Ostatnie Wpisy

Krótka recenzja filmowa. "Charlotte na zawsze" Serge'a Gainsbourga

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:41:00

OD AUTORKI

Uroczyście ogłaszam, że zdecydowałam się kontynuować moją serię “krótkich recenzji filmowych”. Po zwięzłym opisaniu i ocenieniu czterech produkcji (“Kłopotliwego chłopaka” Juliana Jarrolda, “Habemus Papam” Nanniego Morettiego, “Dobrego papieża” Ricky’ego Tognazziego i “Wyspy skazańców” Mariusa Holsta) postanowiłam zająć się dziełem “Charlotte for Ever” - “Charlotte na zawsze” Serge’a Gainsbourga. Powracam z hukiem, bo tak się składa, że “Charlotte…” to film niesłychanie kontrowersyjny, prowokacyjny i bulwersujący. Przyznam szczerze, że gdy po raz pierwszy rzuciłam na niego okiem, byłam w ciężkim szoku. Żeby obejrzeć go w całości, musiałam długo przygotowywać się psychicznie. W końcu jednak zdołałam przez niego przebrnąć, czego efektem jest niniejszy tekst. Życzę miłej lektury i proszę o cierpliwe oczekiwanie na kolejne recenzyjki!

Natalia Julia Nowak





Tytuł oryginalny: “Charlotte for Ever”
Tytuł polski: “Charlotte na zawsze”
Reżyseria: Serge Gainsbourg
Rok produkcji: 1986
Gatunek: dramat



Historia alkoholika

Film przeznaczony wyłącznie dla widzów dorosłych. Skandalizujące, półtoragodzinne dzieło, wymyślone i zrealizowane przez słynnego francuskiego artystę Serge’a Gainsbourga (1928-1991). Ten znany piosenkarz, kompozytor, poeta, aktor, scenarzysta i reżyser wciela się tutaj w główną rolę męską. Główna rola żeńska przypada zaś jego córce Charlotte (ur. 1971) będącej owocem związku z brytyjską wokalistką i aktorką Jane Birkin (ur. 1946). Tytuł produkcji nawiązuje do płyty “Charlotte for Ever” z 1986 roku nagranej wspólnie przez Serge’a i Charlotte. Krążek, poza granicami Francji, był promowany pod nazwą “Lemon Incest” - “Cytrynowe kazirodztwo”. Wcześniej, bo już w roku 1984, ukazały się singiel i teledysk “Lemon…”. Przejdźmy jednak do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli do filmu “Charlotte na zawsze”. Akcja dzieła rozgrywa się w czasach współczesnych autorowi.

Główny bohater, niejaki Stan, jest dekadentem rodem z epoki modernizmu. Pogrążonym w depresji, apatycznym, niedostrzegającym sensu życia i odczuwającym pogardę do samego siebie. Mężczyzna zmaga się z rozpaczą i wyrzutami sumienia, które wyniszczają go na równi z alkoholem i papierosami. Nieustannie myśli o tym, że spowodował tragiczny wypadek drogowy, w wyniku którego zginęła jego żona. Stan, po śmierci ukochanej kobiety, nie potrafi wziąć się w garść. Jako alkoholik i palacz, niszczy swoje zdrowie, a na dodatek marnuje pieniądze, przez co popada w tarapaty finansowe. Bohater filmu nie jest również w stanie uporządkować swojego życia uczuciowego i erotycznego. Sprowadza do swojego domu mnóstwo prostytutek i nimfomanek, ale żadnej z nich nie kocha i nie szanuje. Problemy mężczyzny konsekwentnie się nawarstwiają. Postać upada coraz niżej.

Stan, na swoje nieszczęście, jest także typem nadwrażliwego, niepraktycznego intelektualisty. Ten wykształcony, oczytany humanista posiada ogromną wiedzę z zakresu literatury i sztuki, ale nie radzi sobie w codziennej, banalnej egzystencji. Bohater potrafi recytować z pamięci dzieła wybitnych poetów i pisarzy, lecz nie umie zadbać o samego siebie. Chętnie snuje filozoficzne refleksje, ale nie zastanawia się nad tym, co będzie w najbliższej przyszłości. Stan wykonuje wolny zawód: jest scenarzystą i poetą. Niestety, depresja sprawia, że brakuje mu natchnienia do pisania scenariuszy. To także go frustruje, tym bardziej, że współpracownicy nalegają, żeby wziął się wreszcie do roboty. Mężczyzna ma w swoim życiu tylko dwie osoby. Pierwszą z nich jest przyjaciel-biseksualista, który również nie radzi sobie z przeciwnościami losu. Drugą - umiłowana, dorastająca córka.


Lolita wśród ramoli

Charlotte, bo o niej mowa, ma piętnaście lat. Jest inteligentna, zdecydowana, odważna, wierna swoim zasadom i bardzo dojrzała jak na swój wiek. Odznacza się wdziękiem, urokiem i delikatnością, które wcale nie przekreślają jej silnej, wyrazistej osobowości. Na przedwczesną dojrzałość dziewczyny mogła wpłynąć jej sytuacja życiowa. Charlotte cierpi z powodu śmierci matki i wypomina ojcu, że do tragedii doszło z jego winy. Dostrzega, że Stan coraz bardziej się stacza i że wkrótce sam może umrzeć. Nastolatka otwarcie mówi, że nie chce zostać sierotą. Relacje między nią a ojcem są trudne. Dziewczyna darzy swojego rodzica mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, kocha go i martwi się o niego. Z drugiej, gardzi nim jako człowiekiem upadłym moralnie. Sama nie jest jeszcze zdemoralizowana, ale nie wiadomo, jak długo taka pozostanie, będąc w stałym kontakcie z ojcem i jego kolegą.

Tym bardziej, że ci dwaj samotni, sfrustrowani, nieszczęśliwi mężczyźni nie patrzą już na nią jak na małą dziewczynkę. Charlotte, będąca typem lolity, niezmiernie ich intryguje. Bohaterowie wyraźnie fascynują się jej podwójną (dziecięco-kobiecą) naturą. Nastolatka zachwyca ich czystością i niewinnością, wydaje im się krucha i zwiewna, działa na nich dziecinną słodyczą i tkliwością. Jest świeża, skromna, nieumalowana, konwencjonalnie ubrana i prosto uczesana. Ale mężczyźni widzą, że dziewczyna dojrzewa, rozwija się biologicznie, wykazuje zainteresowanie sprawami damsko-męskimi, rozumie dwuznaczne aluzje, zdaje sobie sprawę z własnej atrakcyjności oraz zna tajniki bycia uwodzicielską. Stan, jako biologiczny ojciec Charlotte, nie przekracza w swojej fascynacji granic przyzwoitości. Ten drugi owszem, dlatego główny bohater musi go pilnować i przywoływać do porządku.

