Ostatnie Wpisy

Krótka recenzja filmowa. "Hachiko monogatari" Seijiro Koyamy

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
09. września 2013 15:03:00

Tytuł oryginalny: “Hachiko monogatari”
Tytuł polski: /brak oficjalnego/
Reżyseria: Seijiro Koyama
Rok produkcji: 1987
Gatunek: dramat, obyczajowy, familijny



Czworonożny bohater

Japońska produkcja, która powinna zainteresować nie tylko filmomaniaków, ale również miłośników zwierząt. Ukazuje ona autentyczne wydarzenia, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu w Kraju Kwitnącej Wiśni. Tytułowy bohater dzieła, Hachiko, był wiernym i rozumnym psem, który - dzięki swoim zaletom - stał się znany w całym cesarstwie. Jak podaje polskojęzyczna Wikipedia, czworonóg już za życia był opisywany w mediach i podziwiany przez opinię publiczną. Kiedy odszedł za tęczowy most, jego zwłoki zostały spreparowane i umieszczone w tokijskim muzeum. Hachiko doczekał się kilku pomników. Stał się także bohaterem co najmniej dwóch książek. Film, który dzisiaj zrecenzuję, nie jest jedyną produkcją poświęconą słynnemu psu. W 2009 roku powstało bowiem dzieło “Mój przyjaciel Hachiko” Lassego Hallstroma. Przypatrzmy się jednak filmowi nakręconemu przez Seijiro Koyamę.

Rok 1924. W prefekturze Akita, położonej na północy Japonii, panuje sroga zima. Mimo mrozu i śnieżycy, w jednym z tamtejszych domów panuje radosna atmosfera. Zbliża się bowiem piękny moment: narodziny szczeniąt rasy akita. Ciężarna suczka, Aka, długo się męczy, ale w końcu wydaje na świat gromadkę uroczych piesków. Jeden z nich ma trafić do profesora Ueno, wybitnego inżyniera rolnictwa, mieszkańca Tokio. Naukowiec wspomniał kiedyś, że po stracie ukochanej suni, posiadającej geny akity, chciałby mieć nowego psa - stuprocentowego przedstawiciela tej rasy. Niestety, wkrótce okazuje się, że profesor i jego żona wcale nie są skłonni przyjąć nowego pupila. Pamiętają bowiem rozpacz po śmierci suczki oraz trudy związane z jej adopcją. Córka profesorstwa, nastoletnia Chizuko, ma jednak inne zdanie. Strasznie chce mieć pieska. Ostatecznie, to właśnie jej wola zostaje spełniona.


Profesor i szczeniak

Jeden ze szczeniaków, urodzonych na północy Japonii, zostaje wysłany w skrzynce do Tokio. Droga jest bardzo długa, a warunki przewozu pozostawiają wiele do życzenia. Po dotarciu do stolicy zwierzę nie daje znaków życia. Istnieje podejrzenie, że zdechło podczas transportu. Na szczęście, owo makabryczne złudzenie szybko zostaje rozwiane. Pies, przyjęty tylko ze względu na córkę profesorstwa, otrzymuje imię Hachiko (od liczby osiem). Tymczasem Chizuko średnio się nim interesuje. Więcej uwagi poświęca swojemu narzeczonemu. Niebawem wychodzi na jaw, że lekkomyślna dziewczyna jest w ciąży. Młodzieniec, będący sprawcą poczęcia, prosi profesora Ueno o rękę nastolatki. Naukowiec wyraża zgodę na ślub, a co za tym idzie - na przeprowadzkę Chizuko do domu jej chłopaka. Dziwnym trafem, zakochani nie chcą zabrać ze sobą pieska. Szczeniak zamieszkuje więc na stałe u profesorstwa.

Ueno i Hachiko szybko zostają nierozłącznymi przyjaciółmi. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu. Każdy z nich jest zdolny do poświęceń na rzecz drugiego. Profesor najpierw myśli o swoim pupilu, a dopiero potem o sobie. Gdy zwierzątko wraca do domu zziębnięte i przemoczone, naukowiec pozwala mu spać na kanapie, a sam zajmuje miejsce na podłodze. Wyjątkową miłość, łączącą człowieka z psem, dostrzegają krewni i znajomi mężczyzny. Chizuko twierdzi, że jej ojciec woli Hachiko od kilkumiesięcznego wnuczka. W końcu nawet żona profesora zaczyna odczuwać zazdrość. Wydaje jej się, że Ueno bardziej kocha psa niż ją. Każdego ranka, kiedy naukowiec wybiera się do pracy, Hachiko odprowadza go na dworzec. Później, niezależnie od pogody, piesek czeka na niego, żeby odebrać go ze stacji. Osoby, będące świadkami tych scen, uznają Hachiko za niezwykle mądre i lojalne zwierzę.


Intuicja i egzotyka

Pewnego dnia, już w roku 1925, dzieje się coś alarmującego. Hachiko, który zawsze był wesoły i pogodny, zachowuje się w nietypowy sposób. Przeraźliwie szczeka, biega niespokojnie, próbuje zatrzymać wychodzącego do pracy profesora. Sprawia wrażenie, jakby miał jakieś złe przeczucia. Domownicy zauważają tę anomalię, lecz nie mają pojęcia, co ona oznacza. Niestety, psia intuicja okazuje się słuszna. Naukowiec, od początku pierwszego wykładu, czuje się fatalnie. Ma ogromne problemy z koncentracją. Nagle, ku przerażeniu studentów, upada na podłogę. Młodzi ludzie wzywają pomoc, ale po chwili staje się jasne, że profesora nie można już uratować. Co zrobi Hachiko, gdy jego przyjaciel nie pojawi się wieczorem na dworcu? Jak, po śmierci właściciela, potoczą się losy psa? Co się stanie z owdowiałą profesorową? Czy Hachiko i pani Ueno zaznają jeszcze szczęścia i radości?

“Hachiko monogatari” to film posiadający kilka wyrazistych cech. Europejczyk, oglądający tę produkcję, na pewno zwróci uwagę na zawartą w niej egzotykę. Dzieło Koyamy ukazuje świat zupełnie odmienny od zachodniego. Tradycyjne japońskie stroje, orientalna architektura, specyficzny wystrój wnętrz, jedzenie spożywane pałeczkami, charakterystyczne gesty, ukłony, sposoby reagowania i wysławiania się… To wszystko jest w filmie obecne. Do tych motywów dochodzą takie elementy, jak miejskie ulice, po których jeżdżą stare samochody i przedpotopowe pojazdy konne. Widać, że twórcy “Hachiko…” zadbali o wierne odtworzenie realiów panujących w międzywojennej Japonii. Ale forma produkcji także jest egzotyczna. Styl, w jakim zrealizowano dzieło, różni się od tego, do którego przyzwyczaiło nas kino europejskie i amerykańskie. Wszystko jest tutaj inne. I dlatego warto to zobaczyć.


