Ostatnie Wpisy

Wojna koreańsko-koreańska. Wybrane wizje filmowe

Autor: njnowak | Kategorie: Film, Historia
Tagi: azja, chiny, daleki wschód, film, historia, kim ir sen, komunizm, korea, korea południowa, korea północna, kultura, recenzja, stany zjednoczone, usa, zimna wojna, zsrr
23. lipca 2015 21:30:00

Śmiertelny mecz

Wojna w Korei nie była tym, czym mogła (i nadal może) się wydawać. Aby to zrozumieć, wystarczy zajrzeć do książeczki “Korea i Wietnam 1950-1975” opublikowanej w ramach cyklu wydawniczego “Wojny, które zmieniły świat. Wielka kolekcja” (Edipresse Polska 2009). Konflikt zbrojny, którego skutki są odczuwalne do dzisiaj, był czymś więcej niż bratobójczą walką między Koreańczykami podzielonymi politycznie i rozdzielonymi geograficznie. Można nawet się zastanawiać, czy faktycznie było to starcie Koreańczyków z Koreańczykami, czy pierwsza poważna próba sił między Sowietami a Amerykanami. Chociaż konflikt, będący tematem niniejszego artykułu, nazywany jest wojną koreańską, Korea była w nim tylko tłem. Scenerią, w której przedstawiciele bloków wschodniego i zachodniego realizowali swoje interesy. Półwysep Koreański stanowił murawę, na której toczył się śmiertelny mecz między drużyną amerykańską (wspieraną przez ONZ i Koreańczyków Południowych) a drużyną sowiecką (wspieraną przez Chiny i Koreańczyków Północnych). Podział Korei na część Północną i Południową istniał już od zakończenia II wojny światowej. Żadne z państw koreańskich, które wówczas powstały, nie było jednak suwerenne. Na Południu to Amerykanie ustanowili lojalny wobec siebie rząd. Na Północy uczynili to Sowieci.


Opera mydlana

Wojna koreańska wcale nie zaczęła się w roku 1950 i nie zakończyła w 1953. Rywalizacja między USA a ZSRR, prawdziwymi stronami omawianego konfliktu, była faktem już kilkanaście lat wcześniej. W latach trzydziestych oba mocarstwa konkurowały ze sobą na polu nuklearnym (pisał o tym Sławomir Gowin w książce “Hiroszima i Nagasaki“. Cykl wydawniczy “II wojna światowa. Wydarzenia, ludzie, tajemnice”, Edipresse Polska 2005). Każde z nich chciało być pierwszym państwem, które wyprodukuje i z głośnym hukiem (dosłownie!) zaprezentuje światu broń jądrową. Zwycięzcami nuklearnego wyścigu zbrojeń okazali się Amerykanie; to oni w 1945 r. zrzucili dwie bomby atomowe na Japonię. Wojna w Korei (której oficjalny początek datuje się na 25 czerwca 1950 r., czyli dzień ataku proradzieckiej, północnokoreańskiej armii na Koreę Południową) miała być kolejnym odcinkiem tej samej opery mydlanej. Wątek atomowy był w niej stale obecny. Władze amerykańskie rozważały, czy nie powinny, tak jak pięć lat wcześniej, zapewnić sobie tryumfu poprzez użycie broni jądrowej. Reszta ludzkości zadawała zaś sobie pytanie, czy nie stoi właśnie u progu III wojny światowej. Walki między Północą (ZSRR) a Południem (USA) zakończyły się w 1953 r. Ale do tej pory nie zawarto umowy pokojowej. Serial trwa.


Rola Chin

A jaka była w tym wszystkim rola maoistowskich Chin? Odpowiedź na to pytanie zawiera książka “Wojna koreańska 1950-53. Poligon zimnej wojny” Cartera Malkasiana (część cyklu wydawniczego “Wielkie bitwy historii”, AmerCom 2010). Autor pisze, że Chińska Republika Ludowa niemal od początku swojego istnienia opowiadała się po stronie Związku Radzieckiego. Stalin zaakceptował nowego sojusznika, a nawet wysłał do Państwa Środka grupę doradców wojskowych i gospodarczych. Chińczycy i Sowieci umówili się, że będą sobie pomagać w razie napaści podmiotów trzecich na którąkolwiek ze stron układu. Blok wschodni - z ZSRR i ChRL na czele - był również zainteresowany dalszą ekspansją terytorialną. Zawarcie sojuszu między Związkiem Radzieckim a Państwem Środka zbiegło się w czasie z knowaniami Kim Ir Sena, przywódcy Korei Północnej, który odczuwał frustrację z powodu osłabienia ruchu rewolucyjnego w Korei Południowej. Polityk ten wiedział, że nie ma szans na to, aby Południe dobrowolnie przyjęło ideologię komunistyczną i zjednoczyło się z Północą. Za jedyny sposób na spełnienie tego marzenia uznał agresję militarną. Stalin i Mao dość niechętnie zaakceptowali ten pomysł. Wspólne działania ZSRR i ChRL na rzecz Korei Północnej miały być zresztą przypieczętowaniem świeżo zawartego przymierza.


Skutki wojny

Według Cartera Malkasiana, wojna koreańska pociągnęła za sobą wiele różnorakich skutków. Przede wszystkim, doprowadziła do zagłady milionów ludzkich istnień. W wyniku działań zbrojnych straciło życie aż 10% mieszkańców Półwyspu Koreańskiego (4.000.000 ludzi). Pisząc o osobach, które wówczas zginęły, należy również pamiętać o żołnierzach chińskich (których poległo około 1.000.000) i żołnierzach amerykańskich (których poległo około 33.600). Inną konsekwencją konfliktu było ustanowienie nowej granicy między Koreą Północną a Koreą Południową. “Półwysep Koreański podzielono wzdłuż linii frontu pod koniec wojny. Granica przebiega w tym miejscu do dnia dzisiejszego” - informuje Malkasian. Opisywana wojna zaowocowała również problemami gospodarczymi i politycznymi w obu państwach koreańskich. Północ i Południe próbowały sobie radzić z opozycją poprzez zaostrzanie reżimu autorytarnego (w Korei Północnej lewicowego, w Korei Południowej prawicowego). Mimo wszystko, konflikt koreański jawił się Zachodowi jako prawdziwy sukces. USA i ONZ stwierdziły, że odniosły pierwszy znaczący tryumf nad blokiem wschodnim. Zdołały, przynajmniej chwilowo, powstrzymać ofensywę marksizmu. Dały wrogom prztyczka w nos, ostudziły ich entuzjazm, odebrały im pewność siebie.


Kim Ir Sen

Przyjrzyjmy się teraz postaci Kim Ir Sena. Krótką biografię tego człowieka opublikowano w książeczce “Korea i Wietnam 1950-1975” (powoływałam się na nią kilka akapitów wcześniej). Kim Ir Sen urodził się w roku 1912. Początkowo mieszkał z rodzicami niedaleko Phenianu/Pjongjangu, później jednak rodzina przeprowadziła się do Mandżurii. Przyszły dyktator uczęszczał do chińskiej szkoły: już wtedy angażował się w działalność komunistyczną i antyjapońską. Kiedy wybuchła II wojna światowa, wstąpił do sowieckiej Armii Czerwonej. Był zagorzałym zwolennikiem Stalina i stalinizmu. Nic więc dziwnego, że gdy doszedł do władzy, zaczął budować system polityczny wzorowany na stalinowskim (dżucze). Sam również, podobnie jak Generalissimus, stał się obiektem kultu jednostki. “Od początku na północnokoreańskich ulicach pojawiły się jego niezliczone portrety, pomocne w oddawaniu mu wręcz boskiej czci, a funkcjonariusze propagandy zaczęli opiewać jego sławę w wierszach i pieśniach” - czytamy w publikacji “Korea i Wietnam…”. Kim Ir Sen tak bardzo kochał stalinizm, że po śmierci Stalina, kiedy większość państw bloku wschodniego poddała się reformom, pozostał wierny skostniałej ideologii. Korea Północna przerodziła się w państwo osamotnione, ale za to niezależne i samowystarczalne. Kim zmarł w 1994 r.


Li Syng Man

Aby udowodnić, że gombrowiczowskie “prawo symetrii” wciąż znajduje zastosowanie we Wszechświecie, naskrobię jeszcze kilka zdań o dyktatorze Korei Południowej (Gombrowicz pisał o Filidorze i Anty-Filidorze. Ja scharakteryzowałam Kima, więc teraz czas na Anty-Kima. Będę pisać w oparciu o wirtualne wydanie encyklopedii “Britannica“). Li Syng Man, znany również jako Rhee Syngman, przyszedł na świat w roku 1875. Uczył się w szkole prowadzonej przez metodystów. Już jako młodzieniec identyfikował się z nacjonalizmem, przyjął także religię chrześcijańską. Angażował się ponadto w działalność antyjapońską. Na początku XX wieku wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Gdy Korea została anektowana przez Japonię, doszedł do wniosku, że nie byłby w stanie żyć pod obcym zaborem. Zdecydował więc, że zamieszka na Hawajach. Później przez krótki czas mieszkał w Szanghaju, co miało związek z jego działalnością w Koreańskim Rządzie Tymczasowym. Następnie osiedlił się w Waszyngtonie. W 1948 r. Li Syng Man został pierwszym prezydentem Korei Południowej. Dał się poznać jako przywódca brutalny, despotyczny i fałszujący wybory (choć już wcześniej maczał palce w zabójstwach politycznych). Krytykowany przez rodaków i rząd USA, ustąpił ze stanowiska w roku 1960. Zmarł pięć lat później w Honolulu.


Recenzenckim okiem

Wojna koreańska, podobnie jak późniejszy konflikt wietnamski, doczekała się “uwiecznienia” w wielu filmach fabularnych. Produkcje poświęcone tej awanturze są dość zróżnicowane. Niektóre ukazują ją “na poważnie”, a inne “na wesoło”. Poniżej załączam minirecenzje dwóch wybranych przeze mnie filmów dotyczących wojny w Korei. Omówione dzieła to “Braterstwo broni” (“Taegukgi hwinalrimyeo”) i “Welcome to Dongmakgol” (“Welkkeom tu Dongmakgol”). Miłego czytania, miłego oglądania!


Tytuł oryginalny: “Taegukgi hwinalrimyeo”
Tytuł amerykański: “Tae Guk Gi: The Brotherhood of War”
Tytuł brytyjski: “Brotherhood: Taegukgi”
Tytuł polski: “Braterstwo broni”
Reżyseria: Kang Je-gyu
Produkcja: Korea Południowa (2004)
Gatunek: dramat wojenny

Film, który można porównać do “Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego i “Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga. Opowieść o dwóch braciach ze stołecznego miasta, którzy właśnie wkraczają w dorosłe życie, ale ich wielkie plany na przyszłość zostają przekreślone przez wybuch wojny. Motyw konfliktu zbrojnego, który przerywa młodzieńcom najpiękniejsze lata życia, szybko przeradza się w motyw heroicznej walki o ocalenie jednego żołnierza. Młodego wybrańca, który - nawet wbrew własnej woli - musi przeżyć wojenną zawieruchę. Nawiązań do “Szeregowca Ryana” jest w tym filmie tak dużo, że trudno tutaj mówić o dziele przypadku. Dość wspomnieć, że produkcja posiada kompozycję szkatułkową. Jej akcja rozpoczyna się w czasach współczesnych, kiedy to pewien staruszek, weteran wojenny, powraca myślami do swojej żołnierskiej przeszłości. Wypada odnotować, że liczne aluzje do dzieła Spielberga pojawiają się również w innych dalekowschodnich filmach: chińskim “Assembly” oraz japońskich “Yamato” i “The Eternal Zero”. Nie oznacza to bynajmniej, że “Taegukgi hwinalrimyeo” należy do tworów nudnych. Przeciwnie, produkcja jest porywająca, losy bohaterów są dla widza ważne, a jeden ze zwrotów akcji stanowi totalne zaskoczenie. Film dostarcza odbiorcy wielu powodów do wzruszeń.

Główni bohaterowie dzieła, bracia Lee, zostali ukazani na zasadzie kontrastu (gombrowiczowskie prawo symetrii!). Starszy, Jin-tae, pracuje jako pucybut, ale chciałby kiedyś zostać mistrzem szewskim. Jest silny, krzepki, wybuchowy i porywczy. Mimo skłonności “do bitki i do wypitki”, odznacza się honorowością, szlachetnością oraz lojalnością wobec rodziny i przyjaciół. Nie posiada zainteresowań o charakterze intelektualnym, nie potrafi udzielać porad związanych z ortografią, ale kieruje się w życiu prostymi zasadami. Młodszy, Jin-seok, wpisuje się w stereotyp inteligenta. Świetnie się uczy, udziela kolegom korepetycji, celująco zdaje egzaminy. Jest chudy, nieśmiały, lękliwy, słaby fizycznie. Choruje na serce, przez co nadaje się wyłącznie do pracy umysłowej. Rodzina Lee żyje w biedzie. Jedyną nadzieją na lepsze jutro jest dla niej Jin-seok. Wszyscy doskonale wiedzą, że ten wybitnie uzdolniony chłopak ma szansę pójść na studia, a co za tym idzie - znaleźć dobrą pracę, dzięki której cała rodzina odbije się od dna. Najpierw jednak trzeba zdobyć fundusze na jego dalsze kształcenie. Szczególnie przejmuje się tym Jin-tae, który haruje jak wół, żeby zarobić pieniądze na edukację brata. Czyni to zresztą bezinteresownie, gdyż bardzo kocha swojego krewniaka. Jest dla niego nie tylko bratem, ale także ojcem. No i najlepszym przyjacielem.

Uboga, acz szczęśliwa egzystencja młodzieńców ulega radykalnej zmianie, kiedy wybucha wojna koreańska. Rodzina Lee, podobnie jak inni mieszkańcy Seulu, ratuje się ucieczką z miasta. Wkrótce kontrolę nad tłumem przejmuje południowokoreańska armia prowadząca werbunek nowych żołnierzy. Wojskowi szukają mężczyzn w wieku 18-30 lat. Jednym z młodzieńców, którzy zostają wyciągnięci z tłumu, okazuje się Jin-seok. Jego starszy brat unika podobnego losu, gdyż chwilowo oddalił się od grupy. Kiedy Jin-tae dołącza z powrotem do uchodźców, okazuje się, że jego młodszy krewniak jest już w pociągu mającym zawieźć rekrutów na front. Starszy brat rozumie, co to oznacza. Słaby, chory, zdolny Jin-seok, będący największym skarbem rodziny, zostanie zabrany na wojnę, z której prawdopodobnie nigdy nie wróci. Tymczasem on - silny, zdrowy i przeciętny - pozostanie w dużo bezpieczniejszym świecie cywilów. Jin-tae nie zgadza się na taki scenariusz. Bez wahania wbiega do pociągu, po czym wdaje się w sprzeczkę z żołnierzami. Ostra wymiana zdań przeradza się w bójkę, która trwa wystarczająco długo, żeby pojazd zdążył ruszyć z oboma braćmi na pokładzie. Zarówno Jin-seok, jak i Jin-tae stają się członkami armii. Starszy brat postanawia, że zrobi wszystko, aby uchronić młodszego przed śmiercią. Nawet na polu bitwy.

“Taegukgi hwinalrimyeo” to film, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Produkcja jest bardzo dobra, chociaż niezbyt nowatorska. Dlaczego? Bo powiela schematy typowe dla kina wojennego. Motyw matki, motyw ukochanej, motyw listu, motyw zdjęcia, motyw tęsknoty za smacznym jedzeniem - niczego tu nie brakuje. Analizowana produkcja może być też odczytywana jako alegoria. Jej głównym wątkiem jest relacja brat-brat, a przecież konflikt koreański był konfliktem bratobójczym. Drugim wątkiem, który śledzimy w filmie, są powolne zmiany zachodzące w zachowaniu starszego Lee. Początkowo nie mamy wątpliwości, że Jin-tae pcha się w każde niebezpieczeństwo, żeby jego młodszy brat nie musiał tego robić. Z czasem nabieramy jednak podejrzeń. Czy to nie jest tak, że na początku bohater miał czyste intencje, ale później po prostu polubił przemoc i adrenalinę? Czy dla tego impulsywnego młodzieńca dobro brata nie stało się pretekstem do wyzwalania własnej agresji? Czy jego wrodzona gwałtowność nie zaczęła się przeradzać w brutalność, a potem w okrucieństwo? A może starszemu bratu spodobały się pochwały i odznaczenia? Tak, problematyka psychologiczna jest w tym filmie bardzo ważna. Przedstawione wydarzenia bywają czasem “naciągane“, ale jakie to ma znaczenie? Produkcję ogląda się jednym tchem.


Tytuł oryginalny: “Welkkeom tu Dongmakgol”
Tytuł amerykański: “Welcome to Dongmakgol”
Tytuł brytyjski: “Battle Ground 625”
Tytuł polski: /brak oficjalnego/
Reżyseria: Park Kwang-hyun
Produkcja: Korea Południowa (2005)
Gatunek: komediodramat, wojenny

Osoba, która zapragnie sięgnąć po ten twór, nie powinna się spodziewać opowieści przedstawionej całkiem serio. Nie powinna również oczekiwać dzieła porażającego kunsztem artystycznym. Film opowiada o wojnie koreańskiej, ale czyni to w sposób tragikomiczny, może nawet tragifarsowy. Pomysł bardzo dobry, jednak… czy da się to samo powiedzieć o jego realizacji? Produkcja “Welkkeom tu Dongmakgol” odniosła duży sukces poza granicami Korei Południowej. Została nawet zgłoszona jako kandydatka do Oscara w kategorii “najlepszy film nieanglojęzyczny”. Sęk w tym, że Amerykańska Akademia Filmowa nie przyznała jej nominacji. Scenariusz “Welkkeom…” stanowi adaptację sztuki teatralnej, którą stworzył południowokoreański autor Jang Jin. Z samym dramatem nie miałam jeszcze okazji się zapoznać, ale przypuszczam, że jego klimat przypomina utwory Sławomira Mrożka i Witolda Gombrowicza (ach, ten Gombro! Strasznie mnie ostatnio prześladuje!). Nie ma nic złego w ukazywaniu konfliktów zbrojnych z przymrużeniem oka. Problemem nadal pozostaje jednak formalny aspekt filmu. Analizowana produkcja jest sztuczna jak jezioro na Targówku, a aktorstwo - nieprzekonujące i pozbawione polotu. Bohaterowie opowieści zachowują się jak postacie z klasycznej kreskówki. Szkoda tylko, że wcale nie są zabawni.

Tytułowe Dongmakgol to mała górska wioska odcięta od świata i nieznająca zdobyczy nowoczesnej cywilizacji. Nikt, z wyjątkiem miejscowego nauczyciela, nie widział tam karabinu ani samolotu. Mieszkańcy osady żyją jak przed wiekami. Nie dotarła do nich jeszcze informacja o wybuchu wojny koreańskiej. Prawdopodobnie nie wiedzą oni nawet o podziale Korei na Północną i Południową. Wskutek dziwnego zbiegu okoliczności wioska staje się schronieniem dla sześciu żołnierzy: dwóch z Południa, trzech z Północy i jednego z Ameryki. Początkowo robi się z tego niezły “kocioł” (a raczej “kociołek“, jeśli wziąć pod uwagę powierzchnię miejscowości). Spotykają się przecież przedstawiciele dwóch stron konfliktu zbrojnego, którzy na polu bitwy strzelaliby do siebie jak do kaczek. Wyjątkowe okoliczności sprawiają jednak, że wrodzy żołnierze muszą chwilowo zapomnieć o istniejących między nimi podziałach, nawiązać współpracę i zacząć żyć jakby nigdy nic. Wojskowi - wyrwani z politycznego i historycznego kontekstu - zostają ze sobą zrównani. Mimo to, wciąż utrzymuje się między nimi dystans psychiczny, który często prowadzi do absurdalnych sytuacji. Ale i on z czasem zaczyna się skracać. Lody powoli pękają. Jedni i drudzy zaczynają dostrzegać, że żołnierze nieprzyjacielskiej armii “też mają dwie nogi i siedzenie” (cytat z Różewicza).

Muszę teraz skrytykować pewną materię żywą, która jest tak irytująca, że widz ma ochotę przyfasolić jej gitarą basową. Chodzi o Yeo-il, mieszkankę Dongmakgol (w tej roli Kang Hye-jung). Sama nie wiem, kto tu jest bardziej żenujący: bohaterka czy aktorka. Yeo-il to postać kompletnie nierealistyczna, a zarazem nieudana. W zamierzeniu miała być pewnie postacią komiczną, odróżniającą się od innych, ubarwiającą całą opowieść (jak Papkin z “Zemsty” Aleksandra Fredry). A kim jest? Kwiatkiem u kożucha. Nie bawi, nie fascynuje, nie wzbudza sympatii i niczego nie wnosi. Zamiast tego, gra odbiorcy na nerwach. Yeo-il to osobniczka uznawana przez swoje środowisko za wariatkę. Dziewczyna wymachuje rękami, podskakuje, podryguje, robi piruety, stroi głupie miny, wypowiada kuriozalne kwestie i widzi rzeczy nieistniejące. Niestety, wcale nie kojarzy się z zakręconą trzpiotką, tylko z niedojrzałą nastolatką popisującą się przed rówieśnikami. Owszem, w tragifarsie miał prawo pojawić się motyw jednostki szalonej. Ale w realnym świecie osoby chore psychicznie po prostu tak się nie zachowują. Tego typu cyrki mógłby urządzać co najwyżej kilkuletni ignorant, poproszony o pokazanie, jak według niego zachowują się osoby potrzebujące konsultacji z psychiatrą. Jest to wręcz obraźliwe dla prawdziwych chorych.

Scenariusz “Welkkeom tu Dongmakgol” nie jest do końca oryginalny. W wielu krajach kręci się tragikomiczne filmy oparte na podobnym schemacie (“Diabły za progiem” - Chiny 2000, “Kukułka” - Rosja 2002, “Operacja Dunaj” - Czechy, Polska 2009). Postać Yeo-il też nie jest jedyna w swoim rodzaju. Motyw obłąkanej dziewczyny, zachowującej się w idiotyczny sposób, został już wykorzystany w południowokoreańskim filmie “Strażnik wybrzeża” (2002). Tym, na co warto zwrócić uwagę, jest fakt, że “Welkkeom…” zawiera również fragmenty śmiertelnie poważne. Jedno jest w tej produkcji realistyczne: cierpienie i umieranie. Postacie wydają się papierowe, lecz gdy już dochodzi do rozlewu krwi, okazuje się, że wcale papierowe nie są. Wielu widzów uzna to za niestosowność. Przyjrzyjmy się teraz przemianie filmowego dowódcy komunistów. Gdy go poznajemy, jawi się on jako stereotypowy czarny charakter. Jest surowy, lodowaty i arogancki. Z czasem jego wizerunek ulega jednak ociepleniu. Bohater zmienia się pod wpływem otoczenia albo po prostu zrzuca groźną maskę. Prawdziwymi schwarzcharakterami są w tym filmie żołnierze amerykańscy. Nie przypominają oni sojuszników ani wyzwolicieli, tylko najeźdźców i oprawców. Wspólny sprzeciw wobec ich poczynań jest tym, co ostatecznie integruje zwaśnionych bohaterów.