Wątek Charlotte to - jak nietrudno odgadnąć - najbardziej kontrowersyjny element filmu. Może on przerażać, nie tylko ze względu na treść, ale również z uwagi na formę. Fakt, że jest to opowieść o dwóch obleśnych, żałosnych ramolach patrzących z pożądaniem na piętnastolatkę, można by jeszcze przełknąć. Pytanie brzmi: czy podczas kręcenia dramatu nie złamano pewnych zasad? Czy godzi się kręcić sceny, w których nieletnia aktorka występuje bez stanika, i to z doskonale widocznymi sutkami? Czy godzi się robić zbliżenia na jej pupę, kiedy dziewczyna tańczy w obcisłej sukience, pod którą widać rowek między pośladkami? Czy godzi się układać dialogi, w których piętnastolatka rozmawia z pięćdziesięcioośmiolatkiem o seksie? Czy normalny ojciec zaangażowałby własną córkę do udziału w takiej produkcji? Czy to wszystko nie graniczy z pedofilią i pornografią dziecięcą?


Liryczny i niebezpieczny

Jak wiadomo, ocena artystyczna dzieła nie powinna być tożsama z oceną moralną. Istnieje przecież wiele utworów, które są majstersztykami, chociaż mówią o sprawach nagannych, niejednoznacznych lub wywołujących skrajne emocje. Czy “Charlotte na zawsze” jest filmem dobrym? Nie jestem krytykiem filmowym, więc powstrzymam się przed udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Na pewno nie jest to typowa, głównonurtowa, komercyjna papka. Produkcja jest bardziej liryczna niż epicka. Tak naprawdę, nie dzieje się w niej prawie nic. W filmie nie chodzi bowiem o wydarzenia, tylko o przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zamiast gnającej do przodu akcji, mamy tutaj długie dialogi, literackie wstawki, wymowne gesty i spojrzenia etc. Niektórzy widzowie powiedzą, że “Charlotte…” to dzieło nudne, monotonne, przegadane i bezsensowne. Inni będą zaś urzeczeni jego głębią i specyficznym klimatem.

Na uwagę niewątpliwie zasługuje gra aktorska Serge’a Gainsbourga, który doskonale wciela się w rolę rozdartego wewnętrznie, zrezygnowanego, załamanego artysty-intelektualisty. To, że Gainsbourg jest taki przekonujący, może wynikać z faktu, iż film “Charlotte na zawsze” ma charakter częściowo autobiograficzny. Kiedy produkcja powstawała, Serge naprawdę był zgorzkniałym mężczyzną uzależnionym od alkoholu. Kolejnym elementem, który należałoby wyróżnić, jest filmowa kreacja Charlotte Gainsbourg. Chociaż młoda aktorka nie gra w sposób wybitny, jest ponadprzeciętnie intrygująca. Powiedziałabym nawet, że stanowi ona element “fascynująco-niepokojący”. Ten jej delikatny głosik, twarz pokerzysty i spadające jak grom z jasnego nieba wybuchy temperamentu! Inny atut filmu: ścieżka dźwiękowa autorstwa Serge’a. Nie pozwala ona zapomnieć, że Gainsbourg to znakomity kompozytor.

A teraz moja subiektywna, moralna ocena produkcji “Charlotte na zawsze”. Uważam, że dramat wyreżyserowany przez SG jest niebezpieczny. Teoretycznie, żaden artysta (z wyjątkiem świadomego nawoływacza) nie ponosi odpowiedzialności za to, jak jego twórczość zostanie zrozumiana i wykorzystana przez odbiorców. Myślę jednak, że film “Charlotte…” mógłby stać się inspiracją i afrodyzjakiem dla osób o skłonnościach pedofilskich i/lub kazirodczych. Mógłby przekonać takich ludzi, że zachowania pedofilskie/kazirodcze są czymś “dobrym”, “pięknym“ i “poetyckim“. To samo dotyczy teledysku “Lemon Incest” z 1984 roku. Ten drugi twór jest nawet gorszy, bo grająca w nim Charlotte ma tylko dwanaście (no, niecałe trzynaście) lat. Ktoś, po obejrzeniu tego video clipu, mógłby przecież pomyśleć: “Jeśli Serge Gainsbourg tak mógł, to dlaczego ja nie mogę?!” (parafraza pewnej pseudopedofilskiej wypowiedzi cytowanej na stronie Gazeta.pl). Brrr! Zatrważające!

Nie polecam, ale i nie zabraniam oglądania wymienionych wyżej materiałów.


Natalia Julia Nowak,
11-15 sierpnia 2013 r.

 

Krótka recenzja filmowa. "Wyspa skazańców" Mariusa Holsta

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:39:00

Tytuł oryginalny: “Kongen av Bastoy”
Tytuł polski: „Wyspa skazańców”
Reżyseria: Marius Holst
Rok produkcji: 2010
Gatunek: dramat, historyczny, film akcji



Europejska praca zbiorowa

Film fabularny, nad którym pracowała międzynarodowa ekipa: Norwegowie, Szwedzi, Polacy i Francuzi. Dużą rolę w produkcji dzieła odegrali również Estończycy, którzy pozwolili, aby na terenie ich państwa kręcono zdjęcia do filmu. Polski tytuł dramatu, “Wyspa skazańców”, ma niewiele wspólnego z tytułem oryginalnym. Norweskie wyrażenie “Kongen av Bastoy” znaczy bowiem “Król Bastoy”. Jako ciekawostkę można podać fakt, że angielski tytuł produkcji to “King of Devil's Island”, czyli “Król Wyspy Diabła”.

Film Mariusa Holsta opiera się na prawdziwych wydarzeniach, co zostaje widzom wyraźnie zasygnalizowane. Odbiorcy dowiadują się, że w pierwszej połowie XX wieku na norweskiej wyspie Bastoy mieścił się zakład poprawczy dla młodzieży męskiej. Wydarzenia, które zainspirowały scenarzystów, rozegrały się zaś w roku 1915. Główny bohater, Erling, trafia do wspomnianego poprawczaka pod zarzutem morderstwa, którego najprawdopodobniej nie popełnił. Otrzymuje tam charakterystyczne ubranie i nowe “imię” - oznaczenie C19.


Żadnych praw

Młody mężczyzna szybko zaczyna rozumieć, że na wyspie Bastoy więźniowie (bo chyba tak należy określać wychowanków zakładu poprawczego) nie mają żadnych praw. Zostają oni odizolowani od społeczeństwa, pozbawieni rzeczy osobistych i zdehumanizowani przez przedmiotowe traktowanie. Chłopcy są zmuszani do pracy ponad siły, dotkliwie karani za każde przewinienie oraz wystawiani na pośmiewisko innych osadzonych. Nie wolno im rozmawiać o przeszłości i przyszłości. Całym ich życiem ma być “tu i teraz”.