Opowieść o przemijaniu

W serwisie Filmweb produkcja Koyamy została przyporządkowana do kategorii “dramat” i “familijny”. Zgadzam się z opinią, że opisywane dzieło jest dramatem. Nie mogę również zaprzeczyć, że stanowi ono film dla całej rodziny. Mimo to, uważam, że omawiana produkcja jest zbyt poważna dla małych dzieci. Chociaż w centrum uwagi znajduje się uroczy piesek, w tle widać skomplikowane ludzkie problemy i rozterki. Weźmy na przykład motyw ciężarnej nastolatki, która musi niezwłocznie wyjść za mąż i opuścić rodzinny dom. Albo wątek podstarzałej, niepracującej profesorowej: najpierw zamożnej i ustabilizowanej życiowo, a potem skazanej na wieczną tułaczkę. Spokojna, powolna, monotonna narracja nie spodoba się kilkulatkom przyzwyczajonym do wartkiej akcji, żywych dialogów i atrakcyjnych rozwiązań technicznych. To nie jest hollywoodzka superprodukcja, tylko nastrojowa opowieść o przemijaniu.

Tak czy owak, Seijiro Koyama stworzył naprawdę słodki i wzruszający film. Dzieło, chociaż proste, może doprowadzić do łez nawet najtwardszych widzów. Sekwencja, ukazująca zachowanie Hachiko po śmierci Ueno, jest prawdziwie poruszająca. Obok głębokiej, szczerej, psiej rozpaczy nie da się przejść obojętnie. Drugi fragment produkcji, przy którym można się rozczulić, to finałowa scena. Nie zdradzę jednak, co się w niej dzieje. “Hachiko monogatari” przypomina odbiorcom, jak niezwykłymi i kochającymi zwierzętami są psy. Udowadnia również, że Hachiko, który istniał naprawdę, był pieskiem najniezwyklejszym z najniezwyklejszych. Pośród tego wszystkiego, dzieło Koyamy jest pełne ciepłego, delikatnego, przemyślanego komizmu. Na wyróżnienie zasługuje też ścieżka dźwiękowa: cicha, łagodna, ale trafiająca do człowieczego serca. Niektóre melodie są wzruszające same w sobie.

Czy remake filmu (“Mój przyjaciel Hachiko” Lassego Hallstroma) dorównuje orientalnemu pierwowzorowi? Nie wiem, ale chętnie to sprawdzę. Obiecałam sobie, że obejrzę i zrecenzuję obie wersje opowieści.


Natalia Julia Nowak,
4-7 września 2013 r.

 

Krótka recenzja filmowa. "Sybil" Josepha Sargenta

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:42:00

CYTAT ZAMIAST WSTĘPU

“Trauma powoduje dezintegrację ego. (…) Sposobem radzenia sobie z trudnymi emocjami przez dziecko staje się zepchnięcie wspomnień poza świadomość, z których z czasem może powstać alternatywna osobowość. (…) Poszczególne osobowości (…) mogą różnić się między sobą wiekiem, płcią, talentami, umiejętnościami, kompetencjami, orientacją seksualną, wiedzą. Każda osobowość ma odrębny iloraz inteligencji, inne wspomnienia, ciśnienie krwi, własną tożsamość, ostrość wzroku, temperament, a nawet uczulenia. (…) Badania neurologiczne wskazują na różnice w pracy mózgu u poszczególnych osobowości w jednym ciele”

K. Krocz, P. Stolorz, “Osobowość wieloraka”, Portal.abczdrowie.pl





Tytuł oryginalny: “Sybil”
Tytuł polski: “Sybil”
Reżyseria: Joseph Sargent
Rok produkcji: 2007
Gatunek: dramat psychologiczny



Seria niewyjaśnionych zdarzeń

Wstrząsająca i trzymająca w napięciu opowieść oparta na faktach. Chociaż jest dramatem psychologicznym, jej oglądanie przypomina seans dobrego thrillera. Produkcja stanowi remake głośnego filmu “Sybil” Daniela Petriego z 1976 roku (według amerykańskiej dziennikarki Debbie Nathan, oryginalną wersję dzieła obejrzała 1/5 mieszkańców USA. Źródło: oficjalna strona żurnalistki). Twór Petriego był ekranizacją powieści Flory Rhety Schreiber - pisarki, która zainspirowała się historią Shirley Mason, niezwykłej pacjentki psychiatrycznej. Książka “Sybil” ukazała się w roku 1973 i odniosła duży sukces komercyjny. Niniejsza recenzja nie będzie jednak mówić ani o powieści, ani o pierwszej filmowej adaptacji “Sybil”. Nie miałam bowiem okazji zapoznać się z pełnymi wersjami tych dzieł. Obejrzałam za to remake z 2007 roku i to on będzie przedmiotem mojej analizy.

Lata ‘50 XX wieku. Sybil Isabel Dorsett studiuje w jednej z nowojorskich szkół wyższych. Życie dziewczyny, pozornie banalne, jest pełne tajemnic i niewyjaśnionych zdarzeń. Pewnego dnia bohaterka wybiega z zajęć i najwyraźniej traci świadomość. Gdy ją odzyskuje, odkrywa, że jest w Filadelfii. Według hotelowego recepcjonisty, studentka przebywa w tym mieście już od sześciu nocy. Młoda kobieta nie ma pojęcia, skąd się tam wzięła. Nie pamięta również, co się z nią działo od momentu opuszczenia akademii. Chociaż Sybil mieszka w pokoju sama, odnosi wrażenie, że ktoś, pod jej nieobecność, korzystał z tego samego pomieszczenia. Znajduje bowiem przedmioty, których nie rozpoznaje. Po powrocie do Nowego Jorku dziewczyna dowiaduje się, że kierownictwo uczelni zaleca jej wizytę u psychiatry. Dorsett zgadza się na konsultację ze specjalistą. Trafia pod skrzydła błyskotliwej dr Cornelii Wilbur.

Lekarka już podczas pierwszej rozmowy zauważa, że jej pacjentka zmaga się z czymś znacznie poważniejszym niż zwykła histeria. Dostrzega, że Sybil wykazuje określone cechy charakteru, a chwilę później zachowuje się, jakby była zupełnie inną osobą. Jednocześnie widzi, że Dorsett nie jest świadoma swoich nagłych przemian, którym towarzyszy zmiana barwy głosu, mimiki, gestykulacji, a nawet emocji, przekonań i toku myślenia. Pacjentka wydaje się nie zauważać, że niektóre jej wypowiedzi stanowią całkowite zaprzeczenia poprzednich. Psychiatra prosi Sybil o dokonanie autocharakterystyki. Studentka opowiada jej o swoich lukach w pamięci i nieustannym znajdowaniu śladów czyjejś obecności. Nagle dziewczyna wpada we wściekłość. Wybija szybę w oknie. Roztrzęsiona, wspomina straszne wydarzenia ze swojego życia. Mówiąc o sobie, używa trzeciej osoby liczby pojedynczej.


Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości

Cornelia Wilbur odgaduje, że ma do czynienia z nosicielką osobowości wielorakiej, czyli dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości*. Rzeczona przypadłość odznacza się tym, że w jednym ciele mieszka wiele zróżnicowanych osobowości, które na przemian przejmują kontrolę nad umysłem właściciela. Specjalistka prosi, żeby młoda kobieta, która właśnie jej się objawiła, zdradziła swoje imię. Rozmówczyni podaje się za Sybil, ale bystra lekarka nie daje się nabrać. W końcu dziewczyna przyznaje, że nazywa się Peggy Lou Baldwin i jest kimś zupełnie innym niż Sybil. Psychiatra życzy sobie rozmowy z Dorsett. Wyraz twarzy pacjentki ulega wyraźnej zmianie. Znika Peggy, wraca Sybil. Główna bohaterka nie pamięta, co się działo przed chwilą. Nie przypomina sobie momentu wybicia szyby (wszak zrobiła to Peggy). Wilbur nie chce jeszcze informować Dorsett o rozpoznaniu choroby.

Cornelia, która jest nie tylko terapeutką, ale również wykładowczynią, opowiada o swoim odkryciu najbliższemu współpracownikowi. Mężczyzna, będący zachowawczym profesorem, nie chce uwierzyć w jej słowa. Twierdzi, że Dorsett to pospolita histeryczka, a osobowość wieloraka nie istnieje. Wilbur nie przejmuje się kpinami i krytyką. Upiera się przy swojej racji i kontynuuje terapię Sybil. Wraz z upływem czasu, poznaje kolejne osobowości mieszkające w ciele młodej studentki. Konwersując z nimi, odkrywa, że mają one rozmaite charaktery, temperamenty, uzdolnienia, zainteresowania i wspomnienia. Różnią się nawet takimi cechami, jak wiek, płeć, narodowość czy akcent. Każda z tych postaci nosi w sobie cząstkę Sybil. Ich integracja dałaby więc pełny obraz Dorsett. Cornelia wie, że posklejanie rozbitej psychiki pacjentki nie nastąpi szybko. Najpierw trzeba poznać przyczyny schorzenia.

Ambitna i zaangażowana lekarka postanawia dokładnie zbadać przeszłość dziewczyny. Przeczuwa bowiem, że do fragmentacji tożsamości Sybil doszło na skutek jakiegoś traumatycznego przeżycia. Specjalistka, niczym detektyw, zwraca uwagę na każdy drobiazg, który mógłby ją naprowadzić na właściwy trop. Rozmawia z poszczególnymi osobowościami studentki, decyduje się nawet na wywiad z jej ojcem. Ustalenia Wilbur powoli odsłaniają przerażającą prawdę. Wszystko wskazuje na to, że Dorsett, od wczesnego dzieciństwa, była ofiarą brutalnej przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej. Psychiatra dowiaduje się o coraz bardziej drastycznych i szokujących wydarzeniach z życia pacjentki. Nie waha się nazywać ich torturami i gwałtami. Czy wyleczenie osoby, która przez lata doznawała tylu upokorzeń, jest w ogóle możliwe? Wilbur, mimo licznych trudności, nie traci nadziei…


Sztuka i życie

Film “Sybil” z 2007 roku to dzieło, które ogląda się z zapartym tchem. Trudno się od niego oderwać, bo - mimo oszczędnej formy i prostego scenariusza - ciągle zaskakuje ono czymś nowym. Widz, obcując z produkcją Josepha Sargenta, czuje, że nie spocznie, dopóki nie pozna wszystkich sekretów tytułowej bohaterki. Informacje o Sybil, jej alternatywnych osobowościach i doświadczeniach życiowych podawane są regularnie, ale w małych dawkach. Sprawia to, że oglądający popada w swoiste uzależnienie (zupełnie jak ktoś, kto spożywa kilka chipsów z paczki, a potem odkrywa, że nie może przestać jeść). Film kończy się zdecydowanie zbyt szybko. I, niestety, pozostawia pewien niedosyt. Po pierwsze dlatego, że widz miał szansę zobaczyć tylko kilka z szesnastu tożsamości Sybil. Po drugie dlatego, że nie wszystkie wątki zostały zamknięte. Wygląda to tak, jakby reżyser o nich zapomniał.

Dzieło Josepha Sargenta trwa półtorej godziny. To bardzo krótko, zwłaszcza w porównaniu z trzygodzinną produkcją Daniela Petriego. Skoncentrujmy się jednak na tym, co najważniejsze i najdoskonalsze. Doceńmy mistrzowski popis dwóch aktorek, które - dzięki swoim talentom - zachwycają oglądającego przez cały film. Tammy Blanchard, wcielająca się w postać Sybil, zadziwia ogromną ekspresją, umiejętnością prezentowania najrozmaitszych emocji oraz swoistą aktorską elastycznością (powiedzmy sobie szczerze: granie kilku osób na raz wymaga wyjątkowego kunsztu!). Jessica Lange, czyli filmowa Cornelia Wilbur, sprawia wrażenie, jakby naprawdę była doświadczoną, godną szacunku, wzbudzającą zaufanie i niedającą się wyprowadzić z równowagi terapeutką. Obie panie są świetne, chociaż aktorstwo każdej z nich polega na czymś innym. Blanchard i Lange przyćmiewają odtwórców pozostałych ról.

A teraz ciekawostka. Jest garstka ludzi, którzy podważają przeżycia pierwowzoru Sybil. Uważają oni, że kobieta, która w rzeczywistości nazywała się Shirley Mason, wcale nie miała dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości. Wspomniana na początku recenzji Debbie Nathan twierdzi, że Shirley zmagała się z zupełnie innymi problemami. Według dziennikarki, Cornelia Wilbur “podciągnęła” jej objawy pod osobowość wieloraką i zmanipulowała samą Mason. Podobno chciała w ten sposób zapewnić rozgłos sobie, swojej pacjentce i zaprzyjaźnionej pisarce Florze Schreiber (marzącej o napisaniu bestselleru). Nathan opublikowała swoje rewelacje w książce zatytułowanej “Sybil Exposed” - “Sybil zdemaskowana”. Więcej informacji na ten temat można znaleźć w anglojęzycznej Wikipedii, w serwisie YouTube oraz na oficjalnej stronie żurnalistki. Myślę, że nie zaszkodzi tam zajrzeć.

Niezależnie od prawdziwości omawianej historii, warto obejrzeć film Josepha Sargenta.


