagaaa i Achernahr wyjaśniają: chodzi o przebudzenie jak największej liczby ludzi i poprowadzenie ich właściwą drogą. Autorzy filmu ostrzegają przed różnego rodzaju dezinformatorami, manipulatorami i szarlatanami, takimi jak choćby Zecharia Sitchin. Nie dajmy się uwikłać w New Age, fanatyzm religijny i konsumpcyjno-hedonistyczny styl życia. Są to bowiem miraże mające nam przysłaniać prawdę o świecie, człowieku i Bogu. Nie pozwalajmy sobie na łatwowierność, bądźmy krytyczni wobec polityków i papiestwa. Zaglądajmy do Koranu, Biblii i Tory. Czytajmy znaki czasu, a tych jest naprawdę wiele. Na naszych oczach dokonują się przecież trzy przybycia (arrivals): Dajjala, Mahdiego i Chrystusa. To jest sedno sprawy. O to chodzi w “The Arrivals”. Obok nas dzieją się rzeczy doniosłe, a my musimy się do nich ustosunkować. Bóg Mahometa, Jezusa i Mojżesza niebawem zatryumfuje. Iluminaci nie mają żadnych szans. Dajjal już przegrał. Racja jest po naszej stronie.

KONIEC STRESZCZENIA


Recenzenckim (nie masońskim!) okiem


Produkcja “The Arrivals” robi na widzu ogromne wrażenie. Jej autorzy prezentują osobliwe przekonania, ale czynią to w sposób niezwykle uargumentowany. Wizja świata, proponowana przez autorów, jest nietypowa, ale spójna. Skojarzenie Illuminati z Dajjalem (chociaż zaczerpnięte z innych źródeł) wydaje mi się wręcz mistrzowskie. To naprawdę ciekawe, że koncepcja popularna wśród teoretyków spiskowych ma swoją analogię w islamskich tekstach religijnych. Myślę, że powinni o tym wspominać także konspiracjoniści spoza kręgu muzułmańskiego. Noreagaaa i Achernahr są osobami bardzo charyzmatycznymi: piszą umiejętnie i przekonująco. Owszem, można im zarzucić populizm i demagogię (wszak schlebiają masom i przyganiają elitom). Nie oznacza to jednak, że są pozbawieni charakteru.

Jeśli dobrze przyjrzymy się ich poglądom, dostrzeżemy w nich pewną stanowczość. Ale jest to stanowczość wyrażana łagodnie, kulturalnie, dyplomatycznie, z poszanowaniem odmiennych postaw, wyborów i zachowań. U twórców “The Arrivals” równoważą się dwie cechy: pobożność i humanizm. Noreagaaa i Achernahr wyraźnie podkreślają, że nie chcą się angażować w spory religijne (ani z innowiercami, ani z muzułmanami). Uważają, że liczy się “wspólny grunt”, a szczegóły nie mają większego znaczenia. Odcinanie się zarówno od szyizmu, jak i od sunnizmu jest jednym z przejawów programowej niepokorności: wolnomyślicielstwa, indywidualizmu, nonkonformizmu, sceptycyzmu wobec zastanego świata. Może to także świadczyć o młodzieńczym idealizmie (buncie? naiwności? nieżyciowości?).

Produkcja “The Arrivals” została zmontowana m.in. z fragmentów filmów dokumentalnych i fabularnych, programów telewizyjnych, wywiadów, przemówień, koncertów, piosenek, zdjęć, obrazków oraz materiałów przygotowanych samodzielnie (np. nagrań z dalekich podróży). Nie jest to wyłącznie dziełko o charakterze teoretycznospiskowym. Noreagaaa i Achernahr często uprawiają publicystykę, komentują aktualne problemy polityczne, społeczne i obyczajowe. Niezłym (aczkolwiek odrobinę banalnym) pomysłem wydaje mi się nawiązanie do trylogii “Matrix”. Autorzy wykorzystują popularne motywy, a wiadomo, że widzowie chętniej identyfikują się z tym, co już znają i kochają. Jeśli chodzi o estetykę, nie jest tragicznie, ale lepiej prezentuje się film “Illuminati: The Music Industry Exposed” Farhana Khana.

“The Arrivals” to twór anglojęzyczny, lecz zawierający pojedyncze wstawki z języka arabskiego. Przykładem może być hybrydyczny komunikat: “To be continued inshallah” (“Ciąg dalszy nastąpi, jeśli Bóg pozwoli”). Noreagaaa i Achernahr piszą w taki sposób, jakby zakładali, że znaczną część odbiorców będą stanowiły osoby niewyznające islamu. Gdy wprowadzają pojęcia teologiczne, tłumaczą je na język angielski i wyjaśniają ich znaczenie. Tym, co rzuca się w oczy, jest wymieszanie terminologii islamskiej z chrześcijańską. Czarny charakter, przed którym przestrzegają autorzy, jest na przemian “Dajjalem” i “Antychrystem“. Twórcy “The Arrivals” wiedzą, że pojęcia zaczerpnięte z chrześcijaństwa są dla Europejczyków/Amerykanów bardziej zrozumiałe niż terminy muzułmańskie. Wolą zatem pisać o “Bogu” i “Szatanie” niż o “Allahu” i “Iblisie”.