Erling zaprzyjaźnia się z Olavem noszącym numer C1. Jest on liderem całego bloku, a do ośrodka trafił przed sześcioma laty. Główna postać lubi swojego kolegę, ale nie pochwala jego nadgorliwej postawy wynikającej z szansy na rychłe zwolnienie do domu. C19, jako urodzony spryciarz i buntownik, ucieka z wyspy, jednak zostaje odesłany z powrotem na Bastoy. Wkrótce wychodzi na jaw przerażająca prawda dotycząca jednego z opiekunów zakładu. Wydarzenia przybierają niespodziewany obrót, akcja gwałtownie przyspiesza…


Dawniej i dzisiaj

“Wyspa skazańców” to poruszający film, który wprowadza odbiorców w brutalny świat norweskich poprawczaków początku XX wieku (a także ówczesnych więzień, bo bohaterowie są świadomi, że w zakładzie karnym dostawaliby jeszcze większy “wycisk”). Dzieło jest szokujące, ponieważ uzmysławia widzom dwie rzeczy. Po pierwsze: formy kar, jakie stosowano niegdyś w Norwegii, np. bicie skazańca “do pierwszej krwi“. Po drugie: drastyczną rozbieżność między dawnym a dzisiejszym systemem penitencjarnym.

Większość z nas wie, jak wyglądają współczesne norweskie więzienia, albowiem było o nich głośno w związku z procesem Andersa Behringa Breivika. Mówi się, że właściwie nie są to zakłady karne, tylko luksusowe hotele, w jakich wielu ludzi chciałoby mieszkać. Norwescy więźniowie mają obecnie zapewnione wszelkie prawa i przywileje. Mogą korzystać z rozmaitych form rozrywki i rekreacji, takich jak oglądanie telewizji czy łowienie ryb. To nie do wiary, że niespełna sto lat temu norwescy osadzeni byli poniżani i katowani!


Lekkie rozczarowanie

Opisywana produkcja nie jest przeznaczona dla osób delikatnych i wrażliwych. Ukazuje bowiem przemoc, cierpienie i narastającą żądzę zemsty. Surowość zasad, panujących w poprawczaku, wydaje się podkreślać przyroda. Filmowe niebo jest blade, krajobraz straszy martwotą, morze szumi złowieszczo, a śnieg i lód przypominają o srogości północnego klimatu. Obraz zmarzniętych, przemęczonych skazańców, pracujących przy wycince drzew, może się kojarzyć z fragmentami książki “Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Ekipa filmowa niewątpliwie wykonała kawał dobrej roboty. Mimo to, dzieło “Kongen av Bastoy” nieco mnie rozczarowało. Miałam nadzieję, że obejrzę produkcję dorównującą kultowemu “Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego. Zamiast tego, otrzymałam film płytki pod względem psychologicznym i mówiący bardzo niewiele o historii Królestwa Norwegii. Postacie, występujące w “Wyspie skazańców”, są papierowe, a wizja rzeczywistości czarno-biała. Reżyser stawia na akcję i sensację, a nie na analizę człowieka i świata.

Tak czy owak, nie uważam filmu za szmirę i mogę go polecić odważnym czytelnikom.



Natalia Julia Nowak,
1-2 kwietnia 2013 r.


 

Krótka recenzja filmowa. "Dobry Papież" Ricky'ego Tognazziego

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:37:00

Tytuł oryginalny: “Il Papa buono”
Tytuł polski: “Dobry Papież”
Reżyseria: Ricky Tognazzi
Rok produkcji: 2002/2003
Gatunek: dramat, biograficzny, historyczny



Błogosławiony Jan XXIII

Produkcja, która wprawdzie nie jest nowością filmową, ale powinna zostać obejrzana właśnie teraz, kiedy oczy całego świata są zwrócone w stronę Watykanu. Kościół rzymskokatolicki doczekał się przecież nowego zwierzchnika, który - ku radości mediów - jawi się jako człowiek otwarty, życzliwy, sympatyczny i skromny. Papież Franciszek, ze względu na swój pozytywny stosunek do świata, bywa porównywany do Jana Pawła II. Trzeba jednak pamiętać, że w XX wieku był jeszcze jeden Ojciec Święty, który dał się poznać jako “równy gość”. Błogosławiony Jan XXIII, bo o nim mowa, został zapamiętany jako pogodny staruszek, posiadający ujmującą osobowość, poczucie humoru i dystans do samego siebie.

To właśnie o tym biskupie Rzymu, nazywanym potocznie Dobrym Papieżem, opowiada dzieło Ricky'ego Tognazziego. Produkcja jest biografią w pełnym tego słowa znaczeniu: ukazuje całe życie Jana XXIII, od jego dzieciństwa (przypadającego na wiek XIX) aż do śmierci (w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku). Film, z przyczyn oczywistych, jest bardzo długi. Trwa trzy godziny zegarowe (stąd forma miniserialu, tzn. podział na dwie półtoragodzinne części). W rolę Angela Roncallego, późniejszego Dobrego Papieża, wciela się trzech aktorów. Najważniejszy z nich to Bob Hoskins - Brytyjczyk z dużym dorobkiem artystycznym. Odtwarza on starość, a więc i pięcioletni pontyfikat Jana XXIII.


Roncalli - oświecony i kontrowersyjny

Pierwsze minuty dzieła Ricky'ego Tognazziego ukazują końcówkę życia Dobrego Papieża. Angelo Roncalli jest ciężko chory, powoli umiera na raka, ale nadal wykazuje zainteresowanie innymi ludźmi. Mówi o konieczności miłowania zarówno osób wierzących, jak i niewierzących. W tym samym czasie jeden z kościelnych hierarchów pisze do Jana XXIII osobisty list. Niedługo potem następuje retrospekcja: oczom widzów ukazuje się dzieciństwo głównego bohatera. Mały Angelo sprawia wrażenie dziecka niezwykle pobożnego, ale dostrzegającego skostnienie katolickiej tradycji. Delikatnie daje dorosłym do zrozumienia, że nie widzi sensu bezmyślnego “klepania” łacińskojęzycznych modlitw.

Chłopiec uwielbia się uczyć, jest zafascynowany historią i potrafi ją samodzielnie interpretować. Przejmuje się faktem, że ludzie przez wieki padali ofiarą przemocy i niesprawiedliwości. Zachęca dziewczynki i kobiety, żeby również zaczęły się edukować. Po latach realizuje swoje największe marzenie: wstępuje do seminarium. Zachowuje jednak otwarty umysł i buntowniczą postawę. Popiera dyskusje z przeciwnikami światopoglądowymi. Odrzuca fanatyzm. Sprzeciwia się dyskryminowaniu ludzi ze względu na pochodzenie. Pamięta o ubogich i cierpiących. Ma zdolności dyplomatyczne. Doprowadza do porozumienia między wojującymi socjalistami i konserwatywnym biskupem.