Zamiast zakończenia

Pozwolę sobie jeszcze przywołać drobną ciekawostkę związaną z wojną w Korei. Otóż konflikt ten stał się inspiracją nie tylko dla twórców pełnometrażowych filmów aktorskich, ale także dla autorów krótkich filmów animowanych. Mam tutaj na myśli trójwymiarową animację “Birthday Boy” dystrybuowaną w Polsce pod tytułem “Na urodziny” (rok produkcji: 2004). Filmik został stworzony w Australii, ale jego reżyserem jest Koreańczyk Park Sejong. “Birthday Boy” trwa około dziesięciu minut i ukazuje losy małego chłopca o imieniu Manuk. Dzieciństwo bohatera przypada na czasy wojny koreańskiej (akcja dziełka rozgrywa się w roku 1951). Mimo trudnych warunków i licznych niebezpieczeństw, malec stara się żyć normalnie. Bawi się tym, co ma, i nie traci dziecięcego optymizmu. Produkcja “Na urodziny” była nominowana do Oscara, ale nagrody tej nie otrzymała. Statuetka trafiła do twórców kanadyjskiej krótkometrażówki “Ryan” będącej biografią niejakiego Ryana Larkina.


Natalia Julia Nowak,
5-20 lipca 2015 roku


PS.
W powyższym artykule przywoływałam koreańskie nazwiska zgodnie z zasadą dalekowschodnią, tzn. najpierw nazwisko, później imię.

Większe imperium stworzyli tylko Brytyjczycy

Autor: njnowak | Kategorie: Film, Historia
Tagi: azja, czyngis-chan, film, genghis khan, historia, kino, kultura, mongol, mongolia, polska, recenzja, rosja, ruś, tatarzy, średniowiecze
23. czerwca 2015 13:13:00

Od zera do bohatera

Jeśli ktoś nie wierzy, że już w średniowieczu zdarzały się kariery typu “od zera do bohatera”, to powinien się zainteresować biografią Czyngis-chana. Podstawowe informacje na temat tego niezwykłego człowieka zawiera artykuł “Imperium Czyngis-chana. Wyjątkowy chan” Sławomira Leśniewskiego (materiał jest dostępny w wirtualnym wydaniu tygodnika “Polityka”). Autor tekstu pisze, że Czyngis-chan - który aż do objęcia władzy nosił imię Temudżyn - wcześnie stracił ojca i musiał przejąć rolę głowy rodziny. Niespełna dziesięcioletni chłopiec, żyjący w warunkach pozostawiających wiele do życzenia, opiekował się matką oraz młodszym rodzeństwem. Tym, co spędzało mu sen z powiek, była nie tylko niepewna przyszłość jego najbliższych, ale także świadomość, że wrogowie bezustannie depczą mu po piętach (ojciec Czyngis-chana stał na czele jednej z ord mongolskich. Został zamordowany, a kolejną ofiarą nieprzyjaciół mógł paść jego młodociany syn). Niestety, nie udało mu się uniknąć niewoli. Temudżyn, dzięki własnemu sprytowi i ogromnej woli przetrwania, zdołał przeżyć. Jego determinacja, towarzysząca mu przez całe życie, została wreszcie nagrodzona. Potencjał Czyngis-chana zauważył Togrul, możny władca Kereitów, który udzielił mu swojego protektoratu. Zła passa bohatera zaczęła się powoli odwracać.


Chan chanów

Leśniewski pisze, że Temudżyn wziął udział w krwawych wojnach plemiennych, jakie toczyły się wówczas na ziemiach mongolskich. Udało mu się jednak położyć kres bratobójczym walkom, jednocząc zwaśnione ludy pod własnym przywództwem. Chanowie mongolscy, w dowód uznania dla Czyngis-chana, okrzyknęli go kaganem (chanem chanów, wielkim chanem). Świeżo upieczony władca Mongołów od początku stawiał sobie ambitne cele. Z konfederacji zjednoczonych plemion uczynił dobrze funkcjonujące państwo. Sprawna administracja i umiejętnie zorganizowana armia stały się zalążkiem późniejszego imperium mongolskiego. Mocarstwa, które - według Sławomira Leśniewskiego - “rozciągało się od Morza Kaspijskiego do Pacyfiku i było dwukrotnie większe od posiadłości Rzymu w największym rozkwicie” (następcy Temudżyna zdołali przesunąć granice państwa jeszcze dalej. Zdobyli m.in. Chiny i Ruś. Pod ich władaniem znalazł się obszar wynoszący 28 mln km kw. Przez wiele wieków nikt nie potrafił pobić tego rekordu[1]). Ekspansja militarna Mongołów, zapoczątkowana przez Czyngis-chana, wiązała się z zupełnie niepotrzebnym ludobójstwem. W Merwie mongolscy najeźdźcy wymordowali co najmniej 1.300.000 osób. Drugie tyle wybili w Urgenczu. A to tylko przykłady ich wyjątkowego okrucieństwa.


Bicz Boży

Emilia Kunikowska, autorka artykułu “Czyngis-chan” opublikowanego w serwisie Onet.pl, przedstawia czytelnikom wiele ciekawostek dotyczących Temudżyna i jego imperium. Pisze, że sławny Mongoł już jako nastolatek był człowiekiem pełnym sprzeczności. Z jednej strony, cechowała go niepohamowana agresja (zabił w afekcie swojego przyrodniego brata. Dlaczego? Tylko dlatego, że ów brat wyszarpał mu z rąk złowioną przez niego rybę). Z drugiej strony, potrafił być czarujący i zjednywać sobie ludzi (zapamiętano go jako osobę hojną, wesołą i kontaktową). Kiedy doszedł do władzy, wprowadził w swoim państwie surowe prawo nawiązujące do tradycji różnych plemion mongolskich. Co więcej, uznał się za reprezentanta bóstwa znanego jako Wieczne Niebo (wielu ówczesnych ludzi nazywało go zaś Biczem Bożym). Czyngis-chan nie miał litości dla morderców, rabusiów, oszczerców ani cudzołożników. Przewidział dla nich karę najwyższą: śmierć. Chan chanów walczył z przestępczością nie tylko w Mongolii, ale także na ziemiach podbitych. Wypowiedział wojnę złodziejom, ustanowił restrykcyjny porządek prawny, tzw. “Pax Mongolica” - “Mongolski Pokój”. Nie oznacza to bynajmniej, że Temudżyn był człowiekiem o zamkniętym umyśle. W jego mocarstwie panowała bowiem tolerancja religijna i kulturowa.


Szarooki rudzielec

Agnieszka Krzemińska, twórczyni tekstu “Rudowłosy” dostępnego w elektronicznej edycji “Polityki”, koncentruje się na mało znanym i dość zaskakującym drobiazgu związanym z Czyngis-chanem. Otóż wybitny władca Mongołów najczęściej jest przedstawiany jako stereotypowy Azjata, reprezentant żółtej odmiany człowieka (rasy mongoloidalnej). Tymczasem źródła historyczne - kroniki sporządzone przez autorów różnych narodowości - podają, że interesujący nas chan wyróżniał się rudymi włosami, szarymi oczami i wysokim wzrostem. Jak to możliwe? Krzemińska tłumaczy: “Jasne oczy czy włosy nie są w centralnej Azji niczym niezwykłym. Wielkie wędrówki Indoeuropejczyków po Azji zaczęły się już pod koniec III tysiąclecia p.n.e. (…) Ale i dzisiaj zdarza się, że z ‘typowych’ azjatyckich rodziców rodzi się rudowłose dziecko, czego nie można tłumaczyć jedynie krótką obecnością Rosjan czy innych Europejczyków. Cechy takie jak niebieskie oczy czy blond włosy są cechami recesywnymi, a ich występowanie wśród ludów mongoloidalnych nie jest wynikiem jednorazowych kontaktów, lecz efektem wieloletniego przenikania”. Informacja, zgodnie z którą Temudżyn miał zachodnie korzenie, nie została jeszcze potwierdzona badaniami genetycznymi. Powód? Grobu słynnego chana wciąż nie udało się odnaleźć.


Jeden na dwustu

Skoro już mówimy o genetyce, zajrzyjmy do artykułu “16 mln dzieci Czyngis-chana” Tomasza Borejzy (materiał znajduje się w serwisie Onet.pl). Dziennikarz opisuje w nim szokujące wyniki badań przeprowadzonych przez dwoje uczonych z Oksfordu. Tatiana Zerjal i Chris Tyler-Smith ustalili, że wśród mężczyzn żyjących na terenach byłego imperium mongolskiego (tudzież w Afganistanie i Pakistanie) jeden z wariantów chromosomu Y jest niesłychanie rozpowszechniony. Wszystko wskazuje na to, że może on występować nawet u 16 milionów osób płci męskiej. Innymi słowy, jeden na dwustu facetów chodzących po Ziemi jest nosicielem owej niezwykłej wersji chromosomu Y. Zdaniem naukowców, jej źródłem musiał być człowiek żyjący dziesięć stuleci wcześniej. Jedynym podejrzanym jest tutaj Czyngis-chan, który miał tysiące kochanek i nałożnic. Liczba jego dzieci mogła być trzy- lub czterocyfrowa. Rozpowszechnieniu genów Temudżyna sprzyjał również fakt, że jego potomkowie (ci, którzy mieli władzę i pieniądze) prowadzili jednakowo rozwiązły styl życia. Ustalenia genetyków potwierdzają legendę powtarzaną przez afgańskich Hazarów (nie mylić z Chazarami). Głosi ona, że część tamtejszych mężczyzn wywodzi się z rodu Czyngis-chana. Faktycznie, jedna trzecia hazarskich facetów posiada ów szczególny chromosom.


Film o Czyngis-chanie

Przejdźmy teraz do kwestii najistotniejszej, czyli do filmu fabularnego poświęconego wybitnemu Mongołowi. Zanim jednak przystąpię do recenzji dzieła, krótko wyjaśnię, dlaczego zdecydowałam się sięgnąć właśnie po tę produkcję. Skąd się wzięło moje zainteresowanie dziejami Czyngis-chana? Otóż zainspirowały mnie do tego zajęcia, w których uczestniczyłam na Uniwersytecie Warszawskim (studiuję Socjologię Stosowaną i Antropologię Społeczną. Ścieżka specjalizacyjna: Antropologia Współczesności). W ramach owych zajęć sporo się uczyłam o ludach mongolskich, zwłaszcza o tych żyjących na terenie Federacji Rosyjskiej. Wykłady, których słuchałam, zawierały wiele odniesień do historii, szczególnie do podboju Rusi przez Mongołów (pięknie się to zgrało z moją fascynacją Azją i Eurazją!). Wiedziałam, że jeśli chcę zdać egzamin z tego przedmiotu, to muszę nadrobić swoje zaległości w tej dziedzinie. Przeczytałam kilka artykułów dotyczących imperium mongolskiego, znalazłam intrygującą produkcję filmową o Temudżynie… I to mnie natchnęło do stworzenia własnego tekstu. A z przedmiotu, o którym wspomniałam, dostałam piątkę.


Tytuł oryginalny: “Mongoł” (“Mongol”)
Tytuł międzynarodowy: “Mongol: The Rise of Genghis Khan”
Tytuł alternatywny: “Mongol: The Rise to Power of Genghis Khan”
Tytuł polski: “Czyngis-chan”
Reżyseria: Siergiej Bodrow starszy (Sergei Bodrov Sr)
Produkcja: Rosja, Mongolia, Kazachstan, Niemcy (2007)
Gatunek: biograficzny, historyczny, przygodowy

Film “Mongoł”, dystrybuowany w Polsce pod tytułem “Czyngis-chan”, nie jest pierwszą ani ostatnią produkcją upamiętniającą wybitnego średniowiecznego zdobywcę. Z pewnością zasługuje jednak na uwagę, gdyż był nominowany do Oscara w kategorii “najlepszy film nieanglojęzyczny”. Nagrody tej nie otrzymał (i nie ma w tym nic dziwnego, albowiem daleko mu do arcydzieła kinematografii). Mimo to, warto poświęcić dwie godziny na jego obejrzenie, choćby dlatego, że ukazuje mniej znaną stronę biografii Temudżyna. Twór rosyjskiego reżysera Siergieja Bodrowa, kręcony w Chinach, Kazachstanie i Mongolii, nie opowiada o podbojach Czyngis-chana, tylko o tym, co się działo znacznie wcześniej. O bolesnym dzieciństwie, licznych traumach i upokorzeniach, trafianiu w ręce wrogów, przezwyciężaniu własnych słabości oraz robieniu sobie miejsca w niegościnnym świecie. Morał płynący z tej rosyjsko-mongolsko-kazachsko-niemieckiej produkcji jest tożsamy z mottem przywołanym na samym jej początku: “Nie lekceważ wątłego kocięcia. Może stać się bezwzględnym tygrysem”. Dzieło udowadnia, że wielkość niektórych postaci historycznych nie była oczywista od pierwszych chwil ich działalności. Zachęca również widzów, żeby nigdy się nie poddawali, bo tylko taka postawa jest gwarantem sukcesu i satysfakcji.

W filmie “Czyngis-chan” występują dwa główne wątki ciągnące się aż do napisów końcowych. Jednym z nich jest miłosna relacja łącząca Temudżyna z Borte, jego pierwszą żoną, która odgrywała w jego życiu ogromną rolę. Moment ich pierwszego spotkania, ukazany w produkcji Siergieja Bodrowa, jest połączeniem faktów historycznych z wyobrażeniami filmowców. Kiedy Temudżyn był dziewięcioletnim chłopcem, jego ojciec (zgodnie z mongolskim zwyczajem) kazał mu wybrać dziewczynkę, która w przyszłości zostanie jego małżonką. Rodzic Czyngis-chana życzył sobie synowej pochodzącej z plemienia Merkitów. Takie małżeństwo zakończyłoby bowiem konflikt, jaki od wielu lat toczył się między Merkitami a ludem rządzonym przez rodzinę Temudżyna. Przyszły zdobywca i jego ojciec, zmierzający w stronę ordy Merkitów, zatrzymali się na noc w innym obozowisku. Tam zauważyła chłopca Borte, bezpośrednia dziesięciolatka, która sama złożyła mu propozycję matrymonialną. To, co zrodziło się między dwojgiem dzieci, musiało być miłością od pierwszego wejrzenia. Temudżyn nie chciał już słyszeć o żonie z plemienia Merkitów. Pragnął poślubić Borte. Jego ojciec nie był z tego zadowolony, ale wkrótce zaakceptował decyzję syna. Spontaniczny wybór chłopca po latach okazał się słuszny.

Drugim wątkiem, który śledzimy niemal przez cały film, jest znajomość Temudżyna z Dżamuką. Człowiek ten - będący ważną, lecz mało znaną postacią historyczną - początkowo był bliskim przyjacielem Czyngis-chana. Później jednak stał się jego śmiertelnym wrogiem i rywalem do tytułu chana chanów. Dżamuce udało się zresztą zdobyć szerokie wpływy na Wielkim Stepie, ale to dopiero Temudżyn ostatecznie zjednoczył Mongołów, stając się ich jedynym zwierzchnikiem i twórcą prawdziwego państwa. Dżamukę poznajemy jako chłopca, który przypadkowo znajduje zmęczonego i zmarzniętego Temudżyna błąkającego się po okolicy (główny bohater uciekł ze swojego koczowiska, kiedy zostało ono napadnięte przez nieprzyjaciół). Obaj młodzieńcy, choć różniący się poglądami, znajdują wspólny język i decydują się zawrzeć braterstwo krwi. Niestety, ich dobrze zapowiadające się pobratymstwo zostaje brutalnie przerwane. Temudżyn trafia w szpony swoich wrogów, którzy czynią go niewolnikiem i przetrzymują przez wiele lat. Główny bohater, już jako dorosły człowiek, wydostaje się z niewoli i odnajduje Dżamukę. Okazuje się, że ich wzajemne zobowiązania nadal są aktualne. Dżamuka, choć już dojrzały, wciąż ma sporo wspólnego ze swoim dawnym “ja”. I wcale nie zamierza porzucić swoich marzeń o wielkości.

Film “Mongoł” (“Czyngis-chan”) Siergeja Bodrowa posiada zarówno zalety, jak i wady. Pisząc o mocnych i słabych stronach dzieła, trzeba pamiętać, że kinowa biografia Temudżyna nie spodobała się samym Mongołom. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w anglojęzycznym artykule “Mongols protest Khan project” Toma Birchenougha (tekst został opublikowany w wirtualnym wydaniu magazynu “Variety”). Przejdźmy jednak do konkretów. Zacznijmy od tego, że wygląd filmowego Czyngis-chana ma niewiele wspólnego z tym, o którym donoszą źródła historyczne. W dziele Bodrowa słynny Mongoł jest wprawdzie wysoki, ale nie ma rudych włosów ani szarych oczu. Wygląda jak… Japończyk, albowiem w jego rolę wciela się japoński aktor Tadanobu Asano. Jest to tym bardziej kontrowersyjne, że Japończycy od wieków próbują sobie przywłaszczyć postać Temudżyna, opowiadając legendę o tym, iż pochodził on z Kraju Kwitnącej Wiśni (pisała o tym Agnieszka Krzemińska w cytowanym już materiale “Rudowłosy”). Kolejna sprawa: filmowy Temudżyn zachowuje się jak zachodnioeuropejski rycerz. Jest idealistą, który prawdziwie kocha swoją wybrankę, dochowuje jej wierności i traktuje ją z niekłamanym szacunkiem. Nie sprawia wrażenia kogoś, kto byłby w stanie spłodzić setki lub tysiące dzieci z różnymi kobietami.

Omawiana produkcja przybliża widzom niektóre aspekty tradycyjnej kultury stepowej. Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, o czym uczyłam się już na studiach. Otóż kategorie kulturowe typu “dzieci” czy “młodzież” to wytwory nowoczesnych społeczeństw zachodnich. W klasycznych zbiorowościach właściwie nie ma “dzieci” i “młodzieży”. Są “mali dorośli” - istoty, które różnią się od “dużych dorosłych” jedynie (nie)dojrzałością biologiczną. W filmie Bodrowa osoby kilku- i kilkunastoletnie zachowują się i rozumują tak jak osoby kilkudziesięcioletnie. Walczą, pracują, zaręczają się, ponoszą odpowiedzialność za siebie i innych. Owszem, są niskie i słabe, ale wszyscy doskonale wiedzą, że to stan przejściowy, który trzeba przeczekać. Teraz trochę o formie. Dzieło rosyjskiego reżysera zostało nakręcone z olbrzymim rozmachem. Bez wątpienia naśladuje ono hollywoodzkie filmy historyczne. Niektóre z zastosowanych w nim rozwiązań są jednak żenujące i efekciarskie (patrz: nadużywanie zwolnionego tempa). Podejście do realizowanego tematu może się nieco kojarzyć z powieściami Henryka Sienkiewicza. Produkcja jest bardziej przygodówką niż dramatem. Pościgi, zemsty, zwroty akcji… I jeszcze ten wybitnie sienkiewiczowski motyw odbicia porwanej ukochanej. Polski widz poczuje się jak u siebie w domu.

Gorąco zachęcam do obejrzenia filmu “Czyngis-chan”
i do samodzielnego zgłębiania historii Mongołów.


Natalia Julia Nowak,
8-22 czerwca 2015 r.


PRZYPIS


[1] Sławomir Leśniewski napisał w swoim artykule: “W późniejszych czasach jedynie posiadłości hiszpańskie, nad którymi nigdy nie zachodziło słońce, oraz kolonialne imperium Wielkiej Brytanii mogły się z nim [imperium mongolskim - przyp. NJN] równać”. Informacja ta jest jednak nieścisła. Tak się bowiem składa, że fakty historyczne świadczą jeszcze bardziej na korzyść Czyngis-chana. Według Abby Rogers, autorki tekstu “The 10 Greatest Empires In The History Of The World” zamieszczonego w portalu BusinessInsider.com, państwo Temudżyna było drugim pod względem wielkości mocarstwem w historii. Pierwsze miejsce przypadło Wielkiej Brytanii, natomiast Hiszpania uplasowała się dopiero na czwartej pozycji, zaraz za carską Rosją. Podobnie przedstawia się ranking opublikowany w serwisie Onet.pl. Z materiału “Oto największe imperia w dziejach ludzkości” dowiadujemy się, że największe było imperium brytyjskie, później mongolskie, później rosyjskie, a później hiszpańskie. Załączam dwa cytaty z tej publikacji: “Największym w historii imperium było kolonialne Imperium brytyjskie. U szczytu swojej potęgi zajmowało 33,7 mln km kw. i miało 458 mln mieszkańców (w 1938 roku), stanowiło to 20 proc. całej ludzkości”, “Drugie co do wielkości było Imperium mongolskie. W XIII w. zajmowało 24 mln km kw. Na terenie Imperium mieszkało 110 mln osób, czyli ponad 25 proc. ówczesnej populacji”. Mongołowie (i Brytyjczycy) mają powód do dumy.


ANEKS

Tataro-Mongołowie
w Europie Środkowo-Wschodniej


O tryumfach Czyngis-chana w Europie Środkowo-Wschodniej można poczytać w artykule “Ruś na kolanach. Mongolski podbój złamał charakter całych pokoleń” Macieja Rosolaka (miejsca publikacji: “Do Rzeczy. Historia“ i portal WP.pl). Autor materiału koncentruje się na sromotnej klęsce Rusinów, a zwłaszcza na przegranej przez nich bitwie nad Kałką: wielkim starciu z Tataro-Mongołami, które okazało się pierwszym krokiem do utraty niepodległości. Sugeruje, że chociaż Rusini popełnili wiele błędów, należy im się pewien szacunek, gdyż “wzięli na siebie te ciosy, które groziły również (…) następnej w kolejce Polsce”. Zdaniem Rosolaka, tragicznej w skutkach bitwie można było zapobiec. Za porażkę należy winić kniaziów, którzy przecenili swoje możliwości, wykazali się krótkowzrocznością i sami sprowokowali wrogów zbrodniczym postępowaniem (zamordowali posłów mongolskich). Choć książęta starali się ze sobą współpracować, nie potrafili być tak zdyscyplinowani jak ich azjatyccy przeciwnicy. Bitwę nad Kałką rozpoczął książę halicki, który działał bez porozumienia z kniaziami stacjonującymi po drugiej stronie rzeki. Nie wszystkim zmobilizowanym wojskom udało się więc dołączyć do walczących. Rusini, mimo przewagi liczebnej, przegrali. Z osiemnastu dowodzących książąt przeżyło tylko ośmiu.

Polacy nie uniknęli jednak potyczek z mongolskim agresorem. Pierwszy atak Tataro-Mongołów na naszą Ojczyznę wydarzył się kilkanaście lat po śmierci Czyngis-chana. Pisze o tym ksiądz Waldemar Kulbat, twórca artykułu “Tatarskie najazdy na Polskę i Europę (cz. 1)” dostępnego w wirtualnym wydaniu tygodnika “Niedziela”. Według Kulbata, wstępem do ataku było wtargnięcie do Polski oddziału zwiadowców. Dzięki niemu udało się Mongołom zdobyć wiele miejscowości, w tym królewski Sandomierz. Główną fazą najazdu było jednak rozdzielenie się wojsk: część wojowników ruszyła w stronę Krakowa, pozostali obrali kierunek na Radom, Kalisz i Opoczno. Choć Tatarzy sprawiali wrażenie, jakby chcieli podbić Polskę, ich celem było coś zupełnie innego. Dotyczy to zresztą nie tylko pierwszego ataku, ale także kolejnych. Jak twierdzi Kulbat, “najazdy te miały na celu jedynie zdobycie łupów i niewolników, nie zaś trwałe opanowanie terytorium”. O co jeszcze mogło w nich chodzić? Martyna Bandurewicz, autorka tekstu “Tatarskie najazdy na Polskę - przebieg i skutki” zamieszczonego w serwisie Edulandia.pl, pisze, że pierwszy atak Tataro-Mongołów na Polskę był tylko elementem kampanii węgierskiej. Agresorzy zdecydowali się zaatakować Polaków zanim ci ruszą na pomoc swoim przyjaciołom Węgrom.