Natalia Julia Nowak,
19-24 sierpnia 2013 r.



_______________
* Osobowość wieloraka - Multiple Personality Disorder (MPD). Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości - Dissociative Identity Disorder (DID). Obie nazwy (jedna starsza, druga nowsza) odnoszą się do tego samego fenomenu. Synonimy MPD: osobowość mnoga, osobowość naprzemienna, rozdwojenie osobowości, rozdwojenie jaźni.

Krótka recenzja filmowa. "Charlotte na zawsze" Serge'a Gainsbourga

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:41:00

OD AUTORKI

Uroczyście ogłaszam, że zdecydowałam się kontynuować moją serię “krótkich recenzji filmowych”. Po zwięzłym opisaniu i ocenieniu czterech produkcji (“Kłopotliwego chłopaka” Juliana Jarrolda, “Habemus Papam” Nanniego Morettiego, “Dobrego papieża” Ricky’ego Tognazziego i “Wyspy skazańców” Mariusa Holsta) postanowiłam zająć się dziełem “Charlotte for Ever” - “Charlotte na zawsze” Serge’a Gainsbourga. Powracam z hukiem, bo tak się składa, że “Charlotte…” to film niesłychanie kontrowersyjny, prowokacyjny i bulwersujący. Przyznam szczerze, że gdy po raz pierwszy rzuciłam na niego okiem, byłam w ciężkim szoku. Żeby obejrzeć go w całości, musiałam długo przygotowywać się psychicznie. W końcu jednak zdołałam przez niego przebrnąć, czego efektem jest niniejszy tekst. Życzę miłej lektury i proszę o cierpliwe oczekiwanie na kolejne recenzyjki!

Natalia Julia Nowak





Tytuł oryginalny: “Charlotte for Ever”
Tytuł polski: “Charlotte na zawsze”
Reżyseria: Serge Gainsbourg
Rok produkcji: 1986
Gatunek: dramat



Historia alkoholika

Film przeznaczony wyłącznie dla widzów dorosłych. Skandalizujące, półtoragodzinne dzieło, wymyślone i zrealizowane przez słynnego francuskiego artystę Serge’a Gainsbourga (1928-1991). Ten znany piosenkarz, kompozytor, poeta, aktor, scenarzysta i reżyser wciela się tutaj w główną rolę męską. Główna rola żeńska przypada zaś jego córce Charlotte (ur. 1971) będącej owocem związku z brytyjską wokalistką i aktorką Jane Birkin (ur. 1946). Tytuł produkcji nawiązuje do płyty “Charlotte for Ever” z 1986 roku nagranej wspólnie przez Serge’a i Charlotte. Krążek, poza granicami Francji, był promowany pod nazwą “Lemon Incest” - “Cytrynowe kazirodztwo”. Wcześniej, bo już w roku 1984, ukazały się singiel i teledysk “Lemon…”. Przejdźmy jednak do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli do filmu “Charlotte na zawsze”. Akcja dzieła rozgrywa się w czasach współczesnych autorowi.

Główny bohater, niejaki Stan, jest dekadentem rodem z epoki modernizmu. Pogrążonym w depresji, apatycznym, niedostrzegającym sensu życia i odczuwającym pogardę do samego siebie. Mężczyzna zmaga się z rozpaczą i wyrzutami sumienia, które wyniszczają go na równi z alkoholem i papierosami. Nieustannie myśli o tym, że spowodował tragiczny wypadek drogowy, w wyniku którego zginęła jego żona. Stan, po śmierci ukochanej kobiety, nie potrafi wziąć się w garść. Jako alkoholik i palacz, niszczy swoje zdrowie, a na dodatek marnuje pieniądze, przez co popada w tarapaty finansowe. Bohater filmu nie jest również w stanie uporządkować swojego życia uczuciowego i erotycznego. Sprowadza do swojego domu mnóstwo prostytutek i nimfomanek, ale żadnej z nich nie kocha i nie szanuje. Problemy mężczyzny konsekwentnie się nawarstwiają. Postać upada coraz niżej.

Stan, na swoje nieszczęście, jest także typem nadwrażliwego, niepraktycznego intelektualisty. Ten wykształcony, oczytany humanista posiada ogromną wiedzę z zakresu literatury i sztuki, ale nie radzi sobie w codziennej, banalnej egzystencji. Bohater potrafi recytować z pamięci dzieła wybitnych poetów i pisarzy, lecz nie umie zadbać o samego siebie. Chętnie snuje filozoficzne refleksje, ale nie zastanawia się nad tym, co będzie w najbliższej przyszłości. Stan wykonuje wolny zawód: jest scenarzystą i poetą. Niestety, depresja sprawia, że brakuje mu natchnienia do pisania scenariuszy. To także go frustruje, tym bardziej, że współpracownicy nalegają, żeby wziął się wreszcie do roboty. Mężczyzna ma w swoim życiu tylko dwie osoby. Pierwszą z nich jest przyjaciel-biseksualista, który również nie radzi sobie z przeciwnościami losu. Drugą - umiłowana, dorastająca córka.


Lolita wśród ramoli

Charlotte, bo o niej mowa, ma piętnaście lat. Jest inteligentna, zdecydowana, odważna, wierna swoim zasadom i bardzo dojrzała jak na swój wiek. Odznacza się wdziękiem, urokiem i delikatnością, które wcale nie przekreślają jej silnej, wyrazistej osobowości. Na przedwczesną dojrzałość dziewczyny mogła wpłynąć jej sytuacja życiowa. Charlotte cierpi z powodu śmierci matki i wypomina ojcu, że do tragedii doszło z jego winy. Dostrzega, że Stan coraz bardziej się stacza i że wkrótce sam może umrzeć. Nastolatka otwarcie mówi, że nie chce zostać sierotą. Relacje między nią a ojcem są trudne. Dziewczyna darzy swojego rodzica mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, kocha go i martwi się o niego. Z drugiej, gardzi nim jako człowiekiem upadłym moralnie. Sama nie jest jeszcze zdemoralizowana, ale nie wiadomo, jak długo taka pozostanie, będąc w stałym kontakcie z ojcem i jego kolegą.

Tym bardziej, że ci dwaj samotni, sfrustrowani, nieszczęśliwi mężczyźni nie patrzą już na nią jak na małą dziewczynkę. Charlotte, będąca typem lolity, niezmiernie ich intryguje. Bohaterowie wyraźnie fascynują się jej podwójną (dziecięco-kobiecą) naturą. Nastolatka zachwyca ich czystością i niewinnością, wydaje im się krucha i zwiewna, działa na nich dziecinną słodyczą i tkliwością. Jest świeża, skromna, nieumalowana, konwencjonalnie ubrana i prosto uczesana. Ale mężczyźni widzą, że dziewczyna dojrzewa, rozwija się biologicznie, wykazuje zainteresowanie sprawami damsko-męskimi, rozumie dwuznaczne aluzje, zdaje sobie sprawę z własnej atrakcyjności oraz zna tajniki bycia uwodzicielską. Stan, jako biologiczny ojciec Charlotte, nie przekracza w swojej fascynacji granic przyzwoitości. Ten drugi owszem, dlatego główny bohater musi go pilnować i przywoływać do porządku.