Roncalli szybko staje się człowiekiem kontrowersyjnym. Z jednej strony, podbija serca wielu osób, zarówno świeckich, jak i duchownych. Z drugiej - zaczyna irytować tradycjonalistów o dziewiętnastowiecznej mentalności. Jego modernistyczne poglądy tak bardzo rzucają się w oczy, że nieżyczliwy kardynał składa na niego donos do papieża Piusa X. Bohater kontynuuje wprawdzie karierę, ale już do końca życia pozostaje człowiekiem wzbudzającym skrajne emocje. Czas mija. W życiu Roncallego dzieje się bardzo dużo. Pod koniec lat pięćdziesiątych postać zostaje Namiestnikiem Chrystusa. Duchowny, już jako Ojciec Święty, podejmuje odważną decyzję: zwołuje sobór w celu unowocześnienia Kościoła…


Niezły film (ale stronniczy)

Telewizyjna biografia Jana XXIII, stworzona przez Ricky'ego Tognazziego, to niezły film. Nie jest, oczywiście, arcydziełem, ale została nakręcona starannie i umiejętnie. Sceny, ukazujące dzieciństwo i młodość Angela Roncallego, wydają się odrobinę nudne. Mimo to, “Dobrego Papieża” przyjemnie się ogląda. Niektóre fragmenty są wzruszające i mogą doprowadzić odbiorców do łez. W pewnym momencie produkcja staje się sensacyjna. Chodzi o długą sekwencję ukazującą wojenne losy przyszłego Ojca Świętego. Wielkie ryzyko, walka z czasem, gra o najwyższą stawkę… Trzeba przyznać, że sceny, w których Roncalli ujawnia swoją przebiegłość i inteligencję, robią piorunujące wrażenie. Ale rekonstrukcja wizyty Jana XXIII w rzymskim więzieniu także jest piękna, przejmująca i świetnie zrealizowana. To samo można powiedzieć o scenie, w której papież dowiaduje się o swojej ciężkiej chorobie.

“Il Papa buono” to produkcja zdecydowanie stronnicza. Reżyser jednoznacznie opowiada się za modelem katolicyzmu proponowanym przez Roncallego i jego sprzymierzeńców. W filmie istnieje wyraźny podział na dobrych, wyrozumiałych modernistów i złych, zacofanych tradycjonalistów. Perfidia tych ostatnich sięga zenitu przed konklawe w 1958 roku, kiedy to jeden z kardynałów mówi, że Roncalli byłby doskonałym papieżem, bo… jest stary, schorowany i pasuje na “przejściowego” biskupa Rzymu. Angelo to bohater wyidealizowany: mądry, asertywny, szlachetny i wielkoduszny. Postać zachwyca łagodnością, serdecznością, prostotą i humanizmem. Czy wizja Tognazziego nie jest naiwna i przesłodzona? Skąd pewność, że Jan XXIII był człowiekiem bez skazy? Co należy myśleć o reformie Kościoła zapoczątkowanej przez tego Namiestnika Chrystusa? Takie pytania można by mnożyć…


Odwilż czy lejdigagizacja?

Sobór Watykański II jest oceniany bardzo różnie. Większość ludzi uważa, że był on czymś potrzebnym i pożytecznym. Niektórzy idą jednak dalej: przekonują, że modernizacja Kościoła powinna być kontynuowana i że nadszedł czas na Sobór Watykański III. Istnieją także osoby, które uznają Concilium Vaticanum II za coś absolutnie negatywnego. W ich mniemaniu, omawiane wydarzenie było błędem lub wręcz zaplanowanym aktem sabotażu. Pojawiają się głosy, według których Kościół - po Soborze Watykańskim II - nie jest już tym samym Kościołem. Zdaniem tradycjonalistów, posoborowi duchowni głoszą herezje, a nawet ośmieszają katolicyzm, np. odprawiając rockowe lub jazzowe Msze święte.

Przedsoborowi katolicy (sedewakantyści, lefebryści i inni) uważnie śledzą zmodernizowany Kościół, nagłaśniając zdarzenia i zjawiska, które - w ich opinii - byłyby nie do pomyślenia w Kościele tradycyjnym. Pewna tradycjonalistka pokazała mi autentyczne nagranie, które zarejestrowano w jednej z polskich parafii katolickich. Młodzi ludzie, zgromadzeni w świątyni, tańczą i śpiewają laicką piosenkę o zakochanym krasnoludku. Kobiecy głos, słyszalny w tle, wydaje im komendy typu “ręce do przodu”, “pupa do góry” czy “język na brodę” (sprawdź: “20 apel Koniecpol krasnoludek” - YouTube.com). Nie wiem, dlaczego, ale przywodzi mi to na myśl prowokacyjne teledyski Lady Gagi, Madonny i Mylene Farmer.

Od czasów Jana XXIII w Kościele rzymskokatolickim dzieją się rzeczy zadziwiające. Niektórzy uważają to za uczłowieczenie nieczułej instytucji, przebudzenie rozumu i wyzwolenie od średniowiecznego obskurantyzmu. Inni postrzegają to jako nędzną, może nawet wymuszoną namiastkę niezbędnych przemian. Jeszcze inni doszukują się w tym wszystkim wpływów masońskich, syjonistycznych i protestanckich. Jak jest naprawdę? Rozstrzygnięcie tego problemu pozostawiam Czytelnikom!



Natalia Julia Nowak,
17-20 marca 2013 r.


 

Krótka recenzja filmowa. "Habemus Papam" Nanniego Morettiego

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:31:00

Tytuł oryginalny: “Habemus Papam”
Tytuł polski: “Habemus Papam - mamy papieża”
Reżyseria: Nanni Moretti
Rok produkcji: 2011
Gatunek: komediodramat



Za zamkniętymi drzwiami

Zabawny, a jednocześnie szokujący komediodramat produkcji włosko-francuskiej. Opowieść, która jeszcze do niedawna wydawała się absurdalna i nieprawdopodobna. Akcja filmu rozgrywa się we współczesnym Watykanie. Po długiej, ciężkiej chorobie umiera powszechnie kochany i szanowany papież. Nie poznajemy wprawdzie jego imienia, ale wyeksponowane polskie flagi sugerują, że chodzi o Jana Pawła II. W Stolicy Apostolskiej rozpoczyna się konklawe, które - jak nietrudno się domyślić - stanowi medialną sensację.