No dobrze, ale… czym właściwie różnią się Tatarzy od Mongołów? Czy są to dwa określenia tej samej grupy etnicznej? I czy Tatarzy, którzy dzisiaj żyją w Europie Środkowo-Wschodniej, mają coś wspólnego z Czyngis-chanem i jego poplecznikami? W rozwiązaniu tej zagadki może nam pomóc artykuł “Pochodzenie Tatarów” opublikowany na stronie Podlaski Szlak Tatarski (SzlakTatarski.pl). Znajdujemy w nim takie zdania: “Słowo Tatarzy znane jest od ponad piętnastu wieków. Początkowo odnosiło się do jednego z plemion mongolskich. W XII-XIII wieku nazywano tak mieszkańców imperium Czyngis-Chana, do którego należały ludy mongolskie i tureckie”. Z przytoczonego fragmentu wynika, że skład etniczny naszych tatarskich najeźdźców był mieszany. Dominowali w tej grupie Mongołowie i Turcy. Ciekawostką jest fakt, że “prawdziwi” Tatarzy (jedno z dawnych plemion mongolskich) mogli być odpowiedzialni za śmierć ojca Czyngis-chana. Jeśli wierzyć Wikipedystom, powołującym się na prace Lwa Gumilowa i Stanisława Kałużyńskiego, owi Tatarzy mieszkali na pograniczu chińsko-mongolsko-mandżurskim. I chyba nie do końca identyfikowali się z Mongolią, bo “w XII wieku prowadzili długotrwałe wojny z Mongołami”. Tak czy owak, współcześni europejscy Tatarzy niekoniecznie muszą mieć mongolskie pochodzenie.

Wiele wskazuje na to, że wśród wojsk tatarskich, które zaatakowały naszą Ojczyznę, byli również Chińczycy. Konrad Godlewski, autor materiału “Tatarzy użyli pod Legnicą gazów bojowych” dostępnego w serwisie Gazeta.pl, pisze, że w jednej z najtragiczniejszych bitew tamtego okresu prawdopodobnie wzięli udział chińscy saperzy. Zastosowali oni futurystyczną, jak na średniowiecze, broń chemiczną. Historycy coraz śmielej sugerują, że zwycięstwa militarne Tataro-Mongołów, odnoszone w różnych warunkach geograficznych, były możliwe właśnie dzięki gazom bojowym. Straszliwej broni, o której nie śniło się nikomu, kto nie miał styczności z chińską nauką (wyprzedzającą inne kultury o jakieś dwa tysiące lat. Według Godlewskiego, Chińczycy posługiwali się bronią chemiczną już w IV wieku p.n.e. Od XI wieku stosowali specjalne bomby: toksyczne mieszanki zamknięte w bambusowych tubach, które detonowali za pomocą prochu. Europejczycy zaczęli używać gazów bojowych dopiero w roku 1917). Skąd się wzięli Chińczycy w armii tataro-mongolskiej? To bardzo proste: Mongołowie, po podbiciu Chin, nie wymordowali tamtejszych uczonych, tylko wykorzystali ich do własnych celów. Chylę czoło przed pomysłowością Chińczyków. Szkoda tylko, że ich wynalazek doprowadził do śmierci wielu moich Rodaków.

Dylematy moralne w "Elfen Lied" (konspekt)

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Film, Inne, Społeczeństwo
Tagi: animacja, anime, dobro, eksperymenty, elfen lied, etyka, eugenika, eutanazja, japonia, kat, kontrowersje, kultura, manga, moralność, ofiara, resentyment, serial, trauma, zło
28. maja 2015 15:20:00

Uwaga! Poniższy konspekt zawiera spoilery! Publikacja stanowi uzupełnienie refleksji, które zawarłam w mojej recenzji “Elfen Lied. Jak ofiary stają się katami?” z sierpnia 2014 r. Konspekt, który przedstawiam Czytelnikom, powstał z myślą o kolorowej prezentacji multimedialnej. Stwierdziłam jednak, że jest na tyle treściwy, iż powinnam go opublikować jako artykuł w nietypowej formie. Dlaczego zdecydowałam się ponownie przeanalizować “Elfen Lied”? Bo ogrom relatywizmu moralnego, zawartego w tej produkcji, nie dawał mi spokoju.

Natalia Julia Nowak

PS. “Elfen Lied” powinno być pozycją obowiązkową dla studentów socjologii, kryminologii, psychologii i pedagogiki. Mało tego… Powinni oni pisać z niego kolokwia!

PS 2. Cytaty z “Elfen Lied”, które przytaczam w niniejszym konspekcie, mogą być niedokładne. Powód tego stanu rzeczy jest prozaiczny: nie znam języka japońskiego. Aby zrozumieć, o czym jest mowa w serialu, musiałam korzystać z polskich i angielskich przekładów dostępnych w Internecie. Wierzę jednak, że sens cytatów został zachowany.


“Urodziłeś się winnym,
choć niewinną masz jeszcze twarz”


Bajm - “Nagie skały”


“Mogła być tylko dzieckiem,
ale krew Dicloniusa jest silna”


Kakuzawa Junior


Tytuł oryginalny: “Erufen Rito”
Tytuł międzynarodowy: “Elfen Lied”
Reżyseria: Mamoru Kanbe
Produkcja: Japonia 2004-2005
Forma: serial animowany (anime)
Liczba odcinków: 13 + 1
Target: seinen (mężczyźni, 18-30 lat)
Na podstawie mangi pod tym samym tytułem
(Lynn Okamoto, Japonia 2002-2005)


“Elfen Lied” - z czym to się je?
Krótki opis serialowej fabuły.


Z tajnego ośrodka badawczego, położonego na niewielkiej wyspie, ucieka nieletnia Lucy, przedstawicielka przeznaczonej do eksterminacji rasy Dicloniusów. Populacja mutantów, do której należy bohaterka, wyróżnia się charakterystycznym wyglądem, posiada też nadnaturalne moce i skłonności sadystyczne. Dicloniusy, uznawane za zagrożenie dla społeczeństwa, najczęściej są zabijane zaraz po urodzeniu. Niektórym z nich pozwala się jednak przeżyć, żeby można było je poddawać brutalnym eksperymentom. Lucy, cierpiąca z powodu osobowości wielorakiej, nieświadomie zmienia tożsamość, przeobrażając się w niedorozwiniętą umysłowo Nyu. Wskutek dziwnego zbiegu okoliczności dziewczyna trafia pod opiekę Kouty i Yuki, nastoletnich absolwentów szkoły średniej. Tymczasem władze instytutu, z którego uciekła bohaterka, wysyłają za nią pościg. Nyu nie zdaje sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa. Ale Lucy jest gotowa zabić lub okaleczyć każdego, kto tylko spróbuje ją powstrzymać.


Problem z Dicloniusami.
Zakała ludzkości czy wybrańcy Boga?


O serialowych mutantach krążą dwa przeciwstawne poglądy. Dicloniusy:
1. Są zakałą ludzkości, istotami złymi z natury. Stanowią ekstremalne zagrożenie dla każdego człowieka. Mordują, katują, okaleczają, roznoszą wirusa, mnożą się w zastraszającym tempie. Wielu zwolenników tego poglądu uważa, że Dicloniusy należy wybić dla dobra Homo sapiens.
2. Są następcami ludzkości, wybrańcami Boga działającymi z jego upoważnienia. Ich agresja skierowana w stronę ludzi bierze się stąd, że przyszłość należy do Dicloniusów, a ludzkość musi odejść w niebyt. Wielu zwolenników tego poglądu uważa, że dla dobra Dicloniusów trzeba przyspieszyć proces wymierania Homo sapiens.


Co było pierwsze: jajko czy kura?
Gdzie jest przyczyna, a gdzie skutek?


1. Czy Dicloniusy są poniżane i dyskryminowane, ponieważ atakują ludzi? A może atakują ludzi, bo są poniżane i dyskryminowane?
2. Czy Dicloniusy są trzymane w ciemnych izolatkach, ponieważ stanowią zagrożenie dla otoczenia? A może stają się groźne dla otoczenia, bo są trzymane w ciemnych izolatkach?


Rozbrajanie bomby czy polowanie na czarownice?
Niegodne życie vs godna śmierć.


1. Czy fakt, że ktoś posiada nieodpowiednie cechy, to wystarczający powód, żeby skazać go na śmierć? Czy wolno kogoś zabić prewencyjnie, kierując się tym, co może, choć nie musi nastąpić w przyszłości? Czy wolno wydać wyrok na niewinną osobę, tylko dlatego, że jest potencjalnie niebezpieczna dla społeczeństwa?
2. Czy z tych samych względów wolno kogoś torturować, poddawać drastycznym eksperymentom itd.? Czy skazanie kogoś na męki to faktycznie słuszne rozwiązanie? A może lepiej pozwolić mu umrzeć? Może, z dwojga złego, lepszy jest zgon? Co jest bardziej humanitarne: znęcanie się nad kimś czy umożliwienie mu odejścia z godnością?
[Uwaga: według informacji, podanej w serialu, badania prowadzone na Dicloniusach muszą być bolesne. Zmutowane jednostki nie mogą używać psychokinezy, kiedy cierpią fizycznie. Bestialskie praktyki mają na celu uczynienie ich bezbronnymi. Gdyby nie tortury, doświadczenia na buntowniczych obiektach nie byłyby możliwe]


Demoniczność Dicloniusów.
Diabelskie nasienie czy konstrukt społeczny?


1. Argumenty za tym, że okrucieństwo Dicloniusów jest kwestią genów:
a) wszystkie znane Dicloniusy, bez wyjątku, są nosicielami sadystycznych i morderczych skłonności. Te skłonności da się stłumić i poddać kontroli, ale nie da się ich w pełni wyeliminować. Odpowiednia socjalizacja może uczynić Dicloniusa osobnikiem cywilizowanym, jednak nigdy nie wyleczy go w stu procentach. Dowód? Nawet tak pacyfistyczna, współczująca, przestrzegająca norm moralnych osoba, jak Nana, nosi w sobie złowrogie instynkty. Ona także odczuwa czasem potrzebę, żeby kogoś skrzywdzić lub zabić*. Oczywiście, Nana nigdy nie ośmieliłaby się tego zrobić (gdyby jakimś cudem to uczyniła, pogrążyłaby się w wyrzutach sumienia). Ale fakt jest faktem: Nana to Diclonius ze wszystkimi tego konsekwencjami.
b) zarówno Dicloniusy, jak i ludzie przeżywają czasem bolesne chwile. Cierpienie jest wpisane w życie każdej jednostki: zmutowanej i niezmutowanej. Trauma i resentyment nie są spotykane wyłącznie u Dicloniusów. Jednak to Dicloniusy - pod wpływem własnej krzywdy - dopuszczają się barbarzyńskich czynów. Ludzie bywają mściwi, ale rzadko zdarza się, żeby dokonywali masowych morderstw w odpowiedzi na mniejsze lub większe upokorzenie. Takie zachowanie jest typowe dla mutantów.
2. Argumenty za tym, że okrucieństwo Dicloniusów jest kwestią doświadczenia:
a) małe Dicloniusy, pod względem psychologicznym, nie różnią się zbytnio od ludzkich dzieci. One też są wrażliwe, kochające, ciekawe świata. Potrzebują ciepła, miłości, akceptacji, bezpieczeństwa. Niestety, te niewinne istoty są przez ludzi poniżane i odrzucane (praktycznie od urodzenia). Na Dicloniusach zamkniętych w ośrodku badawczym prowadzi się brutalne eksperymenty. Dicloniusy żyjące na wolności często słyszą wyzwiska i obelgi. Podlegają dehumanizacji i demonizacji. Dowiadują się, że “nie są ludźmi“, tylko “pomiotami demona“. Czy należy więc się dziwić, że typowy Diclonius, po wielu takich incydentach, faktycznie przestaje “być człowiekiem“, a staje się “pomiotem demona“? Istnieje wszak zjawisko samospełniającej się przepowiedni.
b) Dicloniusy nie zaczynają mordować/katować bez powodu. Nie wkraczają na drogę zbrodni dla zabawy. Aby mutant mógł zostać zabójcą i oprawcą, musi wcześniej przejść przez piekło, które wyzwoli w nim żądzę zemsty. Nawet, jeśli Dicloniusy mają wrodzoną skłonność do mordu i sadyzmu, odkrywają ją w sobie pod wpływem trudnych przeżyć. Czyż z ludźmi nie jest identycznie? Historia zna przypadki zbrodniarzy, którzy popełniali odrażające czyny, bo sami dużo wycierpieli. Resentyment może obudzić ciemną stronę nie tylko Dicloniusa, ale również zwykłego człowieka. Dlaczego koncentrujemy się wyłącznie na mutantach? To niesprawiedliwe.
3. Z podanych wyżej argumentów wynika, że Dicloniusy rodzą się z pewnymi niepokojącymi tendencjami, ale to, w jakim stopniu te tendencje się rozwiną, w dużej mierze zależy od środowiska, okoliczności i doświadczeń. Złowrogich instynktów Dicloniusów nie można całkowicie wyeliminować. Można jednak uczynić je mniej szkodliwymi. Potrzeba tylko ludzi dobrej woli, którzy zawsze będą gotowi okazywać bliźnim życzliwość. Krótko mówiąc, trzeba zmienić świat. Ale czy taki projekt jest wykonalny?
[* Chodzi mi tutaj o popadanie w morderczy (obłąkańczo-opętańczy) nastrój oraz o świadome rozważanie możliwości uśmiercenia kogoś. Takie myśli chodzą Nanie po głowie w odcinku specjalnym wydanym na DVD]


Nic nie zależy od rasy.
Wszystko zależy od osoby.


Twórcy serialu przekonują, że w ostatecznym rachunku obie skonfliktowane grupy są równe.
1. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki niejednoznaczne: pogrążone w resentymencie, popełniające błędy, posiadające liczne wady, próbujące wybrać “mniejsze zło” (Lucy, Mariko, Numer Trzeci, Kurama, Shirakawa).
2. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki podłe do szpiku kości (Bando, ojczym Mayu, Kakuzawa Senior, Kakuzawa Junior).
3. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki bezgrzeszne (Nana, Mayu).


Ludzie decydują o losie mutantów.
Ale kto decyduje o losie ludzi?


Gdy się ogląda “Elfen Lied”, zwraca się uwagę na niechlubną rolę ludzi w całej opowieści. To oni uprzykrzają życie Dicloniusom. To oni spychają odmieńców na margines społeczeństwa. To oni realizują program eugeniki. To oni robią z Dicloniusów króliki doświadczalne. Czasem odnosi się wrażenie, że Lucy miała rację, mówiąc do swoich pierwszych ofiar: “Tymi, którzy nie są ludzcy… Tymi, którzy nie są ludźmi… Jesteście wy!”. Lecz gdy już dochodzi się do wniosku, że to ludzie, a nie mutanty, są prawdziwymi potworami, zostaje odsłonięta ostatnia karta. Okazuje się, że mężczyzna, który odpowiada za działalność ośrodka badawczego - Dyrektor Generalny, Kakuzawa Senior - sam jest Dicloniusem. I nie chodzi mu o powstrzymanie wirusa, tylko o jego rozprzestrzenienie. Odkrycie tej prawdy jest dla widza ciosem w serce. No, bo jaki wniosek można z tego wysnuć? “To Dicloniusy Dicloniusom… i ludziom… zgotowały ten los” (parafraza motta “Medalionów” Zofii Nałkowskiej).


Każdy człowiek i Diclonius jest inny.
Nie ma dwóch takich samych jednostek.


1. W jaki sposób należy się opiekować dzieckiem, u którego wykryto syndrom Dicloniusa? Czy taka osóbka powinna być surowo wychowywana i nieustannie kontrolowana? Czy trzeba ją bacznie obserwować, dotkliwie karać, obarczać licznymi nakazami i zakazami? A może przeciwnie? Może powinno się jej okazywać jeszcze więcej czułości i zrozumienia niż zdrowemu dziecku? Czy to nie jest tak, że małych ludzi obciążonych sadystycznymi i morderczymi skłonnościami należy (jeszcze bardziej niż ich rówieśników) przyzwyczajać do empatii? Czyż to nie takie istotki wymagają specjalnej troski?
2. Rozwiązania, które przynoszą pozytywne rezultaty w przypadku jednej osoby, mogą nie przynieść żadnych efektów w przypadku drugiej. Dowód? Eksperyment psychologiczny* z rodzicielskim traktowaniem torturowanego dziecka. Zastosowano go wobec dwóch Dicloniusów: Nany i Mariko. Jeśli chodzi o Nanę, skutek był zdumiewający. Dziewczyna, choć poddawana drastycznym doświadczeniom, wyrosła na osobę lojalną wobec ludzi, moralną, etyczną, pokojową, zdolną do kontrolowania swoich mrocznych instynktów. Co więcej, pokochała Dyrektora Kuramę, który zastępował jej ojca.
3. Tego spektakularnego sukcesu nie udało się powtórzyć w przypadku Mariko. Biologiczna córka Kuramy, mimo wysiłku naukowców, nie wyrosła na porządną jednostkę, tylko na wyjątkowo brutalną sadystkę i morderczynię. Nigdy nie pokochała młodej laborantki, która wcielała się w rolę jej matki. Przeciwnie, zabiła ją od razu, gdy znalazła ku temu okazję. Wniosek? Ludzie - zmutowani i niezmutowani - są różni. Nie powinno się stosować żadnych uogólnień. Każdego trzeba poznawać i oceniać indywidualnie.
[* Nazwałam to działanie eksperymentem psychologicznym, ale wypada podkreślić, że nie było ono oficjalnym, zaplanowanym, kontrolowanym przedsięwzięciem. Kurama troszczył się o Nanę, gdyż chciał dać upust swojemu ojcowskiemu instynktowi rozbudzonemu po narodzinach Mariko. Inni naukowcy sądzili, że Kurama robi to wyłącznie po to, żeby uchronić Nanę przed utratą rozumu (która w jej przypadku nie byłaby niczym dziwnym. Iluż ludzi postradało zmysły wskutek niekończącej się przemocy fizycznej i psychicznej?). Co się tyczy młodej laborantki, utrzymującej kontakt z Mariko, ona również łączyła aspekt racjonalny z irracjonalnym. Sprawowanie pieczy nad dziewczynką było jej obowiązkiem zawodowym. Nie zmienia to jednak faktu, że rozmowy z Mariko, choć zapośredniczone technologicznie, stały się ważnym elementem jej życia. Relacja między nią a kilkulatką przerodziła się w coś więcej niż relację “strażnik-więzień”, “badacz-obiekt” czy “kat-ofiara”. Prawdę powiedziawszy, zaczęła ona przypominać stosunek “przysposabiający-przysposabiany”. Jak należy to rozumieć? Istnieją osoby, które wykonują niewdzięczną pracę, lecz nie tracą przy tym swojego człowieczeństwa. W głębi serca, współczują ludziom, wobec których muszą być bezwzględne. Gdybyśmy dobrze poszukali, znaleźlibyśmy wielu rozdartych wewnętrznie policjantów, żołnierzy i komorników (a nawet nauczycieli zmuszonych zostawić ucznia na drugi rok w tej samej klasie). Rola społeczna to jedno, autentyczna osobowość to drugie. Może wystąpić między nimi rozbieżność. W świecie przedstawionym w “Elfen Lied“ większość uczonych zdaje sobie sprawę z tego, że zajmuje się rzeczami wątpliwymi moralnie. Spójrzmy na Shirakawę, która często bywa poruszona, choć stara się tego nie okazywać]


Żelazna logika Dyrektora Kuramy.
Gmatwanie życia czy zwykła hipokryzja?


1. Jako młody naukowiec rozpoczął pracę w ośrodku badawczym. Był przerażony i zniesmaczony, kiedy odkrył, że w owym ośrodku prowadzi się eutanazję niemowląt oraz bestialskie eksperymenty na dzieciach i młodzieży.
2. Mimo to, nie zrezygnował z pracy. Naciskał na wiele rodzin, żeby zdecydowały się na eutanazję noworodka. Ponad dziesięcioro dzieci zabił własnoręcznie. Uczestniczył też w krwawych doświadczeniach pseudomedycznych.
3. Twierdził, że lepiej zabić dziecko niż skazać je na nieustanne męki. Przekonywał, że utrzymanie Dicloniusa przy życiu to narażanie zwykłych ludzi na niebezpieczeństwo.
4. Jego własna córka, Mariko, urodziła się z syndromem Dicloniusa. Kurama, wbrew swoim poglądom, nie zabił jej, tylko zamknął ją w instytucie.
5. Dyrektor Generalny, Kakuzawa Senior, uczynił Kuramę Dyrektorem Badawczym. Wiedział, że Kurama, w obawie o życie córki, będzie mu bezwzględnie posłuszny.
6. Kurama, nie mogąc się widywać z Mariko, bardzo cierpiał. Rekompensował sobie tę stratę, okazując miłość innemu Dicloniusowi, Nanie.
7. Traktował Nanę w ojcowski sposób, a jednocześnie kierował makabrycznymi eksperymentami, które na niej wykonywano.
8. Doświadczenia, prowadzone na Nanie, były niezwykle krwawe. Kurama, aplikując nastolatce takie tortury, skazywał ją na męczarnie. Ale gdy Nana została pozbawiona kończyn przez Lucy, Dyrektor Badawczy powiedział, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby “złagodzić ból Nany choćby o jedną tysięczną“.
9. Sprawił, że Nana go pokochała. Sam również się do niej przywiązał. Podarował jej nowoczesne protezy kończyn i pozwolił uciec z instytutu. W ten sposób złamał rozkaz Kakuzawy Seniora i naraził swoją prawdziwą córkę na ryzyko utraty życia.
10. Bezdusznie odtrącił Nanę, gdy już odzyskał kontakt z Mariko.


Jakie życie, taka śmierć?
Czy warto płakać po Kuramie?


1. Dyrektor Kurama to bohater trudny do jednoznacznej oceny. Przez prawie cały serial był on przedstawiany jako czarny charakter. Jawił się jako ktoś, kto zadaje innym cierpienie, posługuje się groźbami i szantażem, manipuluje ludźmi, decyduje o cudzym życiu i śmierci. Jego córka, choć niewątpliwie pokrzywdzona, również została ukazana jako schwarzcharakter, tzn. morderczy, sadystyczny Diclonius mający szansę przewyższyć Lucy. Większość scen, ukazujących Kuramę i Mariko*, zrealizowano w taki sposób, że widz nie solidaryzuje się z tymi postaciami. Nawet, jeśli wie, że ich postępowanie w dużej mierze wynika z warunków zewnętrznych.
2. Mimo to, śmierć Kuramy i Mariko była jednym z najbardziej dramatycznych, wzruszających, chwytających za serce fragmentów “Elfen Lied“. Część widzów z pewnością uroniła wówczas łzę. I żałowała, że te dwie postacie, skądinąd niedoskonałe, odeszły ze świata żywych. Paradoks? A może przypomnienie, że wielu zbrodniarzy, znanych z historii powszechnej, w prywatnym życiu było kochającymi członkami rodzin? Pomyślmy o filmie “Chłopiec w pasiastej piżamie” Marka Hermana. Jeden z bohaterów produkcji, Ralf, jest komendantem obozu koncentracyjnego, a zarazem wspaniałym mężem i ojcem. Czyż z Kuramą (i Mariko, jego córeczką, dziewczynką-zbrodniarką) nie jest podobnie?
3. To, że Dyrektor Badawczy jest postacią niejednoznaczną, zostało zasygnalizowane już w pierwszych minutach serialu. Mowa tutaj o krótkiej scence ukazującej rozmowę Kisaragi z innymi sekretarkami. Wynika z niej, że zdania na temat Kuramy są podzielone. Część obserwatorów postrzega go jako człowieka “przerażającego”. Pozostali jednak uważają, że Dyrektor Badawczy “nie jest taki zły”.
4. Bez względu na to, jak oceniamy Kuramę, z jego biografii wydaje się płynąć jedna uniwersalna refleksja. Są osoby, które skazują bliźnich na tortury i śmierć. Nie mają dla nich litości. Ciekawe, czy byłyby równie bezlitosne, gdyby przyszło im torturować lub zabić kogoś bliskiego. Łatwo jest niszczyć ludzi, z którymi nie jest się emocjonalnie związanym. Trudniej jest niszczyć własnych krewnych. Szkoda tylko, że ci “niszczeni obcy” też mogą być przez kogoś kochani. Zanim wyrządzimy komuś krzywdę, powinniśmy się zastanowić, co byśmy poczuli, gdyby podobne zło wyrządzono naszym bliskim. Czy nadal bylibyśmy tacy cyniczni?
[* Oczywiście, tylko w jednej scenie Kurama i Mariko występują razem]


Choroby, zaburzenia, przypadłości…
Problemy psychiczne bohaterów produkcji.


1. Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (osobowość wieloraka) - przypadek Lucy. Główna bohaterka, która od najmłodszych lat życia doświadczała traumy, posiada alternatywną osobowość. Dwie persony bohaterki, Lucy i Nyu, są kompletnymi przeciwieństwami. Dzieli je wszystko: charakter, temperament, wrażliwość, wyraz twarzy, barwa głosu, stosunek do otoczenia, a przede wszystkim inteligencja i samoświadomość. Lucy wie o istnieniu Nyu*, ale nie ma kontroli nad swoimi zmianami tożsamości. Nie posiada również dostępu do wspomnień swojej współtowarzyszki. Nyu jest zupełnie nieświadoma istnienia Lucy. Jak nietrudno odgadnąć, nie podziela jej wspomnień.
2. Amnezja dysocjacyjna (amnezja psychogenna) - przypadek Kouty. Z pamięci nastolatka zniknęły traumatyczne wspomnienia dotyczące okoliczności śmierci jego najbliższych (ojca i siostry). Razem z tym, co bolesne i wstrząsające, wyparowało wiele innych wspomnień, także pozytywnych. Prawda, choć wyparta ze świadomości Kouty, wciąż jest obecna w jego podświadomości. Stąd niepokojące flashbacki. Młody mężczyzna, pragnąc zapełnić luki w swojej pamięci, wmawia sobie różne rzeczy. I naprawdę w nie wierzy.
3. Zespół stresu pourazowego (PTSD) - przypadek Nany. Sympatyczna przedstawicielka rasy Dicloniusów wykazuje objawy, które potwierdzają, że była ona poddawana brutalnym eksperymentom. Dziewczyna posiada skłonność do popadania w panikę, zwłaszcza na widok elementów, które kojarzą jej się z przebytymi torturami. Reakcje Nany bywają nieadekwatne do okoliczności. Zwykła błahostka, na którą większość ludzi nie zwróciłaby uwagi, może doprowadzić nastolatkę do histerii. Napady lęku, które przeżywa dziewczyna, często idą w parze z uruchomieniem mechanizmu obronnego polegającego na wykrzykiwaniu frazesów typu “To wcale nie boli!”. Nana cierpi z powodu koszmarów sennych. Typowe dla tej postaci jest również serwilistyczne kajanie się za każdy błąd (przepraszanie, samooskarżanie, podkreślanie chęci poprawy).
4. Osobowość dyssocjalna (psychopatia) - przypadek Mariko. Biologiczna córka Kuramy sprawia wrażenie jednostki narcystycznej, egocentrycznej, gwałtownej, niecierpliwej, pozbawionej empatii, traktującej bliźnich przedmiotowo, a nawet niepostrzegającej ludzi jako ludzi. Dowodem na to może być scena, w której Mariko, poddawana rekonwalescencji, morduje przypadkowego człowieka, żeby sprawdzić, czy już odzyskała swoje moce. Po tej zbrodni dziewczynka radośnie oświadcza, że najwyraźniej wróciła do pełni zdrowia.
[* Na jakiej podstawie formułuję taki wniosek? Otóż w piątym odcinku Lucy mówi do Kakuzawy Juniora: “Moja druga połowa jest uśpiona”]


W każdej bajce jest ziarnko prawdy.
A tutaj znajdziemy ich całą garść.


Dlaczego warto obejrzeć serial animowany “Elfen Lied”? Choćby dlatego, że nie jest on tak do końca oderwany od rzeczywistości. Niektóre z zawartych w nim motywów są analogiczne do problemów, z jakimi musiała borykać się ludzkość w XX wieku. Ludobójstwo, eugenika, nieetyczne projekty naukowe… To wcale nie są wymysły twórców anime i mangi. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że “Elfen Lied” to niejawna próba poradzenia sobie Japończyków z własną historią. W latach ‘30 i ‘40 Kraj Kwitnącej Wiśni faktycznie utrzymywał ośrodki badawcze, w których prowadzono okrutne eksperymenty na żywych ludziach. Instytucją, która okryła się szczególną niesławą, była Jednostka 731 założona na terenie podbitej Mandżurii. Władze Japonii do dziś nie przyznały się do jej funkcjonowania. Ale temat Jednostki 731 jest powszechnie znany na Dalekim Wschodzie. Nawet, jeśli Japończycy nie dowierzają w tę historię, zagadnienie podejrzanych doświadczeń pseudomedycznych jest stale obecne w ich (pod)świadomości. Dowodem na to mogą być produkcje typu “Elfen Lied” czy “Akira”. Współcześnie eksperymenty na ludziach - w tym na dzieciach i młodzieży - są prowadzone w Korei Północnej, totalitarnym państwie leżącym w japońskim kręgu kulturowym. Według doniesień medialnych, rodzice kalekich i upośledzonych dzieci są tam nakłaniani do oddawania swoich pociech do ośrodków badawczych. Dla tych niepełnosprawnych maluchów instytuty stają się domami, a niebezpieczne eksperymenty - ponurą codziennością. Czyż nie przypomina to scenariusza “Elfen Lied”? Wątki, które wydają nam się fikcją, bywają czasem bardziej realne niż sądzimy.


“I nie pier… mi jeden z drugim,
że to farsa, że to temat wyssany z palca.
Płacę respektem
niewinnym dzieciakom gorszego boga.
Pani redaktor!”


Karramba - “Dzieci gorszego boga”


Konspekt przygotowała
Natalia Julia Nowak



PS. Przesłanie płynące z serialu “Elfen Lied“
można sformułować w następujący sposób:

“Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
że według Bożego rozkazu,
nie może być katem, oprawcą,
kto nie był ofiarą ni razu.
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
że odkąd ten świat jest tym światem,
kto nie był ni razu ofiarą,
ten nigdy nie stanie się katem”


(parafraza słów Adama Mickiewicza)


PS 2.
Kilka przydatnych filmików.

Mariko - ofiara czy kat? A może jedno i drugie?
(“Mariko’s first scenes”)
YouTube, watch?v=-MWAOGPgGYo

Ostatnie minuty Kuramy i Mariko. Wyciskacz łez.
(“The End of Kurama and #35; Mariko. /#\Spoiler Warning /#\“)
YouTube, watch?v=d5bNh97MG80

“Tymi, którzy nie są ludźmi, jesteście wy!”
(“Elfen Lied Dog Scene - English Sub”)
YouTube, watch?v=euUUxg0XnDM

Rzeź, masakra… Ucieczka Lucy z ośrodka badawczego.
(“Elfen Lied - Lucy kicking ass”)
YouTube, watch?v=HFvhKxWumcc

Lucy mocno masakruje Nanę. Elementy gore od 1:40.
(“Elfen Lied - Lucy vs. Nana”)
YouTube, watch?v=E5pgqAMBCR4

Retrospekcja. Jak Lucy trafiła do instytutu?
(“The REAL saddest Elfen Lied scene!”)
YouTube, watch?v=IblduScZtFk

“Requiem for Kurama” - fanowski teledysk.
(“Requiem for Kurama”)
YouTube, watch?v=bHe8Ba092WM

“Mejores Muertes” - fanowski teledysk.
(“Elfen Lied Mejores Muertes [Evanescence - Bring Me To Life]”)
YouTube, watch?v=KprPZT-GjvY

“Elfen Lied” - oficjalny trailer.
(“Elfen Lied - Trailer HD 1080p”)
YouTube, watch?v=2ceKarhU1P4

“Elfen Lied” - przegląd spotów reklamowych.
(“Elfen Lied DVD Trailer HD”)
YouTube, watch?v=IItTqRrRkqI

NSZ. Jak narodowcy zostali Żołnierzami Wyklętymi?

Autor: njnowak | Kategorie: Historia, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: antysemityzm, endecja, historia, nacjonalizm, nacjonaliści, narodowcy, narodowe siły zbrojne, narodowy radykalizm, niepodległość, nsz, patriotyzm, polska, prl, suwerenność, ub, urząd bezpieczeństwa, żołnierze niezłomni, żołnierze wyklęci, żydzi
06. maja 2015 12:02:00

“Hardy ich kark, tchórzliwy świat
zamknąć chce w zwojach niepamięci.
Choć tyle już minęło lat,
nadal żołnierze to wyklęci.

Nie zamknie ust cmentarny dół,
niepamięć ran też nie zabliźni,
bo dzięki nim jeszcze się tlą
resztki honoru mej Ojczyzny”


Tadeusz Sikora - “Żołnierzom NSZ”
(fragment tekstu piosenki)



Zaczynając od początku


Przedwojenny obóz narodowy był zjawiskiem szerokim i wewnętrznie zróżnicowanym. Świadczy o tym mnogość i różnorodność działających wówczas ugrupowań nacjonalistycznych. Robert Larkowski, autor artykułu “Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej”[1], podjął próbę opisania tego zagadnienia przez pryzmat dziejów i postulatów kilku najważniejszych stowarzyszeń. Według tego autora, pierwszym ugrupowaniem nacjonalistycznym, jakie pojawiło się w II Rzeczypospolitej, był Związek Ludowo-Narodowy. Organizacja, opozycyjna względem Józefa Piłsudskiego, osiągnęła duży sukces w pierwszych wyborach parlamentarnych, uzyskując 1/3 mandatów w Sejmie. ZLN był partią umiarkowaną, uznającą zasady demokracji liberalnej, ale domagającą się ograniczenia praw mniejszości narodowych i działaczy lewicowych. W 1922 r. powstała Młodzież Wszechpolska, stowarzyszenie bardziej radykalne, krytykujące “marazm i zbytnie skostnienie struktur Związku Ludowo-Narodowego”[2]. Cztery lata później narodził się Obóz Wielkiej Polski, który w szczytowym momencie swojego rozwoju liczył od 250 do 300 tysięcy członków. Ugrupowanie miało charakter katolicki, konserwatywny, wolnorynkowy i antykomunistyczny. Jego działacze nosili berety, granatowe spodnie oraz piaskowe koszule.


Dwa ONR-y

Robert Larkowski dużo uwagi poświęca Obozowi Narodowo-Radykalnemu, a właściwie dwóm ONR-om, których drogi ostatecznie rozeszły się w roku 1935. Jakie były przyczyny rozłamu? Pierwsza: nieporozumienia dotyczące tego, w jakim kierunku powinno podążać stowarzyszenie po formalnej delegalizacji i czasowym pobycie liderów w Berezie Kartuskiej. Druga: konflikty między ONR-owcami wynikające z ogromnej różnicy zdań. Umiarkowani członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (tacy jak Henryk Rossman, Jan Mosdorf, Tadeusz Gluziński, Tadeusz Todtleben czy Edward Kemnitz - proszę zwrócić uwagę na niepolskie brzmienie niektórych nazwisk) utworzyli pozytywistyczny ONR-ABC. Ugrupowanie było nastawione na pracę organiczną i działalność propagandową. Oprócz nacjonalizmu głosiło konieczność modernizacji kraju, ale bez przesadnej urbanizacji. W kwestiach ekonomicznych opowiadało się za łagodnym interwencjonizmem państwowym. Skrajni członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (m.in. Bolesław Piasecki, Witold Staniszkis, Stanisław Cimoszyński, bracia Reuttowie) powołali do życia ONR-Falangę[3]. Usprawiedliwiali przemoc, rewolucję, totalitaryzm i unifikację kultury. Żądali wywłaszczeń, parcelacji latyfundiów i likwidacji bezrobocia. Gospodarka miała być centralnie planowana[4].


Narodowe Siły Zbrojne

W czasie II wojny światowej działało na ziemiach polskich wiele organizacji wojskowych wywodzących się z największych przedwojennych obozów politycznych. Armia Krajowa była dzieckiem sanacji. Bataliony Chłopskie zostały założone przez ludowców, a Armia Ludowa - przez komunistów. Narodowcy również mieli swoją reprezentację wojskową. Zbyszek Koryewo, twórca tekstu “Wyklęci Żołnierze”[5], pisze, że pierwszą nacjonalistyczną formacją militarną, powołaną do obrony okupowanego kraju, był Związek Jaszczurczy. Organizacja przez pewien czas szukała porozumienia z AK. Do współpracy jednak nie doszło ze względu na zbyt dużą różnicę poglądów. Członkowie ZJ byli zdroworozsądkowcami. Nie podobały im się “silne naciski aliantów, zmierzających do jak największej aktywności bojowej podziemnych armii w Polsce, bez względu na cenę krwi oraz sens polityczny takich zmagań”[6]. Kilka lat później Związek Jaszczurczy przekształcił się w Narodowe Siły Zbrojne. Żołnierze NSZ nie zgadzali się na jakąkolwiek współpracę z ZSRR, ponieważ uważali, że jest on wrogiem Polski, groźniejszym nawet od Niemiec. Narodowym Siłom Zbrojnym udało się dokonać wielu bohaterskich czynów. Przykładowo, Brygada Świętokrzyska NSZ wyzwoliła żeński obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie[7].


NSZ - NOW - NZW

Ważną datą w historii Narodowych Sił Zbrojnych był rok 1944, kiedy to doszło do istotnych zmian organizacyjnych w obrębie ich struktury. Omówieniem tego tematu zajął się Rafał Drabik w publikacji “Obóz narodowy po 1944 roku”[8]. Według autora, w analizowanym okresie część NSZ połączyła się z Armią Krajową. Pozostała część, wywodząca się ze Związku Jaszczurczego, zachowała jednak niezależność. To właśnie ona, znana jako NSZ-ZJ, powołała do życia wspomnianą wcześniej Brygadę Świętokrzyską (partyzantkę o charakterze antyniemieckim, antysowieckim i antykomunistycznym). Kolejne zmiany organizacyjne w Narodowych Siłach Zbrojnych nastąpiły po upadku powstania warszawskiego. W listopadzie 1944 r. większość oddziałów nacjonalistycznych została podporządkowana nowopowstałemu Narodowemu Zjednoczeniu Wojskowemu. Formacja, o której mowa, składała się nie tylko z NSZ-owców, ale również z żołnierzy Narodowej Organizacji Wojskowej i członków konspiracyjnych ugrupowań poakowskich (np. WiN-u). Nic więc dziwnego, że “w różnych częściach kraju funkcjonowały odmienne nazwy, stąd w jednym Okręgu będzie to NZW, w drugim NOW, a w trzecim NSZ”[9]. Partyzantka narodowa działała jeszcze kilkanaście lat po zakończeniu wojny. Ostatniego “leśnego” aresztowano w Sylwestra 1961 r[10].


Historia “Bartka”

Jednym z najsłynniejszych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych był Henryk Flame “Bartek”. Burzliwe życie tego patrioty opisał Tomasz Greniuch w artykule zatytułowanym nazwiskiem i pseudonimem bohatera[11]. Flame urodził się w roku 1918. Jako osiemnastolatek wstąpił do Podoficerskiej Szkoły Lotniczej w Grudziądzu. Po jej ukończeniu został przydzielony do 123 eskadry 2 Pułku Lotniczego w Rakowicach. Podczas kampanii wrześniowej walczył jako pilot w obronie Warszawy. Gdy Polska została zaatakowana przez Związek Sowiecki, 123 eskadra otrzymała rozkaz wycofania się w stronę Rumunii. Niestety, samolot Flamego był już wówczas uszkodzony, a Armia Czerwona odcięła żołnierzowi drogę w wyznaczonym kierunku. Flame przedostał się na terytorium Węgier. Tam trafił do obozu dla internowanych, jednak zdołał z niego uciec. Zadenuncjowany, wpadł ponownie w ręce Niemców i został umieszczony w obozie jenieckim na ziemiach austriackich. Odzyskawszy wolność, wrócił do Polski i związał się z ruchem oporu (AK). Na przełomie lat 1943/1944 został dowódcą partyzanckim. W październiku 1944 r. przyłączył swój oddział do NSZ. Po wojnie nie złożył broni, decydując się na walkę z komunistami. Zginął w 1947 r., skrytobójczo zamordowany przez milicjanta. Niepotrzebnie skorzystał z oszukańczej “amnestii”.


Historia dwóch prawników

Do znanych przedstawicieli Narodowych Sił Zbrojnych należeli także Lech Neyman i Stanisław Kasznica. Ich życiorysy przedstawił Rafał Sierchuła w tekście “Poznańscy prawnicy”[12]. Obaj żyli w tych samych latach (1908-1948) i ukończyli studia prawnicze na tym samym uniwersytecie. Wspólnie działali w różnych organizacjach, m.in. Młodzieży Wszechpolskiej. Kiedy wybuchła wojna, zostali zmobilizowani do obrony Ojczyzny. Neyman poniósł ciężkie rany. Do końca życia zmagał się z kalectwem: niedowładem stopy i niedosłuchem ucha. Kasznica miał więcej szczęścia. Zachował dobre zdrowie i doczekał się Krzyża Srebrnego Orderu Virtuti Militari 5 Klasy. Każdy z interesujących nas prawników udzielał się w Organizacji Polskiej, Związku Jaszczurczym i Służbie Cywilnej Narodu. Stanisław Kasznica współpracował ponadto z konspiracyjnym ugrupowaniem “Nie” prowadzonym przez gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”[13]. Neyman i Kasznica mieli poglądy zdecydowanie antyniemieckie. Ten pierwszy krzewił nawet ideę przywrócenia Polsce Ziem Zachodnich. Obaj byli też antykomunistami. I właśnie za tę działalność zostali aresztowani przez MBP, poddani torturom, skazani na śmierć oraz straceni w więzieniu mokotowskim. Dwóch prawników pochowano w jednej jamie grobowej. Ich szczątki odnaleziono w 2012 r.


Kampania nienawiści

Powojenne losy żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych toczyły się podobnie jak losy żołnierzy Armii Krajowej. NSZ-owcy, tak jak ich rodacy z AK, doświadczali okrutnych prześladowań. Byli również fałszywie oskarżani o różne niegodziwości, w tym o kolaborację z hitlerowcami i współudział w Holocauście. Sęk w tym, że o ile AK-owcy zostali ostatecznie zrehabilitowani, o tyle Narodowe Siły Zbrojne wciąż czekają na sprawiedliwość. Problemami związanymi z wizerunkiem NSZ zajął się Marek Jan Chodakiewicz w artykule “Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych” (tekst został napisany w roku 1997. Ja jednak skorzystałam z jego przedruku opublikowanego trzynaście lat później. Fakt, że do takiego przedruku doszło, świadczy o tym, iż materiał nadal jest aktualny)[14]. Zdaniem autora, od czasów PRL nagminnie ukazują się publikacje, które sugerują, że żołnierze NSZ mordowali Żydów ocalałych z zagłady. Przed 1989 r. tego typu treści pojawiały się nie tylko w periodykach wydawanych przez władze komunistyczne, ale również w książkach i czasopismach podziemnych oraz emigracyjnych. Widać jednak pewien postęp. Część autorów oczerniających NSZ odwołała już swoje tezy. Przykład? Prof. Krystyna Kersten, która w 1993 r. zaprzeczyła swoim słowom sprzed ośmiu lat. Powołała się na brak dowodów.


Sprawiedliwi “antysemici”

Chodakiewicz potwierdza, że wśród osób, do których strzelali Żołnierze Wyklęci, trafiały się jednostki żydowskiego pochodzenia[15]. Były one jednak karane za współpracę z okupantami, a nie za narodowość (“Podziemie niepodległościowe likwidowało bowiem ludzi uznanych za bandytów, szpiegów czy ‘rewolucjonistów’ nie oglądając się na pochodzenie etniczne skazanych”[16]). Twórca tekstu wspomina o przypadkach pomagania Żydom przez Narodowe Siły Zbrojne. Weźmy na przykład Feliksa Pisarewskiego-Parry, który “został odbity przez NSZ z transportu na Pawiak. Później służył jako oficer w jednej z komend NSZ”[17]. Innym przykładem może być Eljahu (Aleksander) Szandcer. Był to “uciekinier z getta, którego przygarnęli partyzanci NSZ”[18]. Chodakiewicz wymienia nazwiska powstańców warszawskich, którzy mieli żydowskie korzenie, a jednak walczyli w szeregach interesującej nas formacji (Żmidygier-Konopka, Natanson). Przypomina też, że prof. Wiesław Chrzanowski powiedział w jednym z wywiadów, iż znał NSZ-owca, który dał schronienie żydowskiej rodzinie. Sami Żydzi potrafili docenić heroizm członków NSZ. Julian Tuwim napisał kiedyś poruszający list do Józefa (Jacka) Różańskiego. “Poeta prosił o darowanie życia jednemu z żołnierzy NSZ, który bezinteresownie pomagał w czasie wojny jego matce“[19].


Cena odwagi

Marek Jan Chodakiewicz poświęca dużo uwagi martyrologii polskich narodowców. I to martyrologii, którą komuniści za wszelką cenę próbowali zatuszować. Cenzura PRL nie zdołała jednak wymazać prawdy z ludzkiej pamięci. Według Chodakiewicza, wielu autorom udało się opisać bohaterstwo i męczeństwo nacjonalistów, ale “bez wspominania [ich - przyp. NJN] przynależności organizacyjnej”[20]. W 1964 r. ukazał się “Pamiętnik lekarzy”, w którym dr Władysław Fejkiel przywołał historię dra Jana Mosdorfa, więźnia KL Auschwitz, straconego przez SS-manów za pomaganie Żydom i udział w lagrowej konspiracji. Publikacja nie zawierała wzmianki o fakcie, że był to ten sam Jan Mosdorf, który przed wojną współdecydował o losach ONR-ABC. Innym ONR-owcem, którego historię opisano, ale bez napomknięcia o nacjonalistycznej przeszłości, był mec. Tadeusz Fabiani. Leon Wanat, twórca książki “Za murami Pawiaka”, napisał o nim tylko tyle, że był działaczem młodzieżowym rozstrzelanym w Palmirach w czerwcu 1940 r. Chodakiewicz informuje, że “narodowcy ponieśli z rąk niemieckiego okupanta procentowo największe straty ze wszystkich polskich stronnictw”[21]. Należy tutaj dodać, że liczebność Narodowych Sił Zbrojnych była 15-krotnie większa niż liczebność Armii Ludowej. Ofiara krwi robi więc wrażenie.


Endecja a Żydzi

O Narodowych Siłach Zbrojnych napisano wiele krytycznych słów. Pewnie dlatego, że formacja ta wywodziła się z przedwojennego obozu narodowego. Faktem jest, że ówcześni narodowcy nie pałali do Żydów miłością. Publicyści endeccy często ukazywali tę mniejszość jako zagrożenie. Ale czy faktycznie chodziło im o Żydów jako Żydów? Czy kierowali się wrogością do konkretnego narodu, czy raczej przeświadczeniem, że w Polsce to Polacy powinni mieć monopol na władzę polityczną i ekonomiczną? Czy endecy zachowywaliby się inaczej, gdyby wpływową mniejszością w Polsce byli Arabowie, Latynosi lub Wietnamczycy? Zapewne nie. Pisaliby wówczas nieprzychylne artykuły o Arabach, Latynosach bądź Wietnamczykach. Żydami mogliby się nawet nie interesować, wszak nie byli programowymi antysemitami. Możliwe, że w przypadku niektórych endeków nacjonalistyczne poglądy szły w parze z autentyczną niechęcią do narodu żydowskiego. Ale czy to, że się kogoś nie lubi, automatycznie oznacza, iż życzy mu się śmierci? Oczywiście, że nie. Potwierdzają to historie narodowców, którzy uchodzili za antysemitów, a jednak pomagali Żydom, gdy znaleźli się oni w śmiertelnym niebezpieczeństwie (rozprawiałam o tym w poprzednich akapitach). Są takie sytuacje, kiedy naprawdę nie ma czasu na uprzedzenia[22].


