Ostatnie Wpisy

Zastać Polskę ludową, a zostawić narodową

Autor: njnowak | Kategorie: Historia, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: gomułka, imigracja, imigranci, isis, islam, komunizm, marzec 1968, mieczysław moczar, moczar, moczaryzm, nacjonalizm, patriotyzm, polska rzeczpospolita ludowa, prl, stalinizm, syjonizm, ub, urząd bezpieczeństwa, wielka polska, wielka polska narodowa, władysław gomułka, żydzi
06. grudnia 2015 19:36:00

Wprowadzenie

Niniejszy artykuł, odpowiadający na pytanie “Co można było zrobić z Polską po upadku stalinizmu?”, jest bezpośrednią kontynuacją tekstu “Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!”. Znajomość tamtej publikacji może być niezbędna do pełnego zrozumienia poniższego felietonu/eseju/czegokolwiek. Kieruję swój przekaz m.in. do obrońców dobrego imienia Polski i Polaków. Moi Drodzy, jeśli zaangażujecie się w dyskusję z antypolskimi paszkwilantami - nadwiślańskimi lub zagranicznymi - prędzej czy później zetkniecie się z opinią, że Wasza działalność to świadome bądź nieświadome odtwarzanie marca 1968 roku. Artykuł, który dla Was przygotowałam, pokrótce wyjaśnia, skąd się wziął ten dziwaczny pogląd. Kim był Mieczysław Moczar, ojciec marca ’68? Czy okres gomułkowski (1956-1970) był jedyną okazją, kiedy polscy nacjonaliści mogli zbudować Wielką Polskę Narodową? Ostatecznie, w środowisku moczarowców obracał się Bolesław Piasecki, lider przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego “Falanga”. Może trzeba było “kuć żelazo, póki gorące”? Zapraszam do lektury moich przemyśleń!

Nie, nie popieram komunizmu, bo komunizm to coś takiego, o czym śpiewał John Lennon w piosence “Imagine” [“Wyobraź sobie, że nie ma państw“, “Wyobraź sobie, że nie ma własności“, “I nie ma też religii“. YouTube, watch?v=DVg2EJvvlF8]. Paradoksalnie, narodowy komunizm - gomułkowszczyzna, moczaryzm - jest zaprzeczeniem ideologii komunistycznej. Czesław Miłosz nie bez powodu pisał w swojej poezji: “Niech tutaj będzie wreszcie powiedziane: jest ONR-u spadkobiercą Partia. A poza nimi nic nigdy nie było prócz buntu godnych pogardy jednostek. Któż miecz Chrobrego wydobywał z pleśni? Któż wbijał myślą słupy aż w dno Odry? I któż namiętność uznał narodową za cement wielkich budowli przyszłości?” (Poetariumd.republika.pl/wiersze/cm/tp.html). Przytoczone słowa, będące fragmentem poematu “Traktat poetycki”, pochodzą z roku 1957, czyli z epoki “Wiesława” i “Mietka”.

N.J. Nowak

PS. Celem niniejszego artykułu nie jest gloryfikowanie Moczara ani Gomułki, tylko pokazanie, że mogliby oni zostać “trampoliną do władzy” dla prawdziwych narodowców. Od kogoś/czegoś trzeba zacząć…



Demony marca

Moją społeczność, tj. obrońców dobrego imienia Polski i Polaków, oskarża się o przywoływanie demonów marca 1968 roku[1]. Postanowiłam więc, że wezmę byka za rogi i sama sprawdzę, co mają na myśli osoby formułujące takie zarzuty. Przesądziło o tym kilka czynników. Po pierwsze: założenie, że tego typu wiedza może mi się przydać w przyszłości, zwłaszcza w polemikach z antypolskimi hochsztaplerami (ludźmi pokroju Grossa, Śpiewaka, Pawlikowskiego, Pasikowskiego, Całej, Holland i Tokarczuk). Po drugie: fakt, że jestem polską nacjonalistką z odchyleniem lewicowo-socjalistycznym. Po trzecie: przekonanie, że każdy przyzwoity Polak - prawicowiec, lewicowiec, centrowiec - ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek bronić swojej Ojczyzny przed szkodliwymi insynuacjami. Nawet, jeśli wcześniej oddawał się karygodnym działaniom, tak jak Mieczysław Moczar “Mietek”.

Przeprowadziłam maleńkie śledztwo i doszłam do zaskakujących wniosków. Rzeczywiście, w latach ‘60 XX wieku pewne środowiska zaciekle broniły Polski i Polaków przed pomówieniami o współudział w Holocauście. Dowodem na to może być znakomity film dokumentalny “Sprawiedliwi” w reżyserii Janusza Kidawy. Dzieło, wyprodukowane w roku 1968, jest dostępne w serwisie YouTube [watch?v=eFSh_J6gLMU, watch?v=46h2SQ31SvE, watch?v=-846ONJCVo0]. Nie sądzę jednak, żeby ktokolwiek z nas, pogromców antypolonizmu, nawiązywał do tamtej epoki świadomie. Poza tym, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że mityczny marzec ’68 był zajściem wielowymiarowym, kulminacją wielu różnorodnych zjawisk. Jeśli mamy z nim coś wspólnego, to tylko w pozytywnym aspekcie. Mówię tutaj o śmiałym wyrażaniu niezgody na polonofobiczne oszczerstwa.

Twierdzenie, że jesteśmy wskrzesicielami marca 1968 roku (w domyśle: całej plątaniny wydarzeń), to absurd i nadużycie. Jak możemy być jednocześnie piewcami Sprawiedliwych i nieprzyjaciółmi Żydów, bananową młodzieżą i aktywem robotniczym, natolińczykami i puławianami, “partyzantami” i “komandosami“? Z punktu widzenia logiki klasycznej, taka sytuacja jest po prostu niewykonalna. Czy nasi oskarżyciele posługują się logiką kwantową? Kot Schroedingera może być martwy i żywy w tym samym czasie… To, że sprzeciwiamy się pomówieniom, tak jak w latach ‘60, nie oznacza, iż identyfikujemy się ze wszystkimi aspektami wypadków marcowych. Posądzanie nas o odtwarzanie marca ‘68, czyli całego skomplikowanego fenomenu, to bezczelna manipulacja. Celem tego zabiegu jest skojarzenie nas z jednym z wątków ówczesnej awantury, a mianowicie z kampanią antyżydowską. Faktycznie, istniał wtedy taki wątek, ale większość z nas nie byłaby skłonna się pod nim podpisać.

Kreowanie obrońców prawdy na ludzi opętanych demonami marca 1968 roku? Zaiste, sprytne posunięcie! Szkoda tylko, że bazuje ono na błędnym przeświadczeniu o naszej ignorancji historycznej. Co jest sednem tego fortelu? Zakamuflowana sugestia, że skoro jesteśmy w stanie powtórzyć ówczesną akcję odkłamywania polskiej historii, to bylibyśmy również w stanie powtórzyć inne akcje z tamtego okresu, np. antyżydowską czystkę w instytucjach publicznych (która objęła nie tylko działaczy partyjnych, ale także zwykłych obywateli, choćby profesorów wyższych uczelni). Założenie takie, pozornie sprawiające wrażenie poprawnego rozumowania, jest zupełnie bezpodstawne. Mimo to, nasi przeciwnicy chętnie je wykorzystują, żeby zrobić z nas antysemitów, czyli ośmieszyć, zdyskredytować i wykluczyć z dalszej dyskusji. Nie dajmy się złapać na ten haczyk. Walka z antypolonizmem i kampania antysemicka to dwa różne wątki wypadków marcowych. Ktoś, kto ma coś wspólnego z jednym wątkiem, może nie mieć nic wspólnego z drugim. “A” nie musi implikować “B”.


Od ubeka do quasi-narodowca

Dyskutując o marcu ‘68, trudno pominąć głównego bohatera tamtych wydarzeń, jakim był gen. dyw. Mieczysław Moczar “Mietek” vel Mykoła/Mikołaj/Nikołaj Demko/Diomko (urodzony w Boże Narodzenie 1913 roku, zmarły w dniu Wszystkich Świętych 1986 roku). Ten nietypowy aparatczyk Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, choć niemogący się poszczycić nieskazitelną biografią, zasługuje na uwagę każdego polskiego patrioty i nacjonalisty. Moczar przyszedł na świat w Łodzi jako człowiek o podwójnie słowiańskich korzeniach. Miał pochodzenie polsko-ukraińskie lub polsko-białoruskie. Formalne wykształcenie, jakie zdobył w ciągu całego życia, raczej nie powala na kolana. Ukończona szkoła powszechna i trzyletnie kursy zawodowe to dość mało, jak na XX-wiecznego polityka. Przed wybuchem II wojny światowej Mykoła Demko był archetypowym komunistą: robotnikiem fabrycznym i działaczem Komunistycznej Partii Polski. Prawdziwie skandaliczna była jego działalność podczas wojny i w pierwszych latach powojennych. Ten haniebny, odstraszający fragment jego życiorysu został pokrótce opisany w IPN-owskiej publikacji “Twarze łódzkiej bezpieki” (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0020/54047/1-13753.pdf). Dowiadujemy się z niej, że Diomko dowodził oddziałami GL i AL. W latach 1945-1948 kierował zaś Wojewódzkim Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi.

Mieczysław Moczar, jako dowódca partyzancki Armii Ludowej, był też w pośredni sposób dowódcą partyzanckim Armii Krajowej. Jak to możliwe? Otóż 14 maja 1944 r. Mykoła Demko stanął na czele koalicji AL-AK-BCh-Sowieci, która pod lubelską wioską Rąblów stoczyła nierówną walkę z Niemcami. Polacy i Rosjanie, choć mniej liczni i słabiej uzbrojeni, zadali wówczas nazistom ogromne straty. Niestety, w okresie stalinizmu Mikołaj Diomko okazał się prześladowcą AK-owców i NSZ-owców, równie okrutnym i niesprawiedliwym, jak jego koledzy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Liczni Żołnierze Wyklęci, którzy trafili w ręce Moczara, zostali poddani torturom i/lub straceni[2]. Mykoła Demko zakończył swoją ubecką karierę w roku 1948, kiedy to uznano go za stronnika Władysława Gomułki “Wiesława”, kłopotliwego komunisty oskarżanego o “odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”. Jakby tego było mało, zarzucono Diomce, że jest człowiekiem o nastawieniu antysemickim i antysowieckim (to drugie brzmi intrygująco, zwłaszcza w kontekście faktu, że wcześniej “Mietek” prowadził działalność szpiegowską na rzecz ZSRR). Po roku 1956, czyli po objęciu władzy przez Gomułkę, Mieczysław Moczar rozpoczął nowe życie jako wiceminister, a później minister spraw wewnętrznych. Od lat ‘60 zarządzał organizacją kombatancką ZBoWiD (Związek Bojowników o Wolność i Demokrację).

W tej nowej, bardziej liberalnej i patriotycznej epoce, Mykoła Demko przypomniał sobie o swoich związkach z Armią Krajową. Być może pożałował krzywd, jakie wyrządził AK-owcom, bo “zrobił bardzo wiele dla rehabilitacji żołnierzy Armii Krajowej w życiu publicznym Polski Ludowej, doprowadził do przyznania im pełnoprawnego obywatelstwa tego kraju”. Słowa, które zacytowałam, pochodzą z audycji radiowej “’Nieznane o znanych’ - gawęda prof. Pawła Wieczorkiewicza (15.01.2007)”. Link do podcastu znajduje się w multimedialnej publikacji “Dlaczego kat AK nie został I sekretarzem?” (PolskieRadio.pl/39/156/Artykul/742719,Dlaczego-kat-AK-nie-zostal-I-sekretarzem). Mikołaj Diomko zrewidował swoje poglądy do tego stopnia, że dostrzegł i docenił nawet patriotyzm Narodowych Sił Zbrojnych. Problem w tym, że było jeszcze za wcześnie, aby inni komuniści przyznali mu rację. Moczar, mimo starań, nie zdołał niczego wywalczyć dla weteranów-endeków. Żeby nie być gołosłowną, przytoczę sformułowanie użyte przez prof. Pawła Wieczorkiewicza: “Człowiek, który strzelał się z żołnierzami Narodowych Sił Zbrojnych i występował, co się nie udało tym razem, za uznaniem NSZ-owców za kombatantów”. Na starość byłemu ubekowi zupełnie zmiękło serce, gdyż usiłował on powstrzymać “wszystkie represje wobec Solidarności” (źródło: Wieczorkiewicz).

Czy zmiana spojrzenia Mykoły Demki na Narodowe Siły Zbrojne była całkowita? Dr Dariusz Małyszek, autor tekstu “Narodowe Siły Zbrojne w PRL i na emigracji w latach 1945–1989 w świetle historiografii, publicystyki, literatury oraz filmu” (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0007/48688/1-18453.pdf) sugeruje, że nie do końca. Według tego badacza, towarzysz Diomko miał dość dwuznaczny stosunek do NSZ (logika kwantowa?). Nie udało mu się w pełni odrzucić poststalinowskich stereotypów obowiązujących w PRL. Podobnie jak większość ówczesnych decydentów, wierzył on w propagandę marksistowskich pseudohistoryków, która głosiła, że NSZ-owcy masowo dopuszczali się kolaboracji z hitlerowcami. Fenomenalne było jednak to, że “Mietek” nie potępiał w czambuł wszystkich żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Przeciwnie, stał na stanowisku, że w ich gronie jest “wielu uczciwych ludzi” (Małyszek cytuje słowa Moczara za Krzysztofem Komorowskim, twórcą książki “Polityka i walka. Konspiracja zbrojna ruchu narodowego 1939–1945“). Mikołaj Diomko ewidentnie był człowiekiem myślącym, ale niewykraczającym zbytnio poza swoją epokę. Można go porównać do pierwszych nowożytnych wolnomyślicieli, którzy bardzo nieśmiało i w obrębie religii chrześcijańskiej podważali niektóre tezy Kościoła rzymskokatolickiego. Jak na tamte czasy była to rewolucja.


Narodowi komuniści

Mieczysław Moczar miał - że się tak wyrażę - olbrzymie parcie na władzę. Pisze o tym prof. Jerzy Eisler w książce “Zarys dziejów politycznych Polski 1944-1989” (Polska Oficyna Wydawnicza “BGW“, Warszawa 1992). Zdaniem autora, pod rządami interesującego nas polityka “MSW wzorem MBP (…) zaczynało się wymykać spod kontroli PZPR i powoli przekształcać w samoistną siłę polityczną”. Mykoła Demko poświęcał dużo czasu i energii na szukanie sobie zwolenników, znanych dzisiaj jako frakcja “partyzantów“. Podstawowym zapleczem politycznym “Mietka” miał być ZBoWiD. “Jednocześnie Moczar (…) stale dbał o rozszerzanie i umacnianie swoich wpływów wśród dziennikarzy, pisarzy, ludzi kultury i nauki. (…) Wspólnie z Korczyńskim zaczęli też skupiać wokół siebie młodych działaczy partyjnych, zwłaszcza o orientacji nacjonalistycznej” - podaje Eisler. Z dalszej części książki “Zarys dziejów…” dowiadujemy się, że “partyzanci” uparcie powtarzali, iż Władysław Gomułka powinien “ustąpić miejsca komuś młodszemu, energiczniejszemu, bardziej zdecydowanemu”. Oczywiście, mieli na myśli Diomkę. I chyba naprawdę widzieli w nim przyszłego wodza, bo mówili o nim po prostu “Generał”. Jerzy Eisler opisuje specyfikę moczarowców, cytując słowa Jerzego Holzera. Podobno reprezentowali oni “swoisty etos kombatancki niewolny od nacjonalizmu. Kierował się on przeciw Niemcom i Ukraińcom (…), przeciw Żydom (…), ale w bardziej zakamuflowany sposób także przeciwko Rosjanom”.

Eisler charakteryzuje ideologię “partyzantów” również własnymi słowami. Informuje, że uchodzili oni za “narodowych komunistów”. I wyjaśnia: “Na swoistą ideologię tej grupy w pierwszej kolejności składały się: skłaniający się w stronę szowinizmu nacjonalizm, antysemityzm, silny syndrom autorytarny, antyinteligenckość i swoisty kult siły”. Podobnie postrzega moczarowców Adam Michnik, który w 2010 roku stwierdził: “Ten nurt posługiwał się językiem germanofobii i ukrainofobii, jawnym antysemityzmem i ukrytym antysowietyzmem. Był to wariant komunizmu nacjonalistycznego, skrajnie policyjnego i represyjnego wobec tendencji demokratycznych” (Wyborcza.pl/1,76842,7582414,Rezygnacja_z_czlowieczenstwa.html). Mykoła Demko sprzeciwiał się pomawianiu Polaków o współudział w Holocauście. Świadczy o tym jedna z jego wypowiedzi radiowych: “Agresji Izraela na kraje arabskie towarzyszy antypolska kampania prowadzona w świecie przez międzynarodowy syjonizm. Tej wrogiej, antypolskiej działalności jesteśmy zobowiązani przeciwstawić się, wykorzystując takie środki, jak prasa, radio, telewizja, publikacje, film dokumentalny oraz żywe słowo. Nie mamy powodu, ale zmuszeni jesteśmy bronić się przed oszczerczymi zarzutami” [“Mieczysław Moczar o syjonizmie”, YouTube, watch?v=jc4qM5L8fk4]. Skąd wiem, że chodzi tutaj o kontrowersje wokół Zagłady? Stąd, że wypowiedź Mikołaja Diomki doskonale koresponduje z filmem “Sprawiedliwi” Janusza Kidawy.

Rzeczona produkcja jest perłą polskiej dokumentalistyki. Dziełem, które pokazuje, jak liczne były formy pomocy niesionej Żydom przez Polaków podczas II wojny światowej. W filmie dopuszczono do głosu przedstawicieli rozmaitych środowisk społecznych, w tym kombatantów Armii Krajowej. Zwrócono też uwagę na to, że w akcję ratowania Żydów włączali się ludzie o najróżniejszych światopoglądach. “Nawet te odłamy polityczne, którym zawsze dodawano przymiotnik, że są antysemickie. W dużej mierze myślę o ruchu narodowym i myślę o postaci Mosdorfa, który był jednym z przywódców ruchu narodowego przed wojną. Mosdorfa, którego Niemcy rozstrzelali za pomoc udzielaną Żydom” - mówi jeden z bohaterów produkcji, weteran komunistycznej GL. Film Kidawy zawiera subtelne ukłony w stronę ZBoWiD-owców i frakcji “partyzantów” (“Dziś kontradmirał, wtedy dowódca zgrupowania partyzanckiego“, “Te sprawy są też często tematem partyzanckich wspomnień”). No dobrze, ale kim był przywołany wcześniej Jan Mosdorf? Otóż był on głównym ideologiem Obozu Narodowo-Radykalnego “ABC”. W II Rzeczypospolitej uchodził za wroga Żydów, lecz podczas wojny trafił do KL Auschwitz, gdzie zapłacił najwyższą cenę za pomaganie żydowskim współwięźniom. Okej, wiemy już, jaki los spotkał lidera ONR “ABC“. A co się stało z przywódcą ONR “Falangi“, Bolesławem Piaseckim? Odpowiedź na to pytanie może brzmieć szokująco. Tak się bowiem składa, że Piasecki dołączył do grona “partyzantów“. Poparł opcję moczarowską.


Moczar - krytyka i obrona

Bardzo się cieszę, że Mieczysław Moczar “Mietek”, skądinąd niegdysiejszy ubek, poszedł po rozum do głowy i zaczął robić coś korzystnego dla Polski. Raduje mnie świadomość, że jego dążenie do odkłamania polsko-żydowskiej historii szło w parze z walką o godne upamiętnienie Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Jak na byłego kata Żołnierzy Wyklętych było to ogromne osiągnięcie. Nie popieram antysemickiej nagonki uskutecznianej przez Moczara pod koniec lat ‘60 XX wieku. Negatywnie oceniam również brutalne potraktowanie studentów protestujących przeciwko PRL-owskiej cenzurze. Podoba mi się jednak to, że Mykoła Demko i jego poplecznicy wzorowo zareagowali na polakożercze kalumnie rozpowszechniane poza granicami Polski. W przypadku Diomki wyglądało to tak, jakby znalazł on wreszcie pożyteczny sposób na zagospodarowanie swojego wrodzonego radykalizmu. Przychodzi mi tutaj na myśl zresocjalizowany kryminalista, który wykrzesuje z siebie resztki dawnej agresji, żeby stanąć w obronie napastowanego dziecka. Uważam, że trzeba znać postać Mieczysława Moczara, bez względu na to, jaki się ma stosunek do powojennej historii Europy Środkowo-Wschodniej.

Mykoła Demko niewątpliwie miał krew na rękach, ale w sugestii, że zwalczał antypolską propagandę, jest sporo prawdy. Powinniśmy to docenić, zwłaszcza w kontekście jego wcześniejszej działalności. Trudno nie przyznać racji prof. Pawłowi Wieczorkiewiczowi, który powiedział w Polskim Radiu, że postać Mieczysława Moczara “nie poddaje się zupełnie jednoznacznym ocenom”. Warto też przypomnieć stary, dobry truizm Aureliusza Augustyna z Hippony: “Błądzenie jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie jest rzeczą diabelską”. Póki co, historia świadczy na korzyść Polaków, a nie polakożerców. I nie może być inaczej, bo przeszłość jest tylko jedna (mówię o naszej rzeczywistości, a nie o świecie kwantowym zamieszkiwanym przez istoty grossopodobne. Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka w swoim liście otwartym do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich pisały, że we współczesnym dyskursie funkcjonują dwie narracje historyczne dotyczące czasów okołowojennych: “polska“ i “żydowska“. Z wypowiedzi autorek wynika, że są to narracje przeciwstawne, ale współwystępujące. Co na to prof. Stephen Hawking? Czyżbyśmy mieli dwie przeszłości i teraźniejszości?).


Historia alternatywna

Jak wyobrażam sobie PRL pod rządami Mieczysława Moczara “Mietka”? Moja wizja jest dość mglista. Bardzo możliwe, że Polska pozostałaby - przynajmniej chwilowo - w strefie wpływów ZSRR, ale na pewno nie uległaby przekształceniu w kondominium radziecko-zachodnie (a coś takiego stworzył Edward Gierek, następca Władysława Gomułki. Należy to uznać za akt sprzedawczykostwa. Polska już wcześniej była państwem o ograniczonej suwerenności, ale z winy Gierka stała się podmiotem jeszcze bardziej zależnym od obcych mocarstw. Po co to wszystko? W imię krótkotrwałego i wątpliwego luksusu! Obrzydliwe, niegodne męża stanu!). Mieczysław Moczar nie podpisałby żadnego cyrografu umożliwiającego kolonizację Polski przez zagraniczne korporacje. Przeciwnie: dbałby o to, co można by nazwać “czystością kapitału”, tzn. o gospodarkę narodową utrzymującą się w rękach polskich. Głównie państwowych, w mniejszym stopniu prywatnych. Mykoła Demko raczej nie pozostawiłby po sobie niebotycznego długu publicznego. Dlaczego? Bo nie zaciągnąłby zbędnych kredytów na Zachodzie. Pod rządami Moczara życie obywateli byłoby skromne, ale stabilne i bezpieczne. Nirwana: brak niezaspokojonych potrzeb, brak niepotrzebnych pragnień.

Jeśli chodzi o prawa człowieka, to najbardziej aktywni opozycjoniści nie mogliby liczyć na stabilność i bezpieczeństwo. Czarno… a raczej czerwono widzę humanitaryzm w kraju rządzonym przez byłego stalinowskiego oprawcę. Im większa władza, tym głębsza demoralizacja, więc naprawdę mogłoby wrócić wybijanie zębów, łamanie kości i wyrywanie paznokci. Diomko był okrutny, nie różnił się zbytnio od Fejgina, Różańskiego i Romkowskiego. A przecież każdy z tych trzech zwyrodnialców otrzymał za swoje niegodziwości wyrok kilkunastu lat więzienia. Zanim zaczniemy gloryfikować Moczara, pomyślmy o ludziach mdlejących z bólu, ociekających krwią, poniżonych i roztrzęsionych. Potem spróbujmy - oczywiście, w wyobraźni - spojrzeć im w oczy. Następnie przyjmijmy do wiadomości, że te cierpiące ofiary to Polscy Bohaterowie. Ile osób płakało, krzyczało, umierało z winy “Mietka“? Gdzie on miał sumienie? Czy nie był zdolny do współczucia? Torturowanie ludzkich istot to rzecz przerażająca, może nawet gorsza od zabijania. Jednocześnie jest to działalność degradująca dla samego sprawcy. Wątpię, czy osobnik, który praktykował takie okropieństwa, zdołał się uchronić przed zwichrowaniem psychiki.

Wracając jeszcze do ekonomii: myślę, że pod panowaniem Moczara nie zyskalibyśmy chwilowego dobrobytu, ale dzięki temu uniknęlibyśmy poważnego kryzysu w przyszłości. Lepsze drobne wyrzeczenie niż surowa kara za rozrzutność. Mądrzy ludzie mawiają, że chciwy traci dwa razy. Nie otrzymuje tego, na czym mu zależało, lecz musi się pożegnać z tym, co posiadał wcześniej. Szkoda, że obywatel Edłord o tym zapomniał. Podobno jego długi spłaciliśmy dopiero w roku 2012. Kolejna sprawa… Gdyby Mykoła Demko żył we współczesnych czasach i był premierem RP, sprzeciwiałby się przyjęciu przez Polskę tysięcy imigrantów z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. W czasach PRL cudzoziemców mógłby nam wcisnąć Związek Radziecki, który nie mówiłby o “solidarności“, tylko o “nienaruszaniu jedności obozu socjalistycznego“. Myślę, że w takiej sytuacji towarzysz Diomko zarządziłby monitorowanie przybyszów pod kątem ewentualnego islamizmu (nie mylić z islamem). To zaś ograniczyłoby ryzyko ataków terrorystycznych i pomogłoby odróżnić dżihadystów od pokojowo nastawionych uchodźców. Gdyby imigranci zaczęli sprawiać problemy, np. krzewić hasła ISIS, Mieczysław Moczar natychmiast deportowałby ich z Polski.

A teraz kwestia najistotniejsza. Pod rządami “Mietka” nikt nie ośmieliłby się powiedzieć: “Polacy, którzy zasłużenie są dumni z oporu ich społeczeństwa wobec nazistów, faktycznie zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców” (Jan Tomasz Gross), “Trzeba będzie stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy, jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów” (Olga Tokarczuk) albo “W pewnym sensie za śmierć wszystkich – 3 milionów. Bo ludzie ci zostali skoncentrowani w gettach, wywiezieni do obozów i wymordowani przy bierności polskich sąsiadów. A jak uciekali, byli wyłapywani przez chłopów” (Alina Cała). Gdyby jakimś cudem takie rewelacje zdarzyły się na terenie PRL, służby specjalne miałyby obowiązek nie dopuścić do ich przeniknięcia za granicę, zwłaszcza na Zachód. Mówię, jak by było. Kto wie?… Może nawet doczekalibyśmy się mody na Żołnierzy Wyklętych? Jeżeli to prawda, że Mikołaj Diomko angażował się w działania na rzecz rehabilitacji weteranów Armii Krajowej, a nawet bezskutecznie upominał o prawa kombatanckie dla NSZ-owców, to wszystko jest możliwe.


PRL + ChRL = WNM

Oczywiście, tak radykalny zwrot akcji mógłby nastąpić dopiero po pewnym czasie. Niewykluczone, że do jego zaistnienia potrzebna byłaby wymiana pokoleniowa w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, tzn. dojście do głosu młodych ludzi niesplamionych zbrodniami wojennymi ani stalinowskimi. Możliwe, że nastąpiłoby to dopiero w trzecim pokoleniu “partyzantów”, czyli moczarowskiej frakcji PZPR. Uważacie, że taka zmiana nie mogłaby mieć miejsca? A dlaczego nie? Chiny - niegdyś nędzne, maoistowskie, odcięte od świata - poszły w kierunku państwowego kapitalizmu i stały się zupełnie innym krajem. Mimo to, nadal noszą nazwę Chińskiej Republiki Ludowej, a ich władze wciąż posługują się szyldem Chińskiej Partii Komunistycznej. Dla chcącego nic trudnego. Swoją drogą, ciekawie by było, gdyby nad reformami gospodarczymi w Polsce czuwali chińscy mędrcy, a nie Leszek Balcerowicz!

Śmiem twierdzić, że po roku 1978, czyli po upadku maoizmu, powinniśmy byli odsunąć się od ZSRR i nawiązać współpracę z ChRL. Czy Chińczykom przeszkadzałby nasz sentyment do Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych? Nie, bo dlaczego? No, dlaczego Chińczykom miałaby przeszkadzać nasza sympatia do AK-owców i NSZ-owców?! Zaszłości historyczne nie wchodzą tutaj w grę, albowiem nigdy nie było żadnego konfliktu między Żołnierzami Wyklętymi a dalekowschodnimi komunistami. Poza tym, w latach ‘70 Państwo Środka miało na pieńku ze Związkiem Radzieckim. Co się tyczy ideologii, azjatycki komunizm zawsze był bardziej nacjonalistyczny od europejskiego i eurazjatyckiego. A postkomunistyczny dengizm - doktryna stworzona przez Denga Xiaopinga, orientalnego odpowiednika Władysława Gomułki - to już całkowicie patriotyczna sprawa. Niepodległość ojczyzny i tożsamość narodowa są tam wartościami samymi w sobie. Szkoda, że nasi politycy nie są dengistami (chociaż Andrzejowi Dudzie coś zaczyna świtać w głowie).

Nie mam wątpliwości co do tego, że na sojuszu z Chińską Republiką Ludową wyszlibyśmy bardzo dobrze. Jak wynika z najnowszych obliczeń, Chiny mają ogromną szansę zostać światowym hegemonem. “Chińska gospodarka prześcignie amerykańską już w 2026 r. i z biegiem lat będzie ją coraz bardziej zostawiać w tyle. Indie rozwijając się w średnim tempie 5 proc. rocznie osiągną w 2050 r. 90 proc. potencjału USA. (…) Według prognoz do 2050 r. z pierwszej dziesiątki największych gospodarek świata wypadną Włochy i Rosja. Na ich miejsce wejdą Indonezja i Meksyk. Na znaczeniu tracić będą państwa zachodnioeuropejskie (Niemcy, Wielka Brytania i Francja) a także Japonia. W gospodarce światowej coraz wyraźniejsza będzie dominacja państw azjatyckich, które w połowie XXI w. będą odpowiadać za 53 proc. światowego PKB, podczas gdy obecnie jest to ledwie 32 proc.” - donosi Jan Bolanowski, redaktor portalu Money.pl, w artykule opublikowanym 26 czerwca 2015 roku (Money.pl/gospodarka/raporty/artykul/swiat-w-2050-r--chiny-najwieksza-gospodarka,71,0,1840199.html).