Wątek Charlotte to - jak nietrudno odgadnąć - najbardziej kontrowersyjny element filmu. Może on przerażać, nie tylko ze względu na treść, ale również z uwagi na formę. Fakt, że jest to opowieść o dwóch obleśnych, żałosnych ramolach patrzących z pożądaniem na piętnastolatkę, można by jeszcze przełknąć. Pytanie brzmi: czy podczas kręcenia dramatu nie złamano pewnych zasad? Czy godzi się kręcić sceny, w których nieletnia aktorka występuje bez stanika, i to z doskonale widocznymi sutkami? Czy godzi się robić zbliżenia na jej pupę, kiedy dziewczyna tańczy w obcisłej sukience, pod którą widać rowek między pośladkami? Czy godzi się układać dialogi, w których piętnastolatka rozmawia z pięćdziesięcioośmiolatkiem o seksie? Czy normalny ojciec zaangażowałby własną córkę do udziału w takiej produkcji? Czy to wszystko nie graniczy z pedofilią i pornografią dziecięcą?


Liryczny i niebezpieczny

Jak wiadomo, ocena artystyczna dzieła nie powinna być tożsama z oceną moralną. Istnieje przecież wiele utworów, które są majstersztykami, chociaż mówią o sprawach nagannych, niejednoznacznych lub wywołujących skrajne emocje. Czy “Charlotte na zawsze” jest filmem dobrym? Nie jestem krytykiem filmowym, więc powstrzymam się przed udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Na pewno nie jest to typowa, głównonurtowa, komercyjna papka. Produkcja jest bardziej liryczna niż epicka. Tak naprawdę, nie dzieje się w niej prawie nic. W filmie nie chodzi bowiem o wydarzenia, tylko o przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zamiast gnającej do przodu akcji, mamy tutaj długie dialogi, literackie wstawki, wymowne gesty i spojrzenia etc. Niektórzy widzowie powiedzą, że “Charlotte…” to dzieło nudne, monotonne, przegadane i bezsensowne. Inni będą zaś urzeczeni jego głębią i specyficznym klimatem.

Na uwagę niewątpliwie zasługuje gra aktorska Serge’a Gainsbourga, który doskonale wciela się w rolę rozdartego wewnętrznie, zrezygnowanego, załamanego artysty-intelektualisty. To, że Gainsbourg jest taki przekonujący, może wynikać z faktu, iż film “Charlotte na zawsze” ma charakter częściowo autobiograficzny. Kiedy produkcja powstawała, Serge naprawdę był zgorzkniałym mężczyzną uzależnionym od alkoholu. Kolejnym elementem, który należałoby wyróżnić, jest filmowa kreacja Charlotte Gainsbourg. Chociaż młoda aktorka nie gra w sposób wybitny, jest ponadprzeciętnie intrygująca. Powiedziałabym nawet, że stanowi ona element “fascynująco-niepokojący”. Ten jej delikatny głosik, twarz pokerzysty i spadające jak grom z jasnego nieba wybuchy temperamentu! Inny atut filmu: ścieżka dźwiękowa autorstwa Serge’a. Nie pozwala ona zapomnieć, że Gainsbourg to znakomity kompozytor.

A teraz moja subiektywna, moralna ocena produkcji “Charlotte na zawsze”. Uważam, że dramat wyreżyserowany przez SG jest niebezpieczny. Teoretycznie, żaden artysta (z wyjątkiem świadomego nawoływacza) nie ponosi odpowiedzialności za to, jak jego twórczość zostanie zrozumiana i wykorzystana przez odbiorców. Myślę jednak, że film “Charlotte…” mógłby stać się inspiracją i afrodyzjakiem dla osób o skłonnościach pedofilskich i/lub kazirodczych. Mógłby przekonać takich ludzi, że zachowania pedofilskie/kazirodcze są czymś “dobrym”, “pięknym“ i “poetyckim“. To samo dotyczy teledysku “Lemon Incest” z 1984 roku. Ten drugi twór jest nawet gorszy, bo grająca w nim Charlotte ma tylko dwanaście (no, niecałe trzynaście) lat. Ktoś, po obejrzeniu tego video clipu, mógłby przecież pomyśleć: “Jeśli Serge Gainsbourg tak mógł, to dlaczego ja nie mogę?!” (parafraza pewnej pseudopedofilskiej wypowiedzi cytowanej na stronie Gazeta.pl). Brrr! Zatrważające!

Nie polecam, ale i nie zabraniam oglądania wymienionych wyżej materiałów.


Natalia Julia Nowak,
11-15 sierpnia 2013 r.

 

Krótka recenzja filmowa. "Wyspa skazańców" Mariusa Holsta

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:39:00

Tytuł oryginalny: “Kongen av Bastoy”
Tytuł polski: „Wyspa skazańców”
Reżyseria: Marius Holst
Rok produkcji: 2010
Gatunek: dramat, historyczny, film akcji



Europejska praca zbiorowa

Film fabularny, nad którym pracowała międzynarodowa ekipa: Norwegowie, Szwedzi, Polacy i Francuzi. Dużą rolę w produkcji dzieła odegrali również Estończycy, którzy pozwolili, aby na terenie ich państwa kręcono zdjęcia do filmu. Polski tytuł dramatu, “Wyspa skazańców”, ma niewiele wspólnego z tytułem oryginalnym. Norweskie wyrażenie “Kongen av Bastoy” znaczy bowiem “Król Bastoy”. Jako ciekawostkę można podać fakt, że angielski tytuł produkcji to “King of Devil's Island”, czyli “Król Wyspy Diabła”.

Film Mariusa Holsta opiera się na prawdziwych wydarzeniach, co zostaje widzom wyraźnie zasygnalizowane. Odbiorcy dowiadują się, że w pierwszej połowie XX wieku na norweskiej wyspie Bastoy mieścił się zakład poprawczy dla młodzieży męskiej. Wydarzenia, które zainspirowały scenarzystów, rozegrały się zaś w roku 1915. Główny bohater, Erling, trafia do wspomnianego poprawczaka pod zarzutem morderstwa, którego najprawdopodobniej nie popełnił. Otrzymuje tam charakterystyczne ubranie i nowe “imię” - oznaczenie C19.