Antysemityzm w II RP

Nie próbuję nikogo przekonać, że w II Rzeczypospolitej relacje polsko-żydowskie zawsze układały się wzorowo. Nie zaprzeczam, że istniały wówczas pewne formy dyskryminacji mniejszości żydowskiej (getta ławkowe, numerus clausus, numerus nullus). Nie spieram się z faktem, że w okresie międzywojennym zdarzały się różnorakie wystąpienia antyżydowskie. Jestem również skłonna uwierzyć w tezę, że prości ludzie dokuczali czasem Żydom jako odmieńcom (społeczności ludzkie, zwłaszcza tradycyjne i homogeniczne, bywają nietolerancyjne wobec osób, które w jakiś sposób się wyróżniają. Ofiarami szykan wcale nie muszą być przedstawiciele mniejszości narodowych lub religijnych). Nigdy jednak nie uwierzę w to, że przedwojenna Polska była krajem, w którym Żydów represjonowano, pozbawiano elementarnych praw, spychano na margines, traktowano w poniżający sposób i wykluczano z ludzkiej wspólnoty. Jeśli ktoś tak twierdzi, to jest perfidnym oszczercą albo ignorantem, któremu II Rzeczpospolita pomyliła się z III Rzeszą. Gdyby Polacy powszechnie nienawidzili Żydów, Skamandryci nigdy nie zrobiliby kariery. Tymczasem stali się oni szalenie popularną grupą poetycką. Wielu Żydów było lekarzami i prawnikami. A Polacy korzystali z ich usług i żadnego Holocaustu nie planowali. Powinno to być dla wszystkich jasne.


Krecia robota

Jak już wspomniałam, żołnierze NSZ i AK stali się po wojnie ofiarami haniebnej kampanii zniesławień. W filmie “Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego[23] znajdziemy scenę, w której ubecy torturują pewnego człowieka, żeby zmusić go do opowiadania kłamstw podczas rozprawy sądowej przeciwko Augustowi Emilowi Fieldorfowi. Niestety, widmo tamtej epoki wydaje się ciągle powracać. Polscy bohaterowie narodowi nadal bywają oczerniani. Sęk w tym, że teraz oszczerstwa obiegają świat, choćby za sprawą niemieckiego serialu “Nasze matki, nasi ojcowie”. Na Zachodzie często używa się krzywdzących określeń typu “polskie obozy zagłady” czy “nazistowska Polska”. Aby poznać skalę tego problemu, wystarczy zajrzeć do polskojęzycznej Wikipedii[24]. Krecią robotę wykonują również niektórzy polscy artyści i intelektualiści (np. twórcy filmów “Ida”, “Pokłosie” i “W ciemności“. A także dr Alina Cała, która kilka lat temu stwierdziła, że “Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów“[25]). Wrabianie Polaków w Holocaust zaczęło się w okresie stalinizmu. Zmarły niedawno Władysław Bartoszewski uważał, że pogrom kielecki z 1946 r. był zbrodnią UB popełnioną na potrzeby zachodniej opinii publicznej[26]. Chodziło w nim o przekonanie cudzoziemców, że Polacy to dzicz niezasługująca na wolność.


Czas na egzorcyzmy!

Co tu dużo mówić. Musimy - bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - bronić honoru tych, którzy walczyli, cierpieli i umierali za naszą Ojczyznę. Jesteśmy im to winni. Musimy też zabiegać o własne dobre imię, bo przecież większość z nas nie identyfikuje się z poglądami i barbarzyństwami Adolfa Hitlera. A właśnie taką łatkę próbują nam przypiąć niektóre osoby publiczne. Duchy ubeków wychodzą dzisiaj z grobów i uprawiają szatańskie harce. Poczytajmy, co o AK-owcach wypisują zagraniczni autorzy, a poczujemy obecność Józefa “Akowera“ Czaplickiego[27]. Obejrzyjmy fragment oscarowej “Idy”, a zobaczymy twarz Heleny Wolińskiej[28]. Możemy jednak te demony wypędzić. Wystarczy, że opowiemy światu, jak naprawdę wyglądała nasza przeszłość. A kysz, mary nieczyste! A kysz! Tu jest Polska, a nie Matrix - pora zniszczyć symulakry!


Natalia Julia Nowak,
12.04. - 06.05. 2015 r.



PS 1. Wracając jeszcze do Narodowych Sił Zbrojnych… O formacji wojskowej, będącej tematem niniejszego artykułu, pisze się, że traktowała Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich jako głównego wroga Polski. Niewykluczone, że tak było w istocie. Przyjrzyjmy się jednak deklaracji ideowej NSZ z lutego 1943 r. Można ją znaleźć na oficjalnej stronie Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ.com.pl). Oto dwa zdania z tego dokumentu: “NSZ - zbrojne ramię Narodu Polskiego, realizując wolę jego olbrzymiej większości, stawiają za swój pierwszy cel, zdobycie granic zachodnich na Odrze i Nissie Łużyckiej, jako naszych granic historycznych, jedynie i trwale zabezpieczających byt i rozwój Polski. Do tego celu NSZ dążyć będą bezpośrednio i natychmiast po złamaniu się Niemiec i po wypędzeniu okupantów z Kraju”. Zacytowane słowa sugerują, że Narodowe Siły Zbrojne były przede wszystkim organizacją antyniemiecką. W deklaracji nie ma wzmianek o walce ze Związkiem Sowieckim. Są jednak napomknięcia o zwalczaniu komunizmu, anarchii i terroru politycznego.

PS 2. Wszystkim, którzy lubią tzw. piosenki zaangażowane, polecam dwie płyty poświęcone Narodowym Siłom Zbrojnym. Pierwsza z nich to krążek “Biało-czerwona krew. W hołdzie Narodowym Siłom Zbrojnym” grupy Leszek Bubel Band (2008). Druga to składanka “Twardzi jak stal. Muzyczny hołd dla Narodowych Sił Zbrojnych” (2009). Odnośniki do innych utworów dotyczących NSZ można znaleźć w elektronicznej publikacji “Piosenki o Narodowych Siłach Zbrojnych”. Zamieścił ją Darek Matecki w serwisie Prawicowy Internet (PrawicowyInternet.pl). Jeśli chodzi o płyty “Biało-czerwona krew” i “Twardzi jak stal”, słuchałam ich jeszcze w liceum (obecnie jestem na piątym roku studiów. “Piątym” - tzn. drugim drugiego stopnia). Było to bardzo hipsterskie z mojej strony. Interesowałam się Żołnierzami Wyklętymi zanim stało się to modne!

PS 3. Miłośników krótkich form audiowizualnych namawiam do obejrzenia filmiku “NSZ 1942-2012” dostępnego w serwisie YouTube na profilu “nszcompl”. Jest to materiał historyczno-propagandowy nakręcony z inicjatywy Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Dziełko trwa 5 minut i 44 sekundy. Warto zwrócić uwagę na jego formę. Twórcom filmiku udało się, mimo ograniczonego budżetu, zastosować chwyty realizacyjne rodem z hollywoodzkiej superprodukcji. Charakterystyczne ujęcia, jazdy kamerowe, przejmująca muzyka, atmosfera doniosłości i dramatyzmu… Nie zaszkodzi zobaczyć. Ja zobaczyłam i nie żałuję.

PS 4. Załóżmy na chwilę, że hipoteza, zgodnie z którą niektórzy NSZ-owcy mordowali Żydów, jest prawdziwa (wszędzie przecież mogły się trafić “czarne owce”). Czy poziom moralny garstki odszczepieńców przesądzałby o poziomie moralnym całej formacji wojskowej? Nie, gdyż byłoby to nielogiczne. Równie dobrze można by powiedzieć: “Jan jest rudy. Jan jest Polakiem. Zatem wszyscy Polacy są rudzi” (“Jan jest NSZ-owcem. Jan jest mordercą Żydów. Zatem wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów“). Żeby obalić takie twierdzenie, wystarczyłoby znaleźć jednego Polaka, który nie jest rudy (albo jednego NSZ-owca, który nie jest mordercą Żydów). Przyjrzyjmy się zdaniu: “Jeżeli Jan jest Polakiem i jest rudy, to wszyscy Polacy są rudzi” (“Jeżeli Jan jest NSZ-owcem i jest mordercą Żydów, to wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów“). Skoro z prawdy wynika fałsz, to całe zdanie jest fałszywe. Według informacji, podanej w materiale “NSZ 1942-2012”, liczba żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych wynosiła 90.000. Płyną z tego dwa ważne wnioski. Pierwszy: nie jest możliwe, że wszyscy NSZ-owcy mordowali Żydów. Mógł to robić co najwyżej niewielki odsetek nacjonalistów (o ile w ogóle to robił, w co wątpię). Drugi: garstka odszczepieńców to nic w porównaniu z wielotysięczną armią sprawiedliwych patriotów. Jeden złoczyńca nie może się równać z setką bohaterów.


PRZYPISY

[1] R. Larkowski, “Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej”, “Ściśle tajne” 2004, nr 3, s. 47-65.

[2] Tamże, s. 49.

[3] Obóz Narodowo-Radykalny “Falanga” był również znany pod nazwą Ruch Narodowo-Radykalny (RNR).

[4] Ośmielam się mniemać, że program gospodarczy ONR-Falangi był dość “komunizujący”. Może to właśnie dlatego Bolesław Piasecki, wódz Falangistów, umiał się później odnaleźć w powojennej rzeczywistości? To przecież on założył słynne Stowarzyszenie PAX (katolickie, ale lojalne względem stalinowców). Jednak… czy Piasecki kiedykolwiek zapomniał o swojej nacjonalistycznej i antysemickiej przeszłości? Człowiek, o którym rozmawiamy, pomógł wielu narodowcom wydostać się z ubeckich kazamatów. W 1968 r. wziął udział w antyżydowskiej akcji kierowanej przez Mieczysława Moczara. Nie zawsze był jednak wynagradzany przez system. Czasem doświadczał z jego strony okrucieństw (w 1957 r. komuniści zabili mu syna). Więcej ciekawostek o Piaseckim i innych sławnych nacjonalistach zawiera artykuł Roberta Larkowskiego [R. Larkowski, “Dziesięciu wybranych narodowców”, “Ściśle tajne” 2004, nr 3, s. 66-88]. Pozwolę sobie zauważyć, że Bolesław Piasecki nie był pierwszym ani ostatnim narodowcem flirtującym z komunizmem. Podobnym życiorysem legitymował się Ho Chi Minh, wietnamski nacjonalista, który ostatecznie został przywódcą komunistycznym. Pytanie: czy Ho Chi Minh kiedykolwiek przestał być wietnamskim nacjonalistą? Nawet w filmie “Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli słyszymy opinię, zgodnie z którą poplecznicy Ho Chi Minha żądają własnej, oryginalnej, narodowej wersji komunizmu. Co więcej, domagają się oni niezależności, zarówno od Stanów Zjednoczonych, jak i od Związku Radzieckiego. Spójrzmy na Vietcong, czerwoną partyzantkę, postrach amerykańskich komandosów (kinomani pamiętają, jak Vietcong zalazł za skórę Johnowi Rambo i Jamesowi Braddockowi!). Tak się składa, że Vietcong wyewoluował z patriotycznego, niepodległościowego, antykolonialnego Vietminhu. Skąd pozyskać dodatkowe informacje na temat wietnamskich nacjonalistów-komunistów? Polecam książkę “Korea i Wietnam 1950-1974” wydaną w ramach cyklu wydawniczego “Wojny, które zmieniły świat. Wielka kolekcja” (2009). Inne źródło, które pragnę zarekomendować, to publikacja “Wietnam 1962-1975” Artura Dmochowskiego (Dom Wydawniczy “Bellona”, Warszawa 2003). Jeśli chodzi o relacje nacjonalistyczno-komunistyczne, interesujący jest również casus XX-wiecznych Chin. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że Chińska Partia Narodowa i Komunistyczna Partia Chin były kiedyś sojuszniczkami. Niestety, w ich przypadku “przyjaźń” skończyła się wojną domową. Zaintrygowanych odsyłam do mojego artykułu “Maoizm w kinie chińskim. Dwa przykłady” (można go znaleźć w Internecie).

[5] Z. Koryewo, “Wyklęci Żołnierze”, “Ściśle tajne” 2004, nr 3, s. 93-98.

[6] Tamże, s. 94.

[7] Wśród ocalonych więźniarek było ponad dwieście Żydówek.

[8] R. Drabik, “Obóz narodowy po 1944 roku”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 25-26.

[9] Tamże, s. 25.

[10] Chodzi tutaj o Andrzeja Kiszkę “Dęba”. Nie zaszkodzi jednak przypomnieć, że ostatnim ze wszystkich Żołnierzy Wyklętych był Józef Franczak “Lalek” zastrzelony w roku 1963 (zob. J. Szarek, “Ostatni z niezłomnych”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 109-110).

[11] T. Greniuch, “Henryk Flame ‘Bartek’”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 60-62.

[12] R. Sierchuła, “Poznańscy prawnicy”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 74-76.

[13] O losach gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila” pisałam w artykule “Obejrzałeś ‘Idę‘? Obejrzyj ‘Generała Nila’!” z lutego 2015 r. Tekst jest ogólnodostępny w Internecie.

[14] M.J. Chodakiewicz, “Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych”, “Tylko Polska” 2010, nr 29, s. 14-15.

[15] Prawdopodobieństwo, że w tej grupie znajdzie się Żyd lub Żydówka, było dość wysokie. Świadczą o tym słowa dra hab. Krzysztofa Szwagrzyka cytowane przez Oskara Marię Bramskiego w wirtualnej edycji miesięcznika “Moja Rodzina” (chodzi o artykuł “Ministerstwo terroru”. Tekst został pierwotnie opublikowany w papierowym wydaniu “Mojej Rodziny” z listopada 2013 r). “W okresie największego terroru i bezprawia w Polsce, w latach 1944-1954, na 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (od naczelnika wydziału wzwyż) aż 167 było pochodzenia żydowskiego. Biorąc pod uwagę, że po wojnie Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego stanowili niespełna 1 proc. ludności kraju, to ich 37 proc. udział w kierownictwie MBP stanowi trudną do ukrycia nadreprezentację osób jednej narodowości” - brzmią słowa Szwagrzyka. Bramski pisze, że do ubeków żydowskiego pochodzenia należeli m.in. Helena Wolińska, Roman Romkowski, Anatol Fejgin, Józef (Jacek) Różański i Julia “Krwawa Luna” Brystygierowa. Uwaga: proszę nie czynić z tych informacji podstawy jakiejkolwiek antysemickiej teorii. O czym świadczy fakt, że 37% ważnych pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego miało żydowskie korzenie? Tylko o tym, że 63% ich NIE miało. Po co się zafiksowywać na punkcie Żydów? Dla mnie większym zmartwieniem jest wysoki odsetek rdzennych Polaków. [Uwaga! Istnieje coś takiego, jak “Stenogram z Tajnego Referatu tow. Jakuba Bermana”. Dokument pochodzi rzekomo z 1945 r. Pod względem merytorycznym przypomina nieco “Protokoły Mędrców Syjonu”. Nie ma jednak dowodów na jego autentyczność, tak jak w przypadku samych “Protokołów…”. Dlatego nie warto się nim ekscytować]

[16] M.J. Chodakiewicz, “Rocznica…”, s. 14.

[17] Tamże, s. 15.

[18] Tamże.

[19] Tamże.

[20] Tamże.

[21] Tamże.

[22] Tych, którzy nie mogą tego zrozumieć, zachęcam do obejrzenia filmu “Jin ling shi san chai” (“The Flowers of War”, “Kwiaty wojny”) w reżyserii Yimou Zhanga. Akcja dzieła rozgrywa się w czasie masakry nankińskiej, kiedy to japońscy żołnierze masowo mordowali, okaleczali i gwałcili chińską ludność cywilną. Produkcja mówi o ludziach, którzy muszą wzajemnie sobie pomagać, nie zważając na istniejące między nimi różnice. Cóż więc robią bohaterowie, żeby ratować życie swoje i innych? Zaciekły antyklerykał przebiera się za księdza, uczennice szkoły katolickiej udzielają schronienia prostytutkom, a prostytutki wcielają się w role uczennic szkoły katolickiej i słuchają poleceń fałszywego duchownego (który chwilowo zrezygnował ze swobody i upodobnił się do szacownego duszpasterza). O filmie “Jin ling shi san chai” wypowiadałam się już w artykule “Nankin - chiński Wołyń. Filmowe wizje masakry”. Tekst jest dostępny online. Chciałabym, żeby powstał dramat o “endeckich antysemitach” ratujących Żydów i nie-Żydów. Proponuję produkcję o Janie Mosdorfie. Albo o Edwardzie Kemnitzu, który otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata (można to sprawdzić na stronie Instytutu Yad Vashem). Film o św. Maksymilianie Marii Kolbem - nacjonalistycznym zakonniku, który oddał życie za Polaka Franciszka Gajowniczka - już istnieje. Mam tu na myśli dzieło “Życie za życie” Krzysztofa Zanussiego.

[23] Zrecenzowałam tę produkcję w artykule, o którym była mowa w przypisie 13.

[24] Hasło “Polskie obozy koncentracyjne”.

[25] Proszę to sprawdzić w wywiadzie “Polacy jako naród nie zdali egzaminu” dostępnym w internetowym wydaniu dziennika “Rzeczpospolita”. Publikacja została zamieszczona 25 maja 2009 r. Autorem wywiadu z dr Aliną Całą jest Piotr Zychowicz.

[26] Powołuję się na wypowiedź Bartoszewskiego będącą elementem trzyczęściowego filmu dokumentalnego “Bezpieka 1944-1956” w reżyserii Iwony Bartólewskiej (rok produkcji: 1997. Instytucja sprawcza: Telewizja Polska).

[27] Oto dwie próbki “możliwości” antyakowskich autorów. Pierwsza: “Wielu z polskich nazistów, to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść” (źródło: Rauben Ainsztein, “Jewish Resistance in Nazi Occupied Eastern Europe”, 1974 r. Zdanie było cytowane przez Henryka Pająka w książce “Strach być Polakiem”). Druga: “Dla Niemców zbędne było polskie SS - wystarczyła Armia Krajowa, denuncjująca lub sama mordująca Żydów. Ponadto rząd polski na uchodźstwie celowo opóźniał przekazanie na zachód informacji o okrucieństwach popełnianych na Żydach. Powstanie w getcie trwało dłużej niż powstanie warszawskie” (źródło: Andrew Kendall, gazeta “The Toronto Star”, 1994 r). Oba fragmenty zaczerpnęłam z polskojęzycznej Wikipedii (hasło “Polskie obozy koncentracyjne”). Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że napisali to ludzie natchnieni duchem ubeckim…

[28] Pierwowzorem Wandy, jednej z głównych bohaterek filmu “Ida”, była Helena Wolińska - stalinowska prokurator, która maczała palce w zgładzeniu gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”. Paweł Pawlikowski, reżyser produkcji, znał Wolińską osobiście i bardzo ją lubił. Więcej informacji na ten temat zawiera artykuł “Pudrowanie bestii” Tadeusza M. Płużańskiego [tygodnik “wSieci”, nr 2 (111), 2015 r]. Skoro jestem już przy “Idzie”, wspomnę o ciekawostce, którą zauważyli polscy Internauci. Otóż w scenie, w której oglądamy zdjęcia krewnych Idy i Wandy, wykorzystano fotografię Ireny Sendlerowej (Polki, która w czasie Holocaustu uratowała 2500 żydowskich dzieci. Kobieta została po wojnie aresztowana przez UB i poddana okrutnym torturom. Później jednak wstąpiła do PZPR). Czy to przypadek, czy jakaś manipulacja? Dlaczego zasugerowano, że Sendlerowa była spokrewniona z Wolińską? Problemem zdjęcia Sendlerowej zajmował się również Marek Pyza w tekście “Paskudne! Irena Sendlerowa też ‘zagrała’ w ‘Idzie‘. Kilka smutnych pooscarowych uwag” (portal wPolityce.pl). Ale to jeszcze nie wszystko, co trzeba wiedzieć o najnowszych dziełach filmowych dotyczących ciemnej strony PRL-u. Mam dla Czytelników dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobrą wiadomością jest to, że Ryszard Bugajski (twórca “Generała Nila”, “Przesłuchania” i “Śmierci Rotmistrza Pileckiego”) zdecydował się nakręcić film będący przeciwwagą dla “Idy”. Można o tym poczytać w newsie “BUGAJSKI kręci film o KRWAWEJ LUNIE. GAJOS w obsadzie!” zamieszczonym w serwisie wNas.pl. Złą wiadomością jest to, że Piotr Dzięcioł, współproducent “Idy”, pracuje wraz z amerykańskimi filmowcami nad kinową biografią rtm. Witolda Pileckiego. Poinformował o tym Krzysztof Kłopotowski w artykule “’Ida’ idzie w świat, a Witold Pilecki?” (felieton ukazał się na stronie internetowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich). Kto nam zagwarantuje, że film o Pileckim będzie rzetelny historycznie? Nie ufam twórcom “Idy”. I boję się efektu końcowego.


ANEKS (rozszerzenie przypisu 15)
Luźne refleksje o żydowskich ubekach


Czy ubecy żydowskiego pochodzenia faktycznie byli Żydami? To pytanie, wbrew pozorom, nie jest głupie. Pamiętajmy, że rozmawiamy o osobach, które wyznawały ideologię marksistowską. Marksiści potępiali nacjonalizm, odrzucali tożsamość narodową, negowali zasadność patriotyzmu, dążyli do zniesienia podziałów narodowościowych, granic państwowych i samych państw. Posługiwali się hasłami typu “Proletariusze nie mają ojczyzny” czy “Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Ich hymn nosił tytuł “Międzynarodówka” (mianem Międzynarodówki, inaczej Kominternu, określano też organizację skupiającą komunistów z całego świata). Czy ubecy, niezależnie od pochodzenia etnicznego, poczuwali się do jakiejkolwiek narodowości? Czy faktycznie byli Żydami, Polakami, Rosjanami, Ukraińcami itd.? A może byli po prostu kosmopolitami, obywatelami świata, internacjonałami, wynarodowieńcami, ludźmi sowieckimi? Pochodzenie etniczne to jedno, narodowość to drugie.

Czy o kimś, kto ma rodziców Polaków, ale nie czuje więzi z polskością, powiemy, że jest Polakiem? Raczej stwierdzimy: “To nie jest Polak” albo “To jest Antypolak”. Cóż więc z licznymi ubekami - marksistami, w których płynęła żydowska krew? Czy byli to Żydzi, czy raczej Antyżydzi? Ubecy nie krzywdzili ludzi w imię żydowskiego nacjonalizmu, tylko w imię tradycyjnie rozumianego marksizmu (“tradycyjnie rozumianego” - bo są też ideologie łączące komunizm/socjalizm z nacjonalizmem/patriotyzmem. Przykłady: dżucze, nazbol, dengizm, moczaryzm, gomułkowszczyzna, w pewnym sensie również koncepcje Mao Zedonga i Ho Chi Minha). Oczywiście, istnieją argumenty podważające moją hipotezę o beznarodowości ubeków mających żydowskie korzenie. Wielu z nich sympatyzowało przecież z syjonizmem, czyli ideologią postrzeganą jako żydowski nacjonalizm. Czy byli oni żydowskimi nacjonalistami? I czy nie podpadało to pod “odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”? Można by ten temat roztrząsać, ale niekoniecznie tutaj i teraz.