Dziennikarze źle znoszą fakt, że wybory papieskie odbywają się za zamkniętymi drzwiami. Próbują jednak odgadnąć, kto będzie nowym Ojcem Świętym. Głosowanie kończy się w sposób zaskakujący. Na biskupa Rzymu nie zostaje wybrany popularny kardynał Gregori, tylko skromny, przeciętny, mało znany Melville. Nadchodzi czas na upublicznienie wyniku wyborów. Protodiakon wychodzi na balkon Bazyliki św. Piotra, aby poinformować wiernych, kto jest nowym pasterzem Kościoła. Nagle rozlega się zatrważający krzyk.


Uciekający papież

To Melville - przerażony czekającymi na niego obowiązkami - nie może opanować paniki. Prosty, nieśmiały, zakompleksiony staruszek mówi “Pomóżcie mi! Nie dam rady!” i wybiega z pomieszczenia. Protodiakon, nie wyjaśniając niczego, opuszcza balkon. Opinia publiczna jest wstrząśnięta. Dziennikarze, urastający do rangi trybunów ludowych, próbują się dowiedzieć, dlaczego papież nie pokazał się tłumom zgromadzonym na Placu św. Piotra. Rzecznik prasowy Watykanu, Marcin Rajski, udziela im wymijających odpowiedzi.

Tymczasem kardynałowie muszą wybrać jedną z dwóch równorzędnych wartości. Pierwsza z nich to wierność prawu kanonicznemu, które zakazuje kontaktów ze światem zewnętrznym aż do ogłoszenia wyniku konklawe. Druga z nich to konieczność wytłumaczenia katolikom zaistniałej sytuacji. Duchowni, chcąc pomóc Ojcu Świętemu, sprowadzają do Stolicy Piotrowej psychoanalityka. Niestety, Melville wciąż nie chce wyjść na balkon. Sprawa robi się beznadziejna. Rajski, w tajemnicy przed kardynałami, realizuje pewien plan…


Mili starsi panowie

“Habemus Papam - mamy papieża” niewątpliwie jest dziełem antyklerykalnym i prowokacyjnym. Należy jednak podkreślić, że Nanni Moretti ani razu nie przekracza granic dobrego smaku. Twórca filmu podchodzi do Kościoła z przymrużeniem oka, ale nie pozwala sobie na prymitywne obrażanie czy wyszydzanie duchownych. Chociaż jest bardzo śmiały, wykazuje się umiarem i wyczuciem, jakich brakuje np. redaktorom polskich tygodników antyklerykalnych. Owszem, reżyser krytykuje duszpasterzy, ale konstruktywnie i kulturalnie.

W omawianej produkcji kardynałowie są przedstawieni w sposób satyryczny, lecz wzbudzający sympatię. Jest to grono miłych starszych panów, którzy układają puzzle, grają w karty, przyjmują lekarstwa, czytają książki, zachwycają się smakiem pączków i cappuccino. Ot, grupa pogodnych staruszków próbujących się odnaleźć w niecodziennych okolicznościach. Z drugiej strony, purpuraci są ukazani jako ludzie skłonni do hipokryzji. Podtrzymują oni tematy tabu i zamiatają problemy pod dywan. Ale i tak dają się lubić.


Humanistyczny film

Główny bohater, Melville, również zyskuje przychylność widza. Ten ciepły, uprzejmy, prostoduszny człowieczek wywołuje pozytywne emocje, chociaż jego niezdecydowanie i brak pewności siebie bywają frustrujące. Fenomenalne jest to, że w dziele Morettiego nie ma postaci negatywnych. Melville otrzymuje od innych osób dużo wsparcia i życzliwości (także od zwykłych Włochów, którzy nie wiedzą, że jest on Namiestnikiem Chrystusa). Marcin Rajski to cwaniak i choleryk, jednak nawet on ma złote serce. Krótko mówiąc: humanistyczny film. Trochę nierzeczywisty, ale zachęcający do marzeń o lepszym świecie.

Opisywana produkcja zawiera fragmenty, w których Nanni Moretti przemyca własne, postępowe poglądy. Reżyser wkłada w usta głównego bohatera wyraźnie ukierunkowane wypowiedzi. Daje do zrozumienia, że Kościół katolicki powinien zostać zmodernizowany i dostosowany do oczekiwań współczesnego społeczeństwa. Moretti, posługując się główną postacią, wzywa duchownych do większej otwartości i tolerancji. “Habemus Papam” ma więc charakter dydaktyczny. Konserwatyści zapewne uznają to za propagandę. Liberałowie docenią ideę dialogu, empatii, współpracy i kompromisu.

Mogę polecić ten film, ale tylko osobom mającym dystans do instytucji Kościoła.



- * - * - * - * - * -

CIEKAWOSTKI

- * - * - * - * - * -




1. Jerzy Stuhr, odtwórca roli rzecznika Watykanu, wypowiedział się na temat abdykacji Benedykta XVI: “Śledzę komentarze i dochodzę do wniosku, że ta decyzja jest konsekwencją kryzysu Kościoła, a nasz film też po trosze o tym opowiadał. Ciężar odpowiedzialności głowy Kościoła jest zbyt duży i może zaowocować tym, że ktoś się nie czuje na siłach go dźwigać. Również filmowy papież miał odwagę o tym powiedzieć i się do tego przyznać. (…) Bez przerwy dostaję SMS-y, że proroczy film żeśmy zrobili”. Źródło: wywiad w serwisie Gazeta.pl.

2. Nazwisko filmowego Ojca Świętego pochodzi od… francuskiego reżysera, który nazywa się Jean-Pierre Melville. Wybór tego nazwiska był dość przypadkowy. Wyjaśnił to sam Nanni Moretti w wywiadzie udzielonym Vittorii Scarpie (Cineuropa.org).

3. Moretti jest nie tylko reżyserem filmu, ale także jednym z autorów scenariusza. Poza tym, to właśnie on wciela się w rolę psychoanalityka.

4. Twórca “Habemus Papam - mamy papieża” jest człowiekiem o poglądach zdecydowanie lewicowych. Ściśle mówiąc, jest on reprezentantem zachodnioeuropejskich komunistów. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć: “To wiele wyjaśnia!”.

5. W rolę nowo wybranego zwierzchnika Kościoła wciela się Michel Piccoli. Ten francuski aktor jest mężczyzną w bardzo zaawansowanym wieku. Urodził się w roku 1925.



Natalia Julia Nowak,
2-4 marca 2013 roku


 

Krótka recenzja filmowa. "Kłopotliwy chłopak" Juliana Jarrolda

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:27:00

OD AUTORKI

Z przyjemnością zawiadamiam, że rozpoczynam nowy cykl publicystyczny. Moim celem jest stworzenie serii krótkich recenzji filmowych. Teksty, które zamierzam napisać, mają się składać z kilku akapitów (oraz, oczywiście, podstawowych informacji na temat analizowanych produkcji). Pod recenzjami będę umieszczać ciekawostki dotyczące opisywanych dzieł.