Żadnych praw

Młody mężczyzna szybko zaczyna rozumieć, że na wyspie Bastoy więźniowie (bo chyba tak należy określać wychowanków zakładu poprawczego) nie mają żadnych praw. Zostają oni odizolowani od społeczeństwa, pozbawieni rzeczy osobistych i zdehumanizowani przez przedmiotowe traktowanie. Chłopcy są zmuszani do pracy ponad siły, dotkliwie karani za każde przewinienie oraz wystawiani na pośmiewisko innych osadzonych. Nie wolno im rozmawiać o przeszłości i przyszłości. Całym ich życiem ma być “tu i teraz”.

Erling zaprzyjaźnia się z Olavem noszącym numer C1. Jest on liderem całego bloku, a do ośrodka trafił przed sześcioma laty. Główna postać lubi swojego kolegę, ale nie pochwala jego nadgorliwej postawy wynikającej z szansy na rychłe zwolnienie do domu. C19, jako urodzony spryciarz i buntownik, ucieka z wyspy, jednak zostaje odesłany z powrotem na Bastoy. Wkrótce wychodzi na jaw przerażająca prawda dotycząca jednego z opiekunów zakładu. Wydarzenia przybierają niespodziewany obrót, akcja gwałtownie przyspiesza…


Dawniej i dzisiaj

“Wyspa skazańców” to poruszający film, który wprowadza odbiorców w brutalny świat norweskich poprawczaków początku XX wieku (a także ówczesnych więzień, bo bohaterowie są świadomi, że w zakładzie karnym dostawaliby jeszcze większy “wycisk”). Dzieło jest szokujące, ponieważ uzmysławia widzom dwie rzeczy. Po pierwsze: formy kar, jakie stosowano niegdyś w Norwegii, np. bicie skazańca “do pierwszej krwi“. Po drugie: drastyczną rozbieżność między dawnym a dzisiejszym systemem penitencjarnym.

Większość z nas wie, jak wyglądają współczesne norweskie więzienia, albowiem było o nich głośno w związku z procesem Andersa Behringa Breivika. Mówi się, że właściwie nie są to zakłady karne, tylko luksusowe hotele, w jakich wielu ludzi chciałoby mieszkać. Norwescy więźniowie mają obecnie zapewnione wszelkie prawa i przywileje. Mogą korzystać z rozmaitych form rozrywki i rekreacji, takich jak oglądanie telewizji czy łowienie ryb. To nie do wiary, że niespełna sto lat temu norwescy osadzeni byli poniżani i katowani!


Lekkie rozczarowanie

Opisywana produkcja nie jest przeznaczona dla osób delikatnych i wrażliwych. Ukazuje bowiem przemoc, cierpienie i narastającą żądzę zemsty. Surowość zasad, panujących w poprawczaku, wydaje się podkreślać przyroda. Filmowe niebo jest blade, krajobraz straszy martwotą, morze szumi złowieszczo, a śnieg i lód przypominają o srogości północnego klimatu. Obraz zmarzniętych, przemęczonych skazańców, pracujących przy wycince drzew, może się kojarzyć z fragmentami książki “Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Ekipa filmowa niewątpliwie wykonała kawał dobrej roboty. Mimo to, dzieło “Kongen av Bastoy” nieco mnie rozczarowało. Miałam nadzieję, że obejrzę produkcję dorównującą kultowemu “Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego. Zamiast tego, otrzymałam film płytki pod względem psychologicznym i mówiący bardzo niewiele o historii Królestwa Norwegii. Postacie, występujące w “Wyspie skazańców”, są papierowe, a wizja rzeczywistości czarno-biała. Reżyser stawia na akcję i sensację, a nie na analizę człowieka i świata.

Tak czy owak, nie uważam filmu za szmirę i mogę go polecić odważnym czytelnikom.



Natalia Julia Nowak,
1-2 kwietnia 2013 r.


 

Krótka recenzja filmowa. "Dobry Papież" Ricky'ego Tognazziego

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:37:00

Tytuł oryginalny: “Il Papa buono”
Tytuł polski: “Dobry Papież”
Reżyseria: Ricky Tognazzi
Rok produkcji: 2002/2003
Gatunek: dramat, biograficzny, historyczny



Błogosławiony Jan XXIII

Produkcja, która wprawdzie nie jest nowością filmową, ale powinna zostać obejrzana właśnie teraz, kiedy oczy całego świata są zwrócone w stronę Watykanu. Kościół rzymskokatolicki doczekał się przecież nowego zwierzchnika, który - ku radości mediów - jawi się jako człowiek otwarty, życzliwy, sympatyczny i skromny. Papież Franciszek, ze względu na swój pozytywny stosunek do świata, bywa porównywany do Jana Pawła II. Trzeba jednak pamiętać, że w XX wieku był jeszcze jeden Ojciec Święty, który dał się poznać jako “równy gość”. Błogosławiony Jan XXIII, bo o nim mowa, został zapamiętany jako pogodny staruszek, posiadający ujmującą osobowość, poczucie humoru i dystans do samego siebie.

To właśnie o tym biskupie Rzymu, nazywanym potocznie Dobrym Papieżem, opowiada dzieło Ricky'ego Tognazziego. Produkcja jest biografią w pełnym tego słowa znaczeniu: ukazuje całe życie Jana XXIII, od jego dzieciństwa (przypadającego na wiek XIX) aż do śmierci (w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku). Film, z przyczyn oczywistych, jest bardzo długi. Trwa trzy godziny zegarowe (stąd forma miniserialu, tzn. podział na dwie półtoragodzinne części). W rolę Angela Roncallego, późniejszego Dobrego Papieża, wciela się trzech aktorów. Najważniejszy z nich to Bob Hoskins - Brytyjczyk z dużym dorobkiem artystycznym. Odtwarza on starość, a więc i pięcioletni pontyfikat Jana XXIII.


Roncalli - oświecony i kontrowersyjny

Pierwsze minuty dzieła Ricky'ego Tognazziego ukazują końcówkę życia Dobrego Papieża. Angelo Roncalli jest ciężko chory, powoli umiera na raka, ale nadal wykazuje zainteresowanie innymi ludźmi. Mówi o konieczności miłowania zarówno osób wierzących, jak i niewierzących. W tym samym czasie jeden z kościelnych hierarchów pisze do Jana XXIII osobisty list. Niedługo potem następuje retrospekcja: oczom widzów ukazuje się dzieciństwo głównego bohatera. Mały Angelo sprawia wrażenie dziecka niezwykle pobożnego, ale dostrzegającego skostnienie katolickiej tradycji. Delikatnie daje dorosłym do zrozumienia, że nie widzi sensu bezmyślnego “klepania” łacińskojęzycznych modlitw.