Teraz słówko o czasach współczesnych. Zaprzyjaźniając się z Chińczykami, nie zapominajmy o słowiańskich korzeniach Polski i o naszym genetycznym pokrewieństwie z Węgrami. Przyjmijmy również do wiadomości, że ślady wielkiej wędrówki Słowian prowadzą w kierunku Rosji, Indii, Persji i Azji Środkowej, aczkolwiek są też teorie, które głoszą, że Słowianie pochodzą z Polski, Ukrainy, Bałkanów lub ziem bałtyckich[3]. Budujmy więc pozytywne relacje z Republiką Indii, Islamską Republiką Iranu, krajami Europy Wschodniej, Środkowo-Wschodniej, Południowo-Wschodniej oraz Azji Środkowej. No dobra, z niektórych państw możemy zrezygnować ze względu na obawę przed islamizmem i banderyzmem. Ale trzymajmy się Wschodu, bo prognozy dla Zachodu (ekonomiczne, demograficzne, społeczne i kulturowe) nie są zbyt zachęcające. Chyba że chcemy zgnić razem z Okcydentem. Wtedy spoko. Gnijmy, kiśnijmy i kwaśniejmy. Czyńmy to przy dźwiękach utworu “Death of the West” - “Śmierć Zachodu” brytyjskiego zespołu Death in June [YouTube, watch?v=JDBSEmTXJNs].


Antysyjonizm czy antysemityzm?

Jak już napisałam, nie popieram represjonowania ludzi za pochodzenie etniczne. Zdaje się, że Mieczysław Moczar był nie tylko antysyjonistą, ale również antysemitą. Skoro tak, to zdecydowanie potępiam jego uprzedzenie wobec Żydów. Podpisuję się pod słowami Władysława Gomułki: “Partia nasza przeciwstawia się z całą stanowczością wszelkim zjawiskom, które noszą cechy antysemityzmu. Syjonizm zwalczamy jako program polityczny, jako nacjonalizm żydowski, i to jest słuszne. Nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem. Antysemityzm ma miejsce wówczas, jeśli ktoś występuje przeciwko Żydom dlatego, że są Żydami” [zobacz: “Władysław Gomułka - Antysyjonizm”, YouTube, watch?v=livaHrj2kg4]. Każdy prawy człowiek, niezależnie od narodowości, wyznania czy koloru skóry, zasługuje na godne traktowanie. Gdybym żyła w roku 1968 i spotkała kogoś prześladowanego wyłącznie za żydowskość, na pewno stanęłabym w jego obronie. Nie ma usprawiedliwienia dla rasizmu, szowinizmu, etnocentryzmu ani ksenofobii. Antysemityzm jest takim samym złem jak antypolonizm.

Natomiast antysyjonizm - rozumiany jako przeciwstawianie się pewnej doktrynie, zwłaszcza w jej aspektach zagrażających polskiej racji stanu - to zupełnie inna bajka. Syjonizm jest rodzajem nacjonalizmu, a tak się składa, że w Polsce tylko polski nacjonalizm może być zgodny z interesem państwa i społeczeństwa. Do innych nacjonalizmów (np. żydowskiego, ukraińskiego, białoruskiego, rosyjskiego, niemieckiego, no i śląskiego, jeśli uznamy Ślązaków za odrębny naród) należy podchodzić z dużą ostrożnością. Powyższe refleksje można również odnieść do islamu i islamizmu. Pierwszy z tych fenomenów jest religią monoteistyczną, drugi - niebezpieczną ideologią. Szanuję islam, odrzucam islamizm. Nie boję się muzułmanów, boję się dżihadystów. Pamiętajmy: nie każdy Żyd jest syjonistą, tak jak nie każdy Polak jest sympatykiem Młodzieży Wszechpolskiej (czy Wiktor Natanson, kombatant NSZ, to syjonista? W żadnym wypadku!). Nie każdy wyznawca islamu jest islamistą, tak jak nie każdy Francuz jest wyborcą Frontu Narodowego (czy Haifa Wehbe, Malala Yousafzai i Ameerah al-Taweel to islamistki? Ani trochę!). Bądźmy roztropni, rozróżniajmy zjawiska.


Bez przebaczenia

Gwoli jasności. Ktoś, kto zjadł obiad w restauracji, musi zapłacić rachunek, bez względu na wymówki. Tak samo jest z popełnionymi bestialstwami. Każda osoba, która dopuściła się zbrodni, musi za nią zapłacić, czy jej się to podoba, czy nie. Pewne uniwersalne zasady powinny obowiązywać. Nad czym tutaj debatować? Samo nawrócenie, rzecz subiektywna i abstrakcyjna, to trochę za mało. Potrzeba konkretnej - obiektywnej, zewnętrznej, arbitralnej - kary. Niestety, Mikołaj Diomko uniknął odpowiedzialności za swoje barbarzyństwa z lat 1945-1948. I to było złe, nawet pomimo faktu, że miał on również jasne karty w swoim życiorysie. Żaden bandyta nie może pozostawać bezkarny. Dotyczy to także tego delikwenta, który po pewnym czasie zmienił swoje podejście do życia.

Druga szansa - TAK, ale nie wolno jej utożsamiać z ominięciem wymiaru sprawiedliwości. Nie ma równych i równiejszych. Wszyscy podlegają takim samym zasadom. Tym, co przemawia na niekorzyść “Mietka”, jest ciężar gatunkowy i nieodwracalność jego przewinień (znaczenia i wartości jego ofiar, Żołnierzy Wyklętych, nawet nie trzeba tłumaczyć. Polskim Bohaterom należy się szczególny szacunek, co nie zmienia faktu, że wszyscy prawi ludzie zasługują na ochronę przed śmiercią, cierpieniem, upokorzeniem i niesprawiedliwością). Zabójcą i sprawcą tortur jest się do końca życia. Można to porównać do śladów krwi na ciele Balladyny i Lady Makbet. Żadna z tych postaci literackich nie zdołała się pozbyć wstydliwego piętna, chociaż żyła jeszcze długo po popełnieniu czynu, który owym piętnem zaowocował. Niektórych błędów nie można wybaczyć ani zapomnieć.

Mieczysław Moczar był komunistycznym zbrodniarzem. Ale po roku 1956 przyjął postawę korzystną dla naszej Ojczyzny (walka z syjonizmem i antypolonizmem, ukryta nienawiść do ZSRR, popieranie rehabilitacji działaczy Polskiego Państwa Podziemnego). Mykoła Demko, choć mocno zhańbiony i skompromitowany, pozytywnie wyróżniał się na tle innych pezetpeerowców. A na tle pozostałych ubeków był wręcz ewenementem. Większość funkcjonariuszy bezpieki nigdy się nie opamiętała. On się opamiętał. Nazywanie Diomki “patriotą” byłoby przesadą i obrazą dla prawdziwych patriotów, takich jak jego ofiary, np. Stanisław Sojczyński “Warszyc” (żołnierz WP, SZP, ZWZ, AK i KWP odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari). Myślę, że powinniśmy pozostać przy sformułowaniu “komunista z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym”. Jest ono adekwatne i wystarczające. Można też używać stworzonego przeze mnie żartobliwego określenia “przyczajony komunista, ukryty narodowiec”.


STOP przesadyzmowi!

Rozmawiając o ofiarach Moczara, warto uwzględniać osoby pokrzywdzone wskutek kampanii antysyjonistycznej, która przerodziła się w kampanię antysemicką. Nie ma nic złego w przeciwstawianiu się syjonizmowi, tym bardziej, że wielu stalinowskich prominentów - zdrajców, sadystów i morderców - faktycznie miało związki z ruchem syjonistycznym. Chodzi tylko o to, żeby niechęć do określonej ideologii nie prowadziła do dyskryminacji grupy etnicznej czy religijnej kojarzonej z tą ideologią. Wszystkie rasy, narodowości, wyznania i kultury są równe, ale nie wszystkie doktryny są pożyteczne dla Polski. Obce nacjonalizmy, imperializmy, ekstremizmy i fundamentalizmy z definicji nie mogą przynosić nam korzyści, dlatego trzeba być wobec nich czujnym. Do zagrożeń, których nie wolno lekceważyć, należą m.in. syjonizm, islamizm i banderyzm. Uważajmy, komu udzielamy wsparcia/poparcia, np. w związku z konfliktami w Syrii i na Ukrainie.

Towarzysz “Mietek“ przekroczył pewną granicę. Swoim nadmiernym radykalizmem i skłonnością do uogólnień skrzywdził wielu ludzi, którzy nie byli ani syjonistami, ani stalinowcami. Było to podłe, bulwersujące, nieetyczne, godne jednoznacznego potępienia. Ale on chyba nie potrafił inaczej (miał źle ukształtowany charakter). Jeśli bycie dobrym człowiekiem i wzorowym Polakiem jest talentem, to on był tego talentu zwyczajnie pozbawiony. Wprawdzie starał się nauczyć człowieczeństwa i polskości, jednak skutki jego starań pozostawiały wiele do życzenia. Mikołaj Diomko chciał zwalczać syjonizm w partii i bezpiece, lecz całe jego przedsięwzięcie zamieniło się w polowanie na czarownice. Wiadomo, że oprócz prawdziwych czarownic zawsze wpadną w sieć niewinne “owieczki“. Czy płynie z tego jakiś morał? Chyba tylko taki, że przesadna generalizacja przynosi więcej szkody niż pożytku. Zanim podejmiemy jakąś drastyczną decyzję, upewnijmy się, z kim/czym tak naprawdę mamy do czynienia. Amerykańscy żołnierze w Iraku zapomnieli o tej zasadzie i zbombardowali własnych kompanów (Fakty.interia.pl/swiat/news-omylkowe-bombardowanie,nId,794137).


Wielka Polska

Mimo wszystko, życie i poglądy Mieczysława Moczara zachęcają polskiego nacjonalistę do zadawania sobie pytań typu “Co by było, gdyby…?”. Możecie mnie znienawidzić za te słowa, ale ośmielam się mniemać, że lata ‘60 były jedynym momentem w naszej powojennej historii, kiedy byliśmy bliscy zbudowania Wielkiej Polski Narodowej. Na pewno nie byliśmy bliżsi tego celu w latach ‘80 i ‘90 (a co z latami ‘70? O choróbka! Edłord Dżirek to jakieś nieporozumienie! Z jednej strony - przyzwolenie na to, żeby Polska stała się kolonią i zakładnikiem Zachodu. Z drugiej - chęć dopisania do konstytucji PRL artykułu o wieczystym sojuszu z ZSRR. Do tego kolosalny dług publiczny i słodkie obietnice bez pokrycia. Takiego zachowania nie powstydziłaby się pewna współczesna partia polityczna. Dlaczego akurat Edłord musiał wygrać wyścig o fotel I sekretarza KC PZPR? Zaiste, byli kandydaci lepsi od niego!). Jeszcze jedna uwaga, naprawdę ostatnia… Zwróćcie uwagę na to, że w “Mietku” Moczarze nie było ani krzty ukraińskości. Nie mógł on więc być ukraińskim nacjonalistą. Mykoła Demko hańbił się jako sowiecki kolaborant, a przecież - z racji ukraińskiego pochodzenia - równie dobrze mógł się hańbić jako banderowiec. Czyż banderowcy nie przewyższali sowieckich kolaborantów poziomem okrucieństwa? Nie narzekajmy, zawsze mogło być gorzej.

Trzeba było (w latach ’60 XX wieku) budować Wielką Polskę w oparciu o moczarowską frakcję “partyzantów”, a samego przywódcę kontrolować, żeby nie zrobił jakiegoś głupstwa. W razie problemów można by było odsunąć go od władzy, np. pod pretekstem konieczności odbycia kary za zbrodnie z czasów stalinizmu. Jego miejsce zająłby wówczas ktoś młody, rozsądny, pozbawiony skandalicznej przeszłości (albo ktoś dojrzały o ewidentnie narodowym światopoglądzie, dajmy na to Bolesław Piasecki, lider przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego “Falanga“. Może kiedyś zostałby on I sekretarzem? Wyobrażacie to sobie?). A frakcja trwałaby dalej - odnowiona, unowocześniona, oczyszczona z “błędów i wypaczeń”. Wraz z upływem czasu stawałaby się coraz bardziej nacjonalistyczna i coraz mniej komunistyczna. Niewykluczone, że w pewnym momencie cała partia musiałaby zmienić nazwę, gdyż stare miano uległoby dezaktualizacji. Mówiłabym wówczas: “Gratuluję, towarzysze! Zamach stanu się udał!“. Widzicie? Mielibyśmy nową Polskę. Z mniejszym długiem publicznym, bez Okrągłego Stołu, bez Grubej Kreski. Polskę suwerenną, nienależącą do Unii Europejskiej, niepodlizującą się Zachodowi, nieuległą wobec Związku Radzieckiego[4]. Cała historia potoczyłaby się inaczej. Mam tylko nadzieję, że w tej nowej Polsce nie byłoby problemu łamania praw człowieka. Bo tego nie lubię.


Zapora Ogniowa

Jedna rzecz nie przestaje mnie zdumiewać. W latach ’60 na terenie PRL szeroko promowano polską tożsamość narodową, odwoływano się do wartości narodowych, podejmowano próby polonizacji socjalizmu, uczono dumy z polskiej historii [prezentacja historycznych wojsk, w tym uskrzydlonej husarii, podczas obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego: YouTube, watch?v=_eGNLf3KUUQ] i zachęcano do lektury najbardziej patriotycznych dzieł literackich [Władysław Gomułka recytujący “Dziady” Adama Mickiewicza w marcu 1968 roku: YouTube, watch?v=_868POcalGc]. Potępiano jednostki wynarodowione, zwalczano syjonizm i antypolonizm, krytykowano komunistów przybyłych do Polski ze Związku Radzieckiego. Gloryfikowano heroizm, militaryzm i etos żołnierski (mniejsza z tym, że głównymi obiektami kultu były bezwstydnie wyidealizowane AL, GL i LWP. Ważne, że o AK, BCh i zdobywcach Monte Cassino też chętnie wspominano!). Działo się to dokładnie w tych czasach, kiedy na Zachodzie wciskano ludziom kosmopolityzm, globalizm, pacyfizm i multikulturalizm. Tendencje, jakie występowały w Polsce gomułkowsko-moczarowskiej, były całkowicie odmienne od tych dominujących w świecie euroatlantyckim. Jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, dziś takim “hipsterem” narodów jest putinowska Rosja. No i orbanowskie Węgry.

Gdy Europę Zachodnią i Amerykę Północną pustoszyła rewolta obyczajowa (w tym zwolennicy pedofilii, tacy jak Daniel Cohn-Bendit, który w latach ‘70 zaczął praktykować i publicznie wychwalać seks z przedszkolakami), towarzysz “Wiesław” dawał popisy swojego purytanizmu obyczajowego (a był tak purytański, że czasem się z niego naśmiewano!). Polscy konserwatyści chętnie powtarzają, że współcześni Polacy nie są aż tak zdeprawowani jak społeczeństwa Zachodu, np. nie akceptują edukacji seksualnej typu “B” zakładającej nauczanie czterolatków o masturbacji. Nacjonaliści zwracają uwagę na to, że w Polsce nie zdarzają się jeszcze takie konflikty etniczne i religijne, do jakich coraz częściej dochodzi na Zachodzie. Pytanie: komu lub czemu to zawdzięczamy? Może Władysławowi Gomułce i Mieczysławowi Moczarowi, którzy w roku 1968 stali na straży Żelaznej Kurtyny broniącej nas przed złymi wpływami z bloku zachodniego? Użyłam wyrażenia “Żelazna Kurtyna”, chociaż w tym kontekście lepsze byłoby określenie “Zapora Ogniowa”. Jak dzisiaj wyglądałaby Polska, gdyby w latach ‘60 pozwolono Polakom na nieskrępowane kontakty z Okcydentem? Gdyby dopuszczono do głosu anarchistów, trockistów, apologetów pedofilii i maniaków Siostry Morfiny? Przypuszczam, że bylibyśmy drugą Francją albo drugą Szwecją. Oczywiście, w negatywnym znaczeniu.


Natalia Julia Nowak,
lewicowa nacjonalistka



PS 1. Ciekawy felieton o moczaryzmie, narodowym komunizmie, frakcji “partyzantów” i Polsce lat 1956-1989: Nacjonalista.pl/2014/02/17/vonschwarzau-inne-spojrzenie-na-polske-ludowa

PS 2. Istnieje skinheadowski zespół rockowy nawiązujący do moczaryzmu, rodzimowierstwa i Zjednoczenia Patriotycznego “Grunwald” (a także do strasseryzmu, którego NIE akceptuję). Mowa o Sztormie 68 (Facebook.com/sztormowcy68). Grupa posiada w swoim repertuarze wiele udanych kawałków, np. “Viva la Muerte“, “Strażnicy Ognia“, “Ten kraj jest nasz”, “Garść dynamitu“. Niestety, ma też utwory żenujące (“Dziękujemy“), a nawet haniebne (“Wiatr rewolucji“). Można odnieść wrażenie, że przemawia przez nią Moczar w całej okazałości - ze wszystkimi zaletami i wadami. Oto co o nieszczęsnej formacji pisze antifa: StopNacjonalizmowi.wordpress.com/2015/02/03/sztorm-68-kto-promuje-mode-na-narodowy-komunizm

PS 3. Niecodzienny wywiad poświęcony Sztormowi 68, Mieczysławowi Moczarowi, bitwie pod Rąblowem oraz budowaniu porozumienia między lewicą narodową a patriotyczną prawicą [“Niezaleznylublin.pl: Non Serviam i Lubelska COOLtura - Sztorm’68”, YouTube, watch?v=xLCjK-9pcu4]. Obaj rozmówcy są członkami partii Zmiana.

PS 4. Uczestnicy bitwy pod Rąblowem świętują siedemdziesiątą rocznicę tego wydarzenia: “MOCZAR WIECZNIE ŻYWY”, YouTube, watch?v=VdFs7jGfff4

PS 5. Film “Barwy walki” w reżyserii Jerzego Passendorfera (1964). Kinowa adaptacja powieści przypisywanej Mieczysławowi Moczarowi [YouTube, watch?v=Ckk7gubxPGA, watch?v=n04XquDo0pc]. “Przypisywanej” - bo pezetpeerowski aparatczyk najprawdopodobniej korzystał z usług ghostwritera.


WYJAŚNIENIE

Ktoś nie zrozumiał, o co chodzi w mojej historii alternatywnej? Zatem spróbuję ją wyjaśnić w kilku/kilkunastu zdaniach… Po upadku stalinizmu, kiedy władzę w Polsce przejęli Władysław Gomułka “Wiesław” i Mieczysław Moczar “Mietek“, trzeba było rozbudowywać nacjonalistyczną frakcję “partyzantów” skupioną wokół tego drugiego polityka. Należało doprowadzić do tego, żeby Moczar został I sekretarzem KC PZPR (można było to uczynić po dymisji Gomułki w 1970 roku albo jeszcze wcześniej). Frakcja “partyzantów”, dzięki szerokim wpływom “Mietka”, powinna była przeobrazić się w wiodącą siłę Polski Ludowej. Samego Mieczysława Moczara - teraz już przywódcę PRL - należało po pewnym czasie “wygryźć”, tj. odsunąć od stanowiska (pretekst: nierozliczone zbrodnie z okresu stalinizmu i realne zagrożenie dla praw człowieka w Polsce. Wyrok: 12/14/15 lat pozbawienia wolności, jak dla Fejgina/Różańskiego/Romkowskiego w 1957 roku). Po rozprawieniu się z “Mietkiem” trzeba było oddać władzę jakiemuś innemu przedstawicielowi frakcji “partyzantów” (Bolesławowi Piaseckiemu albo komuś młodemu, czystemu, nieznanemu. Piasecki, niegdysiejszy lider ONR “Falangi“, mógłby od razu wyjść do ludu w piaskowej koszuli, w granatowych spodniach, w czarnym krawacie, z oenerowskim znakiem na lewym ramieniu). Pod wpływem dominujących narodowców Polska Zjednoczona Partia Robotnicza powinna była coraz bardziej odsuwać się od komunizmu i zmierzać w stronę socjalnego nacjonalizmu. W roku 1978 należało wziąć “rozwód” z ZSRR i związać się z Chińską Republiką Ludową (dengizm ma się tak do maoizmu, jak gomułkowszczyzna do stalinizmu). Chińczycy powinni byli nam podpowiedzieć, co zrobić z gospodarką, żeby Polska Rzeczpospolita Ludowa, a raczej Wielka Polska Narodowa lepiej się rozwijała. Podsumowując: uważam, że na przełomie lat ‘60 i ‘70 XX wieku możliwy był nacjonalistyczny “zamach stanu” w białych rękawiczkach. Podmiana elit i zmiana kursu dokonana na zasadzie “uprowadzenia samolotu”. Wystarczyłoby, żeby odpowiedni ludzie chwycili stery i skierowali polityczny aeroplan na właściwy tor lotu. Gdyby tak się stało, żylibyśmy dzisiaj w zupełnie innej Polsce.


ANEKS 1.
Niewygodne fakty


Kiedy zaczął się w Polsce oficjalny, państwowy kult Żołnierzy Wyklętych? Po roku 1989? Za rządów Lecha Kaczyńskiego? A może dopiero w roku 2011? Nic bardziej mylnego. Oficjalny, państwowy kult Żołnierzy Wyklętych zaczął się w pierwszej połowie lat ’70 z inicjatywy Wojciecha Jaruzelskiego*, najlepszego przyjaciela Mieczysława Moczara. Jak podaje prawicowy portal internetowy wMeritum.pl, “w 1972 roku generał Wojciech Jaruzelski, ówczesny minister obrony narodowej PRL, powziął decyzję o pomocy w ustaleniu miejsca ‘pochówku’ generała Nila oraz zaproponował wystawienie pomnika” (Wmeritum.pl/pamietaj-abys-nie-prosila-ich-o-laske-general-august-emil-fieldorf-nil). Warto dodać, że kilka lat później (1977 rok) wszedł do kin jeden z najsłynniejszych patriotycznych filmów gloryfikujących Armię Krajową - “Akcja pod Arsenałem” Jana Łomnickiego (Filmweb.pl/film/Akcja+pod+Arsenałem-1977-3737). W 1983 roku odsłonięto zaś w Warszawie pomnik Małego Powstańca. Moi Drodzy, to nie są bezużyteczne ciekawostki, tylko niewygodne fakty, które zmieniają istotę rzeczy.

Polecam posłuchać kompozycji “Clubbed to Death” Roba Dougana i po prostu odłączyć się od Matrixa [“The Matrix Soundtrack - Clubbed To Death (HD)”, YouTube, watch?v=HUSSKWWg-0c]. Chciałam napisać “połknąć czerwoną pigułkę“, ale stwierdziłam, że mogłoby to zostać źle zrozumiane. Wielu współczesnych polityków i działaczy politycznych nie jest zdolnych do takich gestów patriotyzmu, na jakie było stać niektórych komunistów rządzących w latach 1956-1989. To duży wstyd dla “wolnej” III Rzeczypospolitej, a w szczególności dla jednostek pokroju Joanny Senyszyn, byłej posłanki SLD, która publicznie wyśmiewa/wyśmiewała podziemie niepodległościowe [“Senyszyn kpi z Żołnierzy Wyklętych!”, YouTube, watch?v=2r1mfj1XG3w]. Oby Senyszynowa i jej sympatycy przeżyli podobne nawrócenie, jak Mykoła Demko. Miejmy nadzieję, że opamiętają się również manipulatorzy pomawiający Polaków o współudział w Holocauście. Liczmy na to, że ich przemiana dojdzie do skutku zanim umrą ostatni strażnicy pamięci, tj. ludzie mogący zaświadczyć o bohaterstwie naszego Narodu.

* Gdyby ktoś miał wątpliwości: tak, wiem o licznych Polakach, którzy w latach ’80 XX wieku stracili zdrowie i/lub życie z winy Wojciecha Jaruzelskiego (stan wojenny: około 100 ofiar śmiertelnych, w tym głośny przypadek Grzegorza Przemyka). Wiem również o tym, że w roku 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem, aby pogłębić rozpoczęty przez Edwarda Gierka proces podporządkowywania Polski Zachodowi (Historia.uwazamrze.pl/artykul/1146670/pakt-jaruzelski-rockefeller). Potępiam te aspekty działalności Jaruzela, które przyczyniły się do ludzkiej tragedii i do przyspieszenia kolonizacji Polski przez świat euroatlantycki. Ale te poważne przewinienia nie zmieniają faktu, że ŚlepoWRON zrobił coś dobrego dla upamiętnienia gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”, zapewne pod wpływem znajomości z Mieczysławem Moczarem (zarażenie pewnymi ideami; to normalne wśród przyjaciół). Każdy przyzwoity Polak powinien to docenić.


ANEKS 2.
Czyściec 1956-1989


Po roku 1956 wielu polskich żołnierzy, których w okresie stalinizmu spotkały szykany, brutalne przesłuchania lub drakońskie wyroki, zostało zrehabilitowanych/uniewinnionych/uwolnionych i zdążyło jeszcze zrobić karierę w PRL. Mam tutaj na myśli Stanisława Skalskiego, Kazimierza Moczarskiego, Kazimierza Leskiego, Wiesława Chrzanowskiego, Władysława Bartoszewskiego, Stefana Bałuka i Witolda Kieżuna. Z drugiej strony, nie należy udawać, że w latach 1956-1989 wszystko układało się idealnie. Ostatni z Żołnierzy Wyklętych, Józef Franczak “Lalek”, zginął 21 października 1963 roku w potyczce z ZOMO. Miało to miejsce w siódmą rocznicę dojścia Gomułki do władzy. Przypadek? Nie sądzę… “Polowanie” na partyzanta zorganizowała Służba Bezpieczeństwa podlegająca Ministerstwu Spraw Wewnętrznych (PolskaTimes.pl/artykul/3767323,narodowy-dzien-zolnierzy-wykletych-wspominamy-jozefa-franczaka-ps-lalek-zolnierze-wykleci,id,t.html). W tamtym czasie szefem MSW nie był jednak Mieczysław Moczar, tylko jego poprzednik, Władysław Wicha. Weźmy również pod uwagę takie podłości, jak inwigilowanie byłych więźniów stalinowskich czy utrudnianie życia dzieciom Żołnierzy Wyklętych.

Sytuacja, jaka panowała po odwilży gomułkowskiej, nie była ani piekłem, ani niebem. Zupełnie jak III RP. Ale wtedy przynajmniej mieliśmy szlachetną akcję odkłamywania polsko-żydowskiej historii (patrz: film dokumentalny “Sprawiedliwi” Janusza Kidawy). Dziś mamy nieszlachetną akcję upadlania Polski poprzez kręcenie szkodliwych produkcji typu “Ida” Pawła Pawlikowskiego. Jeśli w naszym Kraju istnieje neomoczaryzm, to jest on odpowiedzią na neostalinizm. To taka samospełniająca się przepowiednia. Świt żywych ubeków (duch Moczara kontra duchy “Żydokomuny“). Odnowienie cyklu dziejów w myśl filozofii Orientu. Idy marcowe, o których pisałam w artykule “Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!”.


ANEKS 3.
Żydzi i syjoniści w UB


Co trzeba wiedzieć o Żydach i syjonistach, którzy pracowali w stalinowskim Urzędzie Bezpieczeństwa i Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego? Julia Brystygierowa była wdową po działaczu syjonistycznym Natanie Brystygierze, Józef Światło należał w młodości do syjonistycznego stowarzyszenia Gordonia, Salomon Morel w latach ’90 przeprowadził się do Izraela, Józef Różański wywodził się z syjonistycznej rodziny, jego ojciec był redaktorem naczelnym gazety “Hajnt”, a on sam publikował w piśmie “Fołks-Jugend”, odwiedził Palestynę oraz udzielał się w organizacjach typu Żydowska Młodzież Demokratyczna czy Centralne Biuro Żydowskie KPP (Mbp_x.republika.pl/html/rozanski.htm, Jhi.pl/psj/Rozanski_%28wlasc_Goldberg%29_Jozef). Przykładów ubeków-syjonistów na pewno jest więcej. Trzeba to dokładnie zbadać.

Ciekawostka: w latach 1944-1954 aż 37% najwyżej postawionych pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego mogło się pochwalić żydowskimi korzeniami. W jednostkach terenowych, czyli na tym szczeblu władzy, na którym działał antysyjonista/antysemita Mieczysław Moczar, było to 13,7% decydentów. Wypada wspomnieć, że w tamtym okresie Żydzi i Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili niecałe 1% polskiej populacji. Dane dotyczące odsetka Żydów w kierownictwie MBP/UB zaczerpnęłam z e-booka “Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom I. 1944-1956” pod redakcją naukową dra hab. Krzysztofa Szwagrzyka (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0015/105432/Aparat_kadra_kier_tom-I.pdf). Informacje, które przywołałam, znajdują się na stronie 63.

Jeśli chodzi o najbardziej znanych i wpływowych ludzi mających coś wspólnego z ubecją, obozami pracy i/lub mordami sądowymi, to oni wszyscy wywodzili się ze środowisk żydowskich. Jakub Berman, Julia Brystygierowa, Józef Czaplicki, Anatol Fejgin, Adam Humer, Stefan Michnik, Mieczysław Mietkowski, Salomon Morel, Roman Romkowski, Józef Różański, Józef Światło, Helena Wolińska… Można dopisać do tej listy również innych zbrodniarzy, mniej sławetnych. Wyjątkiem od tej reguły był minister Stanisław Radkiewicz, jednak znawcy tematu opisują go jako figuranta nieposiadającego realnego wpływu na władzę. Mimo wszystko, 37% Żydów-szefów w centrali MBP i 13,7% Żydów-szefów w jednostkach terenowych to NIE była większość.

Owszem, występował tam fenomen nadreprezentacji mniejszości (narodowej/etnicznej) w stosunku do struktury społecznej. Tak to już jest w socjologii, że mniejszości mogą być “nadreprezentowane” lub “niedoreprezentowane”. W tym przypadku zachodziło zjawisko nadreprezentacji. Ale pogląd, że połowa, większość albo cała grupa dyrektorów/wicedyrektorów bezpieki wyróżniała się żydowskim pochodzeniem, to stereotyp bardzo odległy od rzeczywistości. Nie była to połowa, nie była to większość, nie była to cała grupa. No, chyba że mówimy o najściślejszej elicie i najbardziej niesławnych katach (tych, których wymieniłam wcześniej). Wtedy faktycznie możemy się posługiwać słówkiem “większość”.

Warto wiedzieć, że niektórzy znani Polacy, bezpośrednio lub pośrednio skrzywdzeni przez stalinowców, otwarcie mówili o tym, iż ich krzywdziciele byli Żydami. Łatwo udowodnić, że takie oświadczenia składali gen. Stanisław Skalski i Maria Fieldorf, córka gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”. Obejrzyjcie filmiki: “Generał Stanisław Skalski o UB i propagandzie GW”, YouTube, watch?v=Y_ZDO6IRtI8 i “Po Zagładzie - Żydzi w bezpiece (Maria Fieldorf i prof. Marek Jan Chodakiewicz)”, YouTube, watch?v=5t__JmSZmYM. Uwaga! W pierwszym z przywołanych materiałów pojawiają się obraźliwe sformułowania (“parch żydowski“, “polska swołocz“), których NIE aprobuję, chociaż mam świadomość, do kogo się odnoszą i kto jest ich autorem! Czerwonych bandytów jak najbardziej można krytykować, ale pejoratywne epitety powinny nawiązywać do ich niskiego poziomu moralnego, nie zaś do narodowości czy etniczności. Złych ludzi należy rugać za postępowanie, a nie za przynależność do określonej nacji bądź rasy.