Nie narzucam sobie ograniczeń związanych z gatunkiem, problematyką, długością, przeznaczeniem czy rokiem produkcji filmów. Stawiam sobie tylko jeden warunek: mają to być dzieła fabularne. Jeśli kiedyś zdecyduję się omówić spektakl Teatru Telewizji, w tytule mojego artykułu znajdą się słowa “Krótka recenzja teatralna”.

Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do lektury pierwszego tekstu!


Natalia Julia Nowak





Tytuł oryginalny: “Worried About the Boy”
Tytuł polski: “Kłopotliwy chłopak”
Reżyseria: Julian Jarrold
Rok produkcji: 2010
Gatunek: dramat, obyczajowy, biograficzny



Zbuntowany nastolatek

Półtoragodzinny film telewizyjny ukazujący wybrane wątki z życia brytyjskiego wokalisty Boya George'a (pisałam o tym piosenkarzu w artykule zatytułowanym “Pete Burns i Boy George. Kongenialność czy konkurencja?”). Czas akcji obejmuje lata 1980-1982. Czas fabuły jest jednak znacznie szerszy. Głównego bohatera poznajemy jako nastolatka, ucznia szkoły średniej, niezrozumianego przez otoczenie miłośnika mody i makijażu. Zachowanie chłopaka mocno odbiega od tzw. mieszczańskiego stylu życia, zatem wszyscy zastanawiają się, co z młodzieńca wyrośnie.

George, który ma już dosyć presji społecznej, przeprowadza się do pewnego squatu. Jego nowi współlokatorzy są równie nietypowi jak on. Przykładowo, najlepszy przyjaciel bohatera, Peter Robinson, jest artystą kopiującym wizerunek i zachowanie Marilyn Monroe. Wkrótce George rozpoczyna pracę w klubie Blitz, czyli w miejscu spotkań londyńskiej cyganerii artystycznej.


Sex, drugs & music

Ludzie, spotykani przez chłopaka, odznaczają się ekscentryzmem i ekstrawagancją. Są utalentowani i kreatywni, ale również dekadenccy: pogrążeni w rozmaitych nałogach, skłonni do przygodnego seksu itd. Główny bohater, zainspirowany karierą swoich znajomych, postanawia zostać gwiazdą. Oczywiście, sława i chwała nie spłyną na niego od razu. Dużo wody w Tamizie upłynie, zanim George osiągnie sukces jako wokalista zespołu Culture Club. Wcześniej spotka go wiele rozczarowań, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym.

Ten krótki okres, lata 1980-1982, stanowią właściwą akcję filmu “Worried About the Boy”. Logiczny ciąg wydarzeń jest jednak przecinany migawkami z… przyszłości, czyli z roku 1986. Pokazują one, że już za kilka lat główny bohater zamieni się w cierpiącego narkomana, egzystującego na granicy życia i śmierci. No i znowu wszyscy będą się zastanawiać, co z tego delikwenta wyrośnie.


Twór przeciętnej jakości

Produkcja, którą wybrałam do recenzji, jest w Polsce znana jako “Kłopotliwy chłopak”. Tytuł ten nie jest wiernym przekładem tytułu oryginalnego. “Worried About the Boy” to w dosłownym tłumaczeniu “Zmartwieni o chłopaka” lub “Zmartwieni o Boya”. Myślę, że dokładny przekład tytułu lepiej oddawałby sens omawianego filmu. Dzieło Juliana Jarrolda opowiada bowiem o ludziach, którzy niepokoją się postępowaniem George'a. Główna postać na każdym kroku słyszy: “Martwimy się o ciebie”. Najpierw mówią tak rodzice i pedagodzy, a potem także fani i dziennikarze.

Jeśli chodzi o samą produkcję, stanowi ona twór przeciętnej jakości. Forma nie powala na kolana, treść wydaje się uboga, całość sprawia wrażenie filmu niskobudżetowego. Poziom artystyczny jest mniej więcej taki, jak w fabularyzowanych dokumentach. Niby mamy wierne odtworzenie realiów epoki, a jednak brakuje w tym wszystkim polotu.


Minusy i plusy

Największe wady filmu to zła kompozycja i brak proporcji. Reżyser poświęca dużo uwagi pracy Boya w klubie Blitz, a inne ważne wątki z jego życia traktuje “po łebkach”. Co do największej zalety filmu, jest nią gra aktorska nastoletniego Douglasa Bootha. Młody aktor doskonale imituje mimikę, gestykulację, a nawet głos i sposób mówienia Boya George'a. Niewątpliwym plusem dzieła są także kostiumy i charakteryzacje. Wygląd głównego bohatera i jego kolegów dorównuje prezencji pierwowzorów.

Wracając do wad… Mam jeszcze jedną, bardzo subiektywną uwagę. Otóż w filmie pojawia się wiele sławnych postaci. Jest George, jest Marilyn, jest Jon Moss, jest Steve Strange, jest Kirk Brandon, jest Billy Idol, jest David Bowie… A gdzie Pete Burns, frontman grupy Dead or Alive?! Przecież on również bywał w klubie Blitz i znał głównego bohatera (później nawet z nim rywalizował)! Dlaczego postać Burnsa nie występuje w dziele ani razu?! Skandal i hańba! Ja się tak nie bawię!



- * - * - * - * - * -

CIEKAWOSTKI

- * - * - * - * - * -




Kto dał szansę Boyowi?

Jedną z postaci, pojawiających się w filmie, jest Malcolm McLaren (grany przez Marka Gatissa). Człowiek ten, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Malcolm Robert Andrew Edwards, był muzykiem, publicystą, artystą wizualnym, projektantem mody, działaczem społecznym i popularyzatorem kultury. Pracował m.in. jako menedżer punk rockowej formacji Sex Pistols. Opiekował się ponadto grupą Bow Wow Wow, z którą przez krótki czas współpracował George. Malcolm McLaren lubił różnorakie eksperymenty artystyczne. Zdarzało mu się np. tworzyć nowoczesne, popularne wersje klasycznych arii operowych (posłuchaj: “Madam Butterfly“, “Carmen“).

W latach dziewięćdziesiątych nagrał - wraz z francuską aktorką Catherine Deneuve - zmysłowy utwór pt. “Paris, Paris”. Zmarł na raka 8 kwietnia 2010 roku (jak podaje oficjalna strona dziennika “The Daily Telegraph“, jego ostatnie słowa brzmiały “Uwolnić Leonarda Peltiera!”). Nie dożył premiery filmu “Worried About the Boy”. Pierwsza emisja produkcji odbyła się w maju 2010 roku.