Historia ubeków żydowskiego pochodzenia jest historią resentymentu. Czy we wszystkich przypadkach? Nie wiem, czy we wszystkich, ale w trzech na pewno. Chodzi mi o Helenę Wolińską, Józefa Światłę i Jakuba Bermana. Casus Wolińskiej omówiłam w artykule “Obejrzałeś ‘Idę’? Obejrzyj ‘Generała Nila’!”, więc nie będę go tutaj analizować. Przejdę zatem do pozostałych delikwentów. Najpierw Józef Światło. Ten prominentny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - który zasłynął z tego, że ostatecznie uciekł za granicę i został spikerem Radia Wolna Europa - bestialsko torturował ludzi. Do metod, stosowanych w kierowanym przez niego więzieniu, należało m.in. bicie metalowymi prętami, okładanie pałką wykonaną ze stalowych drutów oraz zmuszanie do wielogodzinnego klęczenia z podniesionymi rękami. Według Jerzego Roberta Nowaka (autora książki “Zbrodnie UB” z 2001 r., której fragmenty można znaleźć w Internecie), wspomniany ubek był wyjątkowo okrutny wobec narodowców, przedstawicieli przedwojennego Stronnictwa Narodowego. Czy krył się za tym resentyment?

A cóż innego mogło się kryć, skoro przesłuchujący katował przesłuchiwanych, wygłaszając stwierdzenia typu: “Teraz popamiętacie, co to jest antysemityzm”? Jeden z męczonych aresztantów odpowiedział mu ponoć: “Antysemityzm nigdy u nas nie prowadził do tortur, jak wasz antypolonizm”. Jerzy Robert Nowak zacytował oba zdania, powołując się na pewną książkę wydaną w drugim obiegu (C. Leopold, K. Lechicki, “Więźniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956“, Gdańsk 1981, s. 15). Historia Józefa Światły pokazuje, co uraza i żądza zemsty mogą zrobić z człowiekiem. Idźmy jednak dalej. Jakub Berman był jednym z trzech najważniejszych polityków w stalinowskiej Polsce, członkiem Kierownictwa Partii, zwierzchnikiem całej bezpieki. Wiele lat później udzielił ciekawego wywiadu Teresie Torańskiej (rozmowa została opublikowana w książce “Oni” z 1985 r. Omówienia wywiadu dokonał zaś John Sack, amerykańsko-żydowski dziennikarz, w publikacji “Oko za oko“). Z fragmentów dialogu, przytoczonych przez Jerzego Roberta Nowaka, wynika, że Berman również nosił w sobie swoistą gorycz i pragnienie odwetu. Miał bowiem poczucie doświadczenia “polskiego antysemityzmu”.

Przypadki Wolińskiej, Światły i Bermana powinny być przywoływane w przypisach, przedmowach lub posłowiach do dzieła “Z genealogii moralności” Fryderyka Nietzschego. W jakim kontekście? Jako autentyczne przykłady resentymentu. Oczywiście, resentyment nie usprawiedliwia zbrodni, ale bardzo wiele wyjaśnia. Uraza połączona z żądzą zemsty to pierwszy stopień do piekła. Na wszelki wypadek, powinniśmy uważać, żeby jej w nikim nie rozbudzić. Polaku, nie doprowadzaj Żyda do resentymentu! Żydzie, nie doprowadzaj Polaka do resentymentu! Takie postępowanie nie wróży bowiem niczego dobrego. Grozi za to efektem błędnego koła. Uwaga: moje słowa dotyczące resentymentu odnoszą się nie tylko do relacji polsko-żydowskich/żydowsko-polskich, ale w ogóle do relacji ludzko-ludzkich. A z tymi jest coraz gorzej.

N.J. Nowak

PS. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, w latach 1945-1948 Mieczysław Moczar był kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, mieście postrzeganym jako “bastion” mniejszości żydowskiej w Polsce. Piastował wysokie stanowisko, ale to nie zmienia faktu, że był podporządkowany swoim warszawskim zwierzchnikom, z których wielu miało żydowskie korzenie (dość wspomnieć o Bermanie, który sprawował pieczę nad całą ubecją. A także o Romkowskim i Różańskim, którzy mieli więcej do powiedzenia niż minister Radkiewicz, rdzenny Polak). Sam Moczar był mieszańcem polsko-ukraińskim. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Demko lub Diomko. Czy istnieje możliwość, że ten człowiek czuł się jakoś stłamszony przez swoich żydowskich przełożonych? Podobno już wtedy, w czasach stalinizmu, zdarzały mu się antysemickie wypowiedzi. Niewykluczone, że Moczar, będąc podwładnym Żydów, nabawił się resentymentu. To by wyjaśniało, dlaczego dwadzieścia lat później, kiedy poczuł się naprawdę silny, dokonał antyżydowskiej czystki partyjnej. Oto efekt błędnego koła, coś w rodzaju powracającej karmy.

Tragedia Hiroszimy. Animowane wizje zagłady

Autor: njnowak | Kategorie: Film, Historia, Społeczeństwo
Tagi: animacja, anime, azja, barefoot gen, bosonogi gen, film, grobowiec świetlików, hiroshima, hiroszima, historia, japonia, kultura, manga, nagasaki, recenzja
15. kwietnia 2015 12:52:00

“Problemem naszego wieku
nie jest bomba atomowa,
lecz serce ludzkie”


Albert Einstein



Bezwarunkowa kapitulacja

W poprzednim artykule, zatytułowanym “Japoński punkt widzenia: druga wojna światowa”[1], omówiłam niechlubną rolę, jaką odegrało Cesarstwo Japonii w pierwszej połowie XX wieku. Kraj Kwitnącej Wiśni, jeden z głównych sojuszników Trzeciej Rzeszy, prowadził agresywną politykę zagraniczną, a na okupowanych przez siebie terenach popełniał odrażające zbrodnie (patrz: masakra nankińska, Jednostka 731). Tekst, który opublikowałam w marcu 2015 r., nie zawierał jednak wzmianki o tym, że drapieżne poczynania Imperium Słońca zakończyły się bezwarunkową kapitulacją spowodowaną wybuchem dwóch bomb atomowych. Amerykański atak nuklearny na Hiroszimę i Nagasaki miał być tematem mojego następnego artykułu. I teraz właśnie nadszedł czas, żeby ten artykuł napisać. Wartościowym źródłem informacji, na które pragnę się powołać, jest książeczka “Hiroszima i Nagasaki” Sławomira Gowina[2]. Jej autor pisze, że podwójny atak, który doprowadził cesarza Hirohito do ogłoszenia kapitulacji, odbył się 6 i 9 sierpnia 1945 r. Generał Douglas MacArthur, przedstawiciel sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych, przyjął japońską kapitulację w obecności tej samej flagi, którą ponad 90 lat wcześniej posługiwał się Matthew C. Perry (człowiek, który “skolonizował” Kraj Wschodzącego Słońca). W ten sposób historia zatoczyła koło.


Gorętsze od Słońca

Zrzucenie na Japonię dwóch bomb atomowych nie nastąpiło od razu. Było ono poprzedzone detonacją próbnego ładunku wybuchowego, tzw. bomby “Gadget“. Mowa tutaj o operacji “Trinity”, która miała miejsce w nocy z 15 na 16 lipca 1945 r. Jankesi przeprowadzili ją na pustyni Alamogordo. Twórca cytowanej książki opisuje zatrważające skutki interesującej nas eksplozji. “Temperatura przekroczyła trzykrotnie temperaturę powierzchni Słońca[3]. Życie zginęło w promieniu 1600 m, w miejscu wybuchu piasek zawrzał, tworząc szklisty talerz o średnicy 500 m, a co najciekawsze, wszystko to za przyczyną zaledwie 1 kg uranu, spośród 38, które stanowiły ładunek” - podaje Gowin. Gdy czytam te słowa, jeszcze bardziej przeraża mnie fakt, że właśnie taką, a nawet potężniejszą broń zastosowano przeciwko niewinnej ludności cywilnej. To, co spadło na Hiroszimę, nosiło nazwę “Little Boy” i ważyło 4090 kg. To, co runęło na Nagasaki, zwało się “Fat Man” i przekraczało wagę 4670 kg. Pierwsza z wymienionych bomb doprowadziła do śmierci 78.000 osób. Druga pochłonęła 70.000 istnień ludzkich[4]. Temperatura ziemi w miejscach wybuchów osiągnęła 300.000 stopni Celsjusza. Nic więc dziwnego, że ludzie, którzy tam przebywali, zwyczajnie wyparowali. Został po nich co najwyżej “ślad w postaci obrysu na betonie”.


Wyścig zbrojeń

Sławomir Gowin sugeruje, że prace nad bombą atomową, które rozpoczęły się jeszcze w latach trzydziestych, były swoistym wstępem do zimnej wojny. O skonstruowaniu broni masowego rażenia marzyli nie tylko Amerykanie, ale również Niemcy, Włosi i Sowieci. Enrico Fermi, naukowiec zbiegły z państwa Mussoliniego, powiedział ponoć: “Naziści skonstruują bombę atomową i nie zawahają się ani na chwilę przed jej użyciem. Możecie się zabezpieczyć przed nimi tylko w ten sposób, że ich wyprzedzicie, że sami zbudujecie bombę atomową”. Decyzja o zrzuceniu ładunków “Little Boy” i “Fat Man” na Kraj Kwitnącej Wiśni wywołała mnóstwo kontrowersji. Między innymi dlatego, że została podjęta w momencie, gdy Trzecia Rzesza (a co za tym idzie - również jej sojusznicy) była już przegrana. Ale Jankesi widzieli w tej zbrodni drugie dno. Uważali, że lepiej będzie, jeśli to oni, a nie Związek Radziecki, jako pierwsi pokażą światu potęgę atomu. W tym, co się wydarzyło 6 i 9 sierpnia 1945 r., chodziło nie tyle o pogrążenie Imperium Słońca, ile o udowodnienie, że to Stany Zjednoczone, nie zaś ZSRR, mają być światowym hegemonem wzbudzającym powszechną trwogę. Zdaniem Gowina, sama konferencja poczdamska, podczas której Wielka Trójka wezwała Japonię do poddania się, była zapowiedzią zimnowojennej rywalizacji.


Apokalipsa spełniona (cz. 1)

Jak wyglądał podwójny atak nuklearny z punktu widzenia osób, które w tamtych dniach przebywały na terenie Hiroszimy i Nagasaki? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w książce “Od Pearl Harbor do Hirosimy. Japonia w latach wojny” francuskiego dziennikarza Roberta Guillaina[5]. Reporter spędził drugą wojnę światową w Kraju Wschodzącego Słońca. Nie był świadkiem atomowej tragedii, ale przytoczył wypowiedzi ludzi, którzy widzieli wszystko na własne oczy. Jedną z osób, na które powołuje się Guillain, jest Futaba Kitajama, gospodyni domowa, mieszkanka Hiroszimy. Miała ona nieszczęście stać w odległości 1700 metrów od epicentrum wybuchu. “Rzuciło mną o ziemię i natychmiast świat zaczął się walić wokół mnie, na mnie, na moją głowę… Przestałam cokolwiek widzieć. (…) Nagle z przerażeniem spostrzegłam, że w serwetce pozostały kawałki skóry z mojej twarzy… Ach! I skóra z moich rąk, i skóra z ramion również zaczęła odpadać! (…) Z lewej ręki, z wszystkich pięciu palców, skóra zeszła mi jak rękawiczka” - wspomina Kitajama. Kobieta opowiada, że tamtego ranka niebo stało się czarne. Mówi też o setkach poparzonych ludzi, którzy - nie mogąc znieść nieludzkiego bólu - rzucali się do rzeki. W wielu punktach miasta leżały zmasakrowane zwłoki. Było dużo krwi, ognia i jęków. Zupełnie jak w buddyjskim piekle.


Apokalipsa spełniona (cz. 2)

Koszmar, który Amerykanie zgotowali Japończykom, powtórzył się trzy dni później w Nagasaki. Robert Guillain wtajemnicza nas w jego przebieg, prezentując zapiski doktora Takasiego Nagaiego. “Zaczynają skądś wyłazić nasi chorzy, napływają ranni z zewnątrz - wszyscy nadzy, pokrwawieni i prawie odarci ze skóry. Spalone i zjeżone włosy, zwęglone twarze, spopielałe lub niemal czarne, przypominają potępieńców. Czołgają się po ziemi, nie mogąc ustać na nogach. (…) Pożar nie ustawał. Ze wszystkich stron z płonących i zawalonych domów dobiegało przeraźliwe wołanie o pomoc. Wszędzie, nawet na pagórku i na ścieżkach w dolinie, widziałem nieprzeliczoną masę trupów” - relacjonuje lekarz. Jak już wspomniałam, francuski reporter nie był obserwatorem wybuchów, ale wybrał się do Hiroszimy trzy miesiące po eksplozji. Dziennikarz opowiada, że japońskie miasto… właściwie przestało być miastem. Stało się pustką. “Niemal idealnie równinną szarordzawą pustynią”. W zrównanej z ziemią Hiroszimie nie dało się znaleźć ruin ani zgliszcz. Detonacja broni jądrowej i wynikająca z niej pożoga zniszczyły wszystko. Jedyne, co rzucało się w oczy, to wojskowe lotnisko, przygotowane przez okupantów już po dokonaniu zagłady. Jankesi i ich gniazdko. A mogli tylko postawić flagę, wszak krajobraz był księżycowy.


Imaginacja i konspiracja

Tym, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak przebiegały prace nad skonstruowaniem najstraszniejszej broni XX wieku, polecam dwuczęściowy artykuł “Bomba atomowa” (autorstwo: Wojciech Andryszek. Redakcja: Roman Sidorski. Miejsce publikacji: portal Histmag.org)[6]. W części pierwszej, zatytułowanej “Preludium”, autor opisuje żmudne badania naukowe, które zmierzały do poznania możliwości atomu. Sugeruje jednak, że powstanie broni jądrowej przewidział… znany fantasta Herbert George Wells. Pisarz opisał broń masowego rażenia już w roku 1914. W części drugiej, noszącej tytuł “Projekt Manhattan”, Andryszek koncentruje się na sprawie najistotniejszej, czyli historii bomb “Gadget”, “Little Boy” i “Fat Man”. Pisze m.in. o problemach z projektem bomby i o atmosferze konspiracji otaczającej całe przedsięwzięcie (“Każda osoba uczestnicząca w projekcie zobowiązana była do zachowania tajemnicy. Wśród szeregowych pracowników powszechny był brak wiedzy na temat tego, jakim celom służą wykonywane przez nich zadania“). Twórca tekstu wspomina także o radzieckich szpiegach. Wielu z nich uczestniczyło w amerykańskich pracach badawczych, tylko po to, żeby przekazywać zdobyte informacje Sowietom. Czyżby kolejny dowód na to, że zimna wojna zaczęła się jeszcze przed zakończeniem drugiej wojny światowej?


Hiroszima i nie tylko

Chciałabym zaprezentować Czytelnikom trzy filmy animowane nawiązujące do omawianej epoki. Dwa z nich (“Boso przez Hiroszimę” i “Boso przez Hiroszimę 2”) odwołują się bezpośrednio do wybuchu bomby “Little Boy” i jego tragicznych konsekwencji. Trzeci film (“Grobowiec świetlików”) nie zawiera odniesień do broni jądrowej, ale jest godny uwzględnienia, ponieważ ukazuje losy Japonii i Japończyków pod koniec drugiej wojny światowej. Wszystkie trzy produkcje mają wiele punktów wspólnych. Każda z nich powstała w latach osiemdziesiątych, czyli u schyłku zimnej wojny. Życzę miłego czytania i przyjemnych seansów.


Tytuł oryginalny: “Hadashi no Gen”
Tytuł międzynarodowy: “Barefoot Gen”
Tytuł polski: “Boso przez Hiroszimę”
Reżyseria: Mori Masaki (Mamoru Shinzaki)
Produkcja: Japonia (1983)

“Hadashi no Gen” (znany na świecie jako “Barefoot Gen”, a w Polsce jako “Boso przez Hiroszimę”) to jeden z najsłynniejszych japońskich filmów animowanych poświęconych drugiej wojnie światowej. Produkcja, trwająca mniej niż półtorej godziny, jest adaptacją mangi, którą tworzył hiroszimski autor Keiji Nakazawa na przestrzeni lat 1973-1985. Komiks (a co za tym idzie - również jego adaptacja) w dużej mierze opiera się na wspomnieniach samego twórcy. Nie zaszkodzi odnotować, że manga Nakazawy doczekała się także aktorskich ekranizacji. Pierwsza z nich, w formie filmu pełnometrażowego, powstała jeszcze w latach ‘70. Jakby tego było mało, istnieją powieści nawiązujące do wspomnianego komiksu. Skupmy się jednak na adaptacji animowanej. Muszę przyznać, że mam z nią pewien kłopot. Gdy zaczęłam ją oglądać, odniosłam wrażenie, że jest to produkcja przeznaczona dla dzieci. Ot, edukacyjna opowiastka o tematyce historycznej. Lekka forma, duża dawka humoru, liczne wyjaśnienia narratora sformułowane prostym językiem. W miarę oglądania nabrałam jednak wątpliwości, czy tego typu animacje nadają się do pokazywania dzieciom. Otóż dzieło zawiera elementy gore. Pojawiają się one zwłaszcza w sekwencji wybuchu bomby atomowej. Krew, okaleczenia, poparzenia… O śmierci nawet nie wspomnę.

Anime opowiada o kilkuletnim chłopcu spędzającym dzieciństwo w zrujnowanej wojną Japonii. Gen, bo o nim mowa, jest dzieckiem bystrym i aktywnym. Kiedy tylko może, stara się korzystać z najpiękniejszych lat swojego życia. Ale nie zawsze ma czas na zabawę. Chłopiec, wraz z ojcem i bratem, musi ciężko pracować na utrzymanie swoich najbliższych, a zwłaszcza matki, która spodziewa się kolejnego dziecka. Całej rodzinie, w której jest jeszcze córka, doskwiera głód. Niedożywienie odbija się zwłaszcza na zdrowiu pani domu. Drugim zmartwieniem bohaterów są częste alarmy przeciwlotnicze. Jednak z amerykańskimi nalotami jest coś nie tak. Samoloty nadlatują nad Hiroszimę, ale nigdy jej nie bombardują. Pewnego ranka nie słychać alarmu. Mimo to, nad miasto nadlatuje wrogi bombowiec. Następuje nienaturalny rozbłysk światła i całe otoczenie zaczyna się rozpadać. Ludzkie ciała robią się czerwone, potem ciemnobrązowe i coraz bardziej podobne do kościotrupów. Z ich czaszek wyskakują oczy, a same głowy spadają na ziemię. Identyczny los spotyka zwierzęta. Budynki rozsypują się niczym stłuczone szkło. Lecz to dopiero początek horroru. Jeszcze nie widać ludzi wyglądających jak zombie. Jeszcze nie słychać krzyków osób ginących w pożarze. Jeszcze nie czuć radioaktywnego deszczu. Jeszcze nikt nie stracił rozumu.

“Hadashi no Gen” to produkcja o zdecydowanie antywojennym wydźwięku. W całości koncentruje się ona na sytuacji japońskich cywilów ponoszących konsekwencje konfliktu zbrojnego. Film przekonuje, że cierpienie mieszkańców Hiroszimy wcale nie zaczęło się w momencie eksplozji bomby “Little Boy”. Ci ludzie cierpieli już wcześniej: z powodu biedy, głodu i lęku. W “Hadashi…” wartości humanistyczne zostały postawione ponad patriotycznymi. Weźmy na przykład scenę, w której Gen pyta ojca, dlaczego Japończycy wciąż walczą, skoro wojna jest już praktycznie przegrana. Rodzic odpowiada mu w bardzo emocjonalny sposób. Mówi, że japońscy politycy są szaleńcami. Potem stwierdza, że ucieszyłby się, gdyby został uznany za zdrajcę. Ważnym elementem dzieła są naturalistyczne obrazy skutków detonacji broni jądrowej. Produkcja nie ukrywa przed nami niczego. Ani ran, ani bólu, ani śmierci. Zobaczymy w niej nawet to, co się działo z ludźmi, którzy pracowali przy usuwaniu zwłok. Wielu z nich zapadło bowiem na ciężkie choroby. Pluło krwią, traciło włosy, umierało. Niektóre osoby, dotknięte hiroszimską tragedią, postradały zmysły. Inne zostały odsunięte na margines, ponieważ zaczęto się ich brzydzić. Wracając do moich wątpliwości… Czy omawiane anime nadaje się dla dzieci? Tak, ale bardziej wschodnich niż zachodnich.


Tytuł oryginalny: “Hadashi no Gen 2”
Tytuł międzynarodowy: “Barefoot Gen 2”
Tytuł polski: “Boso przez Hiroszimę 2”
Reżyseria: Toshio Hirata, Akio Sakai
Produkcja: Japonia (1986)

Bezpośrednia kontynuacja “Boso przez Hiroszimę”. Akcja filmu rozgrywa się trzy lata po wybuchu bomby atomowej, a więc w roku 1948. Jest to czas trudny, ale pełen nadziei. Z jednej strony, konsekwencje wojny (moralne, materialne, gospodarcze i polityczne) wciąż są odczuwalne. Z drugiej - Ziemia kręci się dalej, a czas nieubłaganie pędzi do przodu, łagodząc ból i zacierając ślady tragedii. W Hiroszimie, która jeszcze niedawno była cmentarzyskiem, powoli odradza się życie. Dzieje się tak za sprawą ludzi, którzy poprzez codzienną pracę, a właściwie przez samą obecność przywracają temu miejscu dawny charakter. Upokorzone przez wojnę miasto powoli podnosi się z kolan, zupełnie jak Warszawa po zniszczeniu przez hitlerowców. Ale nie wszystko jest jeszcze cudowne (a czy w Warszawie było?). Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że po przezwyciężeniu starych problemów pojawiają się nowe. Wielkimi zmartwieniami, dręczącymi Hiroszimę, nadal są bieda i głód. Gen i jego domownicy wciąż mają ograniczony dostęp do żywności. W dalszym ciągu muszą ciężko pracować na swoje utrzymanie. Ich sytuacja nie jest, oczywiście, tak dramatyczna jak podczas wojny. Nie grozi im już śmierć głodowa. Również pożywienie, które zdobywają, jest lepszej jakości niż trzy lata wcześniej. Jednak o beztroskim życiu nie ma mowy.

“Hadashi no Gen 2” nie zawiera tak drastycznych, apokaliptycznych scen jak poprzedni film (to znaczy: pojawiają się one w retrospekcjach. Ale trzeba zaznaczyć, że są to fragmenty części pierwszej). Zamiast widoków rodem z horroru otrzymujemy coś innego, a mianowicie poruszający obraz społeczeństwa japońskiego w pierwszych latach powojennych. Jak już wspomniałam, filmowcy pokazują nam ubóstwo i niedożywienie. Zwracają jednak uwagę na fakt, że nędza ma tendencję do generowania kolejnych problemów, choćby przestępczości. W świecie takim, jak Hiroszima w roku 1948, nieuchronnie zaczynają się rodzić dysproporcje społeczne. A to - w połączeniu z fatalną sytuacją najbiedniejszych - rodzi agresję i frustrację. Miasto, ukazane w analizowanej produkcji, jest pełne małoletnich sierot. Osamotnione dzieci, którymi nikt się nie interesuje, często ulegają degeneracji. Trafiają pod “opiekę” mafii, walczą o przetrwanie nielegalnymi metodami, stają się jednostkami zdemoralizowanymi lub znerwicowanymi. Bezdomność nieletnich to problem powszechny, lecz wypierany ze świadomości przez dorosłych, którzy mogliby coś z nim zrobić. Trudne warunki uniemożliwiają rozwój nie tylko dzieciom leniwym, ale także tym, które mają ambicje i potencjał. Niektóre dzieciaki chciałyby się kształcić, a nie mogą nawet chodzić do szkoły.