PRZYPISY

[1] Kto i gdzie promuje pogląd, że walka z antypolską propagandą jest nawiązaniem do marca ’68? Po raz pierwszy zetknęłam się z taką opinią w materiale video “Debata: Polacy i Żydzi. Mit dobrego sąsiedztwa” [YouTube, watch?v=VMbeh7RI54o]. Zdanie takie wygłosiła Helena Datner, historyk i socjolog, była przewodnicząca Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. Pani ta jest jedną z trzech autorek kontrowersyjnego listu otwartego do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich, który analizowałam w artykule “Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!”. Jest ona również córką Szymona Datnera (uber-Grossa, który twierdził, że Polacy w czasie wojny zamordowali 250.000 Żydów) i Edwardy Orłowskiej (stalinowskiej posłanki działającej w latach 1945-1956). Pani Datner słynie z tego, że widzi antysemityzm tam, gdzie go nie ma. W 2013 roku stwierdziła, że film “Ida” Pawła Pawlikowskiego jest antysemicki (Natemat.pl/80843,ida-pelna-antysemickich-stereotypow). Słowa Heleny Datner o marcu 1968 roku zostały wypowiedziane podczas debaty “Polacy i Żydzi. Mit dobrego sąsiedztwa” zorganizowanej przez warszawskie Stowarzyszenie Wszyscy Razem (nie mylić z michałowickim stowarzyszeniem o tej samej nazwie!). Organizacja ta nie jest organizacją naukową, tylko polityczną. Zajmuje się zwalczaniem nacjonalizmu i homofobii, potępia nierówności społeczne, zwołuje “antyfaszystowskie” manifestacje uliczne (Antynacjonalizm.pl/o-nas). Krótko mówiąc, jest to antifa, która z naukowym obiektywizmem nie ma zbyt wiele wspólnego. Debata “Polacy i Żydzi. Mit dobrego sąsiedztwa” była de facto lewicową konferencją z udziałem trojga (a właściwie czworga - prowadząca też się liczy) zaangażowanych politycznie/światopoglądowo naukowców i publicystów. Scenariusz panelu polegał na przytaczaniu argumentów uzasadniających tezę postawioną w tytule spotkania. Drugi przypadek, w którym natknęłam się na łączenie obrony dobrego imienia Polski i Polaków z marcem 1968 roku, to wspomniany wcześniej list otwarty do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy MHŻP. Znów Helena Datner, tym razem w towarzystwie Bożeny Keff i Elżbiety Janickiej. Trzeci przypadek to wirtualne źródła anglojęzyczne, skądinąd powielające negatywne stereotypy o “Polakach-antysemitach” (Books.google.pl/books?id=U6KVOsjpP0MC, Books.google.pl/books?id=oHfhPXlOyZIC, Books.google.pl/books?id=BfQoxsH9bbwC). Wszystko wskazuje na to, że Mieczysław Moczar i jego poplecznicy (tudzież ideowi pobratymcy) naprawdę wypowiedzieli wojnę polakożerczym inkryminacjom. Dlatego uważam, że porównanie do tego środowiska wcale nie musi być obelgą. Przeciwnie, może być zaszczytem i powodem do dumy.

[2] Prof. Antoni Dudek pisze: “Po zakończeniu wojny Moczar został szefem łódzkiej bezpieki, na którym to stanowisku szybko zdobył złowrogi rozgłos, którym pobił na głowę swoich odpowiedników w innych województwach. Głośna stała się zwłaszcza cela nazywana ‘moczarnią’ (komórka o wymiarze metr na metr wypełniona do połowy wodą), w której ‘zmiękczał’ on więźniów, jak i jego zwyczaj zaręczania oficerskim słowem honoru, że przesłuchiwany zostanie zwolniony po złożeniu prawdziwych zeznań, co oczywiście nigdy nie następowało“ (źródło: “Agent ‘Mietek’ - błyskotliwa kariera sowieckiego szpiega Mieczysława Moczara”, Historia.wp.pl/opage,6,title,Agent-Mietek-blyskotliwa-kariera-sowieckiego-szpiega-Mieczyslawa-Moczara,wid,16513718,wiadomosc.html). Jan Nowak-Jeziorański przytacza kilka wstrząsających szczegółów: “On sam osobiście wymyślał metody wydobywania zeznań. (…) Przytoczone z tego okresu fakty wystarczą, by zaliczyć Moczara obok Józefa Różańskiego do najbardziej sadystycznych zbrodniarzy bezpieki. W ciągu pierwszych 19 miesięcy jego urzędowania w Łodzi straconych zostało 108 osób, 22 przez rozstrzelanie, 86 przez powieszenie. Najmłodsza ofiara, kobieta, miała lat 20. Wyróżnił się Moczar w tym okresie stosowaniem terroru w sfałszowanym referendum, a później sfałszowanych wyborach. Ze szczególną zajadłością szef łódzkiego UB zwalczał Kościół ewangelicki. W swoim prostactwie - w każdym protestancie widział ukrywającego się Niemca” (źródło: “Barwy Mietka”, Archiwum.polityka.pl/art/barwy-mietka,389279.html). Nie wolno ignorować takich potworności. Ale nie można też pozwolić na to, żeby przysłoniły one resztę prawdy.

[3] Lektury dla zainteresowanych.
1. Na blogu Czesława Białczyńskiego: “Słowianie pochodzą znad Dunaju i Wisły oraz znad Donu, Rzwy-Wołgi i Orolu” (Bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/dzieje/slowianie-pochodza-znad-dunaju-i-wisly)
2. Na blogu Czesława Białczyńskiego: “Winicjusz Kossakowski – Słowianie, znaczy tyle co – ‘pochodzi od Wenedów’” (Bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/dzieje/slowianie-pochodza-znad-dunaju-i-wisly/czy-scytowie-byli-slowianami/winicjusz-kossakowski-slowianie-znaczy-tyle-co-%E2%80%93-%E2%80%9Epochodzi-od-wenedow%E2%80%9D)
3. Na blogu Czesława Białczyńskiego: “Genetyczne odkrycia 2010/2015 – Nowa Genealogia Słowian i innych ludów Białego Lądu (Europy)” (Bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/dzieje/slowianie-pochodza-znad-dunaju-i-wisly/genetyczne-odkrycia-2010-%E2%80%93-nowa-genealogia-slowian-i-innych-ludow-bialego-ladu-europy)
4. Na blogu Czesława Białczyńskiego: wyniki wyszukiwania słów kluczowych “r1a1 mapa” (Bialczynski.wordpress.com/?s=r1a1+mapa)
5. Wojciech Pastuszka, “Nowe badania genetyczne dawnych mieszkańców naszych ziem” (ArcheoWiesci.pl/2014/10/24/nowe-badania-genetyczne-dawnych-mieszkancow-naszych-ziem)
6. Maciek, “Pochodzenie Słowian” (Fronsac.republika.pl/slowianie/pochodzenie.htm)
7. Jacek Jarmoszko, “Polsko-irańskie dziedzictwo językowe, czyli przyczynki do mitu o sarmackich korzeniach Polaków w świetle badań językoznawstwa historyczno-porównawczego” (Kwartjez.amu.edu.pl/teksty/teksty2011_3_7/Jarmoszko.pdf)

[4] Byłaby to również Polska niepoddająca się Watykanowi - brak ratyfikowanego konkordatu. Przypadłoby to do gustu zarówno antyklerykałom (np. zadrużanom, niklotowcom), jak i katolickim tradycjonalistom (lefebrystom, sedewakantystom itp.). Z moich obserwacji wynika, że znaczna część polskich narodowców to właśnie antyklerykałowie i katoliccy tradycjonaliści. Dla zapominalskich: Sobór Watykański II odbywał się w latach 1962-1965, a więc w czasach, które nas interesują. Co się tyczy roku 1966, nie byłoby z nim absolutnie żadnego problemu. Osoby niereligijne uczestniczyłyby w obchodach Tysiąclecia Państwa Polskiego, a religijne - celebrowałyby Milenium Chrztu Polski. Dla każdego coś miłego. Może nawet oba wydarzenia byłyby wspierane przez władze? A teraz zaskakujący fakt z realnego świata. W 1968 roku Komitet Wojewódzki PZPR we Wrocławiu postawił - z własnej inicjatywy i nieprzymuszonej woli - pomnik papieżowi Janowi XXIII. Angelo Roncalli był wprawdzie papieżem soborowym, ale przytoczyłam tę ciekawostkę, żeby pokazać, iż w latach ’60 Polska Zjednoczona Partia Robotnicza wcale nie była tak antykościelna, jak twierdzą środowiska prawicowo-katolickie. Decyzja o postawieniu monumentu nieżyjącemu już wówczas Ojcu Świętemu wynikała z przyczyn innych niż religijne. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, “pomnik stanowi wyraz hołdu społeczeństwa polskiego dla pierwszego zwierzchnika Kościoła katolickiego, który uznał prawa Polski do Wrocławia i całych ziem zachodnich odzyskanych po stuleciach” (Wikipedia.org/wiki/Pomnik_Papieża_Jana_XXIII_we_Wrocławiu). No i co Wy na to? Pewnie wytrzeszczacie oczy ze zdumienia!

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!

Autor: njnowak | Kategorie: Historia, Społeczeństwo
Tagi: antypolonizm, gross, historia, holocaust, jan tomasz gross, marzec 1968, mhżp, mieczysław moczar, moczar, moczaryzm, muzeum, muzeum historii żydów polskich, nacjonalizm, patriotyzm, polacy, polonofobia, polska, prl, shoah, zagłada, żydzi
23. października 2015 07:39:00

Zimna obojętność

O Holocauście mówi się często, że mógłby przybrać mniejsze rozmiary, gdyby państwa zachodnie, a w szczególności mocarstwa anglosaskie, podjęły stanowcze kroki w celu powstrzymania niemieckiego ludobójstwa. Jacek E. Wilczur, twórca artykułu „Nie wszystko dotąd powiedziano o nieludzkiej bierności wobec zagłady”[1], opisał haniebną postawę władz Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, które nie reagowały na dostarczane przez Polaków raporty dotyczące tragedii Żydów. Według autora, Związek Walki Zbrojnej, przemianowany później na Armię Krajową, nieustannie przekazywał rządowi emigracyjnemu w Londynie informacje o zbrodniczych poczynaniach Niemców i ich sojuszników. Komunikaty te – wraz z prośbami o zbombardowanie torów kolejowych prowadzących do obozów zagłady – były później dostarczane rządom alianckim.

Niestety, jedyną odpowiedzią państw sprzymierzonych pozostawała zimna obojętność. Można przyjąć hipotezę, że zachodni politycy zachowywali bierną postawę, gdyż nie dowierzali swoim polskim sojusznikom. Jak jednak wyjaśnić fakt, że podobne raporty, w pełni pokrywające się z doniesieniami Polaków, opracowywali Szwajcarzy, Szwedzi, Finowie, Rumuni, Węgrzy i Włosi? Czy rządy wpływowych krajów, zdolne do podjęcia interwencji w sprawie Holocaustu, uznały, że obserwatorzy z całej Europy zawiązali spisek i zgodnie snują niestworzone opowieści?

Takie wytłumaczenie byłoby naiwne, żeby nie powiedzieć: infantylne. Liczba źródeł, z których płynęły wiadomości dotyczące męczeństwa Żydów, a także częstotliwość pojawiania się takich komunikatów, sugerują, że władze USA i Wielkiej Brytanii były doskonale rozeznane w kwestii nazistowskiego ludobójstwa. Mimo to, nie reagowały. I to jest w tej historii najstraszniejsze.


Zaniedbanie czy zaniechanie?

Jacek E. Wilczur pisze, że wywiad Stanów Zjednoczonych, choć świadomy rozgrywającej się w Europie tragedii, nie był zbytnio zainteresowany badaniem tej makabry. Miało to zapewne związek z faktem, że szczegółowy raport na temat Auschwitz dostarczono mu bardzo późno, a mianowicie w kwietniu 1944 r. Jest to tym bardziej bulwersujące, że raport, o którym mowa, zawitał na Zachód ponad pół roku wcześniej. Dostarczyła go tam Armia Krajowa, licząc na to, że zostanie odpowiednio wykorzystany. Niestety, dokument leżał „w szufladzie”, nieużywany przez nikogo. Gdy już trafił do amerykańskiego wywiadu, został po prostu zignorowany. Z faktów, przywoływanych przez Wilczura, wynika, że Stany Zjednoczone mogły przyczynić się do ocalenia wielu istnień ludzkich, ale najzwyczajniej w świecie nie chciały tego zrobić. Dlaczego? Tego pewnie już nigdy się nie dowiemy.

Rząd RP na uchodźstwie, zatroskany o los Żydów polskich i europejskich, zwracał się ze stosownymi apelami nie tylko do zachodnich polityków i agentur, ale również do opinii publicznej. W krajach anglosaskich masowo kolportowano publikacje opisujące niemieckie okrucieństwo na ziemiach polskich. Trafiały one m.in. do agencji prasowych. Wbrew oczekiwaniom, nie doprowadziły one jednak do mobilizacji społeczeństw przeciwko hitlerowskiemu ludobójstwu. Świat pozostawał bierny: z obojętności, znieczulicy, strachu lub niedowierzania.

Apele do rządów państw alianckich kierowali nie tylko Polacy, lecz także sami Żydzi. Czynili to niekiedy za pośrednictwem Jana Karskiego, słynnego emisariusza Delegata Rządu na Kraj[2]. Żydzi wzywali sprzymierzonych do różnych działań, takich jak choćby zrzucanie druczków apelujących do sumienia narodu niemieckiego. Wierzyli, że gdyby Niemcy zostali dobrze poinformowani o poczynaniach władz Trzeciej Rzeszy, zbuntowaliby się przeciwko barbarzyństwu i zmusiliby nazistów do zmiany polityki. Ale państwa alianckie nie spełniły tej prośby.

Dlaczego?! Przecież nie była ona wielka, a jej realizacja nie kosztowałaby zbyt dużo! Czym kierowały się mocarstwa zachodnie, kiedy ignorowały błagania płynące ze strony samych mordowanych? Czemu konsekwentnie odmawiały Żydom pomocy? Czy było to zaniedbanie, czy… akt złej woli? Wiele wskazuje na to, że to drugie. Według Jacka E. Wilczura, władze amerykańskie nie tylko nie zrobiły nic, żeby pomóc prześladowanej populacji, ale również zaostrzyły przepisy dotyczące przyjmowania uchodźców żydowskich. Zatrzasnęły przed Żydami drzwi do życia i wolności. Podobnie postąpiły zresztą rządy państw Ameryki Łacińskiej.

Jest to wyjątkowo dziwne, zważywszy na fakt, że po zakończeniu wojny USA, Kanada i kraje południowoamerykańskie ochoczo ugościły wielu Niemców i proniemieckich kolaborantów, którym w Europie groziły surowe kary za zbrodnie wojenne. Co to miało znaczyć? Po czyjej stronie, tak naprawdę, byli alianci? Dlaczego dzisiaj Amerykanie przodują w upamiętnianiu ofiar Shoah? Nie wiem, nie rozumiem.


Zrzucanie winy

Podtrzymywaniu dobrego wizerunku i samopoczucia Amerykanów, Brytyjczyków oraz innych narodów zachodnich sprzyja popularny ostatnio pogląd, zgodnie z którym to Polacy wykazali się obojętnością, która w konsekwencji doprowadziła do zagłady milionów ludzkich istnień. Pogląd ten wyrażany jest w wielu formach: można go znaleźć w opracowaniach naukowych, materiałach prasowych, wypowiedziach osób publicznych etc. Ogromny wpływ na zachodnią (ale i polską!) opinię publiczną mają również filmy fabularne ukazujące Polaków jako ludzi, którzy dopuścili się poważnych zaniedbań lub wręcz byli skłonni pośrednio/bezpośrednio współpracować z Niemcami. Dość wspomnieć o produkcjach: „W ciemności” Agnieszki Holland (2011), „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego (2012) i „Ida” Pawła Pawlikowskiego (2013).

Faktem jest, że w Polsce trafiali się ludzie, którzy np. odmawiali Żydom schronienia, żądali od nich pieniędzy za pomoc albo wskazywali hitlerowcom żydowskie kryjówki. Uważam jednak, że w ostatnich latach mówi się o nich zbyt często, co wywołuje wrażenie, iż takie postawy były w Polsce normą. Z mojego punktu widzenia jest to działanie krzywdzące zarówno dla Polaków, jak i dla cudzoziemców, którzy zostają wprowadzeni w błąd, tzn. poddani manipulacji polegającej na otrzymaniu niepełnych wiadomości.

Manipulacja taka powoduje, że ofiara zostaje odpowiednio ukierunkowana poprzez zgłębienie tylko jednej strony problemu. I to strony będącej bardziej wyjątkiem niż regułą. Równie dobrze można by pokazać dziecku albinosów z Afryki Środkowej, nie informując go o fakcie, że przytłaczająca większość mieszkańców tej części świata jest czarnoskóra. Takie dziecko żyłoby odtąd w przekonaniu, że ludność środkowoafrykańska cechuje się białym kolorem skóry.

Nie ma mojej zgody na insynuacje, zgodnie z którymi w okupowanej Polsce powszechną praktyką było kolaborowanie z Niemcami i/lub mordowanie Żydów z własnej inicjatywy podszytej poczuciem bezkarności. Niestety, tego typu kalumnie powoli stają się normą. Ich krzewiciele nie działają już wyłącznie za granicą. Coraz częściej wyrażają swoje poglądy tutaj, nad Wisłą, dając Narodowi Polskiemu do zrozumienia, że czują się silni i bezkarni. Przykłady takich wypowiedzi - wraz z próbą polemiki - prezentuję poniżej. To od nas, Polaków, zależy, czy podejmiemy walkę z takimi nadużyciami, czy zignorujemy problem, godząc się na zohydzanie naszego wizerunku (w oczach świata, przyszłych pokoleń i nas samych).


Rewelacje Całej

Zwolenniczką poglądu, według którego Polacy w czasie II wojny światowej pozwolili sobie na obojętność graniczącą ze znieczulicą, a nawet przyzwoleniem na zło, jest Alina Cała, pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ośmielę się omówić wywiad, jakiego Cała udzieliła Piotrowi Zychowiczowi, redaktorowi dziennika „Rzeczpospolita”[3]. Skoncentruję się na fragmentach, w których przedstawicielka ŻIH przypisuje Polakom śmiertelną w skutkach bierność.

Zdaniem Całej, Polacy już przed wojną byli zdecydowanymi antysemitami, czego przejawami były antyżydowskie wypowiedzi obecne w przestrzeni publicznej oraz ksenofobiczne rozruchy prowadzące do ludzkiej śmierci. Rozmówczyni Zychowicza jest przekonana, że Kościół rzymskokatolicki i aktywiści Narodowej Demokracji wychowywali Polaków w duchu niechęci do Żydów. Zaowocowało to tym, iż podczas wojny Polacy nie byli pewni, czy pomaganie Żydom jest słuszne z moralnego punktu widzenia.

Cała wie, że w czasie niemieckiej okupacji ukrywanie Żydów było zagrożone karą śmierci. Przypomina jednak, że za pomaganie działaczom ruchu oporu również można było zostać zabitym, a mimo to Polacy nierzadko decydowali się na takie ryzyko. Pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego uważa, że Polacy chętniej pomagali konspiratorom niż Żydom, ponieważ nie wiązało się to z rozterkami moralnymi. Twierdzi też, że mieszkańcy polskich wsi, świadomi stosowania przez Niemców odpowiedzialności zbiorowej, częściej podejmowali ryzyko związane ze sprzyjaniem partyzantom niż ludności żydowskiej. Łatwiej przychodziło im narażanie się dla innych Polaków niż dla Żydów[4].

Alina Cała nie ma wątpliwości co do tego, że eksterminacja Żydów byłaby znacznie utrudniona, gdyby ludność cywilna masowo przeciwstawiała się takim poczynaniom. „Nie da się wymordować 3 milionów ludzi bez bierności społeczeństwa” – przekonuje przedstawicielka ŻIH. Kiedy Zychowicz[5] zadaje pytanie „To za śmierć ilu Żydów są według pani odpowiedzialni Polacy?”, jego rozmówczyni odpowiada: „W pewnym sensie za śmierć wszystkich – 3 milionów. Bo ludzie ci zostali skoncentrowani w gettach, wywiezieni do obozów i wymordowani przy bierności polskich sąsiadów”.

Jak widać, kobieta stawia znak równości między uciśnioną ludnością polską a bezwzględnym hitlerowskim najeźdźcą. Myślę, że bardziej uzasadnione byłoby stawianie Polaków w jednym szeregu z Żydami, albowiem obie nacje były ofiarami wojny (tzn. ofiarami tego samego, niemieckiego agresora). Gdy się czyta wypowiedzi Aliny Całej, odnosi się wrażenie, że Holocaust rozgrywał się w warunkach pokoju i liberalnej demokracji. Pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego opisuje okupację w taki sposób, jakby Polacy - rozumiani jako społeczeństwo obywatelskie - nadal byli wówczas suwerenem i posiadali realny wpływ na poczynania władz.

Kto zna historię, ten wie, że ówczesna sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Naród Polski, podbity przez szowinistów z Zachodu, był niewolnikiem na własnym terenie. Co, zdaniem Całej, mieli robić ubezwłasnowolnieni i sterroryzowani Polacy? Pisać petycje do Adolfa Hitlera? Urządzać strajki i przypinać sobie oporniki? A może organizować demonstracje uliczne z takimi atrakcjami, jak palenie flag/opon/kukieł czy wznoszenie antyfaszystowskich transparentów? Nie bądźmy śmieszni…

Według przedstawicielki ŻIH, odpowiedzialność za zagładę milionów Żydów ponoszą, oprócz Niemców i Polaków, również inne nacje. W całej Europie istniał bowiem antysemityzm, który doprowadził do tego, że w godzinie próby europejskie społeczeństwa okazały się niedostatecznie zainteresowane ratowaniem swoich żydowskich bliźnich. Idąc tym tropem rozumowania, można uznać, że Holocaust był tylko wierzchołkiem góry lodowej, kulminacją wielowiekowej nienawiści do Żydów podsycanej przez różne ośrodki (z Kościołem na czele).

Warto tutaj przypomnieć pewien istotny szczegół. Drobiazg ten został opisany przez Adama Nawrockiego, twórcę artykułu “Polin – przybrana ojczyzna Izraela”[6]. Autor materiału nie zaprzecza, że Stary Kontynent, w tym Polska, przez stulecia zmagał się z problemem antysemityzmu. Sęk w tym, że o ile w większości państw europejskich niechęć do Żydów brała się z czystego rasizmu, o tyle w Polsce wynikała ona głównie z przyczyn społeczno-ekonomicznych. Polacy nie gardzili Żydami jako grupą etniczną. Obawiali się tylko ich odmienności religijnej i kulturowej.

Wszystko to powodowało, że Żydzi, którzy w Europie doświadczali brutalnych prześladowań, szukali ratunku właśnie w Polsce. Pewien XVI-wieczny rabin stwierdził nawet: “Jeśliby Bóg nie dał Żydom Polski jako schronienia, los Izraela byłby rzeczywiście nie do zniesienia”. Polacy nie są tak antysemiccy, jak utrzymuje Alina Cała. Spójrzmy zresztą na współczesność. To ciekawe, że w “antysemickim” kraju postawa antyżydowska jest powszechnie piętnowana, a wszelkie zbrodnie na Żydach - uznawane za obce lokalnej kulturze. Stąd solidarny sprzeciw Polaków wobec pomówień o współudział w Holocauście.


Rewelacje Grossa

Wróćmy jednak do tematu II wojny światowej. Jan Tomasz Gross, polsko-amerykański socjolog i historyk żydowskiego pochodzenia, namiętnie propaguje opinię, że Polacy dopuścili się rażących zaniedbań, a nawet ułatwili Niemcom zadanie poprzez otwartą współpracę lub „rozprawienie się” z niedobitkami ocalałymi z Holocaustu. Autor ten zawarł swoje tezy w kontrowersyjnych książkach „Sąsiedzi” (2000), „Strach” (2006) i „Złote żniwa” (2011). Przedstawił także swój punkt widzenia podczas wielu wystąpień publicznych.

W trakcie jednego z takich wystąpień[7] Gross oznajmił: „W obrębie tradycji judeochrześcijańskiej przemoc obliguje ludzi i instytucje, które są jej świadkami, do zaangażowania, a konkretnie do tego, żeby się jej przeciwstawić. Każdy człowiek znajdujący się w obrębie oddziaływania przemocy podlega takiemu zobowiązaniu i po to, aby się nie angażować, powinien podjąć stosowną decyzję. Innymi słowy bycie 'obok', niezainteresowanym, niezaangażowanym w stosunku do Zagłady, to postawa wymagająca uzasadnienia, z której trzeba się wytłumaczyć odpowiadając na pytania, które każdy sobie stawia we własnym sumieniu. (…) W Polsce, gdzie podczas okupacji hitlerowskiej wszyscy wiedzieli o losie Żydów, pytanie 'Co zrobiłeś, aby im pomóc' jest dopuszczalne w odniesieniu do każdej osoby oraz instytucji, które wówczas były na miejscu”.

Słowa te sugerują, że wszyscy zdrowi Polacy, którzy żyli w czasie II wojny światowej i nie byli wówczas zbyt młodzi, mieli obowiązek ratować Żydów na miarę swoich możliwości. Zdaniem Grossa, każdy, kto nie podjął się dzieła pomocy narodowi żydowskiemu, powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności moralnej. Tok myślenia Jana Tomasza Grossa jest zbieżny z tokiem myślenia Aliny Całej. Socjolog-historyk również wydaje się wierzyć, że gdyby polska ludność cywilna zbuntowała się przeciwko eksterminacji Żydów, to skala Holocaustu byłaby znacznie mniejsza. Jest także przekonany, że Polacy nierzadko wykazywali się złą wolą i świadomie przykładali rękę do zwiększenia rozmiarów tragedii (“ułatwiacze Zagłady“ - oto użyte przez niego sformułowanie. Dostrzegam w tym frazeologizmie analogię do “podżegaczy wojennych“).

Z poglądami Jana Tomasza Grossa nie zgodził się Grzegorz Berendt, przedstawiciel Instytutu Pamięci Narodowej, który powiedział: „Sytuacje, które opisujemy, w żadnym wypadku nie mogą stanowić egzemplifikacji zachowań społeczeństwa, ponieważ nie wiemy, jakiej części społeczności one dotyczą”. Berendt zarzucił Grossowi nadmierną generalizację, krzywdzącą dla Polaków i niepopartą danymi statystycznymi. Zauważył, że Gross wyciąga ogólne wnioski, opierając się na pojedynczych przypadkach. Ciekawostka: konfabulacje socjologa-historyka zdemaskował już kilka/kilkanaście lat temu Jerzy Robert Nowak w książkach “100 kłamstw J.T. Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem” (2001), “Nowe kłamstwa J.T. Grossa” (2006) i “Fałsze i przemilczenia Grossa” (2011). Pan JRN “mocno zmasakrował” antypolskiego paszkwilanta.

Moje zdanie na temat autora “Sąsiadów” jest jednoznaczne. Bez względu na to, czy Gross popełnia błędy metodologiczne, czy umyślnie manipuluje odbiorcami, jego działalność przynosi Polakom szkodę. Mężczyzna zmusza cały Naród, żeby czuł się odpowiedzialny za czyny garstki odszczepieńców: kolaborantów, szmalcowników, pospolitych bandytów itp. Chce, aby wszyscy Polacy, niezależnie od daty urodzenia, nosili w sercu wyolbrzymione poczucie winy. Najmniej miłosierdzia okazuje pokoleniu pamiętającemu wojnę (sam jej nie pamięta, gdyż urodził się w roku 1947). Jest gotów potępić każdego Polaka, który nie przyłączył się do akcji ratowania Żydów. Nawet tego, który - jako zwykły, bezbronny cywil - nie był w stanie nic zrobić. A także tego, który zajmował się czymś innym, np. strzelaniem do Sowietów.

Wyobraźmy sobie taką scenę: czasy współczesne, uroczystość upamiętniająca wydarzenia II wojny światowej. Do mikrofonu podchodzi szacowny kombatant i zaczyna opowiadać o swoich żołnierskich przygodach, w tym o walce z dwoma okupantami. Mówi o obronie Ojczyzny, o ranach i bólu, o tęsknocie za domem, o bitwach i potyczkach. Ludzie siedzą na widowni, uważnie słuchając jego wspomnień. Nagle wstaje z krzesła Jan Tomasz Gross i z oburzeniem krzyczy: “A dlaczego, dziadku, nie pomagałeś Żydom?! Dlaczego patrzyłeś bezczynnie na Zagładę?! Jesteś zbrodniarzem! Masz krew na rękach! Nigdy się z tego nie wykaraskasz! Hańba tobie, i żonie twojej, i dzieciom twoim, i całemu bydłu twojemu!”. No dobra, bądźmy poważni… Gross nie bierze pod uwagę ryzyka, że gdyby w Polsce wybuchło powstanie przeciwko Shoah, Niemcy mogliby je krwawo stłumić, doprowadzając do śmierci zarówno Polaków, jak i Żydów.

Najgorsze jest to, że socjolog-historyk promuje swoje tezy za granicą. W ten sposób zaszczepia cudzoziemcom wypaczony obraz Narodu Polskiego (krzywdząc jednocześnie ich samych. Poddawanie bliźnich “praniu mózgu“ jest nieetyczne, albowiem nikt nie lubi być wodzony za nos). Przeraża mnie fakt, że propaganda w stylu Grossa i jego stronników jest też rozpowszechniana w samym Izraelu. Efekty antypolskiej nagonki można “podziwiać” w filmiku “Co Żydzi myślą o Polakach? Kogo obwiniają za Holokaust? Napisy PL” (YouTube, watch?v=Sqj2ZQhB_ZU). To straszne, że niektórzy przedstawiciele narodu, który tak wiele wycierpiał w czasie II wojny światowej, uwierzyli, iż za martyrologię ich rodaków odpowiadają Polacy. Chciałabym tym ludziom wytłumaczyć, że prawda historyczna różni się od tego, co głoszą nieprzychylne Polsce instytucje. Żal i gniew Izraelczyków są uzasadnione, ale należałoby je przenieść na właściwych sprawców Holocaustu, czyli na Niemców.

Ilu Żydów, w mniemaniu Jana Tomasza Grossa, straciło życie z winy Polaków? Bogusław Wolniewicz[8] pisze, że kontrowersyjny autor sam nie potrafi się zdecydować. Kiedyś podawał liczbę 200 tysięcy. Potem zmienił zdanie i zredukował ją do - bagatela - kilkudziesięciu tysięcy. Wycofanie się przez Grossa z postawionej tezy było jednak ciszą przed burzą, albowiem wkrótce pojawił się Paweł Śpiewak, który zaproponował liczbę 120 tysięcy. To wcale nie jest tak dużo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że przed Śpiewakiem i Grossem był Szymon Datner donoszący o 250 tysiącach ofiar.

Czy z badania i popularyzowania polsko-żydowskiej historii uczyniono targowisko, na którym każdy może wykrzyknąć preferowaną przez siebie liczbę? Ogromne rozbieżności w publikowanych danych świadczą jedynie o tym, że poszczególne szacunki są mało wiarygodne. Wystawiają też złe świadectwo samym badaczom. Tak czy owak, nikt jeszcze nie przebił Aliny Całej i jej “3 milionów”. Kto da więcej, kto da mniej?


Dwie narracje

Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka to kolejne przedstawicielki nurtu myślowego, zgodnie z którym Polacy w czasie wojny grzeszyli (uczynkiem i zaniedbaniem) przeciwko represjonowanej ludności żydowskiej. Panie te napisały list otwarty do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich[9]. Wyraziły w nim sprzeciw wobec budowy pomnika obok MHŻP. Stwierdziły, że powinien on stanąć w innym miejscu.