The Blitz Kids

Klub Blitz mieścił się w londyńskiej dzielnicy Covent Garden. Święcił tryumfy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Muzycy, skupieni wokół tego klubu, tworzyli nieformalny ruch artystyczny zwany The Blitz Kids (Dzieci Blitz). Byli oni nonkonformistycznymi indywidualistami i wyróżniali się szokującym, androgynicznym wyglądem.

Wspólnymi siłami wypracowali nowy nurt w kulturze brytyjskiej: New Romantic. Niektóre z Dzieci Blitz stały się po latach międzynarodowymi gwiazdami. Przykładem może być główny bohater filmu “Kłopotliwy chłopak” - Boy George.


Specjalnie dla TV

Analizowana produkcja powstała na zlecenie brytyjskiej telewizji publicznej (BBC). Według anglojęzycznej Wikipedii, dzieło jest częścią cyklu filmów na temat lat osiemdziesiątych. Filmowa biografia BG została wyświetlona w programie drugim TV brytyjskiej.



Natalia Julia Nowak
 

Moje wspomnienie o Robercie Larkowskim

Autor: njnowak | Kategorie: Polityka, Społeczeństwo
Tagi: leszek bubel, nacjonalista, nacjonalizm, polska partia narodowa, ppn, publicysta, publicystyka, robert larkowski
28. lipca 2013 00:10:00

Dziwny początek

Roberta Larkowskiego poznałam w drugiej połowie 2009 roku. Oboje byliśmy wówczas związani z nacjonalistycznym tygodnikiem “Tylko Polska” będącym oficjalnym organem prasowym Polskiej Partii Narodowej. Robert miał wtedy czterdzieści trzy lata, był głównym felietonistą “TP” i wiceprezesem PPN. Ja byłam początkującą, osiemnastoletnią publicystką, wówczas jeszcze prawicową i konserwatywną. Nasza znajomość zaczęła się w dość nietypowych okolicznościach. Otóż lewicowy dziennikarz Jaś Kapela napisał o mnie zjadliwy felieton “Najcnotliwsza w klasie” i zamieścił go w internetowym wydaniu “Krytyki Politycznej”. Niedługo po tym zdarzeniu otrzymałam ważnego e-maila od Leszka Bubla (redaktora naczelnego tygodnika “Tylko Polska”, prezesa Polskiej Partii Narodowej). Chodziło w nim o to, że Robert Larkowski stworzył o mnie pozytywny artykuł, będący odpowiedzią na nieprzychylny tekst Kapeli. Co więcej, felieton Larkowskiego ukazał się na łamach “TP”.

Listy i rozmowy

Poprosiłam pana Leszka, żeby dał mi jakieś namiary na autora, bo chciałabym mu osobiście podziękować. Wkrótce Robert i ja byliśmy już internetowymi znajomymi. Początkowo kontaktowaliśmy się wyłącznie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Mimo różnicy wieku i doświadczenia, doskonale się rozumieliśmy. Listy, które do siebie pisaliśmy, były długie i ciekawe. Po pewnym czasie zaczęłam zachęcać Roberta, żeby założył sobie konto w serwisie społecznościowym Facebook. Mój korespondencyjny przyjaciel uparcie odmawiał. Zupełnie nie był zainteresowany taką formą komunikacji interpersonalnej. Ja jednak bardzo go namawiałam i w końcu Larkowski dał za wygraną. Facebook, w przeciwieństwie do tradycyjnej poczty elektronicznej, stwarzał możliwość rozmowy w czasie rzeczywistym. Od tej pory Robert i ja mogliśmy całymi godzinami dyskutować o naszych wspólnych zainteresowaniach: polityce, filozofii, historii, ideologiach, problemach społecznych itd.

Trudne czasy

Można powiedzieć, że aż do końca 2011 roku Larkowski i ja byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Zaufanymi oraz połączonymi wspólnotą przekonań i zamiłowań. W pierwszej połowie 2012 roku zaczęliśmy się od siebie oddalać. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy był rozpad mojego prawicowo-konserwatywnego światopoglądu. Zawalił się wówczas fundament naszej znajomości, jakim była zbieżność poglądów i dążeń. Robert doceniał to, że nadal jestem patriotką, nacjonalistką, eurosceptyczką i antyglobalistką. Problem polegał na tym, że w pozostałych kwestiach byłam już zdecydowanie lewicowa (zaczęłam się nawet określać mianem Narodowej SocjalDemokratki). Larkowski i ja nie byliśmy już przedstawicielami tej samej opcji politycznej. Co gorsza, w niektórych sprawach staliśmy się przeciwnikami. Nie zakończyliśmy, oczywiście, naszej znajomości, ale rozmawialiśmy coraz rzadziej i coraz krócej. W ostatnich miesiącach życia Roberta miałam z nim naprawdę słaby kontakt. A jednak wiadomość o jego odejściu okazała się dla mnie bardzo bolesnym ciosem.

Robert - romantyk


Larkowski nie bał się śmierci. Był typem romantyka, przekonanego, że najwyższą wartością nie jest życie, tylko zbiór idei, dla których warto poświęcić własną egzystencję. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. W wywiadzie, udzielonym mi przez Roberta w 2010 roku, znalazło się nawet stwierdzenie: “Ze względu na heroiczną śmierć i postawę ideową, otaczam nieomal kultem japońskiego pisarza Yukio Mishimę” (pełny tekst wywiadu jest dostępny w Internecie. Żeby go znaleźć, wystarczy wpisać w Google hasło „Rozmowa z Robertem Larkowskim”). To jedno, proste zdanie przypomina japońską formę poetycką, haiku. Jest bowiem krótkie, lecz zawiera w sobie niesłychanie dużo treści. Robert zawsze mi mówił, że śmierć Mishimy była czymś wielkim, ponieważ miała charakter męczeński i przyczyniła się do narodowego przebudzenia Japończyków. Pisarz zginął w sposób straszliwy, ale jego zgon nie poszedł na marne. Przeciwnie: umożliwił Narodowi Japońskiemu wzniesienie się na moralne wyżyny, a samemu Mishimie przyniósł wieczną chwałę. Fascynacja Larkowskiego orientalnym autorem trochę mnie przerażała, albowiem Yukio Mishima popełnił seppuku/harakiri.

Robert - wojownik

Robert uważał, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie wolno ulegać wrogom. Opowiadał się za postawą spartańską, polegającą na walce do samego końca, nawet mimo braku szans na zwycięstwo. W felietonie zatytułowanym „Uświadomiony bojkot” Larkowski napisał: „Tradycjonalistyczna myśl głosi, że trzeba stać na posterunku i walczyć, pomimo iż bitwa wydaje się materialnie przegrana. To nasz obowiązek i powinność wobec niewidzialnego świata bohaterskich i pracujących ciężko przodków”. Czym dla mojego przyjaciela była Ojczyzna - jedna z najbardziej cenionych przez niego wartości? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w jego tekście „Rozważania o Polsce” (opublikowanym w 2004 roku na łamach czasopisma „Ściśle Tajne”). „Polska jest pojęciem geograficznym i metafizycznym, bo istnieje na poły w świecie materialnym oraz w duszach Polaków” - brzmi pierwsze zdanie artykułu. Jak widać, Larkowski należał do ludzi niezwykle uduchowionych. Nic więc dziwnego, że istotną rolę w jego życiu odgrywała religia.