Chociaż działania zbrojne zostały formalnie zakończone, wojna wciąż trwa w świadomości wielu Japończyków. Jak można mówić, że koszmar przeszedł do historii, skoro straszliwy atak nuklearny ciągle powraca w ludzkich snach? Jak można mówić, że wojna dobiegła końca, skoro wszędzie panoszą się amerykańscy okupanci traktujący miejscową ludność w pogardliwy sposób? Jak można mówić, że dzieci nie są już narażone na potworne widoki, skoro w wielu miejscach poniewierają się ludzkie czaszki? Tym, co nie pozwala oddzielić wojny od pokoju, jest przede wszystkim choroba popromienna, ostateczny dowód na to, że teraźniejszość ściśle wiąże się z przeszłością. Osobą cierpiącą na tę chorobę jest mama Gena. Kobieta staje się coraz słabsza, nieustannie chudnie. Mdleje, traci równowagę, zaczyna kaszleć krwią. Innym zjawiskiem, dotyczącym ludzkiego ciała i niepozwalającym zapomnieć o wojnie, jest poważne oszpecenie. Ludzie, którzy zostali poparzeni i/lub okaleczeni, noszą fizyczne piętno utrudniające im normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Nie zawsze są oni akceptowani przez swoje otoczenie. Te wszystkie problemy przedstawiono w omawianej animacji. Zrobiono to w lekkiej, przystępnej formie. A jaki jest morał filmu? Trzeba być mocnym jak ziarno pszenicy zakopane w ziemi. Bo pszenica może przetrwać zimę.


Tytuł oryginalny: “Hotaru no haka”
Tytuł międzynarodowy: “Grave of the Fireflies”
Tytuł polski: “Grobowiec świetlików”
Reżyseria: Isao Takahata
Produkcja: Japonia (1988)

“Hotaru no haka” (“Grave of the Fireflies” - “Grobowiec świetlików”) to kolejny japoński film animowany, który trwa mniej niż półtorej godziny i który opowiada o sytuacji Kraju Kwitnącej Wiśni w latach ’40 XX wieku. Produkcja, oparta na motywach powieści Akiyukiego Nosaki z 1967 r., pod pewnymi względami przypomina opowiastkę o bosonogim Genie. Zawiera jednak elementy, które wyraźnie ją od niej odróżniają. W “Grobowcu świetlików” narracja prowadzona jest zupełnie inaczej niż w “Boso przez Hiroszimę”. Filmy, które omówiłam wcześniej, miały charakter przygodowy. Były łatwo przyswajalne, posiadały wartką akcję, odznaczały się komizmem słownym i sytuacyjnym. Choć poruszały poważną problematykę i zawierały dantejskie sceny, sprawiały wrażenie dzieł przeznaczonych dla dzieci. Co się tyczy “Grave of the Fireflies”, od początku seansu mamy poczucie, że jest to animacja adresowana do starszej publiczności: młodzieży i dorosłych. Film jest spokojny, nastrojowy. Pełno w nim długich ujęć, które podkreślają jego klimat, a zarazem zachęcają odbiorcę, żeby pochylił się nad uczuciami i doświadczeniami bohaterów. Produkcja, chociaż stworzona techniką rysunkową, przypomina aktorski film fabularny. Z pewnością nie jest ona bajką. “Hotaru no haka” to dobre kino azjatyckie, ale w formie anime.

Główne problemy, poruszone w analizowanym dziele, są podobne do tych, które widzieliśmy w “Hadashi no Gen”. Tematem “Hotaru no haka” jest bowiem życie japońskich dzieci na tle zbliżającej się ku końcowi wojny. Bohater pierwszoplanowy, nastoletni Seita, mieszka z matką i siostrzyczką Setsuko w mieście Kobe. Warunki panujące dookoła są bardzo trudne. Niedostatki żywności i innych dóbr dają się ludziom we znaki. Innym problemem, który spędza Japończykom sen z powiek, są częste naloty bombowe. Mimo to, sytuacja Seity i jego rodziny nie jest najgorsza. Postacie - jako najbliżsi krewni żołnierza, oficera marynarki wojennej - mogą liczyć na podwyższone racje żywnościowe. Wszystko radykalnie się zmienia, kiedy Kobe zostaje zniszczone przez amerykańskie bombowce. Dom, w którym mieszkali Seita i Setsuko, przestaje istnieć. Matka rodzeństwa doznaje ciężkich poparzeń, a potem umiera w szpitalu, zostawiając swoje potomstwo na pastwę losu. Seita, choć jeszcze młody, staje się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale także za swoją siostrzyczkę. O ile wcześniej zastępował jej ojca, o tyle teraz musi być dla mniej zarówno ojcem, jak i matką. Chłopak od samego początku wykazuje się dojrzałością i zaradnością. Zachowuje również pogodę ducha, żeby nie stracić siły do walki z przeciwnościami losu.

“Grobowiec świetlików” to wzruszający film dla wrażliwej publiczności. Produkcja koncentruje się na jednostkach, ich przeżyciach wewnętrznych i próbach radzenia sobie z ponurą rzeczywistością. Jest to jedno z tych dzieł, które zmuszają widza, żeby zastanowił się nad tajemnicą ludzkiej egzystencji[7]. Żeby zauważył, że wszystko przemija, fortuna kołem się toczy, a rola człowieka sprowadza się do tego, aby “nieść swój krzyż” (przepraszam za zachodnią metaforę!) z pokorą i godnością. Wszelkie dole i niedole, jakie spływają na jednostkę, są próbą jej charakteru, ale też wartościową lekcją. Osoby, które nie przepadają za refleksyjnym kinem, mogą powiedzieć, że “Hotaru no haka” to twór o niczym. Ja jednak uważam, że jest to dzieło bardziej do odczuwania niż oglądania. A co zrobiło na mnie szczególne wrażenie? Postać Setsuko. Ten niezwykle realistyczny, wiarygodny portret małego dziecka jest jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek widziałam. Zachowania, reakcje i sposoby rozumowania maleńkiej dziewczynki ukazano przekonująco i z najwyższą starannością. Nie da się ukryć, że twórcy filmu dokładnie przestudiowali psychologię dziecięcą. Jeszcze jedna sprawa: skąd tytuł anime? Otóż świetlik jest symbolem ludzkiego życia. Człowiek to istota przeraźliwie krucha. Niewiele potrzeba, żeby jego niezwykłe światło przestało świecić.


Inne propozycje

Opisane wyżej filmy nie są jedynymi japońskimi animacjami poświęconymi drugiej wojnie światowej i jej dalekosiężnym skutkom. Istnieje również krótkometrażówka “Natsufuku no Shoujo-tachi” z 1988 r. W tej trzydziestopięciominutowej produkcji elementy animowane przeplatają się z autentycznymi wypowiedziami osób, które przeżyły eksplozję bomby atomowej w Hiroszimie. Kolejnym filmem animowanym, o którym należy wspomnieć, jest japońsko-rosyjski twór “Fasuto sukuwaddo” (2009). Dzieło wydaje się dość specyficzne. Historia łączy się w nim z fantastyką. Elementy animowane mieszają się zaś z dokumentalnymi, zupełnie jak w “Natsufuku no Shoujo-tachi”. Istnieje też coś takiego jak “Kiku-chan to Ookami”. Ta czterdziestopięciominutowa animacja z 2008 r. opowiada o przepędzeniu Japończyków z Mandżurii. Stanowi ona adaptację opowiadania Akiyukiego Nosaki, tego samego człowieka, który napisał powieściowy pierwowzór “Hotaru no haka”.

Inne produkcje dotyczące wojny to “Ushiro no shoumen daare” (1991) i “Ashita Genki ni Nare!: Hanbun no Satsumaimo” (2005). Jeśli chodzi o motyw Hiroszimy, znajdziemy go w “Kuro Ga Ita Natsu” (1990). Japońskimi filmami animowanymi mówiącymi o drugiej wojnie światowej w Europie są “Anne no Nikki: Anne Frank Monogatari” (1979) i “Anne no Nikki” (1995). Bazują one na słynnej książce “Dziennik Anny Frank”. Jeśli chodzi o okres powojenny w Kraju Kwitnącej Wiśni, uwieczniono go w anime “Furusato Japan” (2007). Akcja filmu rozgrywa się w roku 1956. Jest to czas, kiedy Kraj Wschodzącego Słońca powoli wraca do dawnej świetności. Można przypuszczać, że animacji poświęconych dwudziestowiecznej historii Japonii jest jeszcze więcej. Niestety, nie mam czasu, żeby dokładnie zbadać to zagadnienie. Dlatego zachęcam Czytelników do samodzielnych poszukiwań. Dobrym narzędziem, które może im się przydać, jest baza filmów serwisu Filmweb.pl.

PS. W cyberpunkowej produkcji “Akira” z 1988 r. pojawiają się sceny przywodzące na myśl wybuchy bomb atomowych. Trochę przypominają one fragmenty filmu “Hadashi no Gen”. Oczywiście, nie chodzi w nich o detonację broni jądrowej, tylko o objawienie się “mocy Akiry”. Ale pewne podobieństwo istnieje i niewątpliwie jest efektem zamierzonym.


Natalia Julia Nowak,
1-15 kwietnia 2015 r.


PRZYPISY


[1] Tekst jest ogólnodostępny w Internecie.

[2] Została ona opublikowana w ramach cyklu wydawniczego “II wojna światowa. Wydarzenia, ludzie, tajemnice”. Wydawnictwo Edipresse Polska SA, Warszawa 2005.

[3] Temperatura powierzchni Słońca wynosi 5500 stopni Celsjusza. Źródło: dokument “12.1 Słońce” zamieszczony na stronie Zakładu Dydaktyki Fizyki WFAiIS IF UMK w Toruniu (Dydaktyka.fizyka.umk.pl/Pliki/book5.pdf).

[4] Mówiąc o ofiarach amerykańskiego ataku nuklearnego, nie należy zapominać o osobach, które zmarły w wyniku choroby popromiennej. Sławomir Gowin, powołujący się na źródła japońskie, twierdzi, że wskutek detonacji bomby “Little Boy” zginęło łącznie 250.000 ludzi (tyle osób straciło życie w ciągu pięciu lat od eksplozji). Kolejna sprawa: istoty ludzkie, które nie umarły, ale zostały ciężko poparzone. “Ciała osób znajdujących się w odległości kilometra paliły się żywym ogniem. Dotkliwych oparzeń doznawali ci, którzy przebywali nawet 3,5 km od miejsca eksplozji” - pisze Gowin. Ostateczna liczba pokrzywdzonych jest trudna lub wręcz niemożliwa do oszacowania. Tym bardziej, że wybuchy miały destrukcyjny wpływ na środowisko naturalne, a to z pewnością “odbiło się” na zdrowiu wielu Japończyków.

[5] Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1988. Wydanie drugie. Przekład Adama Galicy. Tytuł oryginalny “Le Japon en guerre. De Pearl Harbour a Hiroshima” (1979).

[6] W. Andryszek, “Bomba atomowa. Część I: Preludium” (Histmag.org/Bomba-atomowa.-Czesc-I-Preludium-6940); W. Andryszek, “Bomba atomowa. Cz. II: Projekt Manhattan” (Histmag.org/Bomba-atomowa.-Cz.-II-Projekt-Manhattan-6963). Artykuły zostały opublikowane na licencji CC BY-SA 3.0 (Creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/legalcode), więc można je prawie dowolnie wykorzystywać i przedrukowywać.

[7] Pod tym względem “Grave of the Fireflies” przypomina mi chiński film “Huozhe” (“To Live” - “Żyć!”) w reżyserii Yimou Zhanga. Pisałam o nim w artykule “Maoizm w kinie chińskim. Dwa przykłady” ze stycznia 2015 r. Tekst jest dostępny online.

Japoński punkt widzenia: druga wojna światowa

Autor: njnowak | Kategorie: Film, Historia, Polityka
Tagi: azja, chiny, film, historia, japonia, jednostka 731, kamikadze, kamikaze, kultura, musashi, nacjonalizm, patriotyzm, recenzja, unit 731, wojna, wojsko, yamato
20. marca 2015 00:39:00

Oświecony Pokój

Michał Klimecki, autor książki “Pekin-Szanghaj-Nankin 1937-1945”[1], zawarł w swojej publikacji stwierdzenie, że “dla Europejczyków II wojna światowa rozpoczęła się o świcie 1 września 1939 r. atakiem Niemiec na Polskę”. Zasugerował jednak, że początków drugiej wojny światowej należy upatrywać w Azji, i to już na początku lat ‘30 XX wieku. To właśnie wtedy Cesarstwo Japonii zainicjowało swoją drapieżną politykę zagraniczną. Wszystko zaczęło się od najazdu na chińską Mandżurię, w której ostatecznie utworzono marionetkowe państwo Mandżukuo. Klimecki opisuje Japończyków jako naród “przekonany o własnej wyjątkowości i doskonałości”. Megalomania i ksenofobia, zdiagnozowane przez autora, miały być widoczne już w XVII wieku, kiedy to władze Kraju Kwitnącej Wiśni wprowadziły “zakaz przebywania na wyspach cudzoziemców”. Burzliwe wydarzenia XIX i początku XX wieku sprawiły, że po pierwszej wojnie światowej Japonia stała się mocarstwem. W 1926 r. na tron Kraju Wschodzącego Słońca wstąpił książę Hirohito, wielki zwolennik militaryzmu i imperializmu. Zapanowała wówczas epoka o dość mylącej nazwie Showa (Oświecony Pokój). W roku 1927 japoński premier przedstawił tamtejszym elitom tajny plan podboju świata. Pierwszym krokiem do tego podboju miało być opanowanie Państwa Środka[2].


Apetyt na Chiny

Według Klimeckiego, Mandżukuo zostało proklamowane 1 marca 1932 r. Nie było wielkie, ale zawierało znaczną część ważnych chińskich surowców naturalnych. Na czele państwa teoretycznie stał cesarz Chin. W praktyce musiał on być posłuszny wobec okupantów, którzy, co bardzo wymowne, unikali tytułowania go cesarzem. Kolejnym celem japońskiej ekspansji okazał się Szanghaj. Japończycy planowali, że najpierw go zdobędą, a potem się z niego wycofają, żeby pokazać Lidze Narodów swoją rzekomą wspaniałomyślność. Chińczycy bronili Szanghaju z męstwem i zawziętością, jakich agresorzy nie przewidzieli. Japoński najeźdźca, zgodnie ze swoim postanowieniem, opuścił Szanghaj, ale bardziej osłabiony niż mógł się tego spodziewać. W lutym 1933 r. Liga Narodów rozwścieczyła Imperium Słońca, ogłaszając, że podbój Mandżurii był działaniem bezprawnym. Japoński delegat, słysząc tę opinię, ostentacyjnie wyszedł z sali obrad. Miesiąc później Kraj Kwitnącej Wiśni wystąpił z Ligi. Od tej pory Japonia nie była już skrępowana traktatami międzynarodowymi. Mogła zatem kontynuować swoją ekspansję. W 1936 r. azjatyckie mocarstwo stało się sojusznikiem Adolfa Hitlera, podpisując wraz z nim pakt antykominternowski. Rok później Japończycy zaatakowali Nankin. Dokonali tam potwornej rzezi 300.000 Chińczyków[3].


Jednostka 731

Jacek Solarz, twórca książki “Armia japońska 1875-1945”[4], daje czytelnikom do zrozumienia, że dalekowschodni agresor nie cofał się przed niczym. Wiedział jednak, że jeśli chce podbić świat, to zwykła broń może mu nie wystarczyć. Potrzebował czegoś znacznie potężniejszego. Jego wybór padł na broń biologiczną. Już w 1931 r. Japończycy utworzyli w Mandżurii Jednostkę 731: ośrodek badawczy, w którym prowadzono doświadczenia na bezbronnych jeńcach wojennych[5]. Ofiary były zarażane ciężkimi chorobami oraz badane pod kątem odporności na różne warunki klimatyczne. “Więźniów przywiązywano na dworze przy temperaturach schodzących nawet poniżej minus 20 stopni i, aby przyspieszyć zamarzanie, polewano im kończyny wodą. Dla sprawdzenia, jak postępuje zamarzanie, opukiwano im ramiona i nogi młotkiem. Następnie zanurzano więźniów w ciepłej wodzie o różnych temperaturach, aby znaleźć jak najlepsze środki leczenia odmrożeń. W najgorszych przypadkach skóra i mięśnie odpadały, powodując natychmiastową śmierć” - pisze Solarz[6]. Shiro Ishii, szef Jednostki 731, nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie. Wyniki jego eksperymentów trafiły w ręce Amerykanów, którzy również dążyli do opracowania broni biologicznej. Ale to jeszcze nie wszystko. Jankesi uczynili Ishii wykładowcą Fort Detrick.


Azja dla Azjatów

Przejdźmy jednak do problemu, który nas najbardziej interesuje, czyli do japońskich działań zbrojnych w czasie drugiej wojny światowej (chodzi mi o to, co na Zachodzie rozumie się pod pojęciem “druga wojna światowa”). Omówienia tego tematu dokonał Zbigniew Kwiecień w artykule “Pod hegemonią Japonii. ‘Azja dla Azjatów’ 1941-1945”[7]. Zdaniem autora, Kraj Wschodzącego Słońca kierował się swoistym mesjanizmem. Chciał być postrzegany jako bohater, wręcz zbawiciel, który wyzwoli Azję spod kulturowych, politycznych i gospodarczych wpływów Europy i Ameryki. Japończycy pragnęli usunąć ze swojego kontynentu kolonializm, komunizm i chrześcijaństwo. Realizując te panazjatyckie hasła, podbijali kolejne ziemie. To, oczywiście, nie podobało się Europejczykom i Amerykanom, albowiem ich pozycja na tamtych terenach była bardzo silna (kolonie upadły dopiero po wojnie). Japończycy dość łatwo poradzili sobie na ziemiach kontrolowanych przez Europejczyków. Prawdziwym wyzwaniem pozostali dla nich Jankesi. Stany Zjednoczone robiły, co mogły, żeby powstrzymać Imperium Słońca. Początkowo konflikt amerykańsko-japoński toczył się wyłącznie w sferze politycznej i ekonomicznej. Kiedy stało się jasne, że Japonia nie ustąpi, oba kraje rozpoczęły przygotowania do wojny. Było to w roku 1941.


Przyjaciel czy wróg?

O tym, że Kraj Kwitnącej Wiśni zdecydował się napaść na USA, przesądziła jego trudna sytuacja związana z amerykańskim embargiem paliwowym. Zbigniew Kwiecień tłumaczy, że Japonia, chcąc prowadzić wojnę, potrzebowała dużych ilości paliwa. Gdyby przyjęła warunki Stanów Zjednoczonych, odzyskałaby dostęp do paliwa, ale musiałaby zrezygnować z podbijania Azji. Gdyby odrzuciła warunki i kontynuowała ekspansję, szybko poniosłaby klęskę ze względu na deficyt paliwowy. Japończycy doszli do wniosku, że muszą się wyrwać z tego błędnego koła. Postanowili, że dokonają tego wskutek zmasowanego ataku na Pearl Harbor[8] i liczne punkty w Azji (m.in. Singapur). Akcja zakończyła się sukcesem i pociągnęła za sobą dalsze zwycięstwa. Przez pół roku Imperium Słońca odnosiło tryumfy, które wskazywały, że sen o Azji uwolnionej od wpływów europejsko-amerykańskich może się ziścić. Japończycy - w niemal wszystkich zakątkach kontynentu, do których docierali - wspierali lokalne ruchy antyeuropejskie i antyamerykańskie. Chociaż sami byli najeźdźcami, cieszyli się poparciem wielu mieszkańców państw podbitych. Można powiedzieć, że Kraj Wschodzącego Słońca niósł Azjatom jednocześnie wyzwolenie i zniewolenie. Przypominał Armię Czerwoną, która miażdżyła reżim hitlerowski, ale zastępowała go własnym.


Yamato i Musashi

W czasie japońsko-amerykańskiego konfliktu zbrojnego ogromną rolę odgrywała marynarka wojenna obu mocarstw. Jeśli chodzi o Japonię, do historii przeszedł wyprodukowany przez nią pancernik Yamato[9], o którym można poczytać w artykule “Yamato - gigant ze stali”[10]. Według tego źródła, rzeczony statek był “najpotężniejszym w historii pancernikiem”. Wyróżniał się wypornością, która wynosiła aż 64000 ton. Był też wyposażony w działa kalibru 457 milimetrów[11]. Prace nad konstrukcją okrętu trwały od 1937 do 1941 r. Budowa pancernika była poprzedzona inwestycją w nowe maszyny do konstruowania statków. Oprócz nich, ufundowano specjalny frachtowiec, który transportował do stoczni arcyciężkie uzbrojenie. Okrętów takich jak Yamato miało być w sumie pięć. Ostatecznie, udało się stworzyć “tylko” dwa. Ten drugi nosił nazwę Musashi. Maciej Michałek, autor tekstu “Pierwsi kamikadze, superpancernik na dnie. Tak zatopiono flotę japońskiego imperium”[12], pisze, że Yamato i Musashi wzięły udział w największej bitwie powietrzno-morskiej analizowanego okresu. Musashi został posłany na dno zanim zdążył wyrządzić Amerykanom jakąkolwiek szkodę[13]. Yamato przetrwał starcie, ale kilka miesięcy później został zatopiony w trakcie swojego samobójczego ataku. Nawet nie zdołał dopłynąć do jankeskiej floty.


Boski Wiatr

Grzechem byłoby nie wspomnieć również o pilotach-samobójcach, czyli kamikaze (kamikadze). Według Macieja Michałka, dalekowschodni straceńcy “zadebiutowali” podczas omówionej wcześniej bitwy w zatoce Leyte. Umyślnie rozbili swoje samoloty o pokłady trzech amerykańskich lotniskowców. Jeden okręt został wówczas zatopiony, a dwa - uszkodzone. Więcej informacji na temat niezwykłych lotników zawiera publikacja “Kamikaze - kim byli piloci samobójcy?” Rafała Natorskiego[14]. Twórca tekstu podaje, że nazwa słynnego szwadronu oznaczała “boski wiatr”. Pochodziła od tajfunów, które w XIII wieku przeszkodziły mongolskiej flocie nacierającej na Japonię. Statki agresorów poszły wtedy na dno, a Kraj Kwitnącej Wiśni został uratowany. W roku 1944, kiedy władze Japonii zrozumiały, że ich szansa na wygranie wojny jest coraz mniejsza, piloci kamikaze uzyskali specjalny status. Zaczęto ich postrzegać jako ostatnią nadzieję na zwycięstwo, a także jako wielkich patriotów, którzy w imię Ojczyzny są gotowi pójść na pewną śmierć. Lotnicy mieli się kierować etosem samurajskim. Początkowo przyjmowano do szwadronu wyłącznie ochotników. Później zarządzono jednak przymusowy pobór. Liczbę pilotów-samobójców, którzy zginęli w czasie wojny, szacuje się na 4000. Ci, którzy przeżyli, do dziś miewają rozterki moralne.