Według Keff, Datner i Janickiej, we współczesnej Polsce istnieją dwie narracje dotyczące relacji polsko-żydowskich w okresie okupacji niemieckiej: „polska” i „żydowska”. Ta pierwsza, szeroko promowana w mediach od marca 1968 r., mówi o tym, że Polacy robili wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc mordowanym współobywatelom. W tej narracji podkreśla się zasługi Polaków uhonorowanych tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Druga narracja mówi o czymś zupełnie przeciwnym, a mianowicie o tym, że Polacy byli z reguły obojętni na los Żydów. Jakby tego było mało, niejednokrotnie pomagali Niemcom, uzupełniali ich ludobójstwo własnymi niegodziwościami albo odczuwali zadowolenie z powodu rozwiązania „kwestii żydowskiej”.

Zdaniem autorek listu, Muzeum Historii Żydów Polskich, założone na terenie byłego getta warszawskiego, jest instytucją, która może i powinna reprezentować narrację żydowską. Keff, Datner i Janicka opowiadają się za swoistą emancypacją Żydów polskich. Uważają, że Żydzi powinni mówić własnym głosem, niezależnie od tego, czy podoba się to Polakom. Już dawno skończyły się bowiem czasy, kiedy Żydzi, pozbawieni własnego państwa, musieli się dostosowywać do oczekiwań większości i podpinać pod miejscowy patriotyzm[10]. Pozwolę sobie zacytować słowa, które szczególnie mnie zaniepokoiły. Trzy miłe panie wyraźnie dają w nich do zrozumienia, że nie życzą sobie, aby Ocaleni i ich potomkowie bronili Polaków przed groźnymi oszczerstwami.

“Projekt lokalizacji pomnika Sprawiedliwych obok Muzeum odbieramy z przykrością jako gest zgodny z dawniejszym, diasporowym sposobem działania, gdy Żydzi byli w sytuacji pogardzanej i realnie zagrożonej mniejszości. Czuli się wtedy często zobowiązani, jak sądzili, dla własnego bezpieczeństwa, do uprzedzania i spełniania, prawdziwych lub nie, oczekiwań większości. Te oczekiwania wiązały się z aktami żydowskiej samodegradacji, poniżania się, z potwierdzaniem narracji i przekonań większości przeciwko własnym racjom i emocjom. (…) Niektórzy Żydzi występowali i po Marcu 1968 i wcześniej w obronie tzw. dobrego imienia Polski i Polaków, kierując się życzeniowym myśleniem, konformizmem, czasem (zgeneralizowanymi) doświadczeniami własnej rodziny albo/i pod naciskiem. Dzisiaj nie ma już jednak realnych powodów, dla których Żydzi mieliby włączać się w kolejną oficjalną polską kampanię wizerunkową” - piszą Keff, Datner i Janicka.

Twórczynie listu przekonują, że MHŻP i jego otoczenie, uświęcone krwią żydowską, są swoistą strefą Żydów. Postawienie tutaj pomnika Sprawiedliwych, reprezentującego polski punkt widzenia, byłoby wtargnięciem obcej narracji, przeciwstawnej względem narracji żydowskiej. Co więcej, świadczyłoby o woli skolonizowania tego terenu, podporządkowania go polskim interesom, które nie zawsze są zgodne z interesami żydowskimi (Polakom zależy na obronie własnego wizerunku jako Narodu, który dzielnie walczył z hitlerowcami i niósł pomoc eksterminowanym Żydom. Stronie przeciwnej zależy zaś na podkreślaniu rzekomych błędów Polaków: bierności, znieczulicy, tchórzostwa i nielojalności).

Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka nawet nie próbują zrozumieć, że nie ma nic złego w tym, aby na polskiej ziemi, obok polskiego muzeum, stanął polski pomnik, upamiętniający polskich bohaterów i promujący polską wersję wydarzeń wojennych. Monument poświęcony Sprawiedliwym nie byłby ciałem obcym na żydowskim terytorium. Nie przypominałby biało-czerwonej flagi wbitej w izraelską ziemię, tylko biało-czerwoną flagę wbitą w ziemię piastowską. Muzeum Historii Żydów Polskich - bez względu na to, jaka jest jego dominująca problematyka - również zalicza się do instytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Nie ma powodu, żeby czynić z niego ambasadę niepolskiej narracji historycznej (i to takiej, która często wymaga reakcji Ministerstwa Spraw Zagranicznych). A taki właśnie postulat wysunęły trzy miłe panie.

Keff, Datner i Janicka kreują się na rzeczniczki mniejszości żydowskiej w RP. I nie byłoby w ich liście może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pomysł postawienia pomnika Sprawiedliwych obok MHŻP był pomysłem samego środowiska żydowskiego. Wygląda na to, że autorki listu, choć piszące w imieniu polskich Żydów, nie reprezentują całej społeczności żydowskiej mieszkającej w Polsce (lub pochodzącej z Polski). Kobiety manifestują własny punkt widzenia, którego nie można utożsamiać ze stanowiskiem całej mniejszości narodowej. Wyrazy oburzenia należy kierować pod adresem twórczyń apelu, a nie zwykłych Żydów, którzy z napisaniem i opublikowaniem tej odezwy nie mieli nic wspólnego. Z drugiej strony, warto pamiętać, iż pod listem trzech autorek podpisało się około 200 innych osób. Niektóre z nich noszą żydowskie nazwiska i/lub deklarują, że mieszkają w Izraelu.


Mądrość Platona

Jako Polka nie zgadzam się z treścią listu napisanego przez Keff, Datner i Janicką. Nie mam nic przeciwko budowie pomnika Sprawiedliwych w sąsiedztwie Muzeum Historii Żydów Polskich (i nie widzę w tej idei żadnego spisku). Zgadzam się jednak ze spostrzeżeniem, że obecnie krążą po Polsce dwie różne narracje dotyczące Holocaustu. Według jednej z nich, Polacy stanęli na wysokości zadania i zrobili dla Żydów wszystko, co mogli zrobić. Według drugiej – dopuścili się skandalicznych zaniedbań, których można było uniknąć. Obie strony barykady dysponują licznymi argumentami na potwierdzenie swoich tez. Niestety, pierwszej narracji nie da się pogodzić z drugą, a drugiej z pierwszą. Każda z nich zaprzecza bowiem pozostałej. To tak jak z ciążą: żadna niewiasta nie może być „do połowy w ciąży”.

Można szukać złotego środka, można próbować pogodzić sprzeczne paradygmaty, ale w tym przypadku salomonowe rozwiązanie sprawdzi się tylko na krótką metę. Na dłuższą metę każdy, kto interesuje się problemem relacji polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej, będzie musiał zająć jednoznaczne stanowisko: albo Polacy zdali egzamin, albo nie (ja uważam, że zdali. Wybrałam “narrację polską“, bo tylko taką mogłam wybrać, będąc osobą narodowości polskiej). Jedno jest pewne. Kiedy świat pogrąża się w mroku, należy walczyć o to, żeby przywrócić światło. Gdy bliźni doświadczają niesprawiedliwości – są prześladowani, upokarzani lub wręcz mordowani – trzeba zdobyć się na odwagę i odwrócić ich los.

Platon, jeden z najwybitniejszych filozofów w dziejach świata, napisał kiedyś: „Największe zło to tolerować krzywdę”. Na szczęście, historia zna przypadki ludzi, którzy myśleli podobnie jak on. Byli to prawdziwi bohaterowie, którzy nie wahali się interweniować, kiedy widzieli nieprawość i ludzkie cierpienie. Skoro wspomniałam już o polskich Sprawiedliwych, pozwolę sobie przywołać postać Ireny Sendlerowej, działaczki Rady Pomocy Żydom „Żegota”, która przyczyniła się do ocalenia 2500 żydowskich dzieci. Ale przypadki heroizmu i niezgody na zło zdarzały się nie tylko w kontekście Shoah.

Przypomnijmy sobie tzw. akcję pod Arsenałem, brawurowe przedsięwzięcie Szarych Szeregów, którego celem było uratowanie polskich więźniów torturowanych przez gestapo. Czy dla osoby, która doświadcza bólu i poniżenia, może istnieć większe szczęście niż przerwanie gehenny? Charakter podobny do akcji pod Arsenałem miały liczne ataki na więzienia Urzędu Bezpieczeństwa[11] przeprowadzane w okresie powojennym przez podziemie niepodległościowe. Te ataki również stanowiły ratunek dla ludzi poddawanych torturom i narażonym na ryzyko utraty życia. One także opierały się na przeświadczeniu, że największym złem jest tolerowanie krzywdy.

Myślę, że w niniejszej pracy udało mi się udowodnić słuszność tezy postawionej przez Platona. Oczywiście, można by ten temat rozwijać, a przykłady faktów historycznych – mnożyć w nieskończoność. Moim celem nie było jednak dokładne omówienie problemu, tylko zwrócenie uwagi na pewne zagadnienia. Starałam się też krótko przeanalizować współczesny dyskurs na temat Holocaustu.


Natalia Julia Nowak,
wiosna-jesień 2015 r.


ANEKS
Idy marcowe


W kontrowersyjnym liście trzech autorek, który analizowałam w powyższym artykule, pojawia się sugestia, że podkreślanie zasług polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata to nawiązywanie do marca 1968 r. Czy tak jest w istocie? Uważam, że niekoniecznie. Po pierwsze dlatego, że Polacy zawsze, niezależnie od dekady i klimatu politycznego, byli dumni ze swojej rekordowej liczby drzew w Instytucie Yad Vashem. W latach ’60 duma ta mogła być wyrażana głośniej niż w innych epokach, ale nie oznacza to, że była ona specyficzna wyłącznie dla tamtego okresu. Po drugie dlatego, że mnóstwo ludzi angażujących się w upamiętnianie Sprawiedliwych oraz obronę dobrego imienia Polski nie kojarzy tej aktywności z rokiem 1968. Przykładem takiej osoby jestem ja sama. Gdyby nie Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka, coś takiego w ogóle nie przyszłoby mi do głowy.

Faktem jest jednak to, że w roku 1968 powstał film dokumentalny, którego twórca “zaorał” propagandzistów mówiących o polskiej obojętności na Holocaust. Mam tutaj na myśli produkcję “Sprawiedliwi” w reżyserii Janusza Kidawy. Autor dzieła totalnie ośmieszył teorię znieczulicy, pokazując widzom odpowiednie dokumenty, przytaczając dane liczbowe oraz dopuszczając do głosu ludzi, którzy o ratowaniu Żydów wiedzieli bardzo dużo. Nie ma znaczenia, w którym roku powstał ten film. Liczy się tylko to, że zwrócono w nim uwagę na powszechny sprzeciw Polaków wobec poczynań niemieckiego okupanta. Bohaterowie filmu opowiadają, że Polacy, chociaż podzieleni światopoglądowo, potrafili solidarnie pomagać Żydom. Aktywnością wykazywali się nie tylko socjaliści i komuniści, ale również narodowcy, w tym Jan Mosdorf, który został stracony przez Niemców za pomaganie ludności żydowskiej.

“Minęło wiele lat. Zdawało się, że wszystko jest jasne i oczywiste. Że nikt nie może mieć wątpliwości co do postawy społeczeństwa polskiego podczas okupacji. Listy z najdalszych krajów od uratowanych Żydów, którzy nie zapomnieli, komu zawdzięczają życie. Tak wyglądała żydowska dziewczynka jako córka polskiej rodziny podczas okupacji. A oto jej zdjęcie ślubne już w nowym życiu, bez strachu i grozy śmierci. Rozjechali się po wszystkich kontynentach. Dorośli założyli własne rodziny. Ilu ich było? Któż to dokładnie obliczy? Powtórzmy jeszcze raz liczbę szacunkową: ponad 100 tysięcy. Pozostały po nich w archiwach domowych wielu polskich rodzin dziecięce rysunki wykonane w ukryciu, fałszywe dokumenty, fotografie. My pamiętamy. A oni? Czy wszyscy pamiętają?” - zastanawia się narrator.

“Pytano mnie, czy w okresie likwidacji getta były przejawy antysemityzmu ze strony społeczeństwa polskiego. Cóż… Cóż mogłam na to odpowiedzieć? W każdym społeczeństwie są męty. Widziałam żydowskich szmalcowników. Byli granatowi policjanci, gorsi od Niemców. Ale mogę tylko podkreślić, że na ratowanie jednego Żyda składały się bohaterskie wysiłki co najmniej 20 Polaków. I że postawa społeczeństwa polskiego była pełna heroizmu i najgłębszego poświęcenia. Wstyd jest, że niestety należy powrócić do zagadnienia tak bolesnego po dwudziestu kilku latach. Wstyd jest, że są Żydzi, którzy zapomnieli o tym, jak ich ratowano i zapomnieli o tym, że ich Ojczyzną jest Polska. Bardzo bolesne jest to dla mnie, że muszę o tym wspominać” - zwierza się któraś z bohaterek produkcji.

W jednej kwestii mogę się zgodzić z paniami Keff, Datner i Janicką. Dzisiejsi Polacy potrafią się bronić przed kalumniami równie zaciekle, jak czynili to w latach ’60 XX stulecia. Ośmielę się jednak zadać pewne niewygodne pytanie… Jeśli obrona dobrego imienia Narodu Polskiego ma charakter moczarowski[12], to jaki charakter ma szkalowanie Polaków, pomawianie ich o współpracę z niemieckim okupantem? Czyżby stalinowski? Chyba dożyliśmy kolejnej wojny. Symbolicznej wojny stalinowsko-moczarowskiej. Powiedzmy, że są to IDY MARCOWE[13], bo ci, którzy myślą jak reżyser “Idy”, oskarżają swoich przeciwników o nawiązywanie do marca 1968 r. Ale można nazwać ten konflikt jeszcze inaczej: MARCYZM vs IDIOTYZM. Marcyzm to walka z oczernianiem Narodu Polskiego, a idiotyzm to polonofobiczne dyrdymały rodem z “Idy” (tudzież “Pokłosia” i “W ciemności”).

PS. Film “Sprawiedliwi” Janusza Kidawy jest dostępny w serwisie YouTube (watch?v=eFSh_J6gLMU, watch?v=46h2SQ31SvE, watch?v=-846ONJCVo0). Ilu Polaków zostało oficjalnie uznanych za Sprawiedliwych wśród Narodów Świata? Obecnie są to 6532 osoby (źródło: YadVashem.org/yv/en/righteous/statistics.asp).


PRZYPISY

[1] Artykuł jest dostępny w internetowym wydaniu czasopisma „Wiedza i życie. Inne oblicza historii”. Znajduje się on pod adresem: Ioh.pl/artykuly/pokaz/nie-wszystko-dotd-powiedziano-o-nieludzkiej-biernoci-wobec-zagady,1009

[2] Nie zaszkodzi przypomnieć, że autorem pierwszych raportów o Holocauście nie był Jan Karski, tylko Witold Pilecki, nazywany dzisiaj Ochotnikiem do Auschwitz. Sporządzone przez niego dokumenty (tzw. raporty Witolda) można przeczytać w serwisie Poland-Polska. Oto przydatny link: PolandPolska.org/dokumenty/witold/raporty-witolda.htm

[3] Wywiad, zatytułowany „Polacy jako naród nie zdali egzaminu”, ukazał się na stronie: Rp.pl/artykul/310528.html

[4] Może rodacy byli im bliżsi niż przedstawiciele mniejszości etnicznej? A może po prostu wierzyli, że partyzanci, w przeciwieństwie do bezbronnych Żydów, mogą ich później obronić? Nie wiem, zgaduję. Wydaje mi się, że z bezpieczeństwem partyzantów jest tak jak z bezpieczeństwem ratowników niosących pomoc poszkodowanym. “Udzielając pierwszej pomocy, ratownik powinien w pierwszej kolejności zadbać o bezpieczeństwo swoje, a następnie poszkodowanego i świadków zdarzenia. Jeżeli ratownik dozna urazu, to służby ratunkowe, które przybędą na miejsce, będą musiały pomóc nie tylko poszkodowanemu, ale również osobie udzielającej pomocy. Może to zmniejszyć szansę przeżycia obu osób” (Epodreczniki.pl/reader/c/178002/v/10/t/student-canon/m/iCJEdSff2y). Zauważmy, że nawet w samolotach obowiązuje taka zasada, iż opiekun najpierw zakłada maskę tlenową sobie, a później dziecku. Kimże są partyzanci, jeśli nie garstką silnych mającą chronić rzeszę słabych? Czyż nie przypominają oni ratowników i opiekunów?

[5] Wypada odnotować, że Piotr Zychowicz (ur. 1980) sam słynie z rewolucyjnych poglądów na temat II wojny światowej i relacji polsko-niemieckich w XX wieku. Dziennikarz ten popełnił bowiem książkę “Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki”. Tytuł pozycji wydawniczej mówi sam za siebie. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu publikacji: “Piotr Zychowicz konsekwentnie dowodzi w tej książce, że decyzja o przystąpieniu do wojny z Niemcami w iluzorycznym sojuszu z Wielką Brytanią i Francją była fatalnym błędem, za który zapłaciliśmy straszliwą cenę. (…) Zamiast porywać się z motyką na słońce, twierdzi autor, powinniśmy byli prowadzić Realpolitik. Ustąpić Hitlerowi i zgodzić się na włączenie Gdańska do Rzeszy oraz wytyczenie eksterytorialnej autostrady przez Pomorze. A następnie razem z Niemcami wziąć udział w ataku na Związek Sowiecki”. Wygląda na to, że Zychowicz wcale nie jest takim antynazistą, jakiego udawał w dyskusji z Aliną Całą. O przekonaniach redaktora “Rzeczpospolitej” wiele mówią również tytuły jego innych książek: “Obłęd ‘44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie” i “Opcja niemiecka. Czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z Trzecią Rzeszą“. Fragment opisu “Obłędu”: “Piotr Zychowicz udowadnia, że losy stolicy potoczyłyby się inaczej, gdyby Polska zawiązała tymczasowy sojusz z III Rzeszą. Według autora błędem była sama decyzja o wywołaniu Powstania Warszawskiego. (…) Powstanie Warszawskie zdaniem Zychowicza okazało się najlepszym prezentem, jaki mógł sobie wymarzyć Stalin”. Fragment opisu “Opcji niemieckiej”: “Podczas II wojny światowej nie wszyscy Polacy byli nastawieni antyniemiecko. Wielu polityków i szereg organizacji starało się podjąć kolaborację z III Rzeszą i u jej boku stworzyć okrojone państwo polskie. (…) Mimo patriotycznej motywacji tych ludzi ich działania stanowią w Polsce temat tabu”. Wszystkie cytowane opisy pochodzą z dużych, legalnych księgarni internetowych. Nie podam bezpośrednich linków, bo ktoś mógłby mnie oskarżyć o współudział w handlu brunatną literaturą, a przynajmniej o reklamę asortymentu konkretnych sklepów. Uważam, że Piotr Zychowicz poprzez swoją twórczość szkodzi Narodowi Polskiemu. Jego teorie to woda na młyn Aliny Całej. Dywagacje autora są też na rękę mainstreamowym mediom i władzom RP, które nakazują Polakom kochać Niemców i nienawidzić Rosjan. Pomijam już takie kwestie, jak demoralizowanie młodego pokolenia, relatywizowanie hitlerowskich niegodziwości czy utrwalanie stereotypu “nazistowskiej Polski”.

[6] Wypowiedź pisemna została opublikowana w Chrześcijańskim Portalu CEL. Dokładny adres publikacji: PortalCel.pl/polin-przybrana-ojczyzna-izraela

[7] Chodzi tutaj o dwudniową konferencję naukową zorganizowaną z okazji 70 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Wypowiedź Grossa została krótko zreferowana w artykule „‘Co zrobiłeś, aby im pomóc?’ Gross: Z obojętności wobec Holocaustu trzeba się wytłumaczyć”. Tekst znajduje się w elektronicznej edycji dziennika „Polska”: PolskaTimes.pl/artykul/876898,co-zrobiles-aby-im-pomoc-gross-z-obojetnosci-wobec-holocaustu-trzeba-sie-wytlumaczyc,id,t.html?cookie=1

[8] Powołuję się na artykuł “Fikcyjne 10%. Czyli ilu Żydów zabili Polacy?” Bogusława Wolniewicza. Materiał jest dostępny w e-wydaniu tygodnika “Najwyższy Czas”: Nczas.com/publicystyka/fikcyjne-10-czyli-ilu-zydow-zabili-polacy

[9] List można przeczytać na stronie internetowej „Krytyki Politycznej”: KrytykaPolityczna.pl/artykuly/opinie/20140327/nie-budujmy-pomnika-sprawiedliwych-obok-muzeum-historii-zydow-polskich

[10] Podejście takie kojarzy mi się nieco z ideologią syjonistyczną. Czym jest syjonizm? W artykule “Początki syjonizmu (1818-1893)” zdefiniowano to zjawisko w następujący sposób: “Syjonizm jest narodowym ruchem żydowskim, któremu towarzyszy idea stworzenia państwa żydowskiego w Palestynie oraz zatrzymania procesów asymilacyjnych Diaspory żydowskiej na świecie” (Izrael.badacz.org/historia/syjonizm.html). Wirtualne wydanie “Słownika języka polskiego PWN” proponuje bardziej uwspółcześnioną definicję syjonizmu: “Ruch narodowy i towarzysząca mu ideologia, głosząca konieczność stworzenia żydowskiego państwa na obszarze Palestyny w celu przetrwania Żydów jako narodu; po powstaniu Izraela – ideologia państwowa” (Sjp.pwn.pl/sjp/syjonizm;2576724.html). Syjonizm jest ideologią nacjonalistyczną, o czym pisze Roman Tokarczyk w książce “Współczesne doktryny polityczne”: “Wśród współczesnych postaci nacjonalizmu o poważniejszych implikacjach międzynarodowych ważne miejsce zachowuje nacjonalizm żydowski. Znalazł on ideologiczne odzwierciedlenie w syjonizmie, leżącym u podstaw działania międzynarodowego ruchu syjonistycznego i polityki państwowej Izraela” (Books.google.pl/books?isbn=8326422401). Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka w liście otwartym do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich przeciwstawiły nacjonalizm żydowski nacjonalizmowi polskiemu. O tym, że ich pismo nosi znamiona ideologii syjonistycznej, świadczy również fakt, iż zagraniczni autorzy, otwarcie przyznający się do syjonizmu, także posługują się podziałem na “narrację polską” i “narrację żydowską”. Cytuję słowa amerykańskiego historyka Gila Troya: “Moja podróż do Polski poszerzyła zakres mojej żydowskiej narracji. Przyjeżdżałem, zastanawiając się, dlaczego ci antysemici nigdy nie przeprosili za swoje zbrodnie. Wyjeżdżałem w zadumie nad tym, czy my, syjoniści, jesteśmy gotowi na zaakceptowanie Nowej Polski i jej teszuwy, nawrócenia i pokuty, a także, czy możemy pomóc tym młodym Polakom w budowie fascynującej, pełnej sensu przyszłości” (Fzp.net.pl/opinie/czy-narracja-syjonistyczna-akceptuje-nowa-polske). Wypowiedź ta jest obraźliwa i krzywdząca dla Polaków, gdyż przedstawia cały Naród jako zgraję antysemitów. Niewątpliwie mamy tutaj do czynienia z uogólnieniem, które świadczy o stereotypowym postrzeganiu świata i silnym uprzedzeniu wobec Polaków. Aby obalić pogląd mówiący, że wszyscy Polacy są antysemitami, wystarczy znaleźć jednego Polaka, który nie jest antysemitą. Proszę bardzo: ks. Wojciech Lemański, wielki filosemita.

[11] Jak wiadomo, wszelkie placówki związane z bezpieką podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. Co o MBP piszą współcześni polscy historycy? “W okresie największego terroru i bezprawia w Polsce, w latach 1944–1954, na 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (od naczelnika wydziału wzwyż) aż 167 było pochodzenia żydowskiego (por. tabelka 1). Biorąc pod uwagę, że po wojnie Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego stanowili niespełna 1 proc. ludności kraju, to ich 37-procentowy udział w kierownictwie MBP stanowi trudną do ukrycia nadreprezentację osób jednej narodowości. Niższy, lecz nadal znaczny, był odsetek pełniących najwyższe funkcje kierownicze w jednostkach terenowych. Ze 161 szefów i zastępców szefów WUBP/WUdsBP, aż 22 (13,7 proc.) było pochodzenia żydowskiego”. Źródło: “Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom I. 1944-1956” pod redakcją naukową Krzysztofa Szwagrzyka, Instytut Pamięci Narodowej - Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Warszawa 2005, strona 63 (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0015/105432/Aparat_kadra_kier_tom-I.pdf). Niestety, nie wiem, i chyba nie chcę wiedzieć, jakiej narodowości byli ubecy, którzy w czasach stalinizmu torturowali Irenę Sendlerową. Uwaga: bardzo proszę Szanownych Czytelników, żeby nie wyciągali ogólnych wniosków na temat narodu żydowskiego w oparciu o informacje dotyczące funkcjonariuszy UB/MBP. Pracownicy bezpieki to niewielki odsetek Żydów, jacy postawili stopę na polskiej ziemi (nie mówiąc już o całej planecie). Generalizacja na podstawie skrajnych przypadków to zbrodnia przeciwko socjologii. I taką właśnie zbrodnię popełnia Jan Tomasz Gross w odniesieniu do Polaków. Nie naśladujmy jego poczynań. Żydzi mają takie same prawa i taką samą godność jak my.

[12] “Agresji Izraela na kraje arabskie towarzyszy antypolska kampania prowadzona w świecie przez międzynarodowy syjonizm. Tej wrogiej, antypolskiej działalności jesteśmy zobowiązani przeciwstawić się, wykorzystując takie środki, jak prasa, radio, telewizja, publikacje, film dokumentalny oraz żywe słowo. Nie mamy powodu, ale zmuszeni jesteśmy bronić się przed oszczerczymi zarzutami” (sprawdź: “Mieczysław Moczar o syjonizmie”, YouTube, watch?v=jc4qM5L8fk4). Brzmi to bardzo narodowo i… współcześnie. Kim, do choroby ciężkiej, był autor tych słów?! Mieczysław Moczar “Mietek” (vel Mykoła/Mikołaj/Nikołaj Demko/Diomko. Korzenie słowiańskie: polsko-ukraińskie lub polsko-białoruskie) wyróżniał się burzliwym życiorysem. Był sowieckim szpiegiem, dowódcą partyzanckim Armii Ludowej oraz rzekomym autorem książki “Barwy walki”. 14 maja 1944 r. odniósł wielki sukces militarny, dowodząc koalicją AL-AK-BCh-Sowieci, która rozgromiła Niemców w bitwie pod Rąblowem. Niestety, w czasach stalinizmu kierował Wojewódzkim Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Nie wahał się wówczas skazywać polskich patriotów na tortury i śmierć. Jedną z jego ofiar został słynny Żołnierz Wyklęty - Stanisław Sojczyński “Warszyc“ (brutalnie katowany, a potem stracony). Mykoła Demko, jako zwierzchnik łódzkiego WUBP, miał na sumieniu wielu AK-owców i NSZ-owców. Ostatecznie jednak przekonał się do tych formacji. Nastąpiło to w epoce późniejszej, tzn. po odwilży gomułkowskiej. Według prof. Pawła Wieczorkiewicza, który w 2007 r. opowiadał o Moczarze w Polskim Radiu, interesujący nas polityk “zrobił bardzo wiele dla rehabilitacji żołnierzy Armii Krajowej” i “występował (…) za uznaniem NSZ-owców za kombatantów”. W latach ‘80 Mikołaj Diomko okazał się “człowiekiem hamującym wszystkie represje wobec Solidarności”. Więcej na ten temat usłyszymy w audycji “’Nieznane o znanych’ - gawęda prof. Pawła Wieczorkiewicza (15.01.2007)”. Link do nagrania jest częścią multimedialnej publikacji “Dlaczego kat AK nie został I sekretarzem?” (PolskieRadio.pl/39/156/Artykul/742719,Dlaczego-kat-AK-nie-zostal-I-sekretarzem). Co by się stało, gdyby Mykoła Demko stanął na czele KC PZPR? Czy ówcześni Polacy obudziliby się w Wielkiej Polsce Narodowej? A może komunistyczna natura “Mietka” wzięłaby górę nad nacjonalistyczną? Tego już nigdy się nie dowiemy. Tak czy owak, Czesław Miłosz miał odrobinę racji, pisząc o latach 1956-1970: “Jest ONR-u spadkobiercą Partia”. Gwoli jasności. Ubeckie zbrodnie powinny być osądzane jednakowo, bez względu na to, kto je popełnił. Wszyscy są równi wobec prawa, także nazbol Diomko. Zmiana nastawienia nie unieważnia dawnych win, zwłaszcza zbędnego okrucieństwa. Mykoła Demko żył 73 lata. Nic strasznego by się nie wydarzyło, gdyby spędził jakiś czas w więzieniu o zaostrzonym rygorze, bez żadnej taryfy ulgowej. Pamiętajmy: Temida ma zasłonięte oczy, w jednej ręce trzyma wagę szalkową, a w drugiej miecz. Nazbolki i inne “Bolki” podlegają takim samym normom moralnym jak reszta ludzkości. Nie ma przeproś.

[13] W starożytnym Rzymie idy marcowe były świętem ku czci Marsa, boga wojny, odpowiednika greckiego Aresa. Cały marzec był zresztą poświęcony Marsowi. Bóg ten - łączony również z wiosną i rolnictwem - uchodził za ojca mitycznych założycieli Rzymu, tj. Remusa i Romulusa. Symbolami Marsa uczyniono takie elementy przyrody ożywionej, jak wilk, dzięcioł czy dąb (ImperiumRomanum.edu.pl/religia/bogowie-starozytnego-rzymu/spis-bogow-rzymskich/mars). W astrologii Mars, czyli Czerwona Planeta, kojarzony jest z agresją, gwałtownością, śmiałością, asertywnością, walecznością, rywalizacją, aktywnym działaniem, instynktem samozachowawczym i reakcją obronną. Wiąże się go także z despotyzmem, rozwiązaniami siłowymi, brakiem dyplomacji, niszczeniem przeciwników oraz działaniem na oślep. Mars jest planetą męską i maleficzną. Astrologowie łączą go ponadto z ogniem, krwią, żelazem, wojskiem, sportem, siłą i seksualnością (AstroPasja.pl/content/view/113/60). Idy marcowe obchodzono 15 marca. Dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce w Polsce w roku 1968, trwały od 8 do 23 marca, czyli pokrywały się z antycznymi idami. Hmmm… A może Paweł Pawlikowski i Rebecca Lenkiewicz, scenarzyści oscarowego filmu, specjalnie nazwali swoją bohaterkę Idą, żeby wzbudzić skojarzenia z idami marcowymi? Ostatecznie, akcja “Idy” rozgrywa się w latach ’60 XX wieku (jeśli Ida, to marzec, jeśli marzec, to nagonka antysemicka. Jeśli idy marcowe, to Mars, jeśli Mars, to czerwień, jeśli czerwień, to komunizm, jeśli komunizm, to moczaryzm, jeśli moczaryzm, to antysyjonizm). Mieczysław Moczar de facto nosił imię Mikołaj, które - zdaniem ezoteryków - wiąże się z iście marsowym charakterem. Cytat z wirtualnego imiennika: “Do celu dochodzi pewnie i nie zważa na okoliczności. Gdy ruszy przed siebie, nic nie może go zatrzymać. Zdepcze wszystko po drodze, nie zważając na krzyki lęku czy nienawiści. (…) Z dwojga złego woli mylić się i posuwać naprzód, niż mieć rację i cofać się. Brzydzi się ludzkimi słabościami, próby wzbudzenia w nim współczucia będą bezowocne. Jest subiektywny, egocentryczny, ale może wszystko poświęcić dla idei. (…) Potrzebuje nieprzyjaciół, gdyż działanie wiąże się dla niego z walką. (…) Od młodych lat rzuca się na oślep w walkę, która zaczyna się przy zdobywaniu dyplomów. Później prawie zawsze zostaje szefem. (…) Jego największymi sukcesami są te najmniej widoczne” (Magia.onet.pl/imiennik/mikolaj,159.html). Imię “Mikołaj” znaczy “zwycięski wśród ludu” (Imiona.net/mikolaj). Imię “Mieczysław” oznacza “sławny mieczem” (Deon.pl/imieniny/imie,2074,mieczyslaw.html). Bardzo to marsowe/marcowe. I zgodne z faktami.