Chłopiec uwielbia się uczyć, jest zafascynowany historią i potrafi ją samodzielnie interpretować. Przejmuje się faktem, że ludzie przez wieki padali ofiarą przemocy i niesprawiedliwości. Zachęca dziewczynki i kobiety, żeby również zaczęły się edukować. Po latach realizuje swoje największe marzenie: wstępuje do seminarium. Zachowuje jednak otwarty umysł i buntowniczą postawę. Popiera dyskusje z przeciwnikami światopoglądowymi. Odrzuca fanatyzm. Sprzeciwia się dyskryminowaniu ludzi ze względu na pochodzenie. Pamięta o ubogich i cierpiących. Ma zdolności dyplomatyczne. Doprowadza do porozumienia między wojującymi socjalistami i konserwatywnym biskupem.

Roncalli szybko staje się człowiekiem kontrowersyjnym. Z jednej strony, podbija serca wielu osób, zarówno świeckich, jak i duchownych. Z drugiej - zaczyna irytować tradycjonalistów o dziewiętnastowiecznej mentalności. Jego modernistyczne poglądy tak bardzo rzucają się w oczy, że nieżyczliwy kardynał składa na niego donos do papieża Piusa X. Bohater kontynuuje wprawdzie karierę, ale już do końca życia pozostaje człowiekiem wzbudzającym skrajne emocje. Czas mija. W życiu Roncallego dzieje się bardzo dużo. Pod koniec lat pięćdziesiątych postać zostaje Namiestnikiem Chrystusa. Duchowny, już jako Ojciec Święty, podejmuje odważną decyzję: zwołuje sobór w celu unowocześnienia Kościoła…


Niezły film (ale stronniczy)

Telewizyjna biografia Jana XXIII, stworzona przez Ricky'ego Tognazziego, to niezły film. Nie jest, oczywiście, arcydziełem, ale została nakręcona starannie i umiejętnie. Sceny, ukazujące dzieciństwo i młodość Angela Roncallego, wydają się odrobinę nudne. Mimo to, “Dobrego Papieża” przyjemnie się ogląda. Niektóre fragmenty są wzruszające i mogą doprowadzić odbiorców do łez. W pewnym momencie produkcja staje się sensacyjna. Chodzi o długą sekwencję ukazującą wojenne losy przyszłego Ojca Świętego. Wielkie ryzyko, walka z czasem, gra o najwyższą stawkę… Trzeba przyznać, że sceny, w których Roncalli ujawnia swoją przebiegłość i inteligencję, robią piorunujące wrażenie. Ale rekonstrukcja wizyty Jana XXIII w rzymskim więzieniu także jest piękna, przejmująca i świetnie zrealizowana. To samo można powiedzieć o scenie, w której papież dowiaduje się o swojej ciężkiej chorobie.

“Il Papa buono” to produkcja zdecydowanie stronnicza. Reżyser jednoznacznie opowiada się za modelem katolicyzmu proponowanym przez Roncallego i jego sprzymierzeńców. W filmie istnieje wyraźny podział na dobrych, wyrozumiałych modernistów i złych, zacofanych tradycjonalistów. Perfidia tych ostatnich sięga zenitu przed konklawe w 1958 roku, kiedy to jeden z kardynałów mówi, że Roncalli byłby doskonałym papieżem, bo… jest stary, schorowany i pasuje na “przejściowego” biskupa Rzymu. Angelo to bohater wyidealizowany: mądry, asertywny, szlachetny i wielkoduszny. Postać zachwyca łagodnością, serdecznością, prostotą i humanizmem. Czy wizja Tognazziego nie jest naiwna i przesłodzona? Skąd pewność, że Jan XXIII był człowiekiem bez skazy? Co należy myśleć o reformie Kościoła zapoczątkowanej przez tego Namiestnika Chrystusa? Takie pytania można by mnożyć…


Odwilż czy lejdigagizacja?

Sobór Watykański II jest oceniany bardzo różnie. Większość ludzi uważa, że był on czymś potrzebnym i pożytecznym. Niektórzy idą jednak dalej: przekonują, że modernizacja Kościoła powinna być kontynuowana i że nadszedł czas na Sobór Watykański III. Istnieją także osoby, które uznają Concilium Vaticanum II za coś absolutnie negatywnego. W ich mniemaniu, omawiane wydarzenie było błędem lub wręcz zaplanowanym aktem sabotażu. Pojawiają się głosy, według których Kościół - po Soborze Watykańskim II - nie jest już tym samym Kościołem. Zdaniem tradycjonalistów, posoborowi duchowni głoszą herezje, a nawet ośmieszają katolicyzm, np. odprawiając rockowe lub jazzowe Msze święte.

Przedsoborowi katolicy (sedewakantyści, lefebryści i inni) uważnie śledzą zmodernizowany Kościół, nagłaśniając zdarzenia i zjawiska, które - w ich opinii - byłyby nie do pomyślenia w Kościele tradycyjnym. Pewna tradycjonalistka pokazała mi autentyczne nagranie, które zarejestrowano w jednej z polskich parafii katolickich. Młodzi ludzie, zgromadzeni w świątyni, tańczą i śpiewają laicką piosenkę o zakochanym krasnoludku. Kobiecy głos, słyszalny w tle, wydaje im komendy typu “ręce do przodu”, “pupa do góry” czy “język na brodę” (sprawdź: “20 apel Koniecpol krasnoludek” - YouTube.com). Nie wiem, dlaczego, ale przywodzi mi to na myśl prowokacyjne teledyski Lady Gagi, Madonny i Mylene Farmer.

Od czasów Jana XXIII w Kościele rzymskokatolickim dzieją się rzeczy zadziwiające. Niektórzy uważają to za uczłowieczenie nieczułej instytucji, przebudzenie rozumu i wyzwolenie od średniowiecznego obskurantyzmu. Inni postrzegają to jako nędzną, może nawet wymuszoną namiastkę niezbędnych przemian. Jeszcze inni doszukują się w tym wszystkim wpływów masońskich, syjonistycznych i protestanckich. Jak jest naprawdę? Rozstrzygnięcie tego problemu pozostawiam Czytelnikom!



Natalia Julia Nowak,
17-20 marca 2013 r.


 

Krótka recenzja filmowa. "Habemus Papam" Nanniego Morettiego

Autor: njnowak | Kategorie: Film
Tagi: film, recenzja
28. sierpnia 2013 15:31:00

Tytuł oryginalny: “Habemus Papam”
Tytuł polski: “Habemus Papam - mamy papieża”
Reżyseria: Nanni Moretti
Rok produkcji: 2011
Gatunek: komediodramat



Za zamkniętymi drzwiami

Zabawny, a jednocześnie szokujący komediodramat produkcji włosko-francuskiej. Opowieść, która jeszcze do niedawna wydawała się absurdalna i nieprawdopodobna. Akcja filmu rozgrywa się we współczesnym Watykanie. Po długiej, ciężkiej chorobie umiera powszechnie kochany i szanowany papież. Nie poznajemy wprawdzie jego imienia, ale wyeksponowane polskie flagi sugerują, że chodzi o Jana Pawła II. W Stolicy Apostolskiej rozpoczyna się konklawe, które - jak nietrudno się domyślić - stanowi medialną sensację.