Robert - myśliciel

Robert był przedsoborowym katolikiem i sekretarzem redakcji bloga GlosTradycji.blogspot.com. Kolegował się ponadto z kontrowersyjnym księdzem Rafałem Trytkiem. Larkowski nie zamykał się jednak na inne systemy filozoficzne i religijne. Wykazywał zainteresowanie szeroko pojętą myślą wschodnią. „To bardzo ciekawe, sam jestem zwolennikiem kołowego postrzegania czasu - wiele cywilizacji już powstało i umarło, umarło i powstało. (…) Czytam Wedy i poznaję dziwne podobieństwa pracywilizacji Ariów z dzisiejszymi ludami Europy, z Polakami włącznie” - wyznał w komentarzu zamieszczonym na stronie NowyEkran.net. Robert chciał wnieść własny wkład nie tylko do polityki, ale także do chrześcijaństwa. W tekście zatytułowanym „Ariokatolicyzm” wysunął postulat stworzenia nowego modelu wiary katolickiej. Tytułowy ariokatolicyzm miał być katolicyzmem pozbawionym elementów judaistycznych. Larkowski stanowczo sprzeciwiał się ekumenizmowi i koncepcji judeochrześcijaństwa. Co z wierzeniami dawnych Słowian? Robert pisał, że nie ma nic przeciwko „umiarkowanym rodzimowiercom bez antykatolickiego fanatyzmu”. Źródło: felieton „Europejska jedność”.

Człowiek kulturalny

Robert Larkowski był działaczem politycznym i publicystą piszącym głównie o polityce. Gdyby jednak ktoś powiedział, że mój przyjaciel nie miał innych zainteresowań, popełniłby ogromny błąd. Robert kochał kulturę polską i zagraniczną, o czym zresztą mówił we wspomnianym wcześniej wywiadzie. Pasjonowały go literatura, poezja, film i muzyka. Jego ulubionym pisarzem był - obok Mishimy - Fiodor Dostojewski. Bliskie mu były przeżycia i rozterki takich twórców, jak Marek Hłasko czy Andrzej Bursa. Najdobitniej świadczy o tym fakt, że nazywał ich swoimi “opiekunami-bohaterami”. Jeśli chodzi o muzykę, Larkowski słuchał najrozmaitszych brzmień: chorałów gregoriańskich, klasyki mistrzów, poezji śpiewanej, marszy wojskowych, cold wave, gothic metalu, viking metalu, martial industrialu, rocka skinheadowskiego, rocka tożsamościowego i pieśni współczesnych bardów. Robert miał dojrzałe, sprecyzowane i zróżnicowane upodobania. Kilka tygodni przed śmiercią poprosił mnie, żebym napisała artykuł o zespole Joy Division. Nie był zadowolony z tego, że tworzyłam teksty o grupach spod znaku New Romantic, zatem wskazał mi interesującą alternatywę. Czuję, że powinnam spełnić jego życzenie. To chyba była jego ostatnia wola.

Przemoc psychiczna

Larkowski zmarł 20 lipca 2013 roku. Miał czterdzieści siedem lat. Jego śmierć nastąpiła w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach, o których rozpisały się prawicowe media. Robert Wit Wyrostkiewicz, autor artykułu “Tajemnicza śmierć Larkowskiego” z wirtualnego wydania tygodnika “Nasza Polska”, poinformował, że na kilka dni przed zgonem Roberta pojawiły się w Internecie plotki o rzekomym samobójstwie publicysty. Administratorzy facebookowej strony Xpornchan.pl/b/ (RemoveKrautze) zamieszczali grafiki zawiadamiające o “śmierci” Larkowskiego. Wcześniej przez wiele miesięcy ukazywały się na Facebooku złośliwe wpisy dotyczące Roberta. Autorzy postów śmiali się z przekonań, aparycji i stylu wypowiedzi publicysty. Według jednego z dziennikarzy portalu wSumie.pl, to właśnie internetowe złośliwości przyczyniły się do nagłej śmierci pokrzywdzonego. “Larkowski bardzo przejął się pogłoskami o... własnej śmierci. To doprowadziło do pogorszenia jego stanu zdrowia (bloger cierpiał na cukrzycę). Mężczyzna nie przespał całej nocy z 19 na 20 lipca, był zdenerwowany. (…) Wkrótce zmarł” - czytamy w newsie zatytułowanym “Zabiły go trolle”. Co było bezpośrednią przyczyną zgonu Roberta? Wyrostkiewicz sugerował, że zawał serca. Strona GazetaWarszawska.com podała, że udar mózgu.

Patriota wyklęty


Robert Larkowski marzył o pięknym finale własnej egzystencji. W jednym z ostatnich, facebookowych wpisów stwierdził: “Chamy się wieszają, szlachta ginie pod sztandarami” (cyt. za: R.W. Wyrostkiewicz - “Tajemnicza śmierć Larkowskiego”). Publicysta był przygotowany na ewentualną śmierć za wyznawane idee. “My broni, myśli i czynu narodowego nie złożymy, do ostatniej garstki nacjonalistów. Jeżeli przyjdzie za ideę oddać nawet własne życie” - zadeklarował w felietonie “Nacjonalizm elitarny”. W pewnym sensie, Larkowski faktycznie stał się bohaterem i męczennikiem, gdyż wrogowie, gardzący jego światopoglądem, zadręczyli go na śmierć. Robert nie poległ w bitwie. Zakończył swoje życie jako patriota wyklęty, ofiara bezwzględnych przeciwników politycznych. Do końca pozostał wierny swoim zasadom: tak jak obiecywał w artykułach i prywatnych rozmowach. Był prawdziwym narodowcem, a takich pozostało już niewielu. Myślę, że jego niezłomność powinna służyć za wzór dla wszystkich osób identyfikujących się z poglądami patriotycznymi, nacjonalistycznymi, eurosceptycznymi i antyglobalistycznymi. Pamiętajmy o Robercie Larkowskim. I działajmy dalej na rzecz naszej Ojczyzny. On tego od nas wymagał.

Natalia Julia Nowak
(lewicowa nacjonalistka)
25-26 lipca 2013 roku

 

linkinpark | ice | chce-schudnac | suplementyon1 | concensus-facit-legm | Mailing