WYJAŚNIENIE

Artykuł, który zaprezentowałam Szanownym Czytelnikom, to poprawiona i rozszerzona wersja mojej pracy zaliczeniowej ze studiów magisterskich (przedmiot: “Socjologia moralności“). Tekst powstał jako uzasadnienie słów Platona “Największe zło to tolerować krzywdę”. Cytat ten znajdował się nawet w pierwotnym tytule eseju. Stwierdziłam jednak, że praca porusza na tyle istotny temat, iż warto ją rozwinąć i opublikować. Tak właśnie uczyniłam, czego efekt widać powyżej. Tych, których zainteresował niniejszy artykuł, zachęcam do lektury moich starszych tekstów: “Obejrzałeś ‘Idę’? Obejrzyj ‘Generała Nila‘!” i “NSZ. Jak narodowcy zostali Żołnierzami Wyklętymi?”. Obie publikacje są dostępne online.

Wojna koreańsko-koreańska. Wybrane wizje filmowe

Autor: njnowak | Kategorie: Film, Historia
Tagi: azja, chiny, daleki wschód, film, historia, kim ir sen, komunizm, korea, korea południowa, korea północna, kultura, recenzja, stany zjednoczone, usa, zimna wojna, zsrr
23. lipca 2015 21:30:00

Śmiertelny mecz

Wojna w Korei nie była tym, czym mogła (i nadal może) się wydawać. Aby to zrozumieć, wystarczy zajrzeć do książeczki “Korea i Wietnam 1950-1975” opublikowanej w ramach cyklu wydawniczego “Wojny, które zmieniły świat. Wielka kolekcja” (Edipresse Polska 2009). Konflikt zbrojny, którego skutki są odczuwalne do dzisiaj, był czymś więcej niż bratobójczą walką między Koreańczykami podzielonymi politycznie i rozdzielonymi geograficznie. Można nawet się zastanawiać, czy faktycznie było to starcie Koreańczyków z Koreańczykami, czy pierwsza poważna próba sił między Sowietami a Amerykanami. Chociaż konflikt, będący tematem niniejszego artykułu, nazywany jest wojną koreańską, Korea była w nim tylko tłem. Scenerią, w której przedstawiciele bloków wschodniego i zachodniego realizowali swoje interesy. Półwysep Koreański stanowił murawę, na której toczył się śmiertelny mecz między drużyną amerykańską (wspieraną przez ONZ i Koreańczyków Południowych) a drużyną sowiecką (wspieraną przez Chiny i Koreańczyków Północnych). Podział Korei na część Północną i Południową istniał już od zakończenia II wojny światowej. Żadne z państw koreańskich, które wówczas powstały, nie było jednak suwerenne. Na Południu to Amerykanie ustanowili lojalny wobec siebie rząd. Na Północy uczynili to Sowieci.


Opera mydlana

Wojna koreańska wcale nie zaczęła się w roku 1950 i nie zakończyła w 1953. Rywalizacja między USA a ZSRR, prawdziwymi stronami omawianego konfliktu, była faktem już kilkanaście lat wcześniej. W latach trzydziestych oba mocarstwa konkurowały ze sobą na polu nuklearnym (pisał o tym Sławomir Gowin w książce “Hiroszima i Nagasaki“. Cykl wydawniczy “II wojna światowa. Wydarzenia, ludzie, tajemnice”, Edipresse Polska 2005). Każde z nich chciało być pierwszym państwem, które wyprodukuje i z głośnym hukiem (dosłownie!) zaprezentuje światu broń jądrową. Zwycięzcami nuklearnego wyścigu zbrojeń okazali się Amerykanie; to oni w 1945 r. zrzucili dwie bomby atomowe na Japonię. Wojna w Korei (której oficjalny początek datuje się na 25 czerwca 1950 r., czyli dzień ataku proradzieckiej, północnokoreańskiej armii na Koreę Południową) miała być kolejnym odcinkiem tej samej opery mydlanej. Wątek atomowy był w niej stale obecny. Władze amerykańskie rozważały, czy nie powinny, tak jak pięć lat wcześniej, zapewnić sobie tryumfu poprzez użycie broni jądrowej. Reszta ludzkości zadawała zaś sobie pytanie, czy nie stoi właśnie u progu III wojny światowej. Walki między Północą (ZSRR) a Południem (USA) zakończyły się w 1953 r. Ale do tej pory nie zawarto umowy pokojowej. Serial trwa.


Rola Chin

A jaka była w tym wszystkim rola maoistowskich Chin? Odpowiedź na to pytanie zawiera książka “Wojna koreańska 1950-53. Poligon zimnej wojny” Cartera Malkasiana (część cyklu wydawniczego “Wielkie bitwy historii”, AmerCom 2010). Autor pisze, że Chińska Republika Ludowa niemal od początku swojego istnienia opowiadała się po stronie Związku Radzieckiego. Stalin zaakceptował nowego sojusznika, a nawet wysłał do Państwa Środka grupę doradców wojskowych i gospodarczych. Chińczycy i Sowieci umówili się, że będą sobie pomagać w razie napaści podmiotów trzecich na którąkolwiek ze stron układu. Blok wschodni - z ZSRR i ChRL na czele - był również zainteresowany dalszą ekspansją terytorialną. Zawarcie sojuszu między Związkiem Radzieckim a Państwem Środka zbiegło się w czasie z knowaniami Kim Ir Sena, przywódcy Korei Północnej, który odczuwał frustrację z powodu osłabienia ruchu rewolucyjnego w Korei Południowej. Polityk ten wiedział, że nie ma szans na to, aby Południe dobrowolnie przyjęło ideologię komunistyczną i zjednoczyło się z Północą. Za jedyny sposób na spełnienie tego marzenia uznał agresję militarną. Stalin i Mao dość niechętnie zaakceptowali ten pomysł. Wspólne działania ZSRR i ChRL na rzecz Korei Północnej miały być zresztą przypieczętowaniem świeżo zawartego przymierza.


Skutki wojny

Według Cartera Malkasiana, wojna koreańska pociągnęła za sobą wiele różnorakich skutków. Przede wszystkim, doprowadziła do zagłady milionów ludzkich istnień. W wyniku działań zbrojnych straciło życie aż 10% mieszkańców Półwyspu Koreańskiego (4.000.000 ludzi). Pisząc o osobach, które wówczas zginęły, należy również pamiętać o żołnierzach chińskich (których poległo około 1.000.000) i żołnierzach amerykańskich (których poległo około 33.600). Inną konsekwencją konfliktu było ustanowienie nowej granicy między Koreą Północną a Koreą Południową. “Półwysep Koreański podzielono wzdłuż linii frontu pod koniec wojny. Granica przebiega w tym miejscu do dnia dzisiejszego” - informuje Malkasian. Opisywana wojna zaowocowała również problemami gospodarczymi i politycznymi w obu państwach koreańskich. Północ i Południe próbowały sobie radzić z opozycją poprzez zaostrzanie reżimu autorytarnego (w Korei Północnej lewicowego, w Korei Południowej prawicowego). Mimo wszystko, konflikt koreański jawił się Zachodowi jako prawdziwy sukces. USA i ONZ stwierdziły, że odniosły pierwszy znaczący tryumf nad blokiem wschodnim. Zdołały, przynajmniej chwilowo, powstrzymać ofensywę marksizmu. Dały wrogom prztyczka w nos, ostudziły ich entuzjazm, odebrały im pewność siebie.


Kim Ir Sen

Przyjrzyjmy się teraz postaci Kim Ir Sena. Krótką biografię tego człowieka opublikowano w książeczce “Korea i Wietnam 1950-1975” (powoływałam się na nią kilka akapitów wcześniej). Kim Ir Sen urodził się w roku 1912. Początkowo mieszkał z rodzicami niedaleko Phenianu/Pjongjangu, później jednak rodzina przeprowadziła się do Mandżurii. Przyszły dyktator uczęszczał do chińskiej szkoły: już wtedy angażował się w działalność komunistyczną i antyjapońską. Kiedy wybuchła II wojna światowa, wstąpił do sowieckiej Armii Czerwonej. Był zagorzałym zwolennikiem Stalina i stalinizmu. Nic więc dziwnego, że gdy doszedł do władzy, zaczął budować system polityczny wzorowany na stalinowskim (dżucze). Sam również, podobnie jak Generalissimus, stał się obiektem kultu jednostki. “Od początku na północnokoreańskich ulicach pojawiły się jego niezliczone portrety, pomocne w oddawaniu mu wręcz boskiej czci, a funkcjonariusze propagandy zaczęli opiewać jego sławę w wierszach i pieśniach” - czytamy w publikacji “Korea i Wietnam…”. Kim Ir Sen tak bardzo kochał stalinizm, że po śmierci Stalina, kiedy większość państw bloku wschodniego poddała się reformom, pozostał wierny skostniałej ideologii. Korea Północna przerodziła się w państwo osamotnione, ale za to niezależne i samowystarczalne. Kim zmarł w 1994 r.


Li Syng Man

Aby udowodnić, że gombrowiczowskie “prawo symetrii” wciąż znajduje zastosowanie we Wszechświecie, naskrobię jeszcze kilka zdań o dyktatorze Korei Południowej (Gombrowicz pisał o Filidorze i Anty-Filidorze. Ja scharakteryzowałam Kima, więc teraz czas na Anty-Kima. Będę pisać w oparciu o wirtualne wydanie encyklopedii “Britannica“). Li Syng Man, znany również jako Rhee Syngman, przyszedł na świat w roku 1875. Uczył się w szkole prowadzonej przez metodystów. Już jako młodzieniec identyfikował się z nacjonalizmem, przyjął także religię chrześcijańską. Angażował się ponadto w działalność antyjapońską. Na początku XX wieku wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Gdy Korea została anektowana przez Japonię, doszedł do wniosku, że nie byłby w stanie żyć pod obcym zaborem. Zdecydował więc, że zamieszka na Hawajach. Później przez krótki czas mieszkał w Szanghaju, co miało związek z jego działalnością w Koreańskim Rządzie Tymczasowym. Następnie osiedlił się w Waszyngtonie. W 1948 r. Li Syng Man został pierwszym prezydentem Korei Południowej. Dał się poznać jako przywódca brutalny, despotyczny i fałszujący wybory (choć już wcześniej maczał palce w zabójstwach politycznych). Krytykowany przez rodaków i rząd USA, ustąpił ze stanowiska w roku 1960. Zmarł pięć lat później w Honolulu.


Recenzenckim okiem

Wojna koreańska, podobnie jak późniejszy konflikt wietnamski, doczekała się “uwiecznienia” w wielu filmach fabularnych. Produkcje poświęcone tej awanturze są dość zróżnicowane. Niektóre ukazują ją “na poważnie”, a inne “na wesoło”. Poniżej załączam minirecenzje dwóch wybranych przeze mnie filmów dotyczących wojny w Korei. Omówione dzieła to “Braterstwo broni” (“Taegukgi hwinalrimyeo”) i “Welcome to Dongmakgol” (“Welkkeom tu Dongmakgol”). Miłego czytania, miłego oglądania!


Tytuł oryginalny: “Taegukgi hwinalrimyeo”
Tytuł amerykański: “Tae Guk Gi: The Brotherhood of War”
Tytuł brytyjski: “Brotherhood: Taegukgi”
Tytuł polski: “Braterstwo broni”
Reżyseria: Kang Je-gyu
Produkcja: Korea Południowa (2004)
Gatunek: dramat wojenny

Film, który można porównać do “Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego i “Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga. Opowieść o dwóch braciach ze stołecznego miasta, którzy właśnie wkraczają w dorosłe życie, ale ich wielkie plany na przyszłość zostają przekreślone przez wybuch wojny. Motyw konfliktu zbrojnego, który przerywa młodzieńcom najpiękniejsze lata życia, szybko przeradza się w motyw heroicznej walki o ocalenie jednego żołnierza. Młodego wybrańca, który - nawet wbrew własnej woli - musi przeżyć wojenną zawieruchę. Nawiązań do “Szeregowca Ryana” jest w tym filmie tak dużo, że trudno tutaj mówić o dziele przypadku. Dość wspomnieć, że produkcja posiada kompozycję szkatułkową. Jej akcja rozpoczyna się w czasach współczesnych, kiedy to pewien staruszek, weteran wojenny, powraca myślami do swojej żołnierskiej przeszłości. Wypada odnotować, że liczne aluzje do dzieła Spielberga pojawiają się również w innych dalekowschodnich filmach: chińskim “Assembly” oraz japońskich “Yamato” i “The Eternal Zero”. Nie oznacza to bynajmniej, że “Taegukgi hwinalrimyeo” należy do tworów nudnych. Przeciwnie, produkcja jest porywająca, losy bohaterów są dla widza ważne, a jeden ze zwrotów akcji stanowi totalne zaskoczenie. Film dostarcza odbiorcy wielu powodów do wzruszeń.

Główni bohaterowie dzieła, bracia Lee, zostali ukazani na zasadzie kontrastu (gombrowiczowskie prawo symetrii!). Starszy, Jin-tae, pracuje jako pucybut, ale chciałby kiedyś zostać mistrzem szewskim. Jest silny, krzepki, wybuchowy i porywczy. Mimo skłonności “do bitki i do wypitki”, odznacza się honorowością, szlachetnością oraz lojalnością wobec rodziny i przyjaciół. Nie posiada zainteresowań o charakterze intelektualnym, nie potrafi udzielać porad związanych z ortografią, ale kieruje się w życiu prostymi zasadami. Młodszy, Jin-seok, wpisuje się w stereotyp inteligenta. Świetnie się uczy, udziela kolegom korepetycji, celująco zdaje egzaminy. Jest chudy, nieśmiały, lękliwy, słaby fizycznie. Choruje na serce, przez co nadaje się wyłącznie do pracy umysłowej. Rodzina Lee żyje w biedzie. Jedyną nadzieją na lepsze jutro jest dla niej Jin-seok. Wszyscy doskonale wiedzą, że ten wybitnie uzdolniony chłopak ma szansę pójść na studia, a co za tym idzie - znaleźć dobrą pracę, dzięki której cała rodzina odbije się od dna. Najpierw jednak trzeba zdobyć fundusze na jego dalsze kształcenie. Szczególnie przejmuje się tym Jin-tae, który haruje jak wół, żeby zarobić pieniądze na edukację brata. Czyni to zresztą bezinteresownie, gdyż bardzo kocha swojego krewniaka. Jest dla niego nie tylko bratem, ale także ojcem. No i najlepszym przyjacielem.

Uboga, acz szczęśliwa egzystencja młodzieńców ulega radykalnej zmianie, kiedy wybucha wojna koreańska. Rodzina Lee, podobnie jak inni mieszkańcy Seulu, ratuje się ucieczką z miasta. Wkrótce kontrolę nad tłumem przejmuje południowokoreańska armia prowadząca werbunek nowych żołnierzy. Wojskowi szukają mężczyzn w wieku 18-30 lat. Jednym z młodzieńców, którzy zostają wyciągnięci z tłumu, okazuje się Jin-seok. Jego starszy brat unika podobnego losu, gdyż chwilowo oddalił się od grupy. Kiedy Jin-tae dołącza z powrotem do uchodźców, okazuje się, że jego młodszy krewniak jest już w pociągu mającym zawieźć rekrutów na front. Starszy brat rozumie, co to oznacza. Słaby, chory, zdolny Jin-seok, będący największym skarbem rodziny, zostanie zabrany na wojnę, z której prawdopodobnie nigdy nie wróci. Tymczasem on - silny, zdrowy i przeciętny - pozostanie w dużo bezpieczniejszym świecie cywilów. Jin-tae nie zgadza się na taki scenariusz. Bez wahania wbiega do pociągu, po czym wdaje się w sprzeczkę z żołnierzami. Ostra wymiana zdań przeradza się w bójkę, która trwa wystarczająco długo, żeby pojazd zdążył ruszyć z oboma braćmi na pokładzie. Zarówno Jin-seok, jak i Jin-tae stają się członkami armii. Starszy brat postanawia, że zrobi wszystko, aby uchronić młodszego przed śmiercią. Nawet na polu bitwy.

“Taegukgi hwinalrimyeo” to film, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Produkcja jest bardzo dobra, chociaż niezbyt nowatorska. Dlaczego? Bo powiela schematy typowe dla kina wojennego. Motyw matki, motyw ukochanej, motyw listu, motyw zdjęcia, motyw tęsknoty za smacznym jedzeniem - niczego tu nie brakuje. Analizowana produkcja może być też odczytywana jako alegoria. Jej głównym wątkiem jest relacja brat-brat, a przecież konflikt koreański był konfliktem bratobójczym. Drugim wątkiem, który śledzimy w filmie, są powolne zmiany zachodzące w zachowaniu starszego Lee. Początkowo nie mamy wątpliwości, że Jin-tae pcha się w każde niebezpieczeństwo, żeby jego młodszy brat nie musiał tego robić. Z czasem nabieramy jednak podejrzeń. Czy to nie jest tak, że na początku bohater miał czyste intencje, ale później po prostu polubił przemoc i adrenalinę? Czy dla tego impulsywnego młodzieńca dobro brata nie stało się pretekstem do wyzwalania własnej agresji? Czy jego wrodzona gwałtowność nie zaczęła się przeradzać w brutalność, a potem w okrucieństwo? A może starszemu bratu spodobały się pochwały i odznaczenia? Tak, problematyka psychologiczna jest w tym filmie bardzo ważna. Przedstawione wydarzenia bywają czasem “naciągane“, ale jakie to ma znaczenie? Produkcję ogląda się jednym tchem.


Tytuł oryginalny: “Welkkeom tu Dongmakgol”
Tytuł amerykański: “Welcome to Dongmakgol”
Tytuł brytyjski: “Battle Ground 625”
Tytuł polski: /brak oficjalnego/
Reżyseria: Park Kwang-hyun
Produkcja: Korea Południowa (2005)
Gatunek: komediodramat, wojenny

Osoba, która zapragnie sięgnąć po ten twór, nie powinna się spodziewać opowieści przedstawionej całkiem serio. Nie powinna również oczekiwać dzieła porażającego kunsztem artystycznym. Film opowiada o wojnie koreańskiej, ale czyni to w sposób tragikomiczny, może nawet tragifarsowy. Pomysł bardzo dobry, jednak… czy da się to samo powiedzieć o jego realizacji? Produkcja “Welkkeom tu Dongmakgol” odniosła duży sukces poza granicami Korei Południowej. Została nawet zgłoszona jako kandydatka do Oscara w kategorii “najlepszy film nieanglojęzyczny”. Sęk w tym, że Amerykańska Akademia Filmowa nie przyznała jej nominacji. Scenariusz “Welkkeom…” stanowi adaptację sztuki teatralnej, którą stworzył południowokoreański autor Jang Jin. Z samym dramatem nie miałam jeszcze okazji się zapoznać, ale przypuszczam, że jego klimat przypomina utwory Sławomira Mrożka i Witolda Gombrowicza (ach, ten Gombro! Strasznie mnie ostatnio prześladuje!). Nie ma nic złego w ukazywaniu konfliktów zbrojnych z przymrużeniem oka. Problemem nadal pozostaje jednak formalny aspekt filmu. Analizowana produkcja jest sztuczna jak jezioro na Targówku, a aktorstwo - nieprzekonujące i pozbawione polotu. Bohaterowie opowieści zachowują się jak postacie z klasycznej kreskówki. Szkoda tylko, że wcale nie są zabawni.

Tytułowe Dongmakgol to mała górska wioska odcięta od świata i nieznająca zdobyczy nowoczesnej cywilizacji. Nikt, z wyjątkiem miejscowego nauczyciela, nie widział tam karabinu ani samolotu. Mieszkańcy osady żyją jak przed wiekami. Nie dotarła do nich jeszcze informacja o wybuchu wojny koreańskiej. Prawdopodobnie nie wiedzą oni nawet o podziale Korei na Północną i Południową. Wskutek dziwnego zbiegu okoliczności wioska staje się schronieniem dla sześciu żołnierzy: dwóch z Południa, trzech z Północy i jednego z Ameryki. Początkowo robi się z tego niezły “kocioł” (a raczej “kociołek“, jeśli wziąć pod uwagę powierzchnię miejscowości). Spotykają się przecież przedstawiciele dwóch stron konfliktu zbrojnego, którzy na polu bitwy strzelaliby do siebie jak do kaczek. Wyjątkowe okoliczności sprawiają jednak, że wrodzy żołnierze muszą chwilowo zapomnieć o istniejących między nimi podziałach, nawiązać współpracę i zacząć żyć jakby nigdy nic. Wojskowi - wyrwani z politycznego i historycznego kontekstu - zostają ze sobą zrównani. Mimo to, wciąż utrzymuje się między nimi dystans psychiczny, który często prowadzi do absurdalnych sytuacji. Ale i on z czasem zaczyna się skracać. Lody powoli pękają. Jedni i drudzy zaczynają dostrzegać, że żołnierze nieprzyjacielskiej armii “też mają dwie nogi i siedzenie” (cytat z Różewicza).

Muszę teraz skrytykować pewną materię żywą, która jest tak irytująca, że widz ma ochotę przyfasolić jej gitarą basową. Chodzi o Yeo-il, mieszkankę Dongmakgol (w tej roli Kang Hye-jung). Sama nie wiem, kto tu jest bardziej żenujący: bohaterka czy aktorka. Yeo-il to postać kompletnie nierealistyczna, a zarazem nieudana. W zamierzeniu miała być pewnie postacią komiczną, odróżniającą się od innych, ubarwiającą całą opowieść (jak Papkin z “Zemsty” Aleksandra Fredry). A kim jest? Kwiatkiem u kożucha. Nie bawi, nie fascynuje, nie wzbudza sympatii i niczego nie wnosi. Zamiast tego, gra odbiorcy na nerwach. Yeo-il to osobniczka uznawana przez swoje środowisko za wariatkę. Dziewczyna wymachuje rękami, podskakuje, podryguje, robi piruety, stroi głupie miny, wypowiada kuriozalne kwestie i widzi rzeczy nieistniejące. Niestety, wcale nie kojarzy się z zakręconą trzpiotką, tylko z niedojrzałą nastolatką popisującą się przed rówieśnikami. Owszem, w tragifarsie miał prawo pojawić się motyw jednostki szalonej. Ale w realnym świecie osoby chore psychicznie po prostu tak się nie zachowują. Tego typu cyrki mógłby urządzać co najwyżej kilkuletni ignorant, poproszony o pokazanie, jak według niego zachowują się osoby potrzebujące konsultacji z psychiatrą. Jest to wręcz obraźliwe dla prawdziwych chorych.

Scenariusz “Welkkeom tu Dongmakgol” nie jest do końca oryginalny. W wielu krajach kręci się tragikomiczne filmy oparte na podobnym schemacie (“Diabły za progiem” - Chiny 2000, “Kukułka” - Rosja 2002, “Operacja Dunaj” - Czechy, Polska 2009). Postać Yeo-il też nie jest jedyna w swoim rodzaju. Motyw obłąkanej dziewczyny, zachowującej się w idiotyczny sposób, został już wykorzystany w południowokoreańskim filmie “Strażnik wybrzeża” (2002). Tym, na co warto zwrócić uwagę, jest fakt, że “Welkkeom…” zawiera również fragmenty śmiertelnie poważne. Jedno jest w tej produkcji realistyczne: cierpienie i umieranie. Postacie wydają się papierowe, lecz gdy już dochodzi do rozlewu krwi, okazuje się, że wcale papierowe nie są. Wielu widzów uzna to za niestosowność. Przyjrzyjmy się teraz przemianie filmowego dowódcy komunistów. Gdy go poznajemy, jawi się on jako stereotypowy czarny charakter. Jest surowy, lodowaty i arogancki. Z czasem jego wizerunek ulega jednak ociepleniu. Bohater zmienia się pod wpływem otoczenia albo po prostu zrzuca groźną maskę. Prawdziwymi schwarzcharakterami są w tym filmie żołnierze amerykańscy. Nie przypominają oni sojuszników ani wyzwolicieli, tylko najeźdźców i oprawców. Wspólny sprzeciw wobec ich poczynań jest tym, co ostatecznie integruje zwaśnionych bohaterów.


Zamiast zakończenia

Pozwolę sobie jeszcze przywołać drobną ciekawostkę związaną z wojną w Korei. Otóż konflikt ten stał się inspiracją nie tylko dla twórców pełnometrażowych filmów aktorskich, ale także dla autorów krótkich filmów animowanych. Mam tutaj na myśli trójwymiarową animację “Birthday Boy” dystrybuowaną w Polsce pod tytułem “Na urodziny” (rok produkcji: 2004). Filmik został stworzony w Australii, ale jego reżyserem jest Koreańczyk Park Sejong. “Birthday Boy” trwa około dziesięciu minut i ukazuje losy małego chłopca o imieniu Manuk. Dzieciństwo bohatera przypada na czasy wojny koreańskiej (akcja dziełka rozgrywa się w roku 1951). Mimo trudnych warunków i licznych niebezpieczeństw, malec stara się żyć normalnie. Bawi się tym, co ma, i nie traci dziecięcego optymizmu. Produkcja “Na urodziny” była nominowana do Oscara, ale nagrody tej nie otrzymała. Statuetka trafiła do twórców kanadyjskiej krótkometrażówki “Ryan” będącej biografią niejakiego Ryana Larkina.


Natalia Julia Nowak,
5-20 lipca 2015 roku


PS.
W powyższym artykule przywoływałam koreańskie nazwiska zgodnie z zasadą dalekowschodnią, tzn. najpierw nazwisko, później imię.

Większe imperium stworzyli tylko Brytyjczycy

Autor: njnowak | Kategorie: Film, Historia
Tagi: azja, czyngis-chan, film, genghis khan, historia, kino, kultura, mongol, mongolia, polska, recenzja, rosja, ruś, tatarzy, średniowiecze
23. czerwca 2015 13:13:00

Od zera do bohatera

Jeśli ktoś nie wierzy, że już w średniowieczu zdarzały się kariery typu “od zera do bohatera”, to powinien się zainteresować biografią Czyngis-chana. Podstawowe informacje na temat tego niezwykłego człowieka zawiera artykuł “Imperium Czyngis-chana. Wyjątkowy chan” Sławomira Leśniewskiego (materiał jest dostępny w wirtualnym wydaniu tygodnika “Polityka”). Autor tekstu pisze, że Czyngis-chan - który aż do objęcia władzy nosił imię Temudżyn - wcześnie stracił ojca i musiał przejąć rolę głowy rodziny. Niespełna dziesięcioletni chłopiec, żyjący w warunkach pozostawiających wiele do życzenia, opiekował się matką oraz młodszym rodzeństwem. Tym, co spędzało mu sen z powiek, była nie tylko niepewna przyszłość jego najbliższych, ale także świadomość, że wrogowie bezustannie depczą mu po piętach (ojciec Czyngis-chana stał na czele jednej z ord mongolskich. Został zamordowany, a kolejną ofiarą nieprzyjaciół mógł paść jego młodociany syn). Niestety, nie udało mu się uniknąć niewoli. Temudżyn, dzięki własnemu sprytowi i ogromnej woli przetrwania, zdołał przeżyć. Jego determinacja, towarzysząca mu przez całe życie, została wreszcie nagrodzona. Potencjał Czyngis-chana zauważył Togrul, możny władca Kereitów, który udzielił mu swojego protektoratu. Zła passa bohatera zaczęła się powoli odwracać.


Chan chanów

Leśniewski pisze, że Temudżyn wziął udział w krwawych wojnach plemiennych, jakie toczyły się wówczas na ziemiach mongolskich. Udało mu się jednak położyć kres bratobójczym walkom, jednocząc zwaśnione ludy pod własnym przywództwem. Chanowie mongolscy, w dowód uznania dla Czyngis-chana, okrzyknęli go kaganem (chanem chanów, wielkim chanem). Świeżo upieczony władca Mongołów od początku stawiał sobie ambitne cele. Z konfederacji zjednoczonych plemion uczynił dobrze funkcjonujące państwo. Sprawna administracja i umiejętnie zorganizowana armia stały się zalążkiem późniejszego imperium mongolskiego. Mocarstwa, które - według Sławomira Leśniewskiego - “rozciągało się od Morza Kaspijskiego do Pacyfiku i było dwukrotnie większe od posiadłości Rzymu w największym rozkwicie” (następcy Temudżyna zdołali przesunąć granice państwa jeszcze dalej. Zdobyli m.in. Chiny i Ruś. Pod ich władaniem znalazł się obszar wynoszący 28 mln km kw. Przez wiele wieków nikt nie potrafił pobić tego rekordu[1]). Ekspansja militarna Mongołów, zapoczątkowana przez Czyngis-chana, wiązała się z zupełnie niepotrzebnym ludobójstwem. W Merwie mongolscy najeźdźcy wymordowali co najmniej 1.300.000 osób. Drugie tyle wybili w Urgenczu. A to tylko przykłady ich wyjątkowego okrucieństwa.


Bicz Boży

Emilia Kunikowska, autorka artykułu “Czyngis-chan” opublikowanego w serwisie Onet.pl, przedstawia czytelnikom wiele ciekawostek dotyczących Temudżyna i jego imperium. Pisze, że sławny Mongoł już jako nastolatek był człowiekiem pełnym sprzeczności. Z jednej strony, cechowała go niepohamowana agresja (zabił w afekcie swojego przyrodniego brata. Dlaczego? Tylko dlatego, że ów brat wyszarpał mu z rąk złowioną przez niego rybę). Z drugiej strony, potrafił być czarujący i zjednywać sobie ludzi (zapamiętano go jako osobę hojną, wesołą i kontaktową). Kiedy doszedł do władzy, wprowadził w swoim państwie surowe prawo nawiązujące do tradycji różnych plemion mongolskich. Co więcej, uznał się za reprezentanta bóstwa znanego jako Wieczne Niebo (wielu ówczesnych ludzi nazywało go zaś Biczem Bożym). Czyngis-chan nie miał litości dla morderców, rabusiów, oszczerców ani cudzołożników. Przewidział dla nich karę najwyższą: śmierć. Chan chanów walczył z przestępczością nie tylko w Mongolii, ale także na ziemiach podbitych. Wypowiedział wojnę złodziejom, ustanowił restrykcyjny porządek prawny, tzw. “Pax Mongolica” - “Mongolski Pokój”. Nie oznacza to bynajmniej, że Temudżyn był człowiekiem o zamkniętym umyśle. W jego mocarstwie panowała bowiem tolerancja religijna i kulturowa.