Noreagaaa i Achernahr walczą z negatywnymi stereotypami dotyczącymi Arabów i muzułmanów. Sami również dają się poznać jako ludzie bystrzy, otwarci, wyedukowani, zdolni do dyskusji i współpracy. Z drugiej strony, nie ukrywają oni swoich konserwatywnych poglądów (np. niezadowolenia z powodu upadku dobrych obyczajów). Chwilami zachowują się bardzo stereotypowo, zwłaszcza wtedy, gdy krytykują USA i Izrael. Często posługują się słowem “syjonizm“. Nie odważyłabym się jednak oskarżyć ich o antysemityzm. Autorzy “The Arrivals” powtarzają, że nie mają nic przeciwko narodowości żydowskiej i religii judaistycznej. Przeszkadza im jedynie polityka izraelska i ideologia syjonistyczna. Co do chrześcijaństwa, dwaj młodzieńcy szanują tę wiarę, ale nie ufają Kościołowi rzymskokatolickiemu.

Dziełko “The Arrivals” bywa nisko oceniane przez znawców (i wyznawców) islamu. Serwis WikiIslam podaje, że o produkcji nieżyczliwie wypowiedzieli się uczeni muzułmańscy: Tariq Preston i Sulaiman Kindi. Twórcom filmu zarzuca się dowolne interpretowanie świętych pism. Według WikiIslam, Noreagaaa i Achernahr są hipokrytami, bo pozują na prawowiernych muzułmanów, a zajmują się rzeczami zabronionymi (spiskami). Poza tym, ostrzegają przed Dajjalem, zapominając, że Jednooki Oszust może demoralizować ludzi poprzez muzykę (w produkcji “The Arrivals” nieustannie słychać utwory muzyczne). Redaktor WikiIslam twierdzi, że dwaj konspiracjoniści mają problem psychologiczny. Nie mogą uwierzyć w to, że muzułmanie dokonali zamachu na World Trade Center, więc zrzucają winę na inne grupy. Ot, mechanizm obronny.


Islamska Arizona Wilder?

Dziękuję i gratuluję wszystkim, którzy zdołali przebrnąć przez niniejszy artykuł (tak jak ja zdołałam przebrnąć przed ośmiogodzinne “The Arrivals”). Ufam, że udało mi się udowodnić, iż muzułmański konspiracjonizm to zjawisko niesamowicie interesujące (i wcale nie gorsze od tego, co nazywam w myślach “głównym nurtem konspiracjonizmu”). Ci, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę, mogą samodzielnie przeszukać serwisy Google i YouTube. Najlepiej kierować się słowami kluczowymi “Illuminati” i “Dajjal”. Polecam prezentację multimedialną “How to Recognize the Antichrist Dajjal In The Media” (“Jak rozpoznać Antychrysta Dajjala w mediach”) zamieszczoną przez użytkownika Nebulous1982.

Zachęcam również do obejrzenia materiału “Jinn speaks about Illuminati, Dajjal, Anti-Christ, False-Messiah” - “Dżin mówi o Illuminati, Dajjalu, Antychryście, Fałszywym Mesjaszu” (YouTube, KUzZ911). To ostatnie video ukazuje wywiad islamskiego duchownego z tajemniczą kobietą w czarnym nikabie. Zostaje ona przedstawiona jako osoba opętana przez złego ducha. Początkowo dialog dotyczy spraw religijnych, które mogą zainteresować chyba tylko muzułmanów i miłośników religioznawstwa. Ale później rozmowa zbacza na niebezpieczne tory. Kobieta (a raczej demon Zouzoula przemawiający jej ustami) niespodziewanie porusza temat Illuminati. Wyznaje, że Iluminatami są prezydenci i królowie, także z krajów arabskich. Odprawiają oni krwawe rytuały, np. składają ofiary z niemowląt.

Członkowie Illuminati służą dżinom i Iblisowi. Jakby tego było mało, przygotowują się na przybycie syna diabła. Duchowny pyta: “O kim mówisz?”. Kobieta/demon odpowiada: “O Dajjalu”. Intrygujące, prawda? Warto podkreślić, że muzułmanka nawiązuje do Illuminati sama z siebie. Odbywa się to na zasadzie “uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Co to ma być? Choroba? Oszustwo? Prowokacja? Prawdziwe opętanie? Przedawkowanie “The Arrivals”? A może znajomość ponurych faktów? Bohaterka nagrania przypomina mi Arizonę Wilder, skromną amerykańską pielęgniarkę, która opowiadała Davidowi Icke’owi o światowych przywódcach zamieniających się w Reptilian i spożywających ludzkie mięso. Wilder nie uchodziła jednak za opętaną, tylko za byłą ofiarę kontroli umysłu (projektu Monarch).


Natalia Julia Nowak
20-27 listopada 2013 r.

karot | misi12 | ksiegowoscnq7 | wojod7 | klaudusieka | Mailing