Dziennikarze źle znoszą fakt, że wybory papieskie odbywają się za zamkniętymi drzwiami. Próbują jednak odgadnąć, kto będzie nowym Ojcem Świętym. Głosowanie kończy się w sposób zaskakujący. Na biskupa Rzymu nie zostaje wybrany popularny kardynał Gregori, tylko skromny, przeciętny, mało znany Melville. Nadchodzi czas na upublicznienie wyniku wyborów. Protodiakon wychodzi na balkon Bazyliki św. Piotra, aby poinformować wiernych, kto jest nowym pasterzem Kościoła. Nagle rozlega się zatrważający krzyk.


Uciekający papież

To Melville - przerażony czekającymi na niego obowiązkami - nie może opanować paniki. Prosty, nieśmiały, zakompleksiony staruszek mówi “Pomóżcie mi! Nie dam rady!” i wybiega z pomieszczenia. Protodiakon, nie wyjaśniając niczego, opuszcza balkon. Opinia publiczna jest wstrząśnięta. Dziennikarze, urastający do rangi trybunów ludowych, próbują się dowiedzieć, dlaczego papież nie pokazał się tłumom zgromadzonym na Placu św. Piotra. Rzecznik prasowy Watykanu, Marcin Rajski, udziela im wymijających odpowiedzi.

Tymczasem kardynałowie muszą wybrać jedną z dwóch równorzędnych wartości. Pierwsza z nich to wierność prawu kanonicznemu, które zakazuje kontaktów ze światem zewnętrznym aż do ogłoszenia wyniku konklawe. Druga z nich to konieczność wytłumaczenia katolikom zaistniałej sytuacji. Duchowni, chcąc pomóc Ojcu Świętemu, sprowadzają do Stolicy Piotrowej psychoanalityka. Niestety, Melville wciąż nie chce wyjść na balkon. Sprawa robi się beznadziejna. Rajski, w tajemnicy przed kardynałami, realizuje pewien plan…


Mili starsi panowie

“Habemus Papam - mamy papieża” niewątpliwie jest dziełem antyklerykalnym i prowokacyjnym. Należy jednak podkreślić, że Nanni Moretti ani razu nie przekracza granic dobrego smaku. Twórca filmu podchodzi do Kościoła z przymrużeniem oka, ale nie pozwala sobie na prymitywne obrażanie czy wyszydzanie duchownych. Chociaż jest bardzo śmiały, wykazuje się umiarem i wyczuciem, jakich brakuje np. redaktorom polskich tygodników antyklerykalnych. Owszem, reżyser krytykuje duszpasterzy, ale konstruktywnie i kulturalnie.

W omawianej produkcji kardynałowie są przedstawieni w sposób satyryczny, lecz wzbudzający sympatię. Jest to grono miłych starszych panów, którzy układają puzzle, grają w karty, przyjmują lekarstwa, czytają książki, zachwycają się smakiem pączków i cappuccino. Ot, grupa pogodnych staruszków próbujących się odnaleźć w niecodziennych okolicznościach. Z drugiej strony, purpuraci są ukazani jako ludzie skłonni do hipokryzji. Podtrzymują oni tematy tabu i zamiatają problemy pod dywan. Ale i tak dają się lubić.


Humanistyczny film

Główny bohater, Melville, również zyskuje przychylność widza. Ten ciepły, uprzejmy, prostoduszny człowieczek wywołuje pozytywne emocje, chociaż jego niezdecydowanie i brak pewności siebie bywają frustrujące. Fenomenalne jest to, że w dziele Morettiego nie ma postaci negatywnych. Melville otrzymuje od innych osób dużo wsparcia i życzliwości (także od zwykłych Włochów, którzy nie wiedzą, że jest on Namiestnikiem Chrystusa). Marcin Rajski to cwaniak i choleryk, jednak nawet on ma złote serce. Krótko mówiąc: humanistyczny film. Trochę nierzeczywisty, ale zachęcający do marzeń o lepszym świecie.

Opisywana produkcja zawiera fragmenty, w których Nanni Moretti przemyca własne, postępowe poglądy. Reżyser wkłada w usta głównego bohatera wyraźnie ukierunkowane wypowiedzi. Daje do zrozumienia, że Kościół katolicki powinien zostać zmodernizowany i dostosowany do oczekiwań współczesnego społeczeństwa. Moretti, posługując się główną postacią, wzywa duchownych do większej otwartości i tolerancji. “Habemus Papam” ma więc charakter dydaktyczny. Konserwatyści zapewne uznają to za propagandę. Liberałowie docenią ideę dialogu, empatii, współpracy i kompromisu.

Mogę polecić ten film, ale tylko osobom mającym dystans do instytucji Kościoła.



- * - * - * - * - * -

CIEKAWOSTKI

- * - * - * - * - * -




1. Jerzy Stuhr, odtwórca roli rzecznika Watykanu, wypowiedział się na temat abdykacji Benedykta XVI: “Śledzę komentarze i dochodzę do wniosku, że ta decyzja jest konsekwencją kryzysu Kościoła, a nasz film też po trosze o tym opowiadał. Ciężar odpowiedzialności głowy Kościoła jest zbyt duży i może zaowocować tym, że ktoś się nie czuje na siłach go dźwigać. Również filmowy papież miał odwagę o tym powiedzieć i się do tego przyznać. (…) Bez przerwy dostaję SMS-y, że proroczy film żeśmy zrobili”. Źródło: wywiad w serwisie Gazeta.pl.

2. Nazwisko filmowego Ojca Świętego pochodzi od… francuskiego reżysera, który nazywa się Jean-Pierre Melville. Wybór tego nazwiska był dość przypadkowy. Wyjaśnił to sam Nanni Moretti w wywiadzie udzielonym Vittorii Scarpie (Cineuropa.org).

3. Moretti jest nie tylko reżyserem filmu, ale także jednym z autorów scenariusza. Poza tym, to właśnie on wciela się w rolę psychoanalityka.

4. Twórca “Habemus Papam - mamy papieża” jest człowiekiem o poglądach zdecydowanie lewicowych. Ściśle mówiąc, jest on reprezentantem zachodnioeuropejskich komunistów. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć: “To wiele wyjaśnia!”.

5. W rolę nowo wybranego zwierzchnika Kościoła wciela się Michel Piccoli. Ten francuski aktor jest mężczyzną w bardzo zaawansowanym wieku. Urodził się w roku 1925.



Natalia Julia Nowak,
2-4 marca 2013 roku