Szarooki rudzielec

Agnieszka Krzemińska, twórczyni tekstu “Rudowłosy” dostępnego w elektronicznej edycji “Polityki”, koncentruje się na mało znanym i dość zaskakującym drobiazgu związanym z Czyngis-chanem. Otóż wybitny władca Mongołów najczęściej jest przedstawiany jako stereotypowy Azjata, reprezentant żółtej odmiany człowieka (rasy mongoloidalnej). Tymczasem źródła historyczne - kroniki sporządzone przez autorów różnych narodowości - podają, że interesujący nas chan wyróżniał się rudymi włosami, szarymi oczami i wysokim wzrostem. Jak to możliwe? Krzemińska tłumaczy: “Jasne oczy czy włosy nie są w centralnej Azji niczym niezwykłym. Wielkie wędrówki Indoeuropejczyków po Azji zaczęły się już pod koniec III tysiąclecia p.n.e. (…) Ale i dzisiaj zdarza się, że z ‘typowych’ azjatyckich rodziców rodzi się rudowłose dziecko, czego nie można tłumaczyć jedynie krótką obecnością Rosjan czy innych Europejczyków. Cechy takie jak niebieskie oczy czy blond włosy są cechami recesywnymi, a ich występowanie wśród ludów mongoloidalnych nie jest wynikiem jednorazowych kontaktów, lecz efektem wieloletniego przenikania”. Informacja, zgodnie z którą Temudżyn miał zachodnie korzenie, nie została jeszcze potwierdzona badaniami genetycznymi. Powód? Grobu słynnego chana wciąż nie udało się odnaleźć.


Jeden na dwustu

Skoro już mówimy o genetyce, zajrzyjmy do artykułu “16 mln dzieci Czyngis-chana” Tomasza Borejzy (materiał znajduje się w serwisie Onet.pl). Dziennikarz opisuje w nim szokujące wyniki badań przeprowadzonych przez dwoje uczonych z Oksfordu. Tatiana Zerjal i Chris Tyler-Smith ustalili, że wśród mężczyzn żyjących na terenach byłego imperium mongolskiego (tudzież w Afganistanie i Pakistanie) jeden z wariantów chromosomu Y jest niesłychanie rozpowszechniony. Wszystko wskazuje na to, że może on występować nawet u 16 milionów osób płci męskiej. Innymi słowy, jeden na dwustu facetów chodzących po Ziemi jest nosicielem owej niezwykłej wersji chromosomu Y. Zdaniem naukowców, jej źródłem musiał być człowiek żyjący dziesięć stuleci wcześniej. Jedynym podejrzanym jest tutaj Czyngis-chan, który miał tysiące kochanek i nałożnic. Liczba jego dzieci mogła być trzy- lub czterocyfrowa. Rozpowszechnieniu genów Temudżyna sprzyjał również fakt, że jego potomkowie (ci, którzy mieli władzę i pieniądze) prowadzili jednakowo rozwiązły styl życia. Ustalenia genetyków potwierdzają legendę powtarzaną przez afgańskich Hazarów (nie mylić z Chazarami). Głosi ona, że część tamtejszych mężczyzn wywodzi się z rodu Czyngis-chana. Faktycznie, jedna trzecia hazarskich facetów posiada ów szczególny chromosom.


Film o Czyngis-chanie

Przejdźmy teraz do kwestii najistotniejszej, czyli do filmu fabularnego poświęconego wybitnemu Mongołowi. Zanim jednak przystąpię do recenzji dzieła, krótko wyjaśnię, dlaczego zdecydowałam się sięgnąć właśnie po tę produkcję. Skąd się wzięło moje zainteresowanie dziejami Czyngis-chana? Otóż zainspirowały mnie do tego zajęcia, w których uczestniczyłam na Uniwersytecie Warszawskim (studiuję Socjologię Stosowaną i Antropologię Społeczną. Ścieżka specjalizacyjna: Antropologia Współczesności). W ramach owych zajęć sporo się uczyłam o ludach mongolskich, zwłaszcza o tych żyjących na terenie Federacji Rosyjskiej. Wykłady, których słuchałam, zawierały wiele odniesień do historii, szczególnie do podboju Rusi przez Mongołów (pięknie się to zgrało z moją fascynacją Azją i Eurazją!). Wiedziałam, że jeśli chcę zdać egzamin z tego przedmiotu, to muszę nadrobić swoje zaległości w tej dziedzinie. Przeczytałam kilka artykułów dotyczących imperium mongolskiego, znalazłam intrygującą produkcję filmową o Temudżynie… I to mnie natchnęło do stworzenia własnego tekstu. A z przedmiotu, o którym wspomniałam, dostałam piątkę.


Tytuł oryginalny: “Mongoł” (“Mongol”)
Tytuł międzynarodowy: “Mongol: The Rise of Genghis Khan”
Tytuł alternatywny: “Mongol: The Rise to Power of Genghis Khan”
Tytuł polski: “Czyngis-chan”
Reżyseria: Siergiej Bodrow starszy (Sergei Bodrov Sr)
Produkcja: Rosja, Mongolia, Kazachstan, Niemcy (2007)
Gatunek: biograficzny, historyczny, przygodowy

Film “Mongoł”, dystrybuowany w Polsce pod tytułem “Czyngis-chan”, nie jest pierwszą ani ostatnią produkcją upamiętniającą wybitnego średniowiecznego zdobywcę. Z pewnością zasługuje jednak na uwagę, gdyż był nominowany do Oscara w kategorii “najlepszy film nieanglojęzyczny”. Nagrody tej nie otrzymał (i nie ma w tym nic dziwnego, albowiem daleko mu do arcydzieła kinematografii). Mimo to, warto poświęcić dwie godziny na jego obejrzenie, choćby dlatego, że ukazuje mniej znaną stronę biografii Temudżyna. Twór rosyjskiego reżysera Siergieja Bodrowa, kręcony w Chinach, Kazachstanie i Mongolii, nie opowiada o podbojach Czyngis-chana, tylko o tym, co się działo znacznie wcześniej. O bolesnym dzieciństwie, licznych traumach i upokorzeniach, trafianiu w ręce wrogów, przezwyciężaniu własnych słabości oraz robieniu sobie miejsca w niegościnnym świecie. Morał płynący z tej rosyjsko-mongolsko-kazachsko-niemieckiej produkcji jest tożsamy z mottem przywołanym na samym jej początku: “Nie lekceważ wątłego kocięcia. Może stać się bezwzględnym tygrysem”. Dzieło udowadnia, że wielkość niektórych postaci historycznych nie była oczywista od pierwszych chwil ich działalności. Zachęca również widzów, żeby nigdy się nie poddawali, bo tylko taka postawa jest gwarantem sukcesu i satysfakcji.

W filmie “Czyngis-chan” występują dwa główne wątki ciągnące się aż do napisów końcowych. Jednym z nich jest miłosna relacja łącząca Temudżyna z Borte, jego pierwszą żoną, która odgrywała w jego życiu ogromną rolę. Moment ich pierwszego spotkania, ukazany w produkcji Siergieja Bodrowa, jest połączeniem faktów historycznych z wyobrażeniami filmowców. Kiedy Temudżyn był dziewięcioletnim chłopcem, jego ojciec (zgodnie z mongolskim zwyczajem) kazał mu wybrać dziewczynkę, która w przyszłości zostanie jego małżonką. Rodzic Czyngis-chana życzył sobie synowej pochodzącej z plemienia Merkitów. Takie małżeństwo zakończyłoby bowiem konflikt, jaki od wielu lat toczył się między Merkitami a ludem rządzonym przez rodzinę Temudżyna. Przyszły zdobywca i jego ojciec, zmierzający w stronę ordy Merkitów, zatrzymali się na noc w innym obozowisku. Tam zauważyła chłopca Borte, bezpośrednia dziesięciolatka, która sama złożyła mu propozycję matrymonialną. To, co zrodziło się między dwojgiem dzieci, musiało być miłością od pierwszego wejrzenia. Temudżyn nie chciał już słyszeć o żonie z plemienia Merkitów. Pragnął poślubić Borte. Jego ojciec nie był z tego zadowolony, ale wkrótce zaakceptował decyzję syna. Spontaniczny wybór chłopca po latach okazał się słuszny.

Drugim wątkiem, który śledzimy niemal przez cały film, jest znajomość Temudżyna z Dżamuką. Człowiek ten - będący ważną, lecz mało znaną postacią historyczną - początkowo był bliskim przyjacielem Czyngis-chana. Później jednak stał się jego śmiertelnym wrogiem i rywalem do tytułu chana chanów. Dżamuce udało się zresztą zdobyć szerokie wpływy na Wielkim Stepie, ale to dopiero Temudżyn ostatecznie zjednoczył Mongołów, stając się ich jedynym zwierzchnikiem i twórcą prawdziwego państwa. Dżamukę poznajemy jako chłopca, który przypadkowo znajduje zmęczonego i zmarzniętego Temudżyna błąkającego się po okolicy (główny bohater uciekł ze swojego koczowiska, kiedy zostało ono napadnięte przez nieprzyjaciół). Obaj młodzieńcy, choć różniący się poglądami, znajdują wspólny język i decydują się zawrzeć braterstwo krwi. Niestety, ich dobrze zapowiadające się pobratymstwo zostaje brutalnie przerwane. Temudżyn trafia w szpony swoich wrogów, którzy czynią go niewolnikiem i przetrzymują przez wiele lat. Główny bohater, już jako dorosły człowiek, wydostaje się z niewoli i odnajduje Dżamukę. Okazuje się, że ich wzajemne zobowiązania nadal są aktualne. Dżamuka, choć już dojrzały, wciąż ma sporo wspólnego ze swoim dawnym “ja”. I wcale nie zamierza porzucić swoich marzeń o wielkości.

Film “Mongoł” (“Czyngis-chan”) Siergeja Bodrowa posiada zarówno zalety, jak i wady. Pisząc o mocnych i słabych stronach dzieła, trzeba pamiętać, że kinowa biografia Temudżyna nie spodobała się samym Mongołom. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w anglojęzycznym artykule “Mongols protest Khan project” Toma Birchenougha (tekst został opublikowany w wirtualnym wydaniu magazynu “Variety”). Przejdźmy jednak do konkretów. Zacznijmy od tego, że wygląd filmowego Czyngis-chana ma niewiele wspólnego z tym, o którym donoszą źródła historyczne. W dziele Bodrowa słynny Mongoł jest wprawdzie wysoki, ale nie ma rudych włosów ani szarych oczu. Wygląda jak… Japończyk, albowiem w jego rolę wciela się japoński aktor Tadanobu Asano. Jest to tym bardziej kontrowersyjne, że Japończycy od wieków próbują sobie przywłaszczyć postać Temudżyna, opowiadając legendę o tym, iż pochodził on z Kraju Kwitnącej Wiśni (pisała o tym Agnieszka Krzemińska w cytowanym już materiale “Rudowłosy”). Kolejna sprawa: filmowy Temudżyn zachowuje się jak zachodnioeuropejski rycerz. Jest idealistą, który prawdziwie kocha swoją wybrankę, dochowuje jej wierności i traktuje ją z niekłamanym szacunkiem. Nie sprawia wrażenia kogoś, kto byłby w stanie spłodzić setki lub tysiące dzieci z różnymi kobietami.

Omawiana produkcja przybliża widzom niektóre aspekty tradycyjnej kultury stepowej. Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, o czym uczyłam się już na studiach. Otóż kategorie kulturowe typu “dzieci” czy “młodzież” to wytwory nowoczesnych społeczeństw zachodnich. W klasycznych zbiorowościach właściwie nie ma “dzieci” i “młodzieży”. Są “mali dorośli” - istoty, które różnią się od “dużych dorosłych” jedynie (nie)dojrzałością biologiczną. W filmie Bodrowa osoby kilku- i kilkunastoletnie zachowują się i rozumują tak jak osoby kilkudziesięcioletnie. Walczą, pracują, zaręczają się, ponoszą odpowiedzialność za siebie i innych. Owszem, są niskie i słabe, ale wszyscy doskonale wiedzą, że to stan przejściowy, który trzeba przeczekać. Teraz trochę o formie. Dzieło rosyjskiego reżysera zostało nakręcone z olbrzymim rozmachem. Bez wątpienia naśladuje ono hollywoodzkie filmy historyczne. Niektóre z zastosowanych w nim rozwiązań są jednak żenujące i efekciarskie (patrz: nadużywanie zwolnionego tempa). Podejście do realizowanego tematu może się nieco kojarzyć z powieściami Henryka Sienkiewicza. Produkcja jest bardziej przygodówką niż dramatem. Pościgi, zemsty, zwroty akcji… I jeszcze ten wybitnie sienkiewiczowski motyw odbicia porwanej ukochanej. Polski widz poczuje się jak u siebie w domu.

Gorąco zachęcam do obejrzenia filmu “Czyngis-chan”
i do samodzielnego zgłębiania historii Mongołów.


Natalia Julia Nowak,
8-22 czerwca 2015 r.


PRZYPIS


[1] Sławomir Leśniewski napisał w swoim artykule: “W późniejszych czasach jedynie posiadłości hiszpańskie, nad którymi nigdy nie zachodziło słońce, oraz kolonialne imperium Wielkiej Brytanii mogły się z nim [imperium mongolskim - przyp. NJN] równać”. Informacja ta jest jednak nieścisła. Tak się bowiem składa, że fakty historyczne świadczą jeszcze bardziej na korzyść Czyngis-chana. Według Abby Rogers, autorki tekstu “The 10 Greatest Empires In The History Of The World” zamieszczonego w portalu BusinessInsider.com, państwo Temudżyna było drugim pod względem wielkości mocarstwem w historii. Pierwsze miejsce przypadło Wielkiej Brytanii, natomiast Hiszpania uplasowała się dopiero na czwartej pozycji, zaraz za carską Rosją. Podobnie przedstawia się ranking opublikowany w serwisie Onet.pl. Z materiału “Oto największe imperia w dziejach ludzkości” dowiadujemy się, że największe było imperium brytyjskie, później mongolskie, później rosyjskie, a później hiszpańskie. Załączam dwa cytaty z tej publikacji: “Największym w historii imperium było kolonialne Imperium brytyjskie. U szczytu swojej potęgi zajmowało 33,7 mln km kw. i miało 458 mln mieszkańców (w 1938 roku), stanowiło to 20 proc. całej ludzkości”, “Drugie co do wielkości było Imperium mongolskie. W XIII w. zajmowało 24 mln km kw. Na terenie Imperium mieszkało 110 mln osób, czyli ponad 25 proc. ówczesnej populacji”. Mongołowie (i Brytyjczycy) mają powód do dumy.


ANEKS

Tataro-Mongołowie
w Europie Środkowo-Wschodniej


O tryumfach Czyngis-chana w Europie Środkowo-Wschodniej można poczytać w artykule “Ruś na kolanach. Mongolski podbój złamał charakter całych pokoleń” Macieja Rosolaka (miejsca publikacji: “Do Rzeczy. Historia“ i portal WP.pl). Autor materiału koncentruje się na sromotnej klęsce Rusinów, a zwłaszcza na przegranej przez nich bitwie nad Kałką: wielkim starciu z Tataro-Mongołami, które okazało się pierwszym krokiem do utraty niepodległości. Sugeruje, że chociaż Rusini popełnili wiele błędów, należy im się pewien szacunek, gdyż “wzięli na siebie te ciosy, które groziły również (…) następnej w kolejce Polsce”. Zdaniem Rosolaka, tragicznej w skutkach bitwie można było zapobiec. Za porażkę należy winić kniaziów, którzy przecenili swoje możliwości, wykazali się krótkowzrocznością i sami sprowokowali wrogów zbrodniczym postępowaniem (zamordowali posłów mongolskich). Choć książęta starali się ze sobą współpracować, nie potrafili być tak zdyscyplinowani jak ich azjatyccy przeciwnicy. Bitwę nad Kałką rozpoczął książę halicki, który działał bez porozumienia z kniaziami stacjonującymi po drugiej stronie rzeki. Nie wszystkim zmobilizowanym wojskom udało się więc dołączyć do walczących. Rusini, mimo przewagi liczebnej, przegrali. Z osiemnastu dowodzących książąt przeżyło tylko ośmiu.

Polacy nie uniknęli jednak potyczek z mongolskim agresorem. Pierwszy atak Tataro-Mongołów na naszą Ojczyznę wydarzył się kilkanaście lat po śmierci Czyngis-chana. Pisze o tym ksiądz Waldemar Kulbat, twórca artykułu “Tatarskie najazdy na Polskę i Europę (cz. 1)” dostępnego w wirtualnym wydaniu tygodnika “Niedziela”. Według Kulbata, wstępem do ataku było wtargnięcie do Polski oddziału zwiadowców. Dzięki niemu udało się Mongołom zdobyć wiele miejscowości, w tym królewski Sandomierz. Główną fazą najazdu było jednak rozdzielenie się wojsk: część wojowników ruszyła w stronę Krakowa, pozostali obrali kierunek na Radom, Kalisz i Opoczno. Choć Tatarzy sprawiali wrażenie, jakby chcieli podbić Polskę, ich celem było coś zupełnie innego. Dotyczy to zresztą nie tylko pierwszego ataku, ale także kolejnych. Jak twierdzi Kulbat, “najazdy te miały na celu jedynie zdobycie łupów i niewolników, nie zaś trwałe opanowanie terytorium”. O co jeszcze mogło w nich chodzić? Martyna Bandurewicz, autorka tekstu “Tatarskie najazdy na Polskę - przebieg i skutki” zamieszczonego w serwisie Edulandia.pl, pisze, że pierwszy atak Tataro-Mongołów na Polskę był tylko elementem kampanii węgierskiej. Agresorzy zdecydowali się zaatakować Polaków zanim ci ruszą na pomoc swoim przyjaciołom Węgrom.

No dobrze, ale… czym właściwie różnią się Tatarzy od Mongołów? Czy są to dwa określenia tej samej grupy etnicznej? I czy Tatarzy, którzy dzisiaj żyją w Europie Środkowo-Wschodniej, mają coś wspólnego z Czyngis-chanem i jego poplecznikami? W rozwiązaniu tej zagadki może nam pomóc artykuł “Pochodzenie Tatarów” opublikowany na stronie Podlaski Szlak Tatarski (SzlakTatarski.pl). Znajdujemy w nim takie zdania: “Słowo Tatarzy znane jest od ponad piętnastu wieków. Początkowo odnosiło się do jednego z plemion mongolskich. W XII-XIII wieku nazywano tak mieszkańców imperium Czyngis-Chana, do którego należały ludy mongolskie i tureckie”. Z przytoczonego fragmentu wynika, że skład etniczny naszych tatarskich najeźdźców był mieszany. Dominowali w tej grupie Mongołowie i Turcy. Ciekawostką jest fakt, że “prawdziwi” Tatarzy (jedno z dawnych plemion mongolskich) mogli być odpowiedzialni za śmierć ojca Czyngis-chana. Jeśli wierzyć Wikipedystom, powołującym się na prace Lwa Gumilowa i Stanisława Kałużyńskiego, owi Tatarzy mieszkali na pograniczu chińsko-mongolsko-mandżurskim. I chyba nie do końca identyfikowali się z Mongolią, bo “w XII wieku prowadzili długotrwałe wojny z Mongołami”. Tak czy owak, współcześni europejscy Tatarzy niekoniecznie muszą mieć mongolskie pochodzenie.

Wiele wskazuje na to, że wśród wojsk tatarskich, które zaatakowały naszą Ojczyznę, byli również Chińczycy. Konrad Godlewski, autor materiału “Tatarzy użyli pod Legnicą gazów bojowych” dostępnego w serwisie Gazeta.pl, pisze, że w jednej z najtragiczniejszych bitew tamtego okresu prawdopodobnie wzięli udział chińscy saperzy. Zastosowali oni futurystyczną, jak na średniowiecze, broń chemiczną. Historycy coraz śmielej sugerują, że zwycięstwa militarne Tataro-Mongołów, odnoszone w różnych warunkach geograficznych, były możliwe właśnie dzięki gazom bojowym. Straszliwej broni, o której nie śniło się nikomu, kto nie miał styczności z chińską nauką (wyprzedzającą inne kultury o jakieś dwa tysiące lat. Według Godlewskiego, Chińczycy posługiwali się bronią chemiczną już w IV wieku p.n.e. Od XI wieku stosowali specjalne bomby: toksyczne mieszanki zamknięte w bambusowych tubach, które detonowali za pomocą prochu. Europejczycy zaczęli używać gazów bojowych dopiero w roku 1917). Skąd się wzięli Chińczycy w armii tataro-mongolskiej? To bardzo proste: Mongołowie, po podbiciu Chin, nie wymordowali tamtejszych uczonych, tylko wykorzystali ich do własnych celów. Chylę czoło przed pomysłowością Chińczyków. Szkoda tylko, że ich wynalazek doprowadził do śmierci wielu moich Rodaków.

Dylematy moralne w "Elfen Lied" (konspekt)

Autor: njnowak | Kategorie: Ciekawostka, Film, Inne, Społeczeństwo
Tagi: animacja, anime, dobro, eksperymenty, elfen lied, etyka, eugenika, eutanazja, japonia, kat, kontrowersje, kultura, manga, moralność, ofiara, resentyment, serial, trauma, zło
28. maja 2015 15:20:00

Uwaga! Poniższy konspekt zawiera spoilery! Publikacja stanowi uzupełnienie refleksji, które zawarłam w mojej recenzji “Elfen Lied. Jak ofiary stają się katami?” z sierpnia 2014 r. Konspekt, który przedstawiam Czytelnikom, powstał z myślą o kolorowej prezentacji multimedialnej. Stwierdziłam jednak, że jest na tyle treściwy, iż powinnam go opublikować jako artykuł w nietypowej formie. Dlaczego zdecydowałam się ponownie przeanalizować “Elfen Lied”? Bo ogrom relatywizmu moralnego, zawartego w tej produkcji, nie dawał mi spokoju.

Natalia Julia Nowak

PS. “Elfen Lied” powinno być pozycją obowiązkową dla studentów socjologii, kryminologii, psychologii i pedagogiki. Mało tego… Powinni oni pisać z niego kolokwia!

PS 2. Cytaty z “Elfen Lied”, które przytaczam w niniejszym konspekcie, mogą być niedokładne. Powód tego stanu rzeczy jest prozaiczny: nie znam języka japońskiego. Aby zrozumieć, o czym jest mowa w serialu, musiałam korzystać z polskich i angielskich przekładów dostępnych w Internecie. Wierzę jednak, że sens cytatów został zachowany.


“Urodziłeś się winnym,
choć niewinną masz jeszcze twarz”


Bajm - “Nagie skały”


“Mogła być tylko dzieckiem,
ale krew Dicloniusa jest silna”


Kakuzawa Junior


Tytuł oryginalny: “Erufen Rito”
Tytuł międzynarodowy: “Elfen Lied”
Reżyseria: Mamoru Kanbe
Produkcja: Japonia 2004-2005
Forma: serial animowany (anime)
Liczba odcinków: 13 + 1
Target: seinen (mężczyźni, 18-30 lat)
Na podstawie mangi pod tym samym tytułem
(Lynn Okamoto, Japonia 2002-2005)


“Elfen Lied” - z czym to się je?
Krótki opis serialowej fabuły.


Z tajnego ośrodka badawczego, położonego na niewielkiej wyspie, ucieka nieletnia Lucy, przedstawicielka przeznaczonej do eksterminacji rasy Dicloniusów. Populacja mutantów, do której należy bohaterka, wyróżnia się charakterystycznym wyglądem, posiada też nadnaturalne moce i skłonności sadystyczne. Dicloniusy, uznawane za zagrożenie dla społeczeństwa, najczęściej są zabijane zaraz po urodzeniu. Niektórym z nich pozwala się jednak przeżyć, żeby można było je poddawać brutalnym eksperymentom. Lucy, cierpiąca z powodu osobowości wielorakiej, nieświadomie zmienia tożsamość, przeobrażając się w niedorozwiniętą umysłowo Nyu. Wskutek dziwnego zbiegu okoliczności dziewczyna trafia pod opiekę Kouty i Yuki, nastoletnich absolwentów szkoły średniej. Tymczasem władze instytutu, z którego uciekła bohaterka, wysyłają za nią pościg. Nyu nie zdaje sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa. Ale Lucy jest gotowa zabić lub okaleczyć każdego, kto tylko spróbuje ją powstrzymać.


Problem z Dicloniusami.
Zakała ludzkości czy wybrańcy Boga?


O serialowych mutantach krążą dwa przeciwstawne poglądy. Dicloniusy:
1. Są zakałą ludzkości, istotami złymi z natury. Stanowią ekstremalne zagrożenie dla każdego człowieka. Mordują, katują, okaleczają, roznoszą wirusa, mnożą się w zastraszającym tempie. Wielu zwolenników tego poglądu uważa, że Dicloniusy należy wybić dla dobra Homo sapiens.
2. Są następcami ludzkości, wybrańcami Boga działającymi z jego upoważnienia. Ich agresja skierowana w stronę ludzi bierze się stąd, że przyszłość należy do Dicloniusów, a ludzkość musi odejść w niebyt. Wielu zwolenników tego poglądu uważa, że dla dobra Dicloniusów trzeba przyspieszyć proces wymierania Homo sapiens.


Co było pierwsze: jajko czy kura?
Gdzie jest przyczyna, a gdzie skutek?


1. Czy Dicloniusy są poniżane i dyskryminowane, ponieważ atakują ludzi? A może atakują ludzi, bo są poniżane i dyskryminowane?
2. Czy Dicloniusy są trzymane w ciemnych izolatkach, ponieważ stanowią zagrożenie dla otoczenia? A może stają się groźne dla otoczenia, bo są trzymane w ciemnych izolatkach?


Rozbrajanie bomby czy polowanie na czarownice?
Niegodne życie vs godna śmierć.


1. Czy fakt, że ktoś posiada nieodpowiednie cechy, to wystarczający powód, żeby skazać go na śmierć? Czy wolno kogoś zabić prewencyjnie, kierując się tym, co może, choć nie musi nastąpić w przyszłości? Czy wolno wydać wyrok na niewinną osobę, tylko dlatego, że jest potencjalnie niebezpieczna dla społeczeństwa?
2. Czy z tych samych względów wolno kogoś torturować, poddawać drastycznym eksperymentom itd.? Czy skazanie kogoś na męki to faktycznie słuszne rozwiązanie? A może lepiej pozwolić mu umrzeć? Może, z dwojga złego, lepszy jest zgon? Co jest bardziej humanitarne: znęcanie się nad kimś czy umożliwienie mu odejścia z godnością?
[Uwaga: według informacji, podanej w serialu, badania prowadzone na Dicloniusach muszą być bolesne. Zmutowane jednostki nie mogą używać psychokinezy, kiedy cierpią fizycznie. Bestialskie praktyki mają na celu uczynienie ich bezbronnymi. Gdyby nie tortury, doświadczenia na buntowniczych obiektach nie byłyby możliwe]


Demoniczność Dicloniusów.
Diabelskie nasienie czy konstrukt społeczny?


1. Argumenty za tym, że okrucieństwo Dicloniusów jest kwestią genów:
a) wszystkie znane Dicloniusy, bez wyjątku, są nosicielami sadystycznych i morderczych skłonności. Te skłonności da się stłumić i poddać kontroli, ale nie da się ich w pełni wyeliminować. Odpowiednia socjalizacja może uczynić Dicloniusa osobnikiem cywilizowanym, jednak nigdy nie wyleczy go w stu procentach. Dowód? Nawet tak pacyfistyczna, współczująca, przestrzegająca norm moralnych osoba, jak Nana, nosi w sobie złowrogie instynkty. Ona także odczuwa czasem potrzebę, żeby kogoś skrzywdzić lub zabić*. Oczywiście, Nana nigdy nie ośmieliłaby się tego zrobić (gdyby jakimś cudem to uczyniła, pogrążyłaby się w wyrzutach sumienia). Ale fakt jest faktem: Nana to Diclonius ze wszystkimi tego konsekwencjami.
b) zarówno Dicloniusy, jak i ludzie przeżywają czasem bolesne chwile. Cierpienie jest wpisane w życie każdej jednostki: zmutowanej i niezmutowanej. Trauma i resentyment nie są spotykane wyłącznie u Dicloniusów. Jednak to Dicloniusy - pod wpływem własnej krzywdy - dopuszczają się barbarzyńskich czynów. Ludzie bywają mściwi, ale rzadko zdarza się, żeby dokonywali masowych morderstw w odpowiedzi na mniejsze lub większe upokorzenie. Takie zachowanie jest typowe dla mutantów.
2. Argumenty za tym, że okrucieństwo Dicloniusów jest kwestią doświadczenia:
a) małe Dicloniusy, pod względem psychologicznym, nie różnią się zbytnio od ludzkich dzieci. One też są wrażliwe, kochające, ciekawe świata. Potrzebują ciepła, miłości, akceptacji, bezpieczeństwa. Niestety, te niewinne istoty są przez ludzi poniżane i odrzucane (praktycznie od urodzenia). Na Dicloniusach zamkniętych w ośrodku badawczym prowadzi się brutalne eksperymenty. Dicloniusy żyjące na wolności często słyszą wyzwiska i obelgi. Podlegają dehumanizacji i demonizacji. Dowiadują się, że “nie są ludźmi“, tylko “pomiotami demona“. Czy należy więc się dziwić, że typowy Diclonius, po wielu takich incydentach, faktycznie przestaje “być człowiekiem“, a staje się “pomiotem demona“? Istnieje wszak zjawisko samospełniającej się przepowiedni.
b) Dicloniusy nie zaczynają mordować/katować bez powodu. Nie wkraczają na drogę zbrodni dla zabawy. Aby mutant mógł zostać zabójcą i oprawcą, musi wcześniej przejść przez piekło, które wyzwoli w nim żądzę zemsty. Nawet, jeśli Dicloniusy mają wrodzoną skłonność do mordu i sadyzmu, odkrywają ją w sobie pod wpływem trudnych przeżyć. Czyż z ludźmi nie jest identycznie? Historia zna przypadki zbrodniarzy, którzy popełniali odrażające czyny, bo sami dużo wycierpieli. Resentyment może obudzić ciemną stronę nie tylko Dicloniusa, ale również zwykłego człowieka. Dlaczego koncentrujemy się wyłącznie na mutantach? To niesprawiedliwe.
3. Z podanych wyżej argumentów wynika, że Dicloniusy rodzą się z pewnymi niepokojącymi tendencjami, ale to, w jakim stopniu te tendencje się rozwiną, w dużej mierze zależy od środowiska, okoliczności i doświadczeń. Złowrogich instynktów Dicloniusów nie można całkowicie wyeliminować. Można jednak uczynić je mniej szkodliwymi. Potrzeba tylko ludzi dobrej woli, którzy zawsze będą gotowi okazywać bliźnim życzliwość. Krótko mówiąc, trzeba zmienić świat. Ale czy taki projekt jest wykonalny?
[* Chodzi mi tutaj o popadanie w morderczy (obłąkańczo-opętańczy) nastrój oraz o świadome rozważanie możliwości uśmiercenia kogoś. Takie myśli chodzą Nanie po głowie w odcinku specjalnym wydanym na DVD]


Nic nie zależy od rasy.
Wszystko zależy od osoby.