Ideał sięgnął bruku

Michał Klimecki twierdzi, że Japończykom marzył się podbój całej Ziemi. Zbigniew Kwiecień przekonuje, że Krajowi Wschodzącego Słońca chodziło, przynajmniej w sferze deklaratywnej, o wyzwolenie Azji spod europejskiej i amerykańskiej dominacji. Szumna idea uwolnienia kontynentu azjatyckiego od euroamerykańskiego kolonializmu i imperializmu niewątpliwie była szlachetna. Łatwo ją zrozumieć, gdy się na nią patrzy przez pryzmat patriotyzmu, nacjonalizmu i antyglobalizmu. Ja sama mam antyeuropejskie i antyamerykańskie poglądy (chociaż uwielbiam serię filmową o Johnie Rambo. No, ale Rambo - skądinąd wielki amerykański patriota[15] - został dwukrotnie zdradzony przez USA. Później na stałe zamieszkał w Tajlandii i chyba czuł się tam lepiej niż w Ameryce). Jednak… czy wizja Azji wyswobodzonej spod europejsko-amerykańskiego jarzma to wystarczający powód, żeby atakować inne azjatyckie krainy? Czy jest to argument za tym, żeby je podporządkowywać Japonii? Jak się mają panazjatyckie hasła do wycinania w pień nankińczyków i do eksperymentowania na ludziach w Mandżurii? Kategorycznie potępiam działania Kraju Kwitnącej Wiśni prowadzone w pierwszej połowie XX wieku. Żądam, żeby Japonia przyznała się wreszcie do swoich okrucieństw. Bo nawet Rosja przyznała się do zbrodni katyńskiej.


Japoński punkt widzenia

Skoro już wyjaśniłam, jak przebiegała druga wojna światowa na kontynencie azjatyckim… Skoro wytłumaczyłam, jaką rolę w całej historii odgrywało Imperium Słońca… Mogę zająć się tym, co najważniejsze, czyli recenzją dwóch japońskich filmów wojennych. Produkcje fabularne, o których będzie mowa w następnych akapitach, to “Otoko-tachi no Yamato” i “Eien no Zero”. Życzę miłej lektury (a potem - przyjemnych seansów).


Tytuł oryginalny: “Otoko-tachi no Yamato”
Tytuł międzynarodowy: “Yamato”
Tytuł polski: “Yamato”
Reżyseria: Junya Sato
Produkcja: Japonia (2005)

Nie od dziś wiadomo, że forma dzieła powinna być adekwatna do treści. Jeśli chcemy nakręcić film o pancerniku Yamato, to musimy pamiętać, że wymaga on odpowiedniej - zapierającej dech w piersiach - oprawy. Temat jest wszak niebagatelny. I to dosłownie. Twórcy dramatu wojennego “Otoko-tachi no Yamato” (“Ludzie Yamato”) stanęli na wysokości zadania i nakręcili swoje dzieło z olbrzymim rozmachem. Zanim przejdę do analizy produkcji, pozwolę sobie zauważyć, że filmowa rekonstrukcja okrętu robi ogromne wrażenie. A filmowcy doskonale o tym wiedzą, bo pokazują nam ją ze wszystkich stron, pozwalając zajrzeć tu i ówdzie, a nawet pobawić się uzbrojeniem (patrz: sceny, w których żołnierze korzystają z dział). Ale “Otoko-tachi no Yamato” to nie tylko film o wielkiej, pływającej bestii. Już sam oryginalny tytuł produkcji wskazuje, że jest to przede wszystkim dzieło o ludziach, którzy służyli na pokładzie stalowego giganta. I o ludziach, którzy wiązali z nim pewne nadzieje. Czyli o Japończykach, Narodzie Japońskim jako takim. “Otoko-tachi…” to film wypełniony głębokim patriotyzmem (nacjonalizmem?). Stanowi on pochwałę uczuć narodowych, gotowości oddania życia za Ojczyznę i Cesarza. Ogólny klimat produkcji jest bardzo patetyczny. Dużo tu powagi, wzniosłych słów i symbolicznych gestów.

Oczywiście, można mieć wątpliwości co do tego, czy patriotyzm żołnierzy napadających jest tym samym co patriotyzm żołnierzy napadanych. Jak wiemy, Japonia nie była pacyfistycznym państwem, które zostało zaatakowane i stanęło przed koniecznością obrony swojego terytorium. Przeciwnie: Kraj Kwitnącej Wiśni był agresorem, sprawcą ekspansji terytorialnej, wyjątkowo brutalnym okupantem. Rola Cesarstwa Japonii w Azji była taka jak rola Trzeciej Rzeszy w Europie. Oba mocarstwa były zresztą sojusznikami. W filmie “Otoko-tachi no Yamato” dokonano zabiegu, który można by określić jako “odwrócenie kota ogonem”. Na pierwszy rzut oka, nie jest on jakoś szczególnie zakłamany. Zawiera przecież fragmenty nagrań dokumentalnych, a narrator podaje odbiorcom kilka podstawowych faktów i dat związanych z wojną na Pacyfiku. Mimo to, produkcja jest nakręcona w taki sposób, że nijak nie wskazuje, iż Kraj Wschodzącego Słońca był bezlitosnym, nienasyconym, megalomańskim najeźdźcą. W dramacie występują cztery typy Japończyków: “bohaterowie” (większość marynarzy z Yamato), “męczennicy” (jeden z żołnierzy, który zostaje ciężko okaleczony), “ofiary” (ludność cywilna ginąca w wyniku amerykańskich nalotów) i “strażnicy pamięci” (wrażliwi patrioci pamiętający o poległych). A gdzie “zbrodniarze wojenni”?!

Twórcy filmu koncentrują się na losach zwykłych żołnierzy, którzy walczyli, aż w końcu zginęli na pokładzie Yamato. Podkreślają, że wielu z nich to byli nastoletni chłopcy mający przed sobą całe życie. Ci młodzieńcy - uczuciowi, idealistyczni, posiadający plany na przyszłość - zapłacili najwyższą cenę za wierność Ojczyźnie. Podczas gdy oni ginęli na oceanie, na lądzie traciły życie ich matki, siostry i narzeczone. Dobrze, ja to rozumiem, ale Imperium Słońca samo doprowadziło do takiej sytuacji, decydując się na politykę podbojów. Japońscy żołnierze nie oddawali ducha w obronie umiłowanego kraju. Ginęli z rąk ludzi, którzy bronili własnych krajów przed ich agresją. Faktem jest, że cała historia ociekała tragizmem i doniosłością. Marynarze z Yamato naprawdę kochali swoją Ojczyznę, naprawdę tęsknili, naprawdę cierpieli i naprawdę umierali. Ale… hola! To samo dałoby się powiedzieć o Niemcach i Włochach! Nie ma nic złego w tym, że pokazuje się żołnierzy, nawet tych walczących po stronie najeźdźcy, jako istoty z krwi i kości. Jednak tak radykalne relatywizowanie historii jest niebezpieczne. Dzisiaj pochylamy się nad losem Imperialnej Armii Japonii, a jutro przyjdzie czas na hitlerowców (zresztą, to już się dzieje. Istnieją wszak niemieckie filmy typu “Upadek” Olivera Hirschbiegela czy “Okręt” Wolfganga Petersena).

“Otoko-tachi…” jest także dziełem gloryfikującym samą japońskość. Zobaczymy w nim to, co charakterystyczne dla tamtejszej kultury: waleczność, honorowość, kolektywizm, surowe zasady i bezwzględne posłuszeństwo wobec zwierzchników. Filmowcy nie zapomnieli również o takich symbolach Japonii, jak kwitnące wiśnie czy postać gejszy. Analizowana produkcja zawiera liczne podobieństwa do “Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga[16]. W obu filmach występuje starzec będący łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością. I tu, i tu pojawia się motyw młodego “wybrańca”, który musi przeżyć wojnę, chociaż sam wolałby kontynuować walkę. Elementem każdego z filmów jest długa, dynamiczna, wysokobudżetowa sekwencja bitwy. Czy opowieść o dalekowschodnim pancerniku jest więc dziełem banalnym? W dużej mierze tak. Co gorsza, zawiera wiele ckliwych fragmentów, jest pełen słabo zarysowanych postaci, chwilami sprawia wrażenie przegadanego i przedłużanego na siłę. A jednak ma w sobie “to coś”. Niejednokrotnie wzrusza i zachwyca. Wadą “Otoko-tachi…” jest fakt, że nie przedstawiono w nim punktu widzenia przeciwnika. Ba! Nie pojawia się w nim ani jeden amerykański żołnierz! Wróg został w tym filmie zdepersonalizowany, wręcz zdehumanizowany. Nigdy nie widzimy Amerykanów. Są tylko atakujące samoloty.


Tytuł oryginalny: “Eien no Zero”
Tytuł międzynarodowy: “The Eternal Zero”
Tytuł polski: /brak oficjalnego/
Reżyseria: Takashi Yamazaki
Produkcja: Japonia (2013)

“Eien no Zero” (“The Eternal Zero” - dosłownie “Wieczne Zero”) to kolejny japoński dramat poświęcony wojnie na Oceanie Spokojnym. Pod pewnymi względami jest on podobny do “Otoko-tachi no Yamato”. Są w nim jednak elementy, które czynią go nie tylko odmiennym od “Otoko-tachi…”, ale wręcz stawiają go w opozycji do omówionej wcześniej produkcji. “Eien no Zero”, zupełnie jak film o słynnym superpancerniku, bazuje na schemacie zapożyczonym z “Szeregowca Ryana”. Oglądając to dzieło, znów natkniemy się na motyw starszego człowieka, którego wspomnienia stanowią most między “dzisiaj” a “wczoraj” (sęk w tym, że tutaj takich pośredników jest kilku). Naszym oczom ponownie ukaże się młody żołnierz, który - mimo szczerego pragnienia walki - zostanie zmuszony do przeżycia i opowiedzenia swojej historii przyszłym pokoleniom. W “Eien no Zero”, tak jak w “Otoko-tachi no Yamato”, uwzględniono wyłącznie japoński punkt widzenia. Amerykańscy wojskowi są wprawdzie widoczni, ale tylko raz, i to przez kilka sekund. Film nie mówi nam zbyt wiele o prawdziwej roli Japonii w czasie drugiej wojny światowej. Nie ma w nim nic, co dawałoby do zrozumienia, że Kraj Kwitnącej Wiśni był brutalnym imperialistą. Są za to wypowiedzi, które sugerują, że Japończycy musieli się bronić i ponosić ofiary.

Ale tutaj podobieństwa do “Otoko-tachi…” się kończą. Po pierwsze: inny jest zasadniczy temat produkcji. Uwaga filmowców nie koncentruje się bowiem na marynarzach, tylko na pilotach kamikaze. Po drugie: problematyka dzieła oscyluje wokół całkowicie innych idei. Ośmielę się wręcz stwierdzić, że pod względem światopoglądowym jest to twór z zupełnie innego porządku. Mniej tradycyjny, bardziej rewolucyjny. W filmie o pancerniku Yamato najistotniejsze były takie wartości, jak kraj, honor czy lojalność wobec przełożonych. Miłość do Japonii, wierność ojczyźnianym ideałom… To były rzeczy święte i oczywiste, czyli takie, z którymi się nie dyskutuje. W “Eien no Zero” liczą się nie tyle idee patriotyczne, ile humanistyczne. A te drugie wchodzą nawet w konflikt z tymi pierwszymi. Twórcy dzieła prezentują punkt widzenia, który jest daleki od żarliwego patriotyzmu, a już na pewno nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem. Poświęcenie dla Ojczyzny nie jest, oczywiście, całkowicie potępione (współcześni młodzi ludzie, wyśmiewający wojennych herosów, zostają ukazani w negatywnym świetle). Filmowcy przedstawiają jednak patriotyzm jako ideologię, która ciągnie za sobą krwawe żniwo: przynosi ludziom cierpienie i śmierć, rozbija rodziny, wymusza określone postawy i napiętnuje indywidualistów próbujących się wyłamać.

Już sama koncepcja, na której opiera się fabuła, sprawia wrażenie co najmniej kontrowersyjnej. Osią kompozycyjną opowieści jest bowiem postawa żołnierza, który służył w japońskim lotnictwie, ale cechował się tak silnym instynktem samozachowawczym, że stawiał ludzkie życie - własne i cudze - na pierwszym miejscu. Ponad ideałami wojennymi. “Eien no Zero” nie jest tylko sentymentalnym pochyleniem się nad jednostkami, które złożyły swoje młode lata na ołtarzu Ojczyzny. Nie jest też po prostu pytaniem o konkretne wydarzenia lub decyzje polityczne (choć filmowcy rzeczywiście wydają się pytać, czy utworzenie szwadronu takiego jak kamikaze było słuszne i konieczne). Ten twór idzie jeszcze dalej, brnie coraz głębiej. Choć nie jest to wyrażone wprost, produkcja stawia odbiorcę przed następującym problemem… Czy idee i ideologie, w których człowiek (a co za tym idzie - ludzkie życie) jest jedynie środkiem do celu, są moralne? Jestem polską patriotką i nacjonalistką, więc seans dramatu, w którym postawiono sprawę w ten sposób, był dla mnie porażający. Niemniej jednak film został nakręcony, a skoro już go obejrzałam, muszę się z nim zmierzyć. Nie mam czasu ani miejsca, żeby wyłuszczyć mój prywatny punkt widzenia. Ale wiem jedno: autorzy scenariusza (tudzież twórca książkowego pierwowzoru) włożyli kij w mrowisko.

I na samym włożeniu kija w mrowisko nie poprzestali. Filmowcy nieustannie dolewają oliwy do ognia, pokazując sytuacje, które uzasadniają przekonania centralnej postaci. Później komplikują sprawę, wyjawiając powody, dla których główny bohater tak bardzo chciał przeżyć wojnę. W końcu robią widzowi wodę z mózgu, przypominając to, co zostało powiedziane na początku dzieła. A mianowicie to, że protagonista - ten wielki obrońca życia podważający fundamenty japońskiej cywilizacji - ostatecznie został kamikaze i zginął w samobójczym ataku na amerykańską flotę. Dlaczego to zrobił? Jakie przyniosło to skutki? Tego akurat nie zdradzę, żeby nie zostać posądzoną o spoilerowanie. Osoby odpowiedzialne za “Eien no Zero” doskonale wiedzą, że poruszyły delikatną tematykę. Widać to w samej konstrukcji fabuły. Akcja opowieści rozgrywa się bowiem na dwóch płaszczyznach: współcześnie i podczas wojny. W obu epokach dużo się mówi o głównym bohaterze. Zdania na jego temat są podzielone, a emocje - silne i zróżnicowane. Postawa i czyny centralnej postaci stanowią przedmiot dyskusji, która w każdej chwili może się przerodzić w prawdziwą wojnę światopoglądową. Wojna ta może się zaś przenieść do realnego świata. Cóż, bohater dał “zagwozdkę” nie tylko postaciom, ale także widzom. Trudno przejść obok niego obojętnie.


Gorąco zachęcam do obejrzenia omówionych filmów
i do wyrobienia sobie własnej opinii na ich temat.


Natalia Julia Nowak,
8-20 marca 2015 r.


PRZYPISY


[1] Wydawnictwo “Bellona“, Warszawa 2008. Książka została opublikowana w ramach cyklu wydawniczego “Historyczne bitwy”.

[2] “W celu samoobrony, jak też dla obrony innych, Japonia (…) nie będzie mogła usunąć trudności istniejących we Wschodniej Azji inną drogą jak polityką krwi i żelaza. Jednakże realizując taką politykę, staniemy twarzą w twarz przeciwko Stanom Zjednoczonym. Jeżeli chcemy w przyszłości uchwycić w swoje ręce kontrolę nad Chinami, będziemy musieli złamać Stany Zjednoczone, to znaczy postąpić z nimi tak samo jak podczas wojny rosyjsko-japońskiej. Aby opanować Chiny, musimy najpierw zdobyć Mandżurię i Mongolię. Aby zawojować świat, musimy najpierw dokonać podboju Chin. Jeżeli uda się nam opanować Chiny, wówczas z obawy przed nami skapitulują wszystkie inne państwa w Azji i kraje Mórz Południowych” - miał powiedzieć premier Giichi Tanaka w specjalnym przemówieniu skierowanym do decydentów politycznych, gospodarczych i wojskowych. Cytuję jego słowa za Michałem Klimeckim, który z kolei powołuje się na książkę “Śmierć w Tokio. Z dziejów terroryzmu politycznego” Franciszka Bernasia (Warszawa 1989).

[3] O masakrze nankińskiej, znanej także jako gwałt nankiński, pisałam w artykule “Nankin - chiński Wołyń. Filmowe wizje masakry”. Pozwolę sobie przytoczyć dwa cytaty, które wykorzystałam również w tamtym tekście. Oba fragmenty pochodzą z książki “Smutny kontynent” Jakuba Polita: “Masakry w Nankinie cechowała sięgająca granic perwersji pomysłowość. Ofiary zakopywano żywcem, traktowano końmi i czołgami, wieszano za języki na hakach. Niektórych, zakopanych w ziemi po pas, kazano rozszarpywać wielkim psom, innych krzyżowano, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, obdzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy”, “Jedną z ulubionych zabaw było wpędzanie Chińczyków na dachy drewnianych domów, oblewanie parteru benzyną i podpalanie. (…) Inny rodzaj rozrywki polegał na wpędzaniu nago do lodowatej w grudniu i styczniu wody Yangzi; (…) próbujących wypłynąć ostrzeliwano i obrzucano granatami. Dzieci, a nawet niemowlęta nadziewano na bagnety” (cyt. za: Wiktor Ferfecki, “Zapomniane krwawe zbrodnie”, portal TVP Info).

[4] Wydawnictwo “Militaria“, Warszawa 2001.

[5] Historią Jednostki 731 zajmowałam się już w artykule “Gorsi niż Mengele. Diabły z Jednostki 731”. Tekst stanowi rozbudowaną recenzję filmu “Hei tai yang 731“ aka “Men Behind the Sun” (reż. Tun Fei Mou, Chiny-Hongkong 1988).

[6] Eksperymenty z zamrażaniem kończyn, opisane przez Jacka Solarza, to tylko wierzchołek góry lodowej. Aby uświadomić czytelnikom, jak strasznych barbarzyństw dopuszczali się japońscy pseudonaukowcy, zacytuję kilka zdań z artykułu “Jednostka z piekła rodem” Kamila Nadolskiego: “Jednym z najbardziej zwyrodniałych eksperymentów były wiwisekcje, czyli wszelkiego rodzaju operacje dokonywane na żywym pacjencie, bez znieczulenia. Więźniom amputowano kończyny, przeszywano je nawzajem (np. w miejscu nogi - rękę), sprawdzając, czy się zrosną. Wycinano narządy wewnętrzne, dokonywano zabiegów na otwartym mózgu - wszystko to przy pełnej świadomości operowanych. Oprócz tego celowo wywoływano u więźniów choroby, symulowano zawały serca i udary. Sprawdzano ile człowiek może wytrzymać bez jedzenia, a ile bez wody. Przebywające w obozie kobiety gwałcono po to, by później dokonywać na nich aborcji. (…) Na więźniach testowano również nowe rodzaje broni takie jak granaty czy miotacze ognia”. Publikacja, której fragment przywołałam, znajduje się w dziale “Wiadomości” portalu Onet.pl.

[7] Opracowanie jest częścią pracy zbiorowej “Zarys dziejów Afryki i Azji. Historia konfliktów 1869-2000” pod redakcją naukową Andrzeja Bartnickiego (wydanie drugie poprawione i rozszerzone. Wydawnictwo “Książka i Wiedza“, Warszawa 1996-2000).

[8] Pojęcie “Pearl Harbor” odnosi się do amerykańskiej bazy wojskowej usytuowanej na Hawajach. Japończycy, dowodzeni przez admirałów Yamamoto i Nagumo, zbombardowali ją 7 grudnia 1941 r. “Tora! Tora! Tora!” - brzmiało hasło, które nadali o godzinie 7:53. Stanowiło ono komentarz do faktu, że Amerykanie okazali się totalnie zaskoczeni atakiem. Japoński nalot doprowadził do śmierci 2345 żołnierzy i 68 osób cywilnych. Rannych zostało 1247 wojskowych i 35 cywilów. Konsekwencją ataku na Pearl Harbor było wypowiedzenie (przez Stany Zjednoczone i ich sprzymierzeńców) wojny Imperium Słońca. Doszło do tego dzień później, tj. 8 grudnia 1941 r. Przypis zredagowany na podstawie notatki “7 grudnia 1941 roku, miał miejsce japoński atak na Pearl Harbor” zamieszczonej w serwisie Historykon.pl.

[9] Co oznacza słowo “Yamato”? Polskojęzyczna Wikipedia podaje, że wyraz ten posiada wiele znaczeń. Jest on stosowany w różnych dziedzinach japońskiego życia społecznego. Oto niektóre ze znanych zastosowań: “Yamato – jedna z hist. nazw Japonii”, “Yamato-damashii, duch Yamato – duch narodowy Japonii, poczucie narodowej godności i ducha bojowego”, “Yamato – według mitologii japońskiej nazwa lądu, na którym wylądowali pierwsi ludzie po stworzeniu świata”, “Yamato – okres w historii Japonii”, “Yamato – dynastia japońska”, “Yamato – jeden z japońskich rodów, z niego wywodzi się dynastia Yamato”, “Yamato – rzeka w Japonii”, “Yamato – jedna z japońskich grup etnicznych”, “Prowincja Yamato – jedna z hist. japońskich prowincji w regionie Kansai (obecnie prefektura Nara)”, “Yamato Nadeshiko – personifikacja wyidealizowanej kobiety japońskiej; podczas II wojny światowej ideologia propagandowa, polegająca na utrwaleniu przekonania o konieczności poświęcenia kobiet dla męża/żołnierza i kraju; w szerszym znaczeniu apelowała o poświęcenie do wszystkich, którzy uważali się za Japończyków”. Znaczeń słowa “Yamato” jest dużo, dużo więcej. Przykładowo, istnieje wiele miejscowości o takiej nazwie.

[10] Publikacja, podpisana “mjm”, jest dostępna na stronie internetowej Polskiego Radia SA.

[11] Info dla tych, którzy potrzebują dokładniejszych danych. Pełna wyporność pancernika: 71650 t. Długość całkowita: 263 m. Szerokość: 38,9 m. Maksymalna prędkość: 27,4 w. Zapas paliwa: 6400 t. Zanurzenie: 10,4 m. Liczba działek o największym kalibrze: 9. Przytoczone dane pochodzą z tekstu “Japoński pancernik Yamato” Kamila Walarowskiego (portal WWII.pl).

[12] Publikacja, podpisana “Maciej Michałek//gak”, jest dostępna na stronie internetowej TVN24.

[13] Wrak pancernika Musashi udało się odnaleźć dopiero w marcu 2015 r. Chociaż na przestrzeni 70 lat organizowano wiele misji poszukiwawczych, żadna z dotychczasowych ekspedycji nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Dopiero ostatnia wyprawa - sfinansowana przez Paula Allena, współzałożyciela Microsoftu - zakończyła się sukcesem. Allen, organizując akcję poszukiwania okrętu, kierował się jego międzynarodową sławą. Więcej o tym wyjątkowym wydarzeniu można przeczytać w artykule “Zdjęcia i nagrania odnalezionego monstrum cesarskiej floty” opublikowanym w serwisie TVN24. Tekst, podpisany “mk//gak”, ukazał się 6 marca 2015 r.

[14] Jest ona dostępna w dziale “Facet” portalu Wirtualna Polska. Opatrzono ją podpisem “Rafał Natorski/PFi”.

[15] Nie tylko wielki amerykański patriota, ale również rodowity Amerykanin (Native American). Pamiętajmy o indiańskim pochodzeniu bohatera. Skoro już mówimy o Rambo, polecam mój artykuł zatytułowany “Pesymizm żołnierza-tułacza. Recenzja filmu ‘John Rambo’”.

[16] Napisałam kiedyś recenzję tej produkcji. Nosi ona tytuł “Wojna może zniszczyć, ale też uwznioślić” i jest ogólnodostępna w Internecie.

linkinpark | ice | chce-schudnac | suplementyon1 | concensus-facit-legm | Mailing