Twórcy serialu przekonują, że w ostatecznym rachunku obie skonfliktowane grupy są równe.
1. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki niejednoznaczne: pogrążone w resentymencie, popełniające błędy, posiadające liczne wady, próbujące wybrać “mniejsze zło” (Lucy, Mariko, Numer Trzeci, Kurama, Shirakawa).
2. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki podłe do szpiku kości (Bando, ojczym Mayu, Kakuzawa Senior, Kakuzawa Junior).
3. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród Dicloniusów trafiają się jednostki bezgrzeszne (Nana, Mayu).


Ludzie decydują o losie mutantów.
Ale kto decyduje o losie ludzi?


Gdy się ogląda “Elfen Lied”, zwraca się uwagę na niechlubną rolę ludzi w całej opowieści. To oni uprzykrzają życie Dicloniusom. To oni spychają odmieńców na margines społeczeństwa. To oni realizują program eugeniki. To oni robią z Dicloniusów króliki doświadczalne. Czasem odnosi się wrażenie, że Lucy miała rację, mówiąc do swoich pierwszych ofiar: “Tymi, którzy nie są ludzcy… Tymi, którzy nie są ludźmi… Jesteście wy!”. Lecz gdy już dochodzi się do wniosku, że to ludzie, a nie mutanty, są prawdziwymi potworami, zostaje odsłonięta ostatnia karta. Okazuje się, że mężczyzna, który odpowiada za działalność ośrodka badawczego - Dyrektor Generalny, Kakuzawa Senior - sam jest Dicloniusem. I nie chodzi mu o powstrzymanie wirusa, tylko o jego rozprzestrzenienie. Odkrycie tej prawdy jest dla widza ciosem w serce. No, bo jaki wniosek można z tego wysnuć? “To Dicloniusy Dicloniusom… i ludziom… zgotowały ten los” (parafraza motta “Medalionów” Zofii Nałkowskiej).


Każdy człowiek i Diclonius jest inny.
Nie ma dwóch takich samych jednostek.


1. W jaki sposób należy się opiekować dzieckiem, u którego wykryto syndrom Dicloniusa? Czy taka osóbka powinna być surowo wychowywana i nieustannie kontrolowana? Czy trzeba ją bacznie obserwować, dotkliwie karać, obarczać licznymi nakazami i zakazami? A może przeciwnie? Może powinno się jej okazywać jeszcze więcej czułości i zrozumienia niż zdrowemu dziecku? Czy to nie jest tak, że małych ludzi obciążonych sadystycznymi i morderczymi skłonnościami należy (jeszcze bardziej niż ich rówieśników) przyzwyczajać do empatii? Czyż to nie takie istotki wymagają specjalnej troski?
2. Rozwiązania, które przynoszą pozytywne rezultaty w przypadku jednej osoby, mogą nie przynieść żadnych efektów w przypadku drugiej. Dowód? Eksperyment psychologiczny* z rodzicielskim traktowaniem torturowanego dziecka. Zastosowano go wobec dwóch Dicloniusów: Nany i Mariko. Jeśli chodzi o Nanę, skutek był zdumiewający. Dziewczyna, choć poddawana drastycznym doświadczeniom, wyrosła na osobę lojalną wobec ludzi, moralną, etyczną, pokojową, zdolną do kontrolowania swoich mrocznych instynktów. Co więcej, pokochała Dyrektora Kuramę, który zastępował jej ojca.
3. Tego spektakularnego sukcesu nie udało się powtórzyć w przypadku Mariko. Biologiczna córka Kuramy, mimo wysiłku naukowców, nie wyrosła na porządną jednostkę, tylko na wyjątkowo brutalną sadystkę i morderczynię. Nigdy nie pokochała młodej laborantki, która wcielała się w rolę jej matki. Przeciwnie, zabiła ją od razu, gdy znalazła ku temu okazję. Wniosek? Ludzie - zmutowani i niezmutowani - są różni. Nie powinno się stosować żadnych uogólnień. Każdego trzeba poznawać i oceniać indywidualnie.
[* Nazwałam to działanie eksperymentem psychologicznym, ale wypada podkreślić, że nie było ono oficjalnym, zaplanowanym, kontrolowanym przedsięwzięciem. Kurama troszczył się o Nanę, gdyż chciał dać upust swojemu ojcowskiemu instynktowi rozbudzonemu po narodzinach Mariko. Inni naukowcy sądzili, że Kurama robi to wyłącznie po to, żeby uchronić Nanę przed utratą rozumu (która w jej przypadku nie byłaby niczym dziwnym. Iluż ludzi postradało zmysły wskutek niekończącej się przemocy fizycznej i psychicznej?). Co się tyczy młodej laborantki, utrzymującej kontakt z Mariko, ona również łączyła aspekt racjonalny z irracjonalnym. Sprawowanie pieczy nad dziewczynką było jej obowiązkiem zawodowym. Nie zmienia to jednak faktu, że rozmowy z Mariko, choć zapośredniczone technologicznie, stały się ważnym elementem jej życia. Relacja między nią a kilkulatką przerodziła się w coś więcej niż relację “strażnik-więzień”, “badacz-obiekt” czy “kat-ofiara”. Prawdę powiedziawszy, zaczęła ona przypominać stosunek “przysposabiający-przysposabiany”. Jak należy to rozumieć? Istnieją osoby, które wykonują niewdzięczną pracę, lecz nie tracą przy tym swojego człowieczeństwa. W głębi serca, współczują ludziom, wobec których muszą być bezwzględne. Gdybyśmy dobrze poszukali, znaleźlibyśmy wielu rozdartych wewnętrznie policjantów, żołnierzy i komorników (a nawet nauczycieli zmuszonych zostawić ucznia na drugi rok w tej samej klasie). Rola społeczna to jedno, autentyczna osobowość to drugie. Może wystąpić między nimi rozbieżność. W świecie przedstawionym w “Elfen Lied“ większość uczonych zdaje sobie sprawę z tego, że zajmuje się rzeczami wątpliwymi moralnie. Spójrzmy na Shirakawę, która często bywa poruszona, choć stara się tego nie okazywać]


Żelazna logika Dyrektora Kuramy.
Gmatwanie życia czy zwykła hipokryzja?


1. Jako młody naukowiec rozpoczął pracę w ośrodku badawczym. Był przerażony i zniesmaczony, kiedy odkrył, że w owym ośrodku prowadzi się eutanazję niemowląt oraz bestialskie eksperymenty na dzieciach i młodzieży.
2. Mimo to, nie zrezygnował z pracy. Naciskał na wiele rodzin, żeby zdecydowały się na eutanazję noworodka. Ponad dziesięcioro dzieci zabił własnoręcznie. Uczestniczył też w krwawych doświadczeniach pseudomedycznych.
3. Twierdził, że lepiej zabić dziecko niż skazać je na nieustanne męki. Przekonywał, że utrzymanie Dicloniusa przy życiu to narażanie zwykłych ludzi na niebezpieczeństwo.
4. Jego własna córka, Mariko, urodziła się z syndromem Dicloniusa. Kurama, wbrew swoim poglądom, nie zabił jej, tylko zamknął ją w instytucie.
5. Dyrektor Generalny, Kakuzawa Senior, uczynił Kuramę Dyrektorem Badawczym. Wiedział, że Kurama, w obawie o życie córki, będzie mu bezwzględnie posłuszny.
6. Kurama, nie mogąc się widywać z Mariko, bardzo cierpiał. Rekompensował sobie tę stratę, okazując miłość innemu Dicloniusowi, Nanie.
7. Traktował Nanę w ojcowski sposób, a jednocześnie kierował makabrycznymi eksperymentami, które na niej wykonywano.
8. Doświadczenia, prowadzone na Nanie, były niezwykle krwawe. Kurama, aplikując nastolatce takie tortury, skazywał ją na męczarnie. Ale gdy Nana została pozbawiona kończyn przez Lucy, Dyrektor Badawczy powiedział, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby “złagodzić ból Nany choćby o jedną tysięczną“.
9. Sprawił, że Nana go pokochała. Sam również się do niej przywiązał. Podarował jej nowoczesne protezy kończyn i pozwolił uciec z instytutu. W ten sposób złamał rozkaz Kakuzawy Seniora i naraził swoją prawdziwą córkę na ryzyko utraty życia.
10. Bezdusznie odtrącił Nanę, gdy już odzyskał kontakt z Mariko.


Jakie życie, taka śmierć?
Czy warto płakać po Kuramie?


1. Dyrektor Kurama to bohater trudny do jednoznacznej oceny. Przez prawie cały serial był on przedstawiany jako czarny charakter. Jawił się jako ktoś, kto zadaje innym cierpienie, posługuje się groźbami i szantażem, manipuluje ludźmi, decyduje o cudzym życiu i śmierci. Jego córka, choć niewątpliwie pokrzywdzona, również została ukazana jako schwarzcharakter, tzn. morderczy, sadystyczny Diclonius mający szansę przewyższyć Lucy. Większość scen, ukazujących Kuramę i Mariko*, zrealizowano w taki sposób, że widz nie solidaryzuje się z tymi postaciami. Nawet, jeśli wie, że ich postępowanie w dużej mierze wynika z warunków zewnętrznych.
2. Mimo to, śmierć Kuramy i Mariko była jednym z najbardziej dramatycznych, wzruszających, chwytających za serce fragmentów “Elfen Lied“. Część widzów z pewnością uroniła wówczas łzę. I żałowała, że te dwie postacie, skądinąd niedoskonałe, odeszły ze świata żywych. Paradoks? A może przypomnienie, że wielu zbrodniarzy, znanych z historii powszechnej, w prywatnym życiu było kochającymi członkami rodzin? Pomyślmy o filmie “Chłopiec w pasiastej piżamie” Marka Hermana. Jeden z bohaterów produkcji, Ralf, jest komendantem obozu koncentracyjnego, a zarazem wspaniałym mężem i ojcem. Czyż z Kuramą (i Mariko, jego córeczką, dziewczynką-zbrodniarką) nie jest podobnie?
3. To, że Dyrektor Badawczy jest postacią niejednoznaczną, zostało zasygnalizowane już w pierwszych minutach serialu. Mowa tutaj o krótkiej scence ukazującej rozmowę Kisaragi z innymi sekretarkami. Wynika z niej, że zdania na temat Kuramy są podzielone. Część obserwatorów postrzega go jako człowieka “przerażającego”. Pozostali jednak uważają, że Dyrektor Badawczy “nie jest taki zły”.
4. Bez względu na to, jak oceniamy Kuramę, z jego biografii wydaje się płynąć jedna uniwersalna refleksja. Są osoby, które skazują bliźnich na tortury i śmierć. Nie mają dla nich litości. Ciekawe, czy byłyby równie bezlitosne, gdyby przyszło im torturować lub zabić kogoś bliskiego. Łatwo jest niszczyć ludzi, z którymi nie jest się emocjonalnie związanym. Trudniej jest niszczyć własnych krewnych. Szkoda tylko, że ci “niszczeni obcy” też mogą być przez kogoś kochani. Zanim wyrządzimy komuś krzywdę, powinniśmy się zastanowić, co byśmy poczuli, gdyby podobne zło wyrządzono naszym bliskim. Czy nadal bylibyśmy tacy cyniczni?
[* Oczywiście, tylko w jednej scenie Kurama i Mariko występują razem]


Choroby, zaburzenia, przypadłości…
Problemy psychiczne bohaterów produkcji.


1. Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (osobowość wieloraka) - przypadek Lucy. Główna bohaterka, która od najmłodszych lat życia doświadczała traumy, posiada alternatywną osobowość. Dwie persony bohaterki, Lucy i Nyu, są kompletnymi przeciwieństwami. Dzieli je wszystko: charakter, temperament, wrażliwość, wyraz twarzy, barwa głosu, stosunek do otoczenia, a przede wszystkim inteligencja i samoświadomość. Lucy wie o istnieniu Nyu*, ale nie ma kontroli nad swoimi zmianami tożsamości. Nie posiada również dostępu do wspomnień swojej współtowarzyszki. Nyu jest zupełnie nieświadoma istnienia Lucy. Jak nietrudno odgadnąć, nie podziela jej wspomnień.
2. Amnezja dysocjacyjna (amnezja psychogenna) - przypadek Kouty. Z pamięci nastolatka zniknęły traumatyczne wspomnienia dotyczące okoliczności śmierci jego najbliższych (ojca i siostry). Razem z tym, co bolesne i wstrząsające, wyparowało wiele innych wspomnień, także pozytywnych. Prawda, choć wyparta ze świadomości Kouty, wciąż jest obecna w jego podświadomości. Stąd niepokojące flashbacki. Młody mężczyzna, pragnąc zapełnić luki w swojej pamięci, wmawia sobie różne rzeczy. I naprawdę w nie wierzy.
3. Zespół stresu pourazowego (PTSD) - przypadek Nany. Sympatyczna przedstawicielka rasy Dicloniusów wykazuje objawy, które potwierdzają, że była ona poddawana brutalnym eksperymentom. Dziewczyna posiada skłonność do popadania w panikę, zwłaszcza na widok elementów, które kojarzą jej się z przebytymi torturami. Reakcje Nany bywają nieadekwatne do okoliczności. Zwykła błahostka, na którą większość ludzi nie zwróciłaby uwagi, może doprowadzić nastolatkę do histerii. Napady lęku, które przeżywa dziewczyna, często idą w parze z uruchomieniem mechanizmu obronnego polegającego na wykrzykiwaniu frazesów typu “To wcale nie boli!”. Nana cierpi z powodu koszmarów sennych. Typowe dla tej postaci jest również serwilistyczne kajanie się za każdy błąd (przepraszanie, samooskarżanie, podkreślanie chęci poprawy).
4. Osobowość dyssocjalna (psychopatia) - przypadek Mariko. Biologiczna córka Kuramy sprawia wrażenie jednostki narcystycznej, egocentrycznej, gwałtownej, niecierpliwej, pozbawionej empatii, traktującej bliźnich przedmiotowo, a nawet niepostrzegającej ludzi jako ludzi. Dowodem na to może być scena, w której Mariko, poddawana rekonwalescencji, morduje przypadkowego człowieka, żeby sprawdzić, czy już odzyskała swoje moce. Po tej zbrodni dziewczynka radośnie oświadcza, że najwyraźniej wróciła do pełni zdrowia.
[* Na jakiej podstawie formułuję taki wniosek? Otóż w piątym odcinku Lucy mówi do Kakuzawy Juniora: “Moja druga połowa jest uśpiona”]


W każdej bajce jest ziarnko prawdy.
A tutaj znajdziemy ich całą garść.


Dlaczego warto obejrzeć serial animowany “Elfen Lied”? Choćby dlatego, że nie jest on tak do końca oderwany od rzeczywistości. Niektóre z zawartych w nim motywów są analogiczne do problemów, z jakimi musiała borykać się ludzkość w XX wieku. Ludobójstwo, eugenika, nieetyczne projekty naukowe… To wcale nie są wymysły twórców anime i mangi. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że “Elfen Lied” to niejawna próba poradzenia sobie Japończyków z własną historią. W latach ‘30 i ‘40 Kraj Kwitnącej Wiśni faktycznie utrzymywał ośrodki badawcze, w których prowadzono okrutne eksperymenty na żywych ludziach. Instytucją, która okryła się szczególną niesławą, była Jednostka 731 założona na terenie podbitej Mandżurii. Władze Japonii do dziś nie przyznały się do jej funkcjonowania. Ale temat Jednostki 731 jest powszechnie znany na Dalekim Wschodzie. Nawet, jeśli Japończycy nie dowierzają w tę historię, zagadnienie podejrzanych doświadczeń pseudomedycznych jest stale obecne w ich (pod)świadomości. Dowodem na to mogą być produkcje typu “Elfen Lied” czy “Akira”. Współcześnie eksperymenty na ludziach - w tym na dzieciach i młodzieży - są prowadzone w Korei Północnej, totalitarnym państwie leżącym w japońskim kręgu kulturowym. Według doniesień medialnych, rodzice kalekich i upośledzonych dzieci są tam nakłaniani do oddawania swoich pociech do ośrodków badawczych. Dla tych niepełnosprawnych maluchów instytuty stają się domami, a niebezpieczne eksperymenty - ponurą codziennością. Czyż nie przypomina to scenariusza “Elfen Lied”? Wątki, które wydają nam się fikcją, bywają czasem bardziej realne niż sądzimy.


“I nie pier… mi jeden z drugim,
że to farsa, że to temat wyssany z palca.
Płacę respektem
niewinnym dzieciakom gorszego boga.
Pani redaktor!”


Karramba - “Dzieci gorszego boga”


Konspekt przygotowała
Natalia Julia Nowak



PS. Przesłanie płynące z serialu “Elfen Lied“
można sformułować w następujący sposób:

“Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
że według Bożego rozkazu,
nie może być katem, oprawcą,
kto nie był ofiarą ni razu.
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
że odkąd ten świat jest tym światem,
kto nie był ni razu ofiarą,
ten nigdy nie stanie się katem”


(parafraza słów Adama Mickiewicza)


PS 2.
Kilka przydatnych filmików.

Mariko - ofiara czy kat? A może jedno i drugie?
(“Mariko’s first scenes”)
YouTube, watch?v=-MWAOGPgGYo

Ostatnie minuty Kuramy i Mariko. Wyciskacz łez.
(“The End of Kurama and #35; Mariko. /#\Spoiler Warning /#\“)
YouTube, watch?v=d5bNh97MG80

“Tymi, którzy nie są ludźmi, jesteście wy!”
(“Elfen Lied Dog Scene - English Sub”)
YouTube, watch?v=euUUxg0XnDM

Rzeź, masakra… Ucieczka Lucy z ośrodka badawczego.
(“Elfen Lied - Lucy kicking ass”)
YouTube, watch?v=HFvhKxWumcc

Lucy mocno masakruje Nanę. Elementy gore od 1:40.
(“Elfen Lied - Lucy vs. Nana”)
YouTube, watch?v=E5pgqAMBCR4

Retrospekcja. Jak Lucy trafiła do instytutu?
(“The REAL saddest Elfen Lied scene!”)
YouTube, watch?v=IblduScZtFk

“Requiem for Kurama” - fanowski teledysk.
(“Requiem for Kurama”)
YouTube, watch?v=bHe8Ba092WM

“Mejores Muertes” - fanowski teledysk.
(“Elfen Lied Mejores Muertes [Evanescence - Bring Me To Life]”)
YouTube, watch?v=KprPZT-GjvY

“Elfen Lied” - oficjalny trailer.
(“Elfen Lied - Trailer HD 1080p”)
YouTube, watch?v=2ceKarhU1P4

“Elfen Lied” - przegląd spotów reklamowych.
(“Elfen Lied DVD Trailer HD”)
YouTube, watch?v=IItTqRrRkqI

NSZ. Jak narodowcy zostali Żołnierzami Wyklętymi?

Autor: njnowak | Kategorie: Historia, Polityka, Społeczeństwo
Tagi: antysemityzm, endecja, historia, nacjonalizm, nacjonaliści, narodowcy, narodowe siły zbrojne, narodowy radykalizm, niepodległość, nsz, patriotyzm, polska, prl, suwerenność, ub, urząd bezpieczeństwa, żołnierze niezłomni, żołnierze wyklęci, żydzi
06. maja 2015 12:02:00

“Hardy ich kark, tchórzliwy świat
zamknąć chce w zwojach niepamięci.
Choć tyle już minęło lat,
nadal żołnierze to wyklęci.

Nie zamknie ust cmentarny dół,
niepamięć ran też nie zabliźni,
bo dzięki nim jeszcze się tlą
resztki honoru mej Ojczyzny”


Tadeusz Sikora - “Żołnierzom NSZ”
(fragment tekstu piosenki)



Zaczynając od początku


Przedwojenny obóz narodowy był zjawiskiem szerokim i wewnętrznie zróżnicowanym. Świadczy o tym mnogość i różnorodność działających wówczas ugrupowań nacjonalistycznych. Robert Larkowski, autor artykułu “Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej”[1], podjął próbę opisania tego zagadnienia przez pryzmat dziejów i postulatów kilku najważniejszych stowarzyszeń. Według tego autora, pierwszym ugrupowaniem nacjonalistycznym, jakie pojawiło się w II Rzeczypospolitej, był Związek Ludowo-Narodowy. Organizacja, opozycyjna względem Józefa Piłsudskiego, osiągnęła duży sukces w pierwszych wyborach parlamentarnych, uzyskując 1/3 mandatów w Sejmie. ZLN był partią umiarkowaną, uznającą zasady demokracji liberalnej, ale domagającą się ograniczenia praw mniejszości narodowych i działaczy lewicowych. W 1922 r. powstała Młodzież Wszechpolska, stowarzyszenie bardziej radykalne, krytykujące “marazm i zbytnie skostnienie struktur Związku Ludowo-Narodowego”[2]. Cztery lata później narodził się Obóz Wielkiej Polski, który w szczytowym momencie swojego rozwoju liczył od 250 do 300 tysięcy członków. Ugrupowanie miało charakter katolicki, konserwatywny, wolnorynkowy i antykomunistyczny. Jego działacze nosili berety, granatowe spodnie oraz piaskowe koszule.


Dwa ONR-y

Robert Larkowski dużo uwagi poświęca Obozowi Narodowo-Radykalnemu, a właściwie dwóm ONR-om, których drogi ostatecznie rozeszły się w roku 1935. Jakie były przyczyny rozłamu? Pierwsza: nieporozumienia dotyczące tego, w jakim kierunku powinno podążać stowarzyszenie po formalnej delegalizacji i czasowym pobycie liderów w Berezie Kartuskiej. Druga: konflikty między ONR-owcami wynikające z ogromnej różnicy zdań. Umiarkowani członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (tacy jak Henryk Rossman, Jan Mosdorf, Tadeusz Gluziński, Tadeusz Todtleben czy Edward Kemnitz - proszę zwrócić uwagę na niepolskie brzmienie niektórych nazwisk) utworzyli pozytywistyczny ONR-ABC. Ugrupowanie było nastawione na pracę organiczną i działalność propagandową. Oprócz nacjonalizmu głosiło konieczność modernizacji kraju, ale bez przesadnej urbanizacji. W kwestiach ekonomicznych opowiadało się za łagodnym interwencjonizmem państwowym. Skrajni członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (m.in. Bolesław Piasecki, Witold Staniszkis, Stanisław Cimoszyński, bracia Reuttowie) powołali do życia ONR-Falangę[3]. Usprawiedliwiali przemoc, rewolucję, totalitaryzm i unifikację kultury. Żądali wywłaszczeń, parcelacji latyfundiów i likwidacji bezrobocia. Gospodarka miała być centralnie planowana[4].


Narodowe Siły Zbrojne

W czasie II wojny światowej działało na ziemiach polskich wiele organizacji wojskowych wywodzących się z największych przedwojennych obozów politycznych. Armia Krajowa była dzieckiem sanacji. Bataliony Chłopskie zostały założone przez ludowców, a Armia Ludowa - przez komunistów. Narodowcy również mieli swoją reprezentację wojskową. Zbyszek Koryewo, twórca tekstu “Wyklęci Żołnierze”[5], pisze, że pierwszą nacjonalistyczną formacją militarną, powołaną do obrony okupowanego kraju, był Związek Jaszczurczy. Organizacja przez pewien czas szukała porozumienia z AK. Do współpracy jednak nie doszło ze względu na zbyt dużą różnicę poglądów. Członkowie ZJ byli zdroworozsądkowcami. Nie podobały im się “silne naciski aliantów, zmierzających do jak największej aktywności bojowej podziemnych armii w Polsce, bez względu na cenę krwi oraz sens polityczny takich zmagań”[6]. Kilka lat później Związek Jaszczurczy przekształcił się w Narodowe Siły Zbrojne. Żołnierze NSZ nie zgadzali się na jakąkolwiek współpracę z ZSRR, ponieważ uważali, że jest on wrogiem Polski, groźniejszym nawet od Niemiec. Narodowym Siłom Zbrojnym udało się dokonać wielu bohaterskich czynów. Przykładowo, Brygada Świętokrzyska NSZ wyzwoliła żeński obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie[7].


NSZ - NOW - NZW

Ważną datą w historii Narodowych Sił Zbrojnych był rok 1944, kiedy to doszło do istotnych zmian organizacyjnych w obrębie ich struktury. Omówieniem tego tematu zajął się Rafał Drabik w publikacji “Obóz narodowy po 1944 roku”[8]. Według autora, w analizowanym okresie część NSZ połączyła się z Armią Krajową. Pozostała część, wywodząca się ze Związku Jaszczurczego, zachowała jednak niezależność. To właśnie ona, znana jako NSZ-ZJ, powołała do życia wspomnianą wcześniej Brygadę Świętokrzyską (partyzantkę o charakterze antyniemieckim, antysowieckim i antykomunistycznym). Kolejne zmiany organizacyjne w Narodowych Siłach Zbrojnych nastąpiły po upadku powstania warszawskiego. W listopadzie 1944 r. większość oddziałów nacjonalistycznych została podporządkowana nowopowstałemu Narodowemu Zjednoczeniu Wojskowemu. Formacja, o której mowa, składała się nie tylko z NSZ-owców, ale również z żołnierzy Narodowej Organizacji Wojskowej i członków konspiracyjnych ugrupowań poakowskich (np. WiN-u). Nic więc dziwnego, że “w różnych częściach kraju funkcjonowały odmienne nazwy, stąd w jednym Okręgu będzie to NZW, w drugim NOW, a w trzecim NSZ”[9]. Partyzantka narodowa działała jeszcze kilkanaście lat po zakończeniu wojny. Ostatniego “leśnego” aresztowano w Sylwestra 1961 r[10].


Historia “Bartka”

Jednym z najsłynniejszych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych był Henryk Flame “Bartek”. Burzliwe życie tego patrioty opisał Tomasz Greniuch w artykule zatytułowanym nazwiskiem i pseudonimem bohatera[11]. Flame urodził się w roku 1918. Jako osiemnastolatek wstąpił do Podoficerskiej Szkoły Lotniczej w Grudziądzu. Po jej ukończeniu został przydzielony do 123 eskadry 2 Pułku Lotniczego w Rakowicach. Podczas kampanii wrześniowej walczył jako pilot w obronie Warszawy. Gdy Polska została zaatakowana przez Związek Sowiecki, 123 eskadra otrzymała rozkaz wycofania się w stronę Rumunii. Niestety, samolot Flamego był już wówczas uszkodzony, a Armia Czerwona odcięła żołnierzowi drogę w wyznaczonym kierunku. Flame przedostał się na terytorium Węgier. Tam trafił do obozu dla internowanych, jednak zdołał z niego uciec. Zadenuncjowany, wpadł ponownie w ręce Niemców i został umieszczony w obozie jenieckim na ziemiach austriackich. Odzyskawszy wolność, wrócił do Polski i związał się z ruchem oporu (AK). Na przełomie lat 1943/1944 został dowódcą partyzanckim. W październiku 1944 r. przyłączył swój oddział do NSZ. Po wojnie nie złożył broni, decydując się na walkę z komunistami. Zginął w 1947 r., skrytobójczo zamordowany przez milicjanta. Niepotrzebnie skorzystał z oszukańczej “amnestii”.


Historia dwóch prawników

Do znanych przedstawicieli Narodowych Sił Zbrojnych należeli także Lech Neyman i Stanisław Kasznica. Ich życiorysy przedstawił Rafał Sierchuła w tekście “Poznańscy prawnicy”[12]. Obaj żyli w tych samych latach (1908-1948) i ukończyli studia prawnicze na tym samym uniwersytecie. Wspólnie działali w różnych organizacjach, m.in. Młodzieży Wszechpolskiej. Kiedy wybuchła wojna, zostali zmobilizowani do obrony Ojczyzny. Neyman poniósł ciężkie rany. Do końca życia zmagał się z kalectwem: niedowładem stopy i niedosłuchem ucha. Kasznica miał więcej szczęścia. Zachował dobre zdrowie i doczekał się Krzyża Srebrnego Orderu Virtuti Militari 5 Klasy. Każdy z interesujących nas prawników udzielał się w Organizacji Polskiej, Związku Jaszczurczym i Służbie Cywilnej Narodu. Stanisław Kasznica współpracował ponadto z konspiracyjnym ugrupowaniem “Nie” prowadzonym przez gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”[13]. Neyman i Kasznica mieli poglądy zdecydowanie antyniemieckie. Ten pierwszy krzewił nawet ideę przywrócenia Polsce Ziem Zachodnich. Obaj byli też antykomunistami. I właśnie za tę działalność zostali aresztowani przez MBP, poddani torturom, skazani na śmierć oraz straceni w więzieniu mokotowskim. Dwóch prawników pochowano w jednej jamie grobowej. Ich szczątki odnaleziono w 2012 r.


Kampania nienawiści

Powojenne losy żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych toczyły się podobnie jak losy żołnierzy Armii Krajowej. NSZ-owcy, tak jak ich rodacy z AK, doświadczali okrutnych prześladowań. Byli również fałszywie oskarżani o różne niegodziwości, w tym o kolaborację z hitlerowcami i współudział w Holocauście. Sęk w tym, że o ile AK-owcy zostali ostatecznie zrehabilitowani, o tyle Narodowe Siły Zbrojne wciąż czekają na sprawiedliwość. Problemami związanymi z wizerunkiem NSZ zajął się Marek Jan Chodakiewicz w artykule “Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych” (tekst został napisany w roku 1997. Ja jednak skorzystałam z jego przedruku opublikowanego trzynaście lat później. Fakt, że do takiego przedruku doszło, świadczy o tym, iż materiał nadal jest aktualny)[14]. Zdaniem autora, od czasów PRL nagminnie ukazują się publikacje, które sugerują, że żołnierze NSZ mordowali Żydów ocalałych z zagłady. Przed 1989 r. tego typu treści pojawiały się nie tylko w periodykach wydawanych przez władze komunistyczne, ale również w książkach i czasopismach podziemnych oraz emigracyjnych. Widać jednak pewien postęp. Część autorów oczerniających NSZ odwołała już swoje tezy. Przykład? Prof. Krystyna Kersten, która w 1993 r. zaprzeczyła swoim słowom sprzed ośmiu lat. Powołała się na brak dowodów.


Sprawiedliwi “antysemici”

Chodakiewicz potwierdza, że wśród osób, do których strzelali Żołnierze Wyklęci, trafiały się jednostki żydowskiego pochodzenia[15]. Były one jednak karane za współpracę z okupantami, a nie za narodowość (“Podziemie niepodległościowe likwidowało bowiem ludzi uznanych za bandytów, szpiegów czy ‘rewolucjonistów’ nie oglądając się na pochodzenie etniczne skazanych”[16]). Twórca tekstu wspomina o przypadkach pomagania Żydom przez Narodowe Siły Zbrojne. Weźmy na przykład Feliksa Pisarewskiego-Parry, który “został odbity przez NSZ z transportu na Pawiak. Później służył jako oficer w jednej z komend NSZ”[17]. Innym przykładem może być Eljahu (Aleksander) Szandcer. Był to “uciekinier z getta, którego przygarnęli partyzanci NSZ”[18]. Chodakiewicz wymienia nazwiska powstańców warszawskich, którzy mieli żydowskie korzenie, a jednak walczyli w szeregach interesującej nas formacji (Żmidygier-Konopka, Natanson). Przypomina też, że prof. Wiesław Chrzanowski powiedział w jednym z wywiadów, iż znał NSZ-owca, który dał schronienie żydowskiej rodzinie. Sami Żydzi potrafili docenić heroizm członków NSZ. Julian Tuwim napisał kiedyś poruszający list do Józefa (Jacka) Różańskiego. “Poeta prosił o darowanie życia jednemu z żołnierzy NSZ, który bezinteresownie pomagał w czasie wojny jego matce“[19].


Cena odwagi

Marek Jan Chodakiewicz poświęca dużo uwagi martyrologii polskich narodowców. I to martyrologii, którą komuniści za wszelką cenę próbowali zatuszować. Cenzura PRL nie zdołała jednak wymazać prawdy z ludzkiej pamięci. Według Chodakiewicza, wielu autorom udało się opisać bohaterstwo i męczeństwo nacjonalistów, ale “bez wspominania [ich - przyp. NJN] przynależności organizacyjnej”[20]. W 1964 r. ukazał się “Pamiętnik lekarzy”, w którym dr Władysław Fejkiel przywołał historię dra Jana Mosdorfa, więźnia KL Auschwitz, straconego przez SS-manów za pomaganie Żydom i udział w lagrowej konspiracji. Publikacja nie zawierała wzmianki o fakcie, że był to ten sam Jan Mosdorf, który przed wojną współdecydował o losach ONR-ABC. Innym ONR-owcem, którego historię opisano, ale bez napomknięcia o nacjonalistycznej przeszłości, był mec. Tadeusz Fabiani. Leon Wanat, twórca książki “Za murami Pawiaka”, napisał o nim tylko tyle, że był działaczem młodzieżowym rozstrzelanym w Palmirach w czerwcu 1940 r. Chodakiewicz informuje, że “narodowcy ponieśli z rąk niemieckiego okupanta procentowo największe straty ze wszystkich polskich stronnictw”[21]. Należy tutaj dodać, że liczebność Narodowych Sił Zbrojnych była 15-krotnie większa niż liczebność Armii Ludowej. Ofiara krwi robi więc wrażenie.


Endecja a Żydzi

O Narodowych Siłach Zbrojnych napisano wiele krytycznych słów. Pewnie dlatego, że formacja ta wywodziła się z przedwojennego obozu narodowego. Faktem jest, że ówcześni narodowcy nie pałali do Żydów miłością. Publicyści endeccy często ukazywali tę mniejszość jako zagrożenie. Ale czy faktycznie chodziło im o Żydów jako Żydów? Czy kierowali się wrogością do konkretnego narodu, czy raczej przeświadczeniem, że w Polsce to Polacy powinni mieć monopol na władzę polityczną i ekonomiczną? Czy endecy zachowywaliby się inaczej, gdyby wpływową mniejszością w Polsce byli Arabowie, Latynosi lub Wietnamczycy? Zapewne nie. Pisaliby wówczas nieprzychylne artykuły o Arabach, Latynosach bądź Wietnamczykach. Żydami mogliby się nawet nie interesować, wszak nie byli programowymi antysemitami. Możliwe, że w przypadku niektórych endeków nacjonalistyczne poglądy szły w parze z autentyczną niechęcią do narodu żydowskiego. Ale czy to, że się kogoś nie lubi, automatycznie oznacza, iż życzy mu się śmierci? Oczywiście, że nie. Potwierdzają to historie narodowców, którzy uchodzili za antysemitów, a jednak pomagali Żydom, gdy znaleźli się oni w śmiertelnym niebezpieczeństwie (rozprawiałam o tym w poprzednich akapitach). Są takie sytuacje, kiedy naprawdę nie ma czasu na uprzedzenia[22].


Antysemityzm w II RP

Nie próbuję nikogo przekonać, że w II Rzeczypospolitej relacje polsko-żydowskie zawsze układały się wzorowo. Nie zaprzeczam, że istniały wówczas pewne formy dyskryminacji mniejszości żydowskiej (getta ławkowe, numerus clausus, numerus nullus). Nie spieram się z faktem, że w okresie międzywojennym zdarzały się różnorakie wystąpienia antyżydowskie. Jestem również skłonna uwierzyć w tezę, że prości ludzie dokuczali czasem Żydom jako odmieńcom (społeczności ludzkie, zwłaszcza tradycyjne i homogeniczne, bywają nietolerancyjne wobec osób, które w jakiś sposób się wyróżniają. Ofiarami szykan wcale nie muszą być przedstawiciele mniejszości narodowych lub religijnych). Nigdy jednak nie uwierzę w to, że przedwojenna Polska była krajem, w którym Żydów represjonowano, pozbawiano elementarnych praw, spychano na margines, traktowano w poniżający sposób i wykluczano z ludzkiej wspólnoty. Jeśli ktoś tak twierdzi, to jest perfidnym oszczercą albo ignorantem, któremu II Rzeczpospolita pomyliła się z III Rzeszą. Gdyby Polacy powszechnie nienawidzili Żydów, Skamandryci nigdy nie zrobiliby kariery. Tymczasem stali się oni szalenie popularną grupą poetycką. Wielu Żydów było lekarzami i prawnikami. A Polacy korzystali z ich usług i żadnego Holocaustu nie planowali. Powinno to być dla wszystkich jasne.


Krecia robota

Jak już wspomniałam, żołnierze NSZ i AK stali się po wojnie ofiarami haniebnej kampanii zniesławień. W filmie “Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego[23] znajdziemy scenę, w której ubecy torturują pewnego człowieka, żeby zmusić go do opowiadania kłamstw podczas rozprawy sądowej przeciwko Augustowi Emilowi Fieldorfowi. Niestety, widmo tamtej epoki wydaje się ciągle powracać. Polscy bohaterowie narodowi nadal bywają oczerniani. Sęk w tym, że teraz oszczerstwa obiegają świat, choćby za sprawą niemieckiego serialu “Nasze matki, nasi ojcowie”. Na Zachodzie często używa się krzywdzących określeń typu “polskie obozy zagłady” czy “nazistowska Polska”. Aby poznać skalę tego problemu, wystarczy zajrzeć do polskojęzycznej Wikipedii[24]. Krecią robotę wykonują również niektórzy polscy artyści i intelektualiści (np. twórcy filmów “Ida”, “Pokłosie” i “W ciemności“. A także dr Alina Cała, która kilka lat temu stwierdziła, że “Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów“[25]). Wrabianie Polaków w Holocaust zaczęło się w okresie stalinizmu. Zmarły niedawno Władysław Bartoszewski uważał, że pogrom kielecki z 1946 r. był zbrodnią UB popełnioną na potrzeby zachodniej opinii publicznej[26]. Chodziło w nim o przekonanie cudzoziemców, że Polacy to dzicz niezasługująca na wolność.


Czas na egzorcyzmy!

Co tu dużo mówić. Musimy - bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - bronić honoru tych, którzy walczyli, cierpieli i umierali za naszą Ojczyznę. Jesteśmy im to winni. Musimy też zabiegać o własne dobre imię, bo przecież większość z nas nie identyfikuje się z poglądami i barbarzyństwami Adolfa Hitlera. A właśnie taką łatkę próbują nam przypiąć niektóre osoby publiczne. Duchy ubeków wychodzą dzisiaj z grobów i uprawiają szatańskie harce. Poczytajmy, co o AK-owcach wypisują zagraniczni autorzy, a poczujemy obecność Józefa “Akowera“ Czaplickiego[27]. Obejrzyjmy fragment oscarowej “Idy”, a zobaczymy twarz Heleny Wolińskiej[28]. Możemy jednak te demony wypędzić. Wystarczy, że opowiemy światu, jak naprawdę wyglądała nasza przeszłość. A kysz, mary nieczyste! A kysz! Tu jest Polska, a nie Matrix - pora zniszczyć symulakry!


Natalia Julia Nowak,
12.04. - 06.05. 2015 r.



PS 1. Wracając jeszcze do Narodowych Sił Zbrojnych… O formacji wojskowej, będącej tematem niniejszego artykułu, pisze się, że traktowała Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich jako głównego wroga Polski. Niewykluczone, że tak było w istocie. Przyjrzyjmy się jednak deklaracji ideowej NSZ z lutego 1943 r. Można ją znaleźć na oficjalnej stronie Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ.com.pl). Oto dwa zdania z tego dokumentu: “NSZ - zbrojne ramię Narodu Polskiego, realizując wolę jego olbrzymiej większości, stawiają za swój pierwszy cel, zdobycie granic zachodnich na Odrze i Nissie Łużyckiej, jako naszych granic historycznych, jedynie i trwale zabezpieczających byt i rozwój Polski. Do tego celu NSZ dążyć będą bezpośrednio i natychmiast po złamaniu się Niemiec i po wypędzeniu okupantów z Kraju”. Zacytowane słowa sugerują, że Narodowe Siły Zbrojne były przede wszystkim organizacją antyniemiecką. W deklaracji nie ma wzmianek o walce ze Związkiem Sowieckim. Są jednak napomknięcia o zwalczaniu komunizmu, anarchii i terroru politycznego.

PS 2. Wszystkim, którzy lubią tzw. piosenki zaangażowane, polecam dwie płyty poświęcone Narodowym Siłom Zbrojnym. Pierwsza z nich to krążek “Biało-czerwona krew. W hołdzie Narodowym Siłom Zbrojnym” grupy Leszek Bubel Band (2008). Druga to składanka “Twardzi jak stal. Muzyczny hołd dla Narodowych Sił Zbrojnych” (2009). Odnośniki do innych utworów dotyczących NSZ można znaleźć w elektronicznej publikacji “Piosenki o Narodowych Siłach Zbrojnych”. Zamieścił ją Darek Matecki w serwisie Prawicowy Internet (PrawicowyInternet.pl). Jeśli chodzi o płyty “Biało-czerwona krew” i “Twardzi jak stal”, słuchałam ich jeszcze w liceum (obecnie jestem na piątym roku studiów. “Piątym” - tzn. drugim drugiego stopnia). Było to bardzo hipsterskie z mojej strony. Interesowałam się Żołnierzami Wyklętymi zanim stało się to modne!

PS 3. Miłośników krótkich form audiowizualnych namawiam do obejrzenia filmiku “NSZ 1942-2012” dostępnego w serwisie YouTube na profilu “nszcompl”. Jest to materiał historyczno-propagandowy nakręcony z inicjatywy Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Dziełko trwa 5 minut i 44 sekundy. Warto zwrócić uwagę na jego formę. Twórcom filmiku udało się, mimo ograniczonego budżetu, zastosować chwyty realizacyjne rodem z hollywoodzkiej superprodukcji. Charakterystyczne ujęcia, jazdy kamerowe, przejmująca muzyka, atmosfera doniosłości i dramatyzmu… Nie zaszkodzi zobaczyć. Ja zobaczyłam i nie żałuję.

PS 4. Załóżmy na chwilę, że hipoteza, zgodnie z którą niektórzy NSZ-owcy mordowali Żydów, jest prawdziwa (wszędzie przecież mogły się trafić “czarne owce”). Czy poziom moralny garstki odszczepieńców przesądzałby o poziomie moralnym całej formacji wojskowej? Nie, gdyż byłoby to nielogiczne. Równie dobrze można by powiedzieć: “Jan jest rudy. Jan jest Polakiem. Zatem wszyscy Polacy są rudzi” (“Jan jest NSZ-owcem. Jan jest mordercą Żydów. Zatem wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów“). Żeby obalić takie twierdzenie, wystarczyłoby znaleźć jednego Polaka, który nie jest rudy (albo jednego NSZ-owca, który nie jest mordercą Żydów). Przyjrzyjmy się zdaniu: “Jeżeli Jan jest Polakiem i jest rudy, to wszyscy Polacy są rudzi” (“Jeżeli Jan jest NSZ-owcem i jest mordercą Żydów, to wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów“). Skoro z prawdy wynika fałsz, to całe zdanie jest fałszywe. Według informacji, podanej w materiale “NSZ 1942-2012”, liczba żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych wynosiła 90.000. Płyną z tego dwa ważne wnioski. Pierwszy: nie jest możliwe, że wszyscy NSZ-owcy mordowali Żydów. Mógł to robić co najwyżej niewielki odsetek nacjonalistów (o ile w ogóle to robił, w co wątpię). Drugi: garstka odszczepieńców to nic w porównaniu z wielotysięczną armią sprawiedliwych patriotów. Jeden złoczyńca nie może się równać z setką bohaterów.


PRZYPISY

[1] R. Larkowski, “Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej”, “Ściśle tajne” 2004, nr 3, s. 47-65.

[2] Tamże, s. 49.

[3] Obóz Narodowo-Radykalny “Falanga” był również znany pod nazwą Ruch Narodowo-Radykalny (RNR).

[4] Ośmielam się mniemać, że program gospodarczy ONR-Falangi był dość “komunizujący”. Może to właśnie dlatego Bolesław Piasecki, wódz Falangistów, umiał się później odnaleźć w powojennej rzeczywistości? To przecież on założył słynne Stowarzyszenie PAX (katolickie, ale lojalne względem stalinowców). Jednak… czy Piasecki kiedykolwiek zapomniał o swojej nacjonalistycznej i antysemickiej przeszłości? Człowiek, o którym rozmawiamy, pomógł wielu narodowcom wydostać się z ubeckich kazamatów. W 1968 r. wziął udział w antyżydowskiej akcji kierowanej przez Mieczysława Moczara. Nie zawsze był jednak wynagradzany przez system. Czasem doświadczał z jego strony okrucieństw (w 1957 r. komuniści zabili mu syna). Więcej ciekawostek o Piaseckim i innych sławnych nacjonalistach zawiera artykuł Roberta Larkowskiego [R. Larkowski, “Dziesięciu wybranych narodowców”, “Ściśle tajne” 2004, nr 3, s. 66-88]. Pozwolę sobie zauważyć, że Bolesław Piasecki nie był pierwszym ani ostatnim narodowcem flirtującym z komunizmem. Podobnym życiorysem legitymował się Ho Chi Minh, wietnamski nacjonalista, który ostatecznie został przywódcą komunistycznym. Pytanie: czy Ho Chi Minh kiedykolwiek przestał być wietnamskim nacjonalistą? Nawet w filmie “Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli słyszymy opinię, zgodnie z którą poplecznicy Ho Chi Minha żądają własnej, oryginalnej, narodowej wersji komunizmu. Co więcej, domagają się oni niezależności, zarówno od Stanów Zjednoczonych, jak i od Związku Radzieckiego. Spójrzmy na Vietcong, czerwoną partyzantkę, postrach amerykańskich komandosów (kinomani pamiętają, jak Vietcong zalazł za skórę Johnowi Rambo i Jamesowi Braddockowi!). Tak się składa, że Vietcong wyewoluował z patriotycznego, niepodległościowego, antykolonialnego Vietminhu. Skąd pozyskać dodatkowe informacje na temat wietnamskich nacjonalistów-komunistów? Polecam książkę “Korea i Wietnam 1950-1974” wydaną w ramach cyklu wydawniczego “Wojny, które zmieniły świat. Wielka kolekcja” (2009). Inne źródło, które pragnę zarekomendować, to publikacja “Wietnam 1962-1975” Artura Dmochowskiego (Dom Wydawniczy “Bellona”, Warszawa 2003). Jeśli chodzi o relacje nacjonalistyczno-komunistyczne, interesujący jest również casus XX-wiecznych Chin. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że Chińska Partia Narodowa i Komunistyczna Partia Chin były kiedyś sojuszniczkami. Niestety, w ich przypadku “przyjaźń” skończyła się wojną domową. Zaintrygowanych odsyłam do mojego artykułu “Maoizm w kinie chińskim. Dwa przykłady” (można go znaleźć w Internecie).

[5] Z. Koryewo, “Wyklęci Żołnierze”, “Ściśle tajne” 2004, nr 3, s. 93-98.

[6] Tamże, s. 94.

[7] Wśród ocalonych więźniarek było ponad dwieście Żydówek.

[8] R. Drabik, “Obóz narodowy po 1944 roku”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 25-26.

[9] Tamże, s. 25.

[10] Chodzi tutaj o Andrzeja Kiszkę “Dęba”. Nie zaszkodzi jednak przypomnieć, że ostatnim ze wszystkich Żołnierzy Wyklętych był Józef Franczak “Lalek” zastrzelony w roku 1963 (zob. J. Szarek, “Ostatni z niezłomnych”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 109-110).

[11] T. Greniuch, “Henryk Flame ‘Bartek’”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 60-62.

[12] R. Sierchuła, “Poznańscy prawnicy”, w: “Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963”, pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 74-76.

[13] O losach gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila” pisałam w artykule “Obejrzałeś ‘Idę‘? Obejrzyj ‘Generała Nila’!” z lutego 2015 r. Tekst jest ogólnodostępny w Internecie.

[14] M.J. Chodakiewicz, “Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych”, “Tylko Polska” 2010, nr 29, s. 14-15.

[15] Prawdopodobieństwo, że w tej grupie znajdzie się Żyd lub Żydówka, było dość wysokie. Świadczą o tym słowa dra hab. Krzysztofa Szwagrzyka cytowane przez Oskara Marię Bramskiego w wirtualnej edycji miesięcznika “Moja Rodzina” (chodzi o artykuł “Ministerstwo terroru”. Tekst został pierwotnie opublikowany w papierowym wydaniu “Mojej Rodziny” z listopada 2013 r). “W okresie największego terroru i bezprawia w Polsce, w latach 1944-1954, na 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (od naczelnika wydziału wzwyż) aż 167 było pochodzenia żydowskiego. Biorąc pod uwagę, że po wojnie Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego stanowili niespełna 1 proc. ludności kraju, to ich 37 proc. udział w kierownictwie MBP stanowi trudną do ukrycia nadreprezentację osób jednej narodowości” - brzmią słowa Szwagrzyka. Bramski pisze, że do ubeków żydowskiego pochodzenia należeli m.in. Helena Wolińska, Roman Romkowski, Anatol Fejgin, Józef (Jacek) Różański i Julia “Krwawa Luna” Brystygierowa. Uwaga: proszę nie czynić z tych informacji podstawy jakiejkolwiek antysemickiej teorii. O czym świadczy fakt, że 37% ważnych pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego miało żydowskie korzenie? Tylko o tym, że 63% ich NIE miało. Po co się zafiksowywać na punkcie Żydów? Dla mnie większym zmartwieniem jest wysoki odsetek rdzennych Polaków. [Uwaga! Istnieje coś takiego, jak “Stenogram z Tajnego Referatu tow. Jakuba Bermana”. Dokument pochodzi rzekomo z 1945 r. Pod względem merytorycznym przypomina nieco “Protokoły Mędrców Syjonu”. Nie ma jednak dowodów na jego autentyczność, tak jak w przypadku samych “Protokołów…”. Dlatego nie warto się nim ekscytować]

[16] M.J. Chodakiewicz, “Rocznica…”, s. 14.

[17] Tamże, s. 15.

[18] Tamże.

[19] Tamże.

[20] Tamże.

[21] Tamże.

[22] Tych, którzy nie mogą tego zrozumieć, zachęcam do obejrzenia filmu “Jin ling shi san chai” (“The Flowers of War”, “Kwiaty wojny”) w reżyserii Yimou Zhanga. Akcja dzieła rozgrywa się w czasie masakry nankińskiej, kiedy to japońscy żołnierze masowo mordowali, okaleczali i gwałcili chińską ludność cywilną. Produkcja mówi o ludziach, którzy muszą wzajemnie sobie pomagać, nie zważając na istniejące między nimi różnice. Cóż więc robią bohaterowie, żeby ratować życie swoje i innych? Zaciekły antyklerykał przebiera się za księdza, uczennice szkoły katolickiej udzielają schronienia prostytutkom, a prostytutki wcielają się w role uczennic szkoły katolickiej i słuchają poleceń fałszywego duchownego (który chwilowo zrezygnował ze swobody i upodobnił się do szacownego duszpasterza). O filmie “Jin ling shi san chai” wypowiadałam się już w artykule “Nankin - chiński Wołyń. Filmowe wizje masakry”. Tekst jest dostępny online. Chciałabym, żeby powstał dramat o “endeckich antysemitach” ratujących Żydów i nie-Żydów. Proponuję produkcję o Janie Mosdorfie. Albo o Edwardzie Kemnitzu, który otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata (można to sprawdzić na stronie Instytutu Yad Vashem). Film o św. Maksymilianie Marii Kolbem - nacjonalistycznym zakonniku, który oddał życie za Polaka Franciszka Gajowniczka - już istnieje. Mam tu na myśli dzieło “Życie za życie” Krzysztofa Zanussiego.

[23] Zrecenzowałam tę produkcję w artykule, o którym była mowa w przypisie 13.

[24] Hasło “Polskie obozy koncentracyjne”.

[25] Proszę to sprawdzić w wywiadzie “Polacy jako naród nie zdali egzaminu” dostępnym w internetowym wydaniu dziennika “Rzeczpospolita”. Publikacja została zamieszczona 25 maja 2009 r. Autorem wywiadu z dr Aliną Całą jest Piotr Zychowicz.

[26] Powołuję się na wypowiedź Bartoszewskiego będącą elementem trzyczęściowego filmu dokumentalnego “Bezpieka 1944-1956” w reżyserii Iwony Bartólewskiej (rok produkcji: 1997. Instytucja sprawcza: Telewizja Polska).

[27] Oto dwie próbki “możliwości” antyakowskich autorów. Pierwsza: “Wielu z polskich nazistów, to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść” (źródło: Rauben Ainsztein, “Jewish Resistance in Nazi Occupied Eastern Europe”, 1974 r. Zdanie było cytowane przez Henryka Pająka w książce “Strach być Polakiem”). Druga: “Dla Niemców zbędne było polskie SS - wystarczyła Armia Krajowa, denuncjująca lub sama mordująca Żydów. Ponadto rząd polski na uchodźstwie celowo opóźniał przekazanie na zachód informacji o okrucieństwach popełnianych na Żydach. Powstanie w getcie trwało dłużej niż powstanie warszawskie” (źródło: Andrew Kendall, gazeta “The Toronto Star”, 1994 r). Oba fragmenty zaczerpnęłam z polskojęzycznej Wikipedii (hasło “Polskie obozy koncentracyjne”). Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że napisali to ludzie natchnieni duchem ubeckim…

[28] Pierwowzorem Wandy, jednej z głównych bohaterek filmu “Ida”, była Helena Wolińska - stalinowska prokurator, która maczała palce w zgładzeniu gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”. Paweł Pawlikowski, reżyser produkcji, znał Wolińską osobiście i bardzo ją lubił. Więcej informacji na ten temat zawiera artykuł “Pudrowanie bestii” Tadeusza M. Płużańskiego [tygodnik “wSieci”, nr 2 (111), 2015 r]. Skoro jestem już przy “Idzie”, wspomnę o ciekawostce, którą zauważyli polscy Internauci. Otóż w scenie, w której oglądamy zdjęcia krewnych Idy i Wandy, wykorzystano fotografię Ireny Sendlerowej (Polki, która w czasie Holocaustu uratowała 2500 żydowskich dzieci. Kobieta została po wojnie aresztowana przez UB i poddana okrutnym torturom. Później jednak wstąpiła do PZPR). Czy to przypadek, czy jakaś manipulacja? Dlaczego zasugerowano, że Sendlerowa była spokrewniona z Wolińską? Problemem zdjęcia Sendlerowej zajmował się również Marek Pyza w tekście “Paskudne! Irena Sendlerowa też ‘zagrała’ w ‘Idzie‘. Kilka smutnych pooscarowych uwag” (portal wPolityce.pl). Ale to jeszcze nie wszystko, co trzeba wiedzieć o najnowszych dziełach filmowych dotyczących ciemnej strony PRL-u. Mam dla Czytelników dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobrą wiadomością jest to, że Ryszard Bugajski (twórca “Generała Nila”, “Przesłuchania” i “Śmierci Rotmistrza Pileckiego”) zdecydował się nakręcić film będący przeciwwagą dla “Idy”. Można o tym poczytać w newsie “BUGAJSKI kręci film o KRWAWEJ LUNIE. GAJOS w obsadzie!” zamieszczonym w serwisie wNas.pl. Złą wiadomością jest to, że Piotr Dzięcioł, współproducent “Idy”, pracuje wraz z amerykańskimi filmowcami nad kinową biografią rtm. Witolda Pileckiego. Poinformował o tym Krzysztof Kłopotowski w artykule “’Ida’ idzie w świat, a Witold Pilecki?” (felieton ukazał się na stronie internetowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich). Kto nam zagwarantuje, że film o Pileckim będzie rzetelny historycznie? Nie ufam twórcom “Idy”. I boję się efektu końcowego.


ANEKS (rozszerzenie przypisu 15)
Luźne refleksje o żydowskich ubekach


Czy ubecy żydowskiego pochodzenia faktycznie byli Żydami? To pytanie, wbrew pozorom, nie jest głupie. Pamiętajmy, że rozmawiamy o osobach, które wyznawały ideologię marksistowską. Marksiści potępiali nacjonalizm, odrzucali tożsamość narodową, negowali zasadność patriotyzmu, dążyli do zniesienia podziałów narodowościowych, granic państwowych i samych państw. Posługiwali się hasłami typu “Proletariusze nie mają ojczyzny” czy “Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Ich hymn nosił tytuł “Międzynarodówka” (mianem Międzynarodówki, inaczej Kominternu, określano też organizację skupiającą komunistów z całego świata). Czy ubecy, niezależnie od pochodzenia etnicznego, poczuwali się do jakiejkolwiek narodowości? Czy faktycznie byli Żydami, Polakami, Rosjanami, Ukraińcami itd.? A może byli po prostu kosmopolitami, obywatelami świata, internacjonałami, wynarodowieńcami, ludźmi sowieckimi? Pochodzenie etniczne to jedno, narodowość to drugie.

Czy o kimś, kto ma rodziców Polaków, ale nie czuje więzi z polskością, powiemy, że jest Polakiem? Raczej stwierdzimy: “To nie jest Polak” albo “To jest Antypolak”. Cóż więc z licznymi ubekami - marksistami, w których płynęła żydowska krew? Czy byli to Żydzi, czy raczej Antyżydzi? Ubecy nie krzywdzili ludzi w imię żydowskiego nacjonalizmu, tylko w imię tradycyjnie rozumianego marksizmu (“tradycyjnie rozumianego” - bo są też ideologie łączące komunizm/socjalizm z nacjonalizmem/patriotyzmem. Przykłady: dżucze, nazbol, dengizm, moczaryzm, gomułkowszczyzna, w pewnym sensie również koncepcje Mao Zedonga i Ho Chi Minha). Oczywiście, istnieją argumenty podważające moją hipotezę o beznarodowości ubeków mających żydowskie korzenie. Wielu z nich sympatyzowało przecież z syjonizmem, czyli ideologią postrzeganą jako żydowski nacjonalizm. Czy byli oni żydowskimi nacjonalistami? I czy nie podpadało to pod “odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”? Można by ten temat roztrząsać, ale niekoniecznie tutaj i teraz.

Historia ubeków żydowskiego pochodzenia jest historią resentymentu. Czy we wszystkich przypadkach? Nie wiem, czy we wszystkich, ale w trzech na pewno. Chodzi mi o Helenę Wolińską, Józefa Światłę i Jakuba Bermana. Casus Wolińskiej omówiłam w artykule “Obejrzałeś ‘Idę’? Obejrzyj ‘Generała Nila’!”, więc nie będę go tutaj analizować. Przejdę zatem do pozostałych delikwentów. Najpierw Józef Światło. Ten prominentny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - który zasłynął z tego, że ostatecznie uciekł za granicę i został spikerem Radia Wolna Europa - bestialsko torturował ludzi. Do metod, stosowanych w kierowanym przez niego więzieniu, należało m.in. bicie metalowymi prętami, okładanie pałką wykonaną ze stalowych drutów oraz zmuszanie do wielogodzinnego klęczenia z podniesionymi rękami. Według Jerzego Roberta Nowaka (autora książki “Zbrodnie UB” z 2001 r., której fragmenty można znaleźć w Internecie), wspomniany ubek był wyjątkowo okrutny wobec narodowców, przedstawicieli przedwojennego Stronnictwa Narodowego. Czy krył się za tym resentyment?

A cóż innego mogło się kryć, skoro przesłuchujący katował przesłuchiwanych, wygłaszając stwierdzenia typu: “Teraz popamiętacie, co to jest antysemityzm”? Jeden z męczonych aresztantów odpowiedział mu ponoć: “Antysemityzm nigdy u nas nie prowadził do tortur, jak wasz antypolonizm”. Jerzy Robert Nowak zacytował oba zdania, powołując się na pewną książkę wydaną w drugim obiegu (C. Leopold, K. Lechicki, “Więźniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956“, Gdańsk 1981, s. 15). Historia Józefa Światły pokazuje, co uraza i żądza zemsty mogą zrobić z człowiekiem. Idźmy jednak dalej. Jakub Berman był jednym z trzech najważniejszych polityków w stalinowskiej Polsce, członkiem Kierownictwa Partii, zwierzchnikiem całej bezpieki. Wiele lat później udzielił ciekawego wywiadu Teresie Torańskiej (rozmowa została opublikowana w książce “Oni” z 1985 r. Omówienia wywiadu dokonał zaś John Sack, amerykańsko-żydowski dziennikarz, w publikacji “Oko za oko“). Z fragmentów dialogu, przytoczonych przez Jerzego Roberta Nowaka, wynika, że Berman również nosił w sobie swoistą gorycz i pragnienie odwetu. Miał bowiem poczucie doświadczenia “polskiego antysemityzmu”.

Przypadki Wolińskiej, Światły i Bermana powinny być przywoływane w przypisach, przedmowach lub posłowiach do dzieła “Z genealogii moralności” Fryderyka Nietzschego. W jakim kontekście? Jako autentyczne przykłady resentymentu. Oczywiście, resentyment nie usprawiedliwia zbrodni, ale bardzo wiele wyjaśnia. Uraza połączona z żądzą zemsty to pierwszy stopień do piekła. Na wszelki wypadek, powinniśmy uważać, żeby jej w nikim nie rozbudzić. Polaku, nie doprowadzaj Żyda do resentymentu! Żydzie, nie doprowadzaj Polaka do resentymentu! Takie postępowanie nie wróży bowiem niczego dobrego. Grozi za to efektem błędnego koła. Uwaga: moje słowa dotyczące resentymentu odnoszą się nie tylko do relacji polsko-żydowskich/żydowsko-polskich, ale w ogóle do relacji ludzko-ludzkich. A z tymi jest coraz gorzej.

N.J. Nowak

PS. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, w latach 1945-1948 Mieczysław Moczar był kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, mieście postrzeganym jako “bastion” mniejszości żydowskiej w Polsce. Piastował wysokie stanowisko, ale to nie zmienia faktu, że był podporządkowany swoim warszawskim zwierzchnikom, z których wielu miało żydowskie korzenie (dość wspomnieć o Bermanie, który sprawował pieczę nad całą ubecją. A także o Romkowskim i Różańskim, którzy mieli więcej do powiedzenia niż minister Radkiewicz, rdzenny Polak). Sam Moczar był mieszańcem polsko-ukraińskim. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Demko lub Diomko. Czy istnieje możliwość, że ten człowiek czuł się jakoś stłamszony przez swoich żydowskich przełożonych? Podobno już wtedy, w czasach stalinizmu, zdarzały mu się antysemickie wypowiedzi. Niewykluczone, że Moczar, będąc podwładnym Żydów, nabawił się resentymentu. To by wyjaśniało, dlaczego dwadzieścia lat później, kiedy poczuł się naprawdę silny, dokonał antyżydowskiej czystki partyjnej. Oto efekt błędnego koła, coś w rodzaju powracającej